17.10.2015

864. dawno temu latem

Od dłuższego czasu myślę o tym, aby wspomnieć o minionym lecie, ale nieustannie brak mi siły. Znowu choruję, a właściwie ten stan można uznać za przeszły; po sześciu dniach czuję się trochę lepiej. Zapadający szybko zmrok wlewa w moje ciało zmęczenie, a chłód i wiatr targający drzewami osłabia moją odporność. W pracy jest zimno, jak to w pałacowych murach, które zawsze słabo ogrzewano. Jesienią i zimą wszystko zaczyna się psuć, również i ja. Dawno nie wydałam tak mnóstwo pieniędzy na lekarstwa jak przez ostatnie sześć miesięcy, może dlatego że zaczęłam się w końcu leczyć, ale nie o tym teraz. Chciałam wspomnieć o minionym lecie, ponieważ w tegoroczne upały wpisało się wiele wartych zapamiętania momentów, a nie było okazji, aby na spokojnie opisać je wszystkie, jednak teraz, zaczynając ten wpis, zastanawiam się czy jest w tym sens. Naiwnie liczę na to, że moja pamięć przechowa wszystko do dni mej starości (jeśli takiej dożyję), ale przecież czas zaciera obrazy, więc pewnie zapomnę też historię jednego z polskich arystokratycznych rodów, którą znam dobrze, jeśli dobrze mi ją przekazano. Prawdopodobnie z mojej głowy wyparują też imiona wszystkich osób, którym codziennie mówiłam dzień dobry. Piszę o tym tak, jakby właśnie nastał grudzień, jakbym szykowała się w podróż na drugi koniec świata, jakbym lada dzień miała zapomnieć o tych ośmiu miesiącach, które, chcąc nie chcąc, uratowały mi życie. Zamknięcie w dusznych salonach pałacu i wspólne narzekanie na tłumy turystów, pamiętam to wszystko, jakby miało miejsce wczoraj. Pośpiech, wykonywanie setki czynności, sprzątanie tu, i tam, i jeszcze tam, wewnątrz i zewnątrz. Czasem wydaje mi się, że to będzie jedno z najbardziej ekstremalnych zajęć, które było mi dane wykonywać w życiu, bo oprócz obsługi ruchu turystycznego, przyszło dbanie o czystość w pomieszczeniach i budynkach na terenie założenia, w parku, no i w samym pałacu, a wszystkie te czynności są jakby z trzech różnych kategorii; w końcu inaczej myje się ławki, a inaczej ściera kórz z eksponatów. Nadal trudno mi uwierzyć, że osoby z działu, które mają pokój na samym końcu długiego korytarza, muszą podołać przeróżnym obowiązkom, niekoniecznie do siebie pasującym; z rana biegają w brudnym (od sprzątania) fartuszku, a trzy godziny później przywdziewają elegancki strój, otwierając drzwi szorstkimi dłońmi, z często odpryskującym od paznokci lakierem, i uśmiechem na twarzy. Chciałabym opisać wszystkie dziwne, stresujące i zabawne sytuacje, w których się znalazłam, ale nie mam do tego głowy. Wszystko jest we mnie miłym wspomnieniem, nawet przykre czy denerwujące incydenty jawią się jako wartościowe i ciekawe doświadczenie. Chciałabym przekazać moje odczucia z tamtych dni, ale wiem, że to niemożliwe. Pierwszy raz w życiu gorące i duszne lato nie było szkodliwe. Odstawiłam na bok filozoficzne rozmyślania i zapomniałam jak to jest godzinami zadręczać się bezsensem istnienia, straconymi przyjaźniami, przykrymi sytuacjami w domu, problemami bliskich czy niechęcią do siebie samej. Część przemyśleń wyparowała, część zepchnęłam na bok. Zaczęłam bardziej uczestniczyć w realnym życiu i tym samy sama odżyłam, chyba właśnie tak się stało. Oczywiście życie nie jest czymś stałym, więc i stale pojawiają się nowe, albo wracają stare, zatruwające duszę sytuacje, ale staram się odpychać je od siebie, bo chcę wierzyć, że rzeczy, które po drodze się zagubiły, już nie wrócą, nie ze zdwojoną siłą, chyba tylko to mnie martwi, że może tak naprawdę wszystko, czego się nauczyłam, w grudniu przepadnie, i tak jak zostanę bez pracy, tak też wszystko co złe wróci tylko w innej postaci, w jeszcze większym otępieniu, niezdolności do działania, izolacji. Tegoroczne lato było słonecznie i piękne. Bawiłam się dobrze. Dziękuję.