Od dłuższego czasu myślę o tym, aby wspomnieć o minionym lecie, ale
nieustannie brak mi siły. Znowu choruję, a właściwie ten stan można
uznać za przeszły; po sześciu dniach czuję się trochę lepiej. Zapadający
szybko zmrok wlewa w moje ciało zmęczenie, a chłód i wiatr targający
drzewami osłabia moją odporność. W pracy jest zimno, jak to w pałacowych
murach, które zawsze słabo ogrzewano. Jesienią i zimą wszystko zaczyna
się psuć, również i ja. Dawno nie wydałam tak mnóstwo pieniędzy na
lekarstwa jak przez ostatnie sześć miesięcy, może dlatego że zaczęłam
się w końcu leczyć, ale nie o tym teraz. Chciałam wspomnieć o minionym
lecie, ponieważ w tegoroczne upały wpisało się wiele wartych
zapamiętania momentów, a nie było okazji, aby na spokojnie opisać je
wszystkie, jednak teraz, zaczynając ten wpis, zastanawiam się czy jest w
tym sens. Naiwnie liczę na to, że moja pamięć przechowa wszystko do dni
mej starości (jeśli takiej dożyję), ale przecież czas zaciera obrazy,
więc pewnie zapomnę też historię jednego z polskich arystokratycznych
rodów, którą znam dobrze, jeśli dobrze mi ją przekazano. Prawdopodobnie z
mojej głowy wyparują też imiona wszystkich osób, którym codziennie
mówiłam dzień dobry. Piszę o tym tak, jakby właśnie nastał grudzień,
jakbym szykowała się w podróż na drugi koniec świata, jakbym lada dzień
miała zapomnieć o tych ośmiu miesiącach, które, chcąc nie chcąc,
uratowały mi życie. Zamknięcie w dusznych salonach pałacu i wspólne
narzekanie na tłumy turystów, pamiętam to wszystko, jakby miało miejsce
wczoraj. Pośpiech, wykonywanie setki czynności, sprzątanie tu, i tam, i
jeszcze tam, wewnątrz i zewnątrz. Czasem wydaje mi się, że to będzie
jedno z najbardziej ekstremalnych zajęć, które było mi dane wykonywać w
życiu, bo oprócz obsługi ruchu turystycznego, przyszło dbanie o czystość
w pomieszczeniach i budynkach na terenie założenia, w parku, no i w
samym pałacu, a wszystkie te czynności są jakby z trzech różnych
kategorii; w końcu inaczej myje się ławki, a inaczej ściera kórz z
eksponatów. Nadal trudno mi uwierzyć, że osoby z działu, które mają
pokój na samym końcu długiego korytarza, muszą podołać przeróżnym
obowiązkom, niekoniecznie do siebie pasującym; z rana biegają w brudnym
(od sprzątania) fartuszku, a trzy godziny później przywdziewają
elegancki strój, otwierając drzwi szorstkimi dłońmi, z często
odpryskującym od paznokci lakierem, i uśmiechem na twarzy. Chciałabym
opisać wszystkie dziwne, stresujące i zabawne sytuacje, w których się
znalazłam, ale nie mam do tego głowy. Wszystko jest we mnie miłym
wspomnieniem, nawet przykre czy denerwujące incydenty jawią się jako
wartościowe i ciekawe doświadczenie. Chciałabym przekazać moje odczucia z
tamtych dni, ale wiem, że to niemożliwe. Pierwszy raz w życiu gorące i
duszne lato nie było szkodliwe. Odstawiłam na bok filozoficzne
rozmyślania i zapomniałam jak to jest godzinami zadręczać się bezsensem
istnienia, straconymi przyjaźniami, przykrymi sytuacjami w domu,
problemami bliskich czy niechęcią do siebie samej. Część przemyśleń
wyparowała, część zepchnęłam na bok. Zaczęłam bardziej uczestniczyć w
realnym życiu i tym samy sama odżyłam, chyba właśnie tak się stało.
Oczywiście życie nie jest czymś stałym, więc i stale pojawiają się nowe,
albo wracają stare, zatruwające duszę sytuacje, ale staram się odpychać
je od siebie, bo chcę wierzyć, że rzeczy, które po drodze się zagubiły,
już nie wrócą, nie ze zdwojoną siłą, chyba tylko to mnie martwi, że
może tak naprawdę wszystko, czego się nauczyłam, w grudniu przepadnie, i
tak jak zostanę bez pracy, tak też wszystko co złe wróci tylko w innej
postaci, w jeszcze większym otępieniu, niezdolności do działania,
izolacji. Tegoroczne lato było słonecznie i piękne. Bawiłam się dobrze.
Dziękuję.