Znowu wiele sytuacji wygląda inaczej niż przypuszczałam jeszcze wpis temu, ale co mogę wiedzieć oceniając wszystko bez konfrontacji z prawdą kryjącą się w czyichś oczach. Pozostaje mi czekanie. Dzisiaj zapomnijmy o dramatach, w które mnie wtajemniczono, dzisiaj zajmijmy się dramatem wyłącznie moim. Byłam z wizytą u neurologa, który na dzień dobry oznajmił, że „na to nie ma lekarstwa”, więc jestem nieuleczalnie chora, co brzmi absurdalnie, bo nie umrę, choć po trochu umieram codziennie. Wystarczy spojrzeć na moje wpisy z ostatnich siedmiu miesięcy, większość zahacza o dolegliwość, która ostatecznie sprawiła, że zawitałam w gabinecie neurologa. Siedem miesięcy z szumami usznymi, które zaistniały po pechowym znalezieniu się w nieodpowiednim miejscu i czasie. Jestem załatwiona do końca życia, choć chcę wierzyć, że coś lub Ktoś jeszcze mnie uratuje, wyzwoli od tego, co obniża jakość mojego życia i siłę mojego ducha, zabierze pisk z moich uszu, znowu pozwoli cieszyć się błogą ciszą i zasypiać spokojnie. Jestem nieuleczalnie chora, to brzmi śmiesznie, bo nikt nie dojrzy tego w moim ciele, nikt nie zmierzy mojej dolegliwości, nie zbada, nie oceni, to jest coś, co należy tylko do mnie i z czym będę zmagać się już na zawsze... Nawet nie potrafię tego zaakceptować. Jak ludzie godzą się z czymś niezmiennym, z czymś stałym? Czym innym jest dostrzec swój koniec wraz z pojawiającą się chorobą, czym innym jest dostać wyrok dożywotni. Ciągle do mnie nie dociera, że siedem miesięcy temu ktoś rzucił przy mnie petardę, a jej wybuch zniszczył mi słuch, przekreślił uczestnictwo we wszystkich głośnych imprezach (żegnajcie koncerty, tak mi beznadziejnie smutno), zabrał ukochaną cieszę, spokój bycia, cząstkę mnie. W ciągu dnia wydaje mi się, że mogę tak żyć, ale bywa, że jestem wręcz zrozpaczona. Staram się o tym nie myśleć, ale nie ma dnia, który pozwoliłby mi zapomnieć, przecież do snu zamiast kołysanki gra mi w uszach pisk .Chciałabym być już na drodze do miejsca, gdzie wszystkie choroby znikają. Najbardziej boję się tego, że fizycznie będę silna, zaś psychicznie wykończona. Pan neurolog był najsympatyczniejszym lekarzem jakiego do tej pory dane było mi poznać. Leku nie ma, ale dostałam tabletki, mogą pomóc, ale to i tak eksperymentalne pakowanie w siebie chemii przez dwa miesiące, a przecież ciągle leczę anemię. Już niedługo minie rok mojej „jazdy na prochach”. Jak czują się osoby, które całe życie muszą coś zażywać, aby funkcjonować? Myślę o sobie i o innych, nierozsądnie jest porównywanie dwóch różnych sytuacji, a jednak... Nie mogę pozbyć się wrażenia, że moje życie z roku na rok staje się coraz bardziej bezsensowne i trudniejsze, przez co godzę się na wszystko jak marionetka, poddaję się życiu, a przecież zawsze chciałam płynąć pod prąd. I gdzie moja walka z trudnościami, gdzie w tym wszystkim jestem ja? Pragnę normalności jak nigdy dotąd, tymczasem wszystko jest chore.
29.07.2016
894.
Znowu wiele sytuacji wygląda inaczej niż przypuszczałam jeszcze wpis temu, ale co mogę wiedzieć oceniając wszystko bez konfrontacji z prawdą kryjącą się w czyichś oczach. Pozostaje mi czekanie. Dzisiaj zapomnijmy o dramatach, w które mnie wtajemniczono, dzisiaj zajmijmy się dramatem wyłącznie moim. Byłam z wizytą u neurologa, który na dzień dobry oznajmił, że „na to nie ma lekarstwa”, więc jestem nieuleczalnie chora, co brzmi absurdalnie, bo nie umrę, choć po trochu umieram codziennie. Wystarczy spojrzeć na moje wpisy z ostatnich siedmiu miesięcy, większość zahacza o dolegliwość, która ostatecznie sprawiła, że zawitałam w gabinecie neurologa. Siedem miesięcy z szumami usznymi, które zaistniały po pechowym znalezieniu się w nieodpowiednim miejscu i czasie. Jestem załatwiona do końca życia, choć chcę wierzyć, że coś lub Ktoś jeszcze mnie uratuje, wyzwoli od tego, co obniża jakość mojego życia i siłę mojego ducha, zabierze pisk z moich uszu, znowu pozwoli cieszyć się błogą ciszą i zasypiać spokojnie. Jestem nieuleczalnie chora, to brzmi śmiesznie, bo nikt nie dojrzy tego w moim ciele, nikt nie zmierzy mojej dolegliwości, nie zbada, nie oceni, to jest coś, co należy tylko do mnie i z czym będę zmagać się już na zawsze... Nawet nie potrafię tego zaakceptować. Jak ludzie godzą się z czymś niezmiennym, z czymś stałym? Czym innym jest dostrzec swój koniec wraz z pojawiającą się chorobą, czym innym jest dostać wyrok dożywotni. Ciągle do mnie nie dociera, że siedem miesięcy temu ktoś rzucił przy mnie petardę, a jej wybuch zniszczył mi słuch, przekreślił uczestnictwo we wszystkich głośnych imprezach (żegnajcie koncerty, tak mi beznadziejnie smutno), zabrał ukochaną cieszę, spokój bycia, cząstkę mnie. W ciągu dnia wydaje mi się, że mogę tak żyć, ale bywa, że jestem wręcz zrozpaczona. Staram się o tym nie myśleć, ale nie ma dnia, który pozwoliłby mi zapomnieć, przecież do snu zamiast kołysanki gra mi w uszach pisk .Chciałabym być już na drodze do miejsca, gdzie wszystkie choroby znikają. Najbardziej boję się tego, że fizycznie będę silna, zaś psychicznie wykończona. Pan neurolog był najsympatyczniejszym lekarzem jakiego do tej pory dane było mi poznać. Leku nie ma, ale dostałam tabletki, mogą pomóc, ale to i tak eksperymentalne pakowanie w siebie chemii przez dwa miesiące, a przecież ciągle leczę anemię. Już niedługo minie rok mojej „jazdy na prochach”. Jak czują się osoby, które całe życie muszą coś zażywać, aby funkcjonować? Myślę o sobie i o innych, nierozsądnie jest porównywanie dwóch różnych sytuacji, a jednak... Nie mogę pozbyć się wrażenia, że moje życie z roku na rok staje się coraz bardziej bezsensowne i trudniejsze, przez co godzę się na wszystko jak marionetka, poddaję się życiu, a przecież zawsze chciałam płynąć pod prąd. I gdzie moja walka z trudnościami, gdzie w tym wszystkim jestem ja? Pragnę normalności jak nigdy dotąd, tymczasem wszystko jest chore.
26.07.2016
893.
Nie
wiem, co robić; wiem – to nie nowość. Chciałabym wytłumaczyć wszystko ze
zrozumieniem dla odbiorców, ale bez wtajemniczenie jest to niemożliwe. Na
bieżąco dzielę się z dwoma osobami swoją żałosną sytuacją, w którą dałam się
wciągnąć (z pustki w duszy czy z głupoty?), więc mam przy sobie dwie całkowicie
odmienne osoby, a ich punkty widzenia są rozbieżne, więc gubię się jeszcze
bardziej, bo nie wiem, którego doradcy słuchać. (Nie mam siły na ponowne snucie
tej pokręconej historii od początku, a szkoda, bo kolejna osoba to świeże
spojrzenie na wszystko.) Ach tak, pewnie moje serce powinno być moim najlepszym
doradcą, ale to nie sprawy mojego serca, sercowe owszem, ale nie osobiste, chcę
myśleć, że nie, zupełnie nie, nie, nie i nie. Jestem rozsądna i zdecydowana,
chociaż w tym temacie. Myślę o tych trzech męskich życiach (choć czy to ważne
że męskie?), zupełnie nie rozumiejąc, czemu podjęłam wyzwanie zostania
przyjaciółką wszystkich, choć nigdy nią nie będę, bo samo bycie ciągle bywa dla
mnie problematyczne , więc obawiam się, że ostatecznie okaże się, że to było tylko
tak, miałam sympatyczny wyraz twarzy i ktoś uwierzył, że mój senny spokój i
łagodny uśmiech to dobroć, podczas gdy znowu to tylko subiektywne wrażenie, ale
czy mogę liczyć na inny odbiór, przecież na wszystko patrzymy subiektywnie, sama
wiem to najlepiej, mój subiektywizm jest tak okropny, że zagłusza prawdę.
Smutno mi. Nie, to nie smutek, to zmęczenie. Jestem ciągle zawiedziona, że mój
pisk jest (nadal) nieuleczalny i ostatecznie
wszystko sprowadza się do tego, że nie umiem funkcjonować w społeczeństwie i
niezależnie od tego jak ogromne jest we mnie pragnienie normalności, drobne
rzeczy, które innym nie sprawiają najmniejszej trudności, mi ściskają żołądek. A
na końcu jest pisk w uszach i już nie mogę dłużej, a przecież muszę, i tęsknie spoglądam
w niebo oczami, przed którymi już pół roku migoczą mroczki i chcę uciec aż do
gwiazd. Jestem zawieszona w pustce, którą od czasu do czasu atakują przykre emocje.
Wtedy aktywuje się we mnie chęć brojenia, zupełnie jak u dziecka, które z nudy
ma ochotę napsocić. Myślę o sytuacjach, które już dawno pogrzebała przeszłość.
Chciałabym zamieszać, coś popsuć, zmienić, wciągnąć w to innych, mówić im
piękne, lecz nieodpowiednie (nieprawdziwe?!) słowa, ale niebezpiecznie zmieniające
rzeczywistość. Och, gdybym tylko nauczyła się mówić. Na szczęście mam w sobie
zamontowaną tamę, która chroni przed
potokiem słów. Tylko jeden moment bez
zawahania mógłby popsuć całą barierę ochronną i zalać nasz wszystkich; tyle ofiar od niespodziewanej katastrofy naturalnej. Jestem niespokojna, jakbym w magiczny sposób miała wyzbyć się obaw i nabrać odwagi. Im dłużej o tym myślę,
tym bardziej się gubię. Czy to tylko chęć zabawy, czy coś ukrywam? Mam
wrażenie, że nigdy nie uda mi się znaleźć odpowiedzi. Jakbym zawsze miała
uciekać przed prawdą, gdy tylko pojawi się na horyzoncie; jakbym zawsze miała mówić
wygodne kłamstwa, które zapewnią mi święty spokój. Zbliża się wesele mojej
drugiej przyjaciółki, nie może mnie tam zabraknąć, tak mówi, choć przecież
mogłoby mnie nie być, nie pasuję do takich historii, a jednak powinnam
odepchnąć swój egoizm, uśmiechać się dla niej i z nią. Mam trzech kolegów, a
jednak zaproszenie którego któregoś z nich wiąże się z ryzykiem, które
prawdopodobnie jest wymysłem mojej wyobraźni, a jednak nie potrafię przeskoczyć
tej myśli, bo oni wszystko skomplikowali, to ich wina, to oni mnie w to
wciągnęli, w to coś, co nie daje mi spokojnie spać. Wygląda na to, że wszyscy
postanowili czekać aż coś się wydarzy, tymczasem nie dzieje się nic, każdy
milczy jak zaklęty i umiera po trochu, bo niepewność i samotne czekanie
najbardziej wykańczają. Chciałabym tylko wiedzieć czy mogę swobodnie wysłać
zaproszenie, czy mogę wybrać, czy mogę chcieć. Chciałabym normalnych relacji,
ciszy prze snem, więcej krwi w ciele, i chciałabym pracę, którą prawie mam,
tylko to czekanie na telefon i grafik dobija, mogliby się pospieszyć. Mówię
sobie, że jestem cierpliwa, ale czekanie na odpowiedzi wywołuje we mnie nerwowość.
Kręcę się bez celu. Robię pierwszy krok, a inni odsuwają się ode mnie o dwa. Rozumiem,
nigdy nie będzie nam po drodze, bo błądzimy po innych dolinach, więc czemu ciągle
liczę, na coś, na cokolwiek, co pozwoli mi zapomnieć, że już nie mogę. Nie wiem
czy pustka była warta zastąpienia tym bałaganem. Chcę wyjaśnień, potrzebuję ich
by dalej funkcjonować. Czy chociaż raz w życiu nie można o tym wszystkim
szczerze porozmawiać, tak bez uników, tak jak najlepsi kumple? Nie chcę późniejszych
nieproszonych nawiedzeń przeszłości. Niech ktoś wytłumaczy mi to teraz, choć mam wrażenie, że każdy nosi
swoją prawdę i nie da się już nic zrozumieć. Jak to jest stać przed kimś ważnym
z myślą, że istnieje między wami przemilczenie, z którego zdajesz siebie sprawę
tylko ty, bo ta osoba nie wie, że ty wiesz, i nie możesz powiedzieć, bo obiecałeś
milczenie komuś innemu, temu, którego znać nie powinieneś, i jak to się stało
że wszyscy się znamy, a jednak nie znamy się wcale i każdy musi milczeć o tym, że zna
się nawzajem i wie więcej niż można byłoby się spodziewać. Jakie to głupie. Samo myślenie o tym jest głupie. I ja jestem głupia. Dałam się wciągnąć. Chciałabym zaprzestać poszukiwań
rozwiązania, bo to nie ja nabroiłam, bo to nie moja tama puściła.
13.07.2016
892.
Zapamiętasz czerwony kolor lakieru położonego na
moich paznokciach, zapamiętam blizny na Twoich rękach. Zmienia się wszystko,
lecz nie zmienia się nic. Rozdarta między nim a nim, pośrodku nic nie znacząca
ja, zamieszana w coś co nie należy do mnie, a ostatecznie może obrócić się
przeciwko mnie. Maluję wszystkie scenariusze z przyzwyczajenia na czarno. Jestem
niepoprawną miłośniczką dramatów, uwielbiam filmy z tragicznym zakończeniem,
tutaj też ktoś będzie cierpiał, ale nie, mi to zupełnie niepotrzebne, dźwigam
wystarczająco wiele swoich małych zmartwień, więc bardzo chciałabym się pomylić
i wyśnić zadowalające wszystkich zakończenie.
11.07.2016
891. Pamiętam, że siedziałam na podłodze...
Wymyślam dla nich historie, tak napisałam wcześniej, tę historię również
wymyśliłam, bo dzisiaj piszczy mi w uszach wyjątkowo głośno, tak, że
już nie mogę, że znowu chcę umrzeć, że znowu wszystko jest tak żałosne i
trudne i nie wiem co ze sobą zrobić. Tamtej nocy usłyszałam kilka
komplementów i znowu pomyślałam, że życie ze mnie żartuje udając, że coś
się zmieniło. Pamiętam, że siedziałam na podłodze, pewnie na rogu, ale
stolik był okrągły, więc moje zapowiadające się staropanieństwo nie
zostało nawet wspomniane, a obok mnie ludzie, dużo ludzi, z lewej, z
prawej, na wprost, pamiętam wszystkie twarze, w większości młodsze ode
mnie, mające jeszcze przed sobą dobrą przyszłość, życzę im tego. Nagle
pojawiłeś się Ty, krążący między dołem a górą byłeś dla wszystkich,
byłeś trochę inny kiedy jesteś ze mną sam na sam, mogę sobie wyobrazić,
że moja obecność bywała nudna, że moja cisza mogła Cię męczyć, że mój
smutek mógłby Cię zabić, gdybyś tylko kiedyś podszedł bliżej. Stałeś na
przeciw mnie, za tym małym okrągłym stolikiem, podczas gdy ja nadal
siedziałam na podłodze zupełnie zadziwiona tym, że czuję się komfortowo
wśród tylu obcych ludzi. Opowiadałeś o czymś, znowu przykułeś uwagę
wszystkich, nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale jesteś duszą
towarzystwa. Błądziłam wzrokiem po pomieszczeniu, byłam szczęśliwa, że
należę do grona Twoich znajomych, choć czasem wydaje mi się to
nierealne, możliwe że masz podobne przemyślenia, oboje wiemy, że dziwni z
nas znajomi, ale przez to chyba ciekawi, a potem odnalazłam Twój wzrok,
a może Ty mój (czy to ważne?), i uśmiechnąłeś się do mnie, a ja odwzajemniłam ten uśmiech. Mam
nadzieję, choć pewnie to nieprawda, że w tamtym momencie ucieszyłeś
się, że jestem i że chociaż na moment nie żałowaliśmy przeszłości, i że
Ty wiesz i ja wiem, że żaden zbieg okoliczności nigdy nie był
przypadkiem, i mam nadzieję, że pozostaniemy dobrymi znajomymi już na
zawsze, w naszych sercach, nawet jeśli któregoś dnia znowu znikniemy ze
swojego pola widzenia. Bo to przypadłość znajomych, odchodzą bez
pożegnań, nie mówią „zrywam z Tobą”, mówią „jestem zajęty”, „nie mam
czasu”, ale takie bywa dorosłe życie, nie ma sensu dyskutować z prawami.
Cieszę się, że poświęciłeś mi tyle czasu, tych kilka chwil w ciągu
siedmiu lat (czy tyle się już znamy?) i przepraszam, że nie mogłam być
częściej; w innym życiu wszystko byłoby lepsze, tak mi się wydaje, ale
mamy tylko to co jest, i nigdy nie było nam po drodze, bo moje drogi
prowadzą donikąd. Staję się sentymentalna czy nostalgiczna, nie wiem,
czasem mam wrażenie, że moje ciało pokona mnie z dnia na dzień i nie
zostanie już nic, nawet tych kilka niewypowiedzianych ważnych snów, więc
niech będzie ta bajka na dobranoc.
8.07.2016
890. siódmy dzień siódmego miesiąca
Rzeczywistość kontra moja pogubiona osoba, jeden
do minus stu, po przebudzeniu czułam się dziwnie i nie do końca rozumiałam przyczynę
tego stanu, ale dopiero gdy brałam prysznic po moich policzkach pociekły zły, zupełnie
jak za dawnych czasów, znowu poczułam, że coś straciłam, z własnej i nie własnej
winy. Potem napisałam do wspierającej i podtrzymujące mnie na duchu przez
ostatnie dni E. : „mam Ci tyle do opowiedzenia, było cudownie, ludzie byli
świetni i kochani, ale oczywiście ja, „wielka imprezowiczka”, musiałam, nie
wiem [...], Boże, jaka ja durna jestem, poczułam się źle koło północy,
zadzwoniłam po brata, a ze strachu że [...] wyszłam bez pożegnania. [...] a
teraz siedzę i nie mogę przestać ryczeć, bo dotarło do mnie jak zmarnowałam
szansę na bycie normalną; teraz wszyscy pomyślą, że jestem niemiła, bo po
prostu zniknęłam i możliwe, że to nie miało większego znaczenia, bo może tak
naprawdę nikt nie zauważył mojej nieobecności... [...] tak naprawdę żal mi
tego, że prawdopodobnie widziałam tych ludzi pierwszy i ostatni raz w życiu i
tak mi szkoda zmarnowanego czasu, bo mogłam porozmawiać z nimi jeszcze o tylu
rzeczach i jeszcze trochę wydłużyć czas powrotu do beznadziejnej rzeczywistości. Chcę umrzeć.”
To nie wszystko co w tamtym momencie ściskało moje, napiszę myśli (bo nie serce), ale po
rozmowie z E. rzeczywistość znowu stała się zwyczajna, a nawet zabawna i nie
pierwszy raz w życiu stuknęłam się w głowę za swój dramatyzm, bo próbuję
nakręcić dramat roku, a nie wydarzyło się nic, nad czym można byłoby prawdziwie zapłakać.
Wersja złego samopoczucia była jak najbardziej prawdziwa, więc po co wymyślać
lepszą. Kolejna nauczka, kolejny zawód na swoim osłabionym organizmie, i będę
jeszcze trochę smutna, że nie pożegnałam się wcale, a tym bardziej jak na
wdzięczną osobę przystało, i chciałam jeszcze tyle zrobić i powiedzieć, ale
może dobrze, że wieczór przybrał inny scenariusz. Cieszę się, że miałam okazję
poznać wiele ciekawych osób, choć pewnie ponad połowy z nich już nigdy w życiu nie
spotkam, ale zapamiętam wszystkie twarze, choć wszystkich nowych imion nie pamiętam.
Nawet jeśli nadal nie mamy wspólnego zdjęcia na pamiątkę, to ważne, że
spędziliśmy wspólnie czas, nawet jeśli to był tylko wspólny dom, nawet nie
pokój, bo minuty były chwilą i jak na gospodarza przystało byłeś dla wszystkich
gości, ale jest coś niesamowitego w tym, że jesteśmy znajomymi, ty i ja, i znowu
byliśmy bliżej na chwilę i możliwe że znowu oddalimy się na dłużej, bo życie wysysa z nas
energię i zmusza do biegu, i każdy czegoś szuka, a my, dziwni z nas znajomi, czy
ktoś pomyślałabym że tak spokojna ja i tak zakręcony ty potrafiliśmy się kiedyś
dogadać, może z boku tak to wygląda, nie wiem jak postrzegają nas inni i naszą
niecodzienną znajomość, ale mimo różnić wiem, że wszyscy gdzieś w głębi serca wierzymy
w to samo i jestem naprawdę szczęśliwa, że mam cię chociaż od święta. Nie muszę
patrzeć na nasze zdjęcie w ramce, nawet nie mam ramek ze zdjęciami w pokoju,
wszystkie ważne dla mnie osoby mieszkają w mojej wyobraźni, piszę dla nich
różne scenariusze i wiem, pewnie znowu wszystko jest zupełnie inne niż rzeczywistość,
ale cieszę się, że przywitano mnie z uśmiechem, zagrano przy mnie na gitarze akustycznej
i wymawiano moje imię z sympatią. Na chwilę zapomniałam, że życie ostatnimi czasy (które ciągną się niemiłosiernie), nie jest dla mnie łaskawe i czasem obawiam się, że nie podołam, nie wezmę się w garść, obrócę w proch, bo brak zdrowia i pracy mnie pokona, ale muszę znaleźć w sobie siłę, abym mogła jeszcze uśmiechnąć się do życzliwych mi osób, abym mogła im powiedzieć, że mieli rację wierząc, że jeszcze mi się uda...
Subskrybuj:
Posty (Atom)