25.03.2020

1084.

Wczoraj, a może to było przedwczoraj, gdy leżałam już na łóżku w ciemności, dotarło do mnie, że ta cała epidemia wyeliminowała mój największy problem - przestałam myśleć o jakimś spotkaniu, które mogło mnie czekać. Teraz czeka nas siedzenie w domu, więc kiedy się spotkamy, jeśli mielibyśmy się w końcu spotkać? Dziwnie mi z tym wszystkim. Jako ktoś ze skłonnościami introwertycznymi oraz ktoś kto to zawsze izolował się od świata, nagle nie potrafię odnaleźć się w tej sytuacji. Może dlatego, że nie zmieniło się prawie nic. Jedyną różnicą jest to, że pracuję przed komputerem w domu, a nie przy biurku w piwnicy. Jestem zmęczona od ciągłego promieniowania urządzeń. Powraca zagubienie i przygnębienie.  Znowu wzięłam się za późno za pisanie. Moja bezsenność sięga niebezpiecznych granic. Jeśli wybiję się z regularnego rytmu snu, rozsypię się całkowicie.

20.03.2020

1083.

Wczoraj nie miałam czasu napisać. Przepisałam cały wieczór z siostrą cioteczną. Miałam też okropne załamanie nerwowe, a dzisiaj nastał okres, więc w tym miesiącu hormony dobiły mnie i moją twarz. Ale teraz powinno być już lepiej. Do lata wszystko się naprawi, prawda?

18.03.2020

1082.

Czy dzisiaj jest już środa? Moja paznokcie są zbyt ostre. Byłam dzisiaj na przejażdżce rowerowej, było dobrze, a potem nastał wieczór i mycie twarzy. Może kiedyś moja twarz przestanie być jedną wielką raną. Może moja skóra się uspokoi. Mogłabym już dostać ten cholerny okres, hormony mogłyby się już zmienić, chyba oszaleję ze smutku. Ale są rzeczy ważniejsze niż moja twarz, zawsze były i zawsze o tym wiem, jak małe to ma znaczenie.

17.03.2020

1081.

Dzisiaj również to nie był mój dzień, ale to nic, jutro też jest dzień, choć dzisiaj bardzo nabroiłam, więc jutro będzie zły dzień, i do końca tygodnia już będzie źle, bo będzie strach, bo nie mam już nad tym kontroli. Ciągle siedzę zadziwiona, że mam trzydzieści lat i walczę w taki żałosny sposób ze sobą. Jak dobrze, że widzą to tylko cztery ściany.

16.03.2020

1080.

Dzisiaj również mi się nie udało. To nic, jutro też jest dzień. Jest tak źle, że jutro ze strachu nie powinnam patrzeć w żadne lustro.

15.03.2020

1079.

Dzisiaj też mi się nie udało, ale to nic, jutro będzie lepiej, jutro zacznie się nowy tydzień, moja twarz zacznie się goić. Dzisiaj był chyba ciężki dzień. Poszłam na mszę, bo nie widzę powodu, dla którego miałabym nie pójść, jeśli nie ma tutaj stwierdzonego przypadku, a później może być coraz gorzej. Właściwie pojechałam rowerem. Słońce świeci tak zachęcająco, choć akurat nie miałam wyjścia, jeśli chciałam zdążyć. Moja mama była na pierwszej mszy, było dwadzieścia kilka osób. Na następnej pojawiłam się tylko ja. To było zbyt wiele dla mojego introwertycznego usposobienia. Stałam w przedsionku, gdzie nikt mnie nie widział i płakałam całe pół godziny, czyli całą mszę, bo nie miałam odwagi stać sama przed ołtarzem, a pojawianie się na mszy bez przyjęcia Eucharystii nie miało dla mnie sensu, zwłaszcza, że moim jedynym powodem nie przystąpienia do Komunii była moja fobia. Wróciłam do domu zawiedziona. Nie dotknęłam jednak twarzy. Pojechałam z bratem na wieczorną mszę. Tutaj było ponad kilkanaście osób. Wróciłam do domu szczęśliwsza. Nie wiem. Moim jedynym powodem dłubania przy twarzy był sam fakt, że jestem przed okresem i mam okropny wysyp. Jak nigdy w życiu. Chyba nigdy nie wygram ze swoją twarzą. Jak dobrze, że mogę siedzieć w domu i czekać na lepsze dni.

14.03.2020

1078.

Będę pisać tutaj codziennie, jeśli ma to mi pomóc w czymkolwiek. Dzisiaj nastał ciąg dalszy rozdłubywania twarzy, bo wystarczyło wpaść na pomysł, aby wziąć do ręki lusterko. Siedziałam tak dwie godziny, wpatrzona w swoją twarz. Cały dzień zerkałam w lustro. Jest 23, a pięć minut temu znów byłam przed lustrem. To się nigdy nie skończy. Moja skóra regeneruje się coraz gorzej. Pocieszam się myślą, że przymus siedzenia w domu chroni mnie przed złym nastrojem. Myślę sobie, tydzień z dala od ludzi, dwa tygodnie z dala od spojrzeń, to bardzo dużo, żeby doprowadzić cerę do jakiegoś porządku. Jest  dwadzieścia sześć minut po 23, powinnam leżeć w łóżku. Moje plany o wczesnym śnie i regularnym trybie życia też rozpadają się bardzo szybko. Moja cera nie wypocznie podczas snu. Nie wiem, może w końcu zacznę pić więcej wody, może to mnie uratuje. Muszę oficjalnie, a to jedyne oficjalne miejsce, muszę oficjalnie gdzieś przyrzec, że nie dotknę swojej twarzy poza wieczornym myciem każdego dnia. Nie wbiję już palców. Nie rozdrapię do krwi skóry. Będę dbać o siebie każdego dnia. Będę myć regularnie włosy, bo mogę przestać wraz z myślą, że po co, skoro zwiążę i tyle. Boję się, że ta przymusowa izolacja pogłębi we mnie to, co najgorsze, że przegram z samą sobą, ze swoimi lękami, z natręctwami i wszystkim. Ale od jutra będzie lepiej. Kiedyś musi być lepiej, więc czemu nie mogłoby być tak od jutra.

13.03.2020

1077.

Dostałam laptopa i mam siedzieć w domu. Mam pracować w domu. Pomijając to, że ogólnie to nie mam pracy; oficjalnie. Będę grzecznie pracować przez 8 godzin, z zegarkiem w ręku, bo praca chroni przed zgłupieniem od nic nie robienia. Moja twarz ma się źle, bo zbliżają się kobiece dni. Wróciłam dzisiaj do domu i rozdłubałam wszystko, co mnie wkurzało, ku chwale siedzenia w domu i radości, że to spokojnie się zagoi. Liczę, że to był mój ostatni raz, że  przez czas siedzenia w domu pozwolę swojej skórze odpocząć. Nauczę się unikać luster. Nauczę się nie patrzeć na siebie przez pryzmat twarzy i pogodzę się z tym, że nic już nie uratuje tych plam bez włożenia w to grubej forsy, której nie mam. Ale moja wina, powinna związywać sobie ręce.  Nie będę tracić czasu na dojazdy. Zacznę codziennie ćwiczyć, czytać książki i oglądać filmy. Postaram się nie nabawić bezsenności. I będę myśleć o tym, że nagle przestałam stresować się tym jednym spotkaniem, bo ono i tak się nie wydarzy, wszyscy siedzą w domu, wszystko jest nagle takie odległe.

8.03.2020

1076.

Dochodzi dwudziesta druga, za pięć minut, za chwilę, powinnam leżeć w łóżku i układać się do snu, ale dzisiaj pełnia. Stałam godzinę przed lustrem i niszczyłam twarz, z przerwami na prasowanie i pakowaniem się na jutro. W międzyczasie słuchałam świadectwa i znowu dotarło do mnie, że nie robię nic, aby się zmienić. Jak to możliwe, że chcę być kimś innym, jeśli moje starania są niewielkie. Wielkie plany w głowie, bardzo rozczarowująca rzeczywistość. Niezależnie z kim o tym wszystkim rozmawiam, moje poczucie winy staje się coraz większe. Ludzie uświadamiają mi tylko, jakie błędy popełniam, ale nikt realnie mi nie chce pomóc, nikt nie rzuci dla mnie wszystkiego, nie weźmie za rękę i nie przeprowadzi przez ciemność. Nie mam do nikogo żalu. Nawet nie mam wobec nikogo takich oczekiwań. Ale mam takie oczekiwania wobec Pana mego, który wyprowadzi mnie z tej niewoli. Muszę tylko odwrócić wzrok od tych wszystkich rzeczy, które przeszkadzają mi  wyrwać się z tego niekończącego się cyklu nieszczęść. Nawet jeśli oznacza to zerwanie wszystkich znajomości, chcę być gotowa na największe poświęcanie. Tymczasem nadal nie jestem. Miotam się między dziesięcioletnią historią, umieraniem ojca, wbijaniem paznokci w twarz i unieszczęśliwiającą pracą. Brakuje mi sił.

3.03.2020

1075.

Prosiłam o osobę, która pomoże rozwiązać mi ten problem i oto jest? Nie jestem pewna. Ale przerasta mnie to tak bardzo, że chwytam każdą szansę, a potem żałuję, że kolejna osoba musi poznać historię o tym, jak spędza mi sen z powiek ta jedna “obsesja”, bo jak inaczej to nazwać. Balansuję między niechęcią, a nadzieją. Nie potrafię już racjonalnie myśleć w tej jednej sprawie i bardzo chciałabym, aby było po sprawie, lecz nie wiem, jak zrobić “po sprawie”, jeśli wszystko jest coraz większym zamętem. Wpakowałam się w to na własne życzenie? Nie wiem. Jedyne rozwiązanie jakie obecnie znam to ucieczka. Mówię sobie "nie" i mam nadzieję, że to coś, będzie coraz bardziej odsuwać się ode mnie, aż samo zniknie, tak po prostu.