31.10.2014

836. Dziesięć lat mniej.

Los chciał, że wyglądam młodziej niż wskazuje na to mój wiek. Moja mama patrząc na zdjęcie przedstawiające mnie i młodszą o pięć lat koleżankę, stwierdziła, że wyglądam jak dziecko. Taki stan rzeczy w zupełności mi nie przeszkadza. Może moja dusza jest stara i zmęczona, ale ciało i zachowanie wykazują wspólnie wiele cech przynależnych grupom wiekowym poniżej dwudziestu lat. Odkładając jednak na bok te śmieszne analizy, wracam myślami do momentu, w którym dzisiaj wieczorem zaczepił mnie chłopak w wieku gimnazjalnym i spytał czy nie chodzimy przypadkiem do tej samej szkoły. Podejrzewam, pewnie trafnie, że stałam się obiektem zakładu z kolegami i zwyczajnie liczył się sam fakt „zaczepienia”, natomiast sposób był mało ważny. Nie zmienia to jednak tego, że niezwykle zabawne i miłe było odmłodzenie mnie aż o dziesięć lat.

27.10.2014

835. Zmartwienia małe i duże.

Wywołałam z wilka z lasu. Chciałam, aby to się skończyło, a dolałam tylko oliwy do ognia, choć nigdy nie zrozumiem jak prośba wynikająca z bezradności, smutku i strachu mogła sprawić, że stało się coś tak nierealnego. Właśnie, nierealnego. Minęła doba, a ja nie mogę uwierzyć, że to działo się naprawdę, krzyki, łzy, latające przedmioty, wszystko jak we śnie. Myślałam, że ¾ naszej rodziny to dorosłe osoby, a jednak wszyscy jesteśmy tak samo zagubieni. Życie jednak toczyć się dalej, na razie w ciszy i wyparciu, z tym złym snem w tle, który po pewnym czasie zacznie blednąć.
Jednak oprócz tak żałosnego wstępu mam do opowiedzenia historię mojej małej „choroby”, która zaczęła się dzień wcześniej. W sobotnie przedpołudnie niespodziewanie zaczęła boleć mnie klatka piersiowa w okolicy serca, głównie przy głębokich oddechach, i nie przestała aż do późnego wieczora. Nie chciałam jechać do szpitala na izbę przyjęć, łudząc się, że ból ustąpi do rana. W nocy miałam jednak trudności z zaśnięciem, a gdy już udało mi się zmrużyć oczy, śniło mi się, że nieustannie przewijam posty na twitterze. Do tego czułam w ciele, że lada dzień zacznie mi się okres, więc na przemian było mi gorąco i zimno, plus ten cholerny ból w klatce piersiowej, więc miałam spore trudności ze znalezieniem wygodnej pozycji. Jedynym plusem było to, że gdzieś pomiędzy śnił mi się Hakyeon, wyraźny, piękny i niemal realny, czyli miałam jeden z tych snów, które jednocześnie kocham i nienawidzę. (Zawsze mi przykro, że to tylko sen.) Około piątej nad ranem w niedzielę postanowiłam udać się do toalety w celu opróżnienia pęcherza, choć przez jakiś czas, leżąc na łóżku, wmawiałam sobie, że wcale tego nie potrzebuję. Fizycznie czułam się okropnie, dlatego nie miałam ochoty się ruszać. Zwlekłam się jednak z łóżka, a potem obudziłam dopiero kilka kroków dalej, siedząc na podłodze przy drzwiach z mętlikiem w głowie. Chyba się trochę przestraszyłam. Przed otworzeniem oczu i rozeznaniem, w jakiej sytuacji się znajduję, miałam wrażenie, że jestem w jakieś przestrzeni, z której muszę się uwolnić, ale w ogóle nie wiedziałam gdzie dokładnie jestem, ani do czego mam wracać. Nie istniały dla mnie pojęcia, tylko ten stan w którym byłam, ciążył mi przed oczami, chyba nawet słyszałam gdzieś w oddali jak upadam. To było dziwne uczucie, tak siedzieć przed drzwiami w ciemnościach, choć tak całkiem ciemno nie było, bo widziałam wyraźnie meble. Zdezorientowana rozejrzałam się po pomieszczeniu, wstałam, włączyłam światło i patrząc na łóżko próbowałam sobie przypomnieć, co stało się od momentu wyjścia z łóżka, ale ten kawałek drogi nie istnieje w mojej pamięci. Zanim upadłam, musiała zrobić kilka kroków, ale nie jestem pewna jak to się stało. Cud, że nie rozbiłam sobie głowy, chociaż wiem, że w pewnym momencie musiałam przytrzymać się ściany. Wiem to, bo moje spocone palce pozostawiły na niej tłusty ślad, który widnieje tam do tej pory. Ogólnie to całe przeżycie było podobne do śmierci, choć przecież nie wiem jak to jest być w takim stanie, ale miałam wrażenie przez te kilkadziesiąt sekund/kilka minut (nie wiem, ile dokładnie trwał mój stan omdlenia), że jestem w piekle. Tak oto pierwszy raz w życiu zemdlałam tracąc przytomność. (Wcześniej zdarzały mi się omdlenia, ale zawsze wiedziałam co się ze mną dzieje.) Po dziewiątej rano brat zawiózł mnie do szpitalnej przychodni. Pani pielęgniarką zrobiła mi EKG. Lekarz przyjął w gabinecie i stwierdził, że zawał mi nie grozi. Moją dolegliwość powiązał ze zbliżającym się okresem, który zaczął się wkrótce potem tworząc jeszcze więcej bólu w całym ciele. Dostałam syrop, niby na nerwy, ale przecież nie byłam niczym specjalnie podenerwowana, nie mam tylko pracy, przyszłości i normalnej rodziny. Bardziej zdenerwowana i przejęta byłam podczas ostatniego roku studiów, choć chyba w sumie wtedy byłam w kolejnym depresyjnym stanie. Lekarz oznajmił, że moje ciśnienie jest wzorcowe, natomiast tętno niepokojące, więc mam robić pomiary )sprzętem, którego nie mam), aby stwierdzić jak to ma się w stosunku do całego miesiąca. Zasugerował, abym kupiła mały ciśnieniomierz na nadgarstek. Przytaknęłam, wiedząc, że nie stać na takie „zabawki”. Wydanie czternastu złotych na leki, które przyjęłam tylko raz, okazało się okropną stratą. Mimo wszystko lekarz był miły, sto razy lepszy niż niektórzy pracujący w Ośrodka Zdrowia w mojej miejscowości, do których musiałabym pójść w razie nieustającego bólu w klatce piersiowej. Tymczasem jest po dwudziestej trzeciej w poniedziałek i nic mi już nie dolega. To dziwne, ale mam wrażenie, że już podczas niedzielnej kłótni ból stał się jakby mniejszy. Aż chce się powiedzieć, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, ale nie wierzę, że nie ma w tym wszystkim żadnego haczyka.
Ciszę się, że po dwóch ciężkich nocach w końcu zasnę w spokoju. To znaczy mam taką nadzieję.

25.10.2014

834.

Za każdym razem, gdy moje włosy plącze wiatr, trudno mi uwierzyć, że jeszcze rok temu były krótsze o dziesięć centymetrów. Skracałam je potem jeszcze kilka razy, a one zaczęły rosnąć szybciej, co jest normalnym zjawiskiem, a przynajmniej słyszałam o takiej zależności. Zeszłoroczny październik miał również kilka słonecznych dni, z błękitnym niebem i lodowatym wiatrem. Momentami trudno uwierzyć, że przeżyłam te dwanaście miesięcy tylko po to, aby znowu wrócić do punktu wyjścia. Mogę pochwalić się jedynie doświadczeniem i kolejnymi zmarszczkami, oraz przekonaniem, że nie powinnam dożyć dzisiejszego dnia, a jednak jestem, tylko nie potrafię zrozumieć po co, więc odrzucam rozum i dryfuję wśród marzeń i snów. Jestem już gdzieś tam, w przyszłości, cieszę się aromatyczną herbatą, fascynującą książką, widokiem morza rozpościerającym się za szklaną ścianą, obecnością przyjaciół przygotowujących śniadanie w kuchni, myślą, że wyjdziemy razem na zakupy, a wieczorem na koncert. Jestem myślami gdzieś tam, w przyszłości, choć nie wierzę, że tak prosta, zwyczajna, ale przyjemna i bezpieczna przyszłość nadejdzie. Przez ostatnie trzy dni wkładałam te same skarpetki. Uświadomienie sobie tego faktu przeraża, tak jak to, że połowę doby spędzam przed komputerem. Ostatnio nie wykonuję i wykonuję czynności, które odrobinę mnie przerażają. Może jako pojedyncze przypadki nie mają większego wpływu na jakość egzystencji, ale wielokrotnie powtarzane kwalifikują się pod zaniedbania. Szczerze, sama jestem ciekawa ile można w ten sposób ciągnąć. Mam przeczucie, że niedługo będę świadkiem morderstwa, a jeśli nie zobaczę na własne oczy zbrodni, to dotrą do mnie jej dźwięki z sąsiedniego pokoju. Zauważyłam, że zaczynam odczuwać strach, ale przede wszystkim czuję się oszukana. Najbardziej chyba boję się tego, że nikt mi nie uwierzy, bo przekonanie, że posiadasz prawdę, nie oznacza, że inni ci przytakną, że ujrzą w ten sam sposób, dlatego milczę, obserwuję i czekam na wielką bitwę, choć tak bardzo nie chcę, żeby nastąpiła. Przeczytałam „W księżycową jasną noc” Williama Whartona. Szkoda, że ekranizacja jest dużo słabsza niż książka.

18.10.2014

833. Może się wydawać, że w mojej głowie jesteśmy już trupami...

Może się wydawać, że w mojej głowie jesteśmy już trupami, albo jak powiedziałaby M., zwłokami, lecz moje rozmyślania są jak rozdział z książki. Smaruję razową kromkę chleba masłem i myślę o tym, że prawie nigdy nie byłyśmy zadowolone z tego, gdzie jesteśmy. Mimo to choć niechętnie, to sumiennie wykonywałyśmy swoje obowiązki. Starałyśmy się, może czasem bez energii, ale sto razy lepiej niż ci całkowicie ignorujący zasady życia w społeczeństwie. Podążałyśmy za wyznaczonymi zasadami, może jak niewolnice, może to był nasz błąd, ale wydaje mi się, że dzięki temu nauczyłyśmy się cierpliwie tkwić w sytuacjach, które innych już dawno wyprowadziłby z równowagi. Nabyłyśmy umiejętności, które pozwoliłyby nam przetrwać w każdej znienawidzonej pracy, ale potencjalni pracodawcy nigdy nie mogli się o tym dowiedzieć, bo niby jak. Rozmowy kwalifikacyjne miały być naszym najsłabszym punktem. Problemem było już udanie się na jakąkolwiek rozmową, co automatycznie przekreślało nasze szanse na lepszą przyszłość. Jako czteroosobowa grupa mogłyśmy zdziałać więcej niż samotnie, co nie zmieniało faktu, że każda z nas mimo surowej samooceny nadawała się do twórczych działań. Wierzyłyśmy, na pewno wierzyłyśmy choć odrobinę, że nie jesteśmy całkowicie beznadziejne. Jednak głęboko w nas tkwił, często nieuświadomiony, strach przed porażką. Nie chodziło jednak o strach przed utratą dachu nad głową czy strach przed kolejnym dniem z pustym żołądkiem. Był to strach, który mówił nam, że już przegrałyśmy, że nie warto walczyć o coś wartościowego, skoro przez lata wkładałyśmy wszystkie siły w walkę o rzeczy nie mające dla nas sensu. Ostatecznie przecież i tak zostałyśmy z niczym (zyskałyśmy tylko kolejne lata w metryce), więc uwierzyłyśmy w naszą bezużyteczność. Strach przed tym, iż wyjdzie na jaw, że nie potrafimy zdobyć tego, co kochamy. Latami grałyśmy tylko w grę o przetrwanie etapu, więc jak miałyśmy uwierzyć, że możemy sięgnąć po więcej. I może to był nasz największy błąd. Bo czy nie lepiej było zostać rannym, a nawet zginąć podczas walki o rzeczy nadające sens naszym oddechom, niż tkwić w oczekiwaniu, w „stanie przejściowym”, który miał się nigdy nie skończyć? Smaruję razową kromkę chleba masłem i myślę, że brakowało nam przewodnika, który wskazałby właściwą drogę, a potem usunął się na bok. Brakowało kogoś, kto uwierzyłby za nas w nas same. Jem śniadanie i myślę, że jeszcze troszeczkę i będę miej jeść, bo będę wolała głodować, niż wpychać w siebie coś, co sprawi, że zacznę przybierać na wadze. Piję wieczorem ulubioną czerwoną herbatę, zastanawiając się ile jeszcze kubków pozostało do ostatniego parzenia. Czekamy, choć tak naprawdę już przestałyśmy czekać. Mogę więc napisać, tak jakbym zaczynała jeden z rozdziałów książki: czekałyśmy, lecz pory roku mijały, chciałyśmy wierzyć, ale utraciłyśmy nadzieję, trwałyśmy w zawieszeniu, aż w pewnym momencie przestałyśmy nawet reagować na narzekanie naszych rodzin. Byłyśmy czwórką zwykłych dziewczyn, które połączyło wspólne przekonanie o brakach, których nadrobienie wydało się tak samo niemożliwe, jak dogonienie skromnych marzeń… Napisałabym, że nie chcę, aby ten rozdział w książce stał się rzeczywistością, ale właśnie to jest rzeczywistość, w której tkwimy. Jestem pierwsza do odstrzału. Z naszej czwórki jestem w najgorszej sytuacji materialnej. Gdy myślę o pieniądzach, przypomina mi się film „Pieta”. W jednej ze scen pada pytanie: Czym są pieniądze? Odpowiedź brzmi: Początkiem i końcem wszystkich rzeczy. Pieprzony świat. Pieniądze nie są potrzebne do szczęścia, a jednak bez pieniędzy nie istniejesz. Wracam więc do cieszenia się moją łącznością z internetem na linii ja – koreański świat. Niedługo pewnie i tego nie będę już miała.

16.10.2014

832. Minął miesiąć.


miesiąc temu, kilkanaście godzin przed koncertem

Ponad miesiąc temu. Zmieniło się wszystko. Nie zmieniło się nic. Miewam miłe sny, ale wolałabym nie mieć żadnych. Nie wiem, co dalej ze mną będzie, choć jest tak, jakby mnie już nie było. Obawiam się zimy, więc wypożyczę książki rozgrywające się w zimowej scenerii. (Choć denerwuję mnie i zasmuca, że w kolejce czeka dwadzieścia innych tytułów, których nie mogę nigdzie dostać.) Mój nieustanny faworyt w tej kategorii to „Biały kruk” Andrzeja Stasiuka. Brakuje mi dobrych książek.

6.10.2014

831. "Miasto wschodzącego słońca"

Jak to bywa w moim małym świecie kinomana, od wybrania filmu do momentu seansu mijają tygodnie, a nawet miesiące. Nadal ciężko znaleźć mi cokolwiek. Nie pamiętam jak długo szukałam koreańskiego filmu „City of the rising sun” (1998), ale gdy już się znalazł, minęło kolejnych kilka dni, zanim zdecydowałam się na obejrzenie. Filmy wybieram rozsądnie, aby nie marnować czasu; chcę oglądać produkcje, które będą odpowiadać moim upodobaniom. Z „City of the rising sun” wiązałam duże nadzieje, mimo że poprzedni film tego samego reżysera oceniłam nisko. Z jednej strony chciałam poznać losy głównych bohaterów, z drugiej obawiałam się rozczarowania, a z trzeciej podejrzewałam, że może to być film, po którego obejrzeniu jest człowiekowi zwyczajnie szkoda, że już minął i znowu chciałby być przed momentem naciśnięcia „play”. Stało się. Minęło już sześć dni, a ja nadal myślę, że Seul jest miastem, gdzie wschód słońca prezentuje się niesamowicie, nawet na słabym obrazie z 1998 roku. W głowie pozostały mi też inne sceny, deszczowe szczególnie, a tym bardziej pozytywnie zaskoczyła muzyka. Natomiast dialog w końcówce filmu idealnie wpasował się w moją aktualną sytuację. Podejście Do Chul’a idealnie oddaje moje myślenie o przyszłości. Życzę jemu i sobie powodzenia, na pewno się przyda, gdy bez gorsza przy duszy i bez dachu nad głową będziemy oglądać kolejne wschody słońca. Chociaż nie, on ma lepiej. Nawet jeśli jego dziewczyna jest cholernie obrażona, to nadal jest jego dziewczyną, która ma własne mieszkanie, więc wystarczy przeprosić. No i jest jeszcze przyjaciel, który choć nie potrafi zrozumieć jego zamiłowania do boksu, to i tak skoczy za nim w ogień. Więc życzę sobie powodzenia, na pewno się przyda.

Do Chul: I want to have my own career. Let’s do it together, okay?
Hong-Gi: How much do you have?
Do Chul: Is money necessary for that?