31.12.2016

917.

Ledwo ciepłe kaloryfery, zepsuty bojler i brak ciepłej wody, popsuta pralka, niedotrzymane obietnice, nieustanny brak zdrowia, pustka w miejscu żołądka, brak apetytu, zmęczenie, jakże cudowna końcówka roku. Mam ochotę nagadać komuś jeszcze dzisiaj, w ten ostatni dzień roku, ale nie mogę, bo nie jestem taka, to znaczy pewnie jestem, ale chcę udawać, że nie, skoro wytrzymałam kilka miesięcy, wytrzyma jeszcze kilka dni. Jest dopiero po dwudziestej, pewnie za dwie godziny położę się spać z nadzieją, że leki znowu nie zabrały mi chęci do życia. Ostatni dzień roku jest dla mnie zawsze wyjątkowo parszywy. Wątpię już nawet w to, że wasza obecność pocieszyłaby mnie choć trochę, a przecież jeszcze kilkanaście dni temu tak bardzo chciałam rzucić się wam na szyję. Mimo to mam odrobinę nadziei, że nadchodzący rok okaże się łaskawszy dla nas wszystkich, a jeśli nie, chcę umrzeć młodo i bez poczucia winy.

30.12.2016

916.

Dziesięciodniowe leczenie wymęczyło mnie jak nigdy żadna choroba w życiu, a i tak jego skuteczność będzie można określić po czasie. Mroczki przed moimi oczami nadal są. Czy miały związek z bakterią, skoro nie miały związku z niedoborem żelaza i hemoglobiny, bo ostatnia morfologia wyszła bardzo dobrze? Czy jeśli miały związek bakterią to znaczy, że bakteria nie zniknęła, jeśli nadal są? A jeśli nie mają związku ani z bakterią ani z morfologią, czy tracę wzrok? Czas do okulisty? Nic nie trzyma się całości i moje roczne leczenie nadal nie przynosi odpowiedzi, a to mroczki przed oczami skłoniły mnie do odwiedzenia lekarza pierwszego kontaktu. Po lekach ilość uderzeń serca na minutę przyspieszyła. A może to problemy z tarczycą, zasugerował lekarz. Mój język przez leki się zmienił. Jak długo będę musiała czekać na powrót do normalnego stanu? Czy to tylko obraz toksyn, a może brak kolejnych witamin? Może to niedobór witaminy B12, mimo że wykluczono chorobę trzewną? Czemu moje ciało tak bardzo mnie nie lubi? W którym miejscu moja odporność zawodzi? Pamiętam, gdy byłam nastolatką, któregoś dnia przyszła mi do głowy myśl, że będę cierpieć za wszystkie zaniedbania i akty nienawiści skierowane w stronę swojego ciała. Czy dzieje się to teraz? A może wymyśliłam to wszystko? Wczoraj przed snem wzięłam ostatnią dawkę leków. Dzisiaj nadal odczuwam ich skutki uboczne. Toksyny krążą w moim organizmie. Ciągle ten okropny gorzki posmak w ustach. Straciłam apetyt. Denerwuje mnie bicie własnego serca. Mam suchą cerę. Mam wrażenie, że zamiast brzucha mam pustkę. Jestem osłabiona, jak to bywa po antybiotykach. Zastanawiam się kiedy moje dobre samopoczucie wróci. Nie pamiętam jak to jest dobrze się czuć i boję się myśli, że już zawsze mogę czuć się źle. To nierozsądne tak myśleć, ale czy ktoś kiedyś powiedział, że jestem rozsądną dziewczyną?

21.12.2016

915.

Dzisiaj pierwszy dzień astronomicznej zimy. “Padał mokry śnieg.” Tak zaczął Julian Stryjkowski w swoim opowiadaniu “Milczenie”, ale za moim oknem słońce i sucha ziemia. “Zapadł grudniowy przedwczesny zmrok najkrótszego dnia. Smutno mi, Boże. Już nie jestem zdolny do rozpaczy. Powłóczysta melancholia czarnego nieba. Co robić? Dokąd iść?” Mój dzień może zakończyć się podobnie – tymi pytaniami bez odpowiedzi i smutnym spokojem. Nigdy nie przypuszczałam, że czekanie może wyssać z człowieka tyle energii, gdy nie wiesz, ile ostatecznie przyjdzie czekać. Dni mijają szybko, z drugiej strony czekanie rozciąga je bezlitośnie. Jestem zmęczona, ale nie potrafię położyć się wcześniej spać, bo kolejna noc to zapowiedź kolejnego dnia spędzonego na oczekiwaniu. Więc przeciągam w czasie moje zamknięcie oczu i wpatruję się tępo w ekran komputera, jakbym miała otrzymać odpowiedź, która rozwieje wszystkie śmieszne obawy. Ludzie pojawiają się w naszym życiu po coś, zawsze chciałam w to wierzyć, ale ciągle nie mogę odgadnąć, czemu znaleźliśmy się razem w tym samym pokoju. I czemu wszyscy łączą mnie w pary wbrew mojej woli, rzucając śmiesznym “a może pójdziecie razem na kawę”. I pytam siebie w duchu, gdzie jest ten, z którym naprawdę chciałabym wypić kawę jako osoba niepijąca kawy. Ostatecznie to nieważne. Moje chęci są tak ulotne, że każdą kawę możecie wypić wszędzie, tylko nie w moim towarzystwie. Ale wiem na pewno, to wiem, że mam ochotę na obrzydliwie słodkie ciasto, ale przy antybiotykoterapii to zabronione. To będę przykre święta, już są, świąteczne piosenki mi zbrzydły, a tutaj radio wygrywa świąteczne przeboje przez osiem godzin. “The secret we shared tightened our friendship, or that’s how I felt.” I może tak to wygląda, może znowu coś mi się wydaje, może znowu wymyśliłam dla nas życie, którego nie ma. Jeśli wspólny sekret ma nas do siebie zbliżyć, to chyba będzie największe tegoroczne kłamstwo. Po lekach pozostaje gorzki posmak w ustach i pusty portfel. Mam wrażenie, że ten rok złamał nam trochę serca. Byliśmy przez chwilę szczęśliwi, ale po szczęściu nie zostało nic. Mój pisk w uszach. Nie tęsknię za głośną rozrywką, tęsknię za ciszą, za strachem przed snem, gdy leżysz na łóżku i wsłuchujesz się w pustkę nocy, a jednak masz wrażenie, że oprócz ciebie ktoś jest jeszcze w pokoju i próbuje odebrać ci życie. Myślę o tym roku jako całości i nie jestem w stanie zrozumieć nic, ale wiem, że w nadchodzącym roku tegoroczne dni będą odbijać mi się długo, za długo.

13.12.2016

914.

Nie wiem od czego zacząć ten wpis, aby nie zabrzmiał równie żałośnie jak wszystkie wpisy związane z moim chorowaniem, które ciągną się od końcówki 2015 roku. W tym miesiącu wydam pół swojej wypłaty na leki (lepiej żeby podziałały, i nawet jak będę czuła się po nich jak kupa, to i tak wezmę wszystkie 120 tabletki, na zdrowie), drugie pół przeznaczę na oddanie długów i mogę wejść w nowy rok z potokiem łez na policzkach, tak jak robiłam to we wszystkie ubiegłe lata. Niesamowite, że od kilku lat spędzam Sylwestra płacząc, bo mam dość, bo nic się nie zmienia, bo “pieniądze są początkiem i końcem wszystkiego.” Nie mam pieniędzy, nie mam nic poza pieniędzmi, jestem ubogim człowiek, i materialnie i duchowo. Wszystkich, których miałam nadzieję zobaczyć w tym roku, nie zobaczę pewnie i w następnym. Jestem zła, chyba mam prawo, mam prawo raz na rok być zawiedziona swoim życiem i samą sobą. Wszystko co robię to widocznie za mało, aby uwolnić się od przeklętego koła karmy, w którą nie wierzę, a jednak coś sprawia, że kolejny raz przerabiam ten sam scenariusz. Ile razy można śnić ten sam rok? Nawet, gdy jestem pozytywnie nastawiona, to i tak wszystko kończy się źle, więc czemu nie mogę być tą zepsutą dziewczyną, którą w rzeczywistości jestem, czemu nie mogę mówić tych wszystkich okropnych słów, których inni już nie mogę słuchać. Ach, i tak was tu nie ma, więc co za różnica. Czasem chciałabym, żeby okazało się, że jestem kimś innym, ale to ciągle ta sama ja. Nie wiem, może utrata słuchu to zbyt mało, abym zrozumiała, o co w tym wszystkim chodzi. Może będę już zawsze zasypiać z piskiem w uszach i niespokojnymi myślami, bo nie wiem, co naprawdę myślą inni i czemu mówią tyle pięknych słów nie mających odzwierciedlenia w rzeczywistości. Wylewa się ze mnie cały żal, ale nie, “nic mi nie jest, życie mi jest”, jakby to trafnie ujęła Agnieszka Chylińska. Znowu zacznę brać leki czując się tak jakbym brała truciznę. Tyle skutków ubocznych, każdy kolejny na liście gorszy. Nie mogę się doczekać.

Nagle przypomniało mi się, że dnia drugiego stycznia bieżącego roku P. napisała do mnie smsa:
„Ja miałabym nie żyć? Oczywiście, że żyje. Widzisz, obie wytrwałyśmy! Właśnie stoję w centrum handlowym w pracy i nawet otaczające mnie kwiaty nie poprawiają tej sytuacji, która mi się nie podoba. Nie lubię ludzi. Mam nadzieję, że masz się już lepiej, Twoja wiadomość na tumblrze trzymała mnie w strachu i niepewności przez cały czas czytania jej, przykro mi, że akurat Tobie przytrafiło się takie bagno, tak jakbyś nie miała wystarczająco problemów, także tych zdrowotnych. I bądźmy pozytywni, że przeżyjesz, w sensie że nie tylko przetrwasz, ale prze-żyjesz rok 2016 lepiej niż te ostanie miesiące.”

Wracam do niego co jakiś czas i nie mogę uwierzyć, że wszystko potoczyło się w ten sposób, poza moją kontrolą. Mam wrażenie, że ciągnę ten wózek na siłę i nie dla siebie, ale tak, zdecydowanie prze-żywam ten rok za bardzo, a tu jeszcze ponad dwa tygodnie i jeszcze tyle złego może się zdarzyć, bo czuję to w kościach. Jak zwykle błędem było to, że wyszłam wtedy z domu, i wtedy też i wtedy, i że zamiast „nie” mówiłam „tak”. Zawsze podejmuję złe decyzje, nawet wybór zwykłej herbaty w sklepie to zawsze wybór na śmierć i życie. Nie mam do siebie siły.

8.12.2016

913.

Poniedziałek był długi. Obudziłam się zmęczona. Miałam trzy pobudki w środku nocy na dwie przespane godziny. Później czekałam trzy godziny na badanie, trzy na powrót do domu. Mój brat chciał odwiedzić kolegę przebywającego w szpitalu, a że nie udało mu się przed południem, musiał zrobić drugie podejście. Wejść z nim nie mogłam, więc zostałam sama w samochodzie, mając przed sobą jedynie widok na chodnik, po którym co jakiś czas powolnym krokiem sunęli ludzi. Nie wiedziałam ile przyjdzie mi czekać, ale miałam nudzić się i marznąć. Uratowałby mnie telefon z dostępem do internetu, ale takiego nie posiadam więc otulona kurtką, z kapturem na głowie siedziałam wbita w fotel i wpatrywałam się przed siebie. Marzyłam o ciepłym prysznic i śnie. Nie wiem ile czasu minęło, gdy zobaczyłam sylwetkę mojego ojca. Pomyślałam, że pomógł mojemu bratu wejść na właściwy oddział i udał się w drogę powrotną z pracy do domu, a że obecnie mieszka w przyszpitalnym hostelu ma blisko, i nie, nie jest lekarzem, jest byłym pacjentem. Nalegał, aby pójść do przy hostelowej kawiarni i się ograć, bo przecież zamarznę czekając, a ja pomyślałam, że bez problemu mogłabym siedzieć, czekać i zamarzać i mieć święty spokój.  Nie miałam wyboru. Co mogłam zrobić? Zatrzasnąć drzwi i zamknąć samochód od środka? Poszliśmy. Nie mogłam, a może nie chciałam pić nic ciepłego, w ogóle nie chciałam pić, z prawie pustym żołądkiem, bo wtedy wszystko przepływa przeze mnie jak wodospad, a toaleta nie zawsze jest w pobliżu, a ku nieszczęściu nie urodziłam chłopcem i mam trudniej, ale znowu nie miałam wyjścia, więc wypiłam zimny sok i zrobiło mi się jeszcze zimniej. Kawiarnia, właściwie kawiarenka, okazała się miejscem, które zatrzymało się w czasie. Z zewnątrz zwykły szary prostokątny budynek, w środku zlepek stylów kompletnie do siebie niepasujących, a mimo to sprawiających, że wnętrze prezentowało się wyjątkowo przytulnie. Na podłodze turkusowa popękana wykładzina, na ścianach wzorzyste tapety, na suficie sztukateria. Kilka stolików, chyba trzy, na nich sztuczne kwiaty wetknięte w wysokie szklanki wysypane czerwonymi kamyczkami, drewniane stoły, za niskie krzesła na to aby na ich oparciu powiesić długą kurtkę czy wygodnie usiąść drewniany barek. Okna i barek obwieszono świątecznymi różnokolorowymi lampkami. Była nawet sala dla VIP-ów, do której wejście zagrodzono grubym kolorowym sznurkiem. W środku stoliki z fotelami, na jednej ze ścian ogromna fototapeta z zachodem słońca, a nad przejściem w kształcie łuku widniał wypukły napis w drewnie “Nadzieja”. Ten cały kicz pasował do sytuacji. Hotelowi mieszkańcy, alkoholicy (w trakcie lub po terapii) przychodzili porozmawiać z panią obsługującą przybytek, kupić coś albo rozmienić pieniądze. Wszyscy zwracali się do mojego ojca po imieniu, wszyscy koledzy, sąsiedzi z jednego korytarza. Było przytulnie, jednak nie poczułam się jak u siebie w domu. Wszyscy znali się nawzajem i znali mojego ojca, w przeciwieństwie do mnie, nie wspominając o całej obcej mi reszcie przebywającej w pomieszczeniu. Ciekawe ilu osób domyśliło się, że jestem jego córką, a nie panią do towarzystwa zaczepioną na ulicy i zaproszoną na kawę. Czy kogoś w ogóle obchodziło że tam jestem? Ach tak, podszedł do nas ten starszy pan poczęstował mnie landrynkami. Nie miałam na nie ochoty, ale wzięłam, doceniając miły gest. Nie byłam głodna. Po dobie bez jedzenia łaknienie ustaje. W takim miejscu można kupić przekąskami typu paluszki i batoniki, albo coś gorącego na szybko, czyli dania z mikrofali zakupione w pobliskim markecie, przykładowo frytki. Można też wziąć coś całkiem na zimno. W środku stały aż dwie lodówki wypełnione lodami. Było wszystko, aby zajść na chwilę i ugasić pragnienie lub zaspokoić głód. Było wszystko oprócz alkoholu. Za ścianą mieszkają alkoholicy, więc przypadkowi goście, np. odwiedzających pacjentów w pobliskim szpitalu, muszą być zdziwieni, gdy chcą zlać złą wiadomość o wynikach badań alkoholem, a mogą dostać tylko herbatę. Rozglądałam się po pomieszczeniu, patrzyłam na przypadkowo porozwieszane obrazki przedstawiające kwiaty i byłam zaskoczona, że tak bardzo spodobało mi się w środku. Pomyślałam, że nic nie mogłoby krępować mnie w tak prostym i zwykłym-niezwykłym miejscu. W swojej wyobraźni od razu zaczęłam zapraszać kilku znajomych na szklankę soku. Już siedzieli przede mną i już zaczęłam tęsknić za ich obecnością i żałować, że nie ma ich ze mną zamiast mojego ojca i znowu próbowałam zrozumieć jak to się stało, że mam coś czego nie chcę, a nie mam tego czego pragnę. I tak przez prawie 3 godziny siedziałam i rozmawiałam z ojcem. To była najdłuższa rozmowa jaką przeprowadziłam z nim w całym dotychczasowym życiu. Nigdy nie spędziliśmy razem tak dużo czasu. Przeszkadzało mi, że nie mogłam zerknąć na widok za oknem, bo zaraz sugerował, że pewnie wróciłabym już do domu. A mi było obojętne, czy siedzę tu czy nie, po prostu lubię obserwować ruch za oknem i ludzi, nic więcej, ale nie chciałam słuchać komentarzy, więc przestałam patrzeć. Mój ojciec jak zwykle snuł opowieści nieprawdziwe, znowu chciał widzieć rzeczywistość inną niż jest i wyjść na lepszego niż był. W sumie wszyscy chcemy być lepsi niż jesteśmy, choć czasem robimy na odwrót, czasem mieszamy siebie z błotem bez powodu. Zastanawiam się po kim to mam, tę fantazję, i chyba już wiem. Czasem mam wrażenie, że wszystko co widzę to tylko wymysł mojej wyobraźni, nic więcej. Jeszcze niedawno wydawało mi się, że moglibyśmy, i że to prawda, a dzisiaj chce mi się tylko spać i nic poza tym.

6.12.2016

912.

Przetrwałam wszystko czego miałam nie przetrwać, czyli wyszło jak zwykle. Wytrzymasz - powiedział. - Nawet wyobrażenia nie masz, ile można wytrzymać. Tak, świętej pamięci Marek Hłasko z pewnością wiedział o czym pisze. Przeszłam gastroskopię w znieczuleniu miejscowym i kolonoskopię bez znieczulenia, bo nie chciałam dostać w żyłę i stracić nad sobą kontroli, a wiem, wiem to na pewno, że mówiłabym same głupoty, bo noszę w sobie zbyt wiele niewypowiedzianych słów i zaczęłyby płynąć ze mnie jak rwący potok. Zamiast błogiego stanu senności i błądzenia na pograniczu jawy i snu, wolałam cierpieć jak nigdy dotąd. Wcześniej zdarzyło mi się to podczas operacyjnego usuwania ósemek. Znieczulenie ledwo działo, bo zabiegi trwały tak długo, że nawet dwa zastrzyki w dziąsło nie pomogły. Zęby były wyjątkowo trudne do usunięcia, więc jelita też musiały być wyjątkowo ciężkie do przebrnięcia dla endoskopu. Czemu nie, po co mieć łatwo, jak na koniec można zrobić z siebie bohatera roku. Twardy ze mnie zawodnik i mam duży próg wytrzymałości na ból fizyczny, ale szczerze mówiąc, myślałam, że tym razem nie przetrwam, choć w sumie nie wiem o czym dokładnie myślałam leżąc tam, z rurką w tyłku, chyba tylko o tym, że nie chcę znieczulenia i nie chcę leżeć na oddziale dwie godziny, bo i tak czekałam trzy godziny na swoją kolej. Przeszłam badanie „na żywca” i uważam, że jest do przejścia, choć nie jestem pewna, czy zgodziłabym się na drugie. Miałam wrażenie, że ktoś od środka chce przebić mój brzuch pięścią. Przy takim bólu nie liczy się nic. Jesteś tylko ty i twój ból, właściwie jesteś bólem, i bez różnicy, że masz śmieszne gacie z dziurą na tyłku, że patrzy na ciebie młody lekarz i nawet nie czujesz wstydu, bo wiesz, że to praca, a nie prywatne spotkanie, nawet nie jest ci wstyd za swoje ciało i za nic, tylko ten ból, chcesz żeby minął jak najszybciej i nie wiesz co ze sobą zrobić, czy krzyczeć czy przygryzać wargi. Na szczęście asystująca pani pielęgniarka wspierała mnie jak mogła, słowem i czynem. Niesamowite, że samo trzymanie za ręce daje tyle wsparcia. Chciałabym, aby ktoś trzymał mnie za ręce w najtrudniejszych chwilach mojego życia, ale moje dłonie są zawsze zimne i puste, pewnie dlatego i ja taka bywam. Czasem chciałabym złapać kogoś za rękę, ale boję, że odbierze to niewłaściwie i wyjdzie z tego więcej niepotrzebnych nieporozumień. Czasem myślę, że zwykłe trzymanie za ręce może przynieść wiele bólu i chyba wiem, skąd mi się to wzięło. Boże, to lato było nieprzewidywalne. Początkowo badanie wykonywała przyszła pani doktor, czyli nadal ucząca się dziewczyna (to nie była jej pierwsza kolonoskopia), co mi nie przeszkadzało, miałam zaufanie do tych ludzi, a kończył lekarz, bo żeby przebrnąć przez moje jelita trzeba było więcej wprawy. Zerkałam na twarze lekarzy, widziałam ich pełne skupienie i zero reakcji na moje jęki boleści. Myślę, że lekarze muszą być twardzi, muszą mieć przekonanie, że nie robią krzywdy. Ból podczas kolonoskopii powstaje z powodu wdmuchiwania powietrza do światła jelita albo podczas „prześlizgiwania się” przez zakręty. Zadawali mi ból, ale realnie nie robili krzywdy. W momentach bezbolesnych, a było ich więcej niż bólu, patrzyłam na ekran i podziwiałam swoje wnętrzności. Uroczy widok, zwłaszcza jak ma się zdrowe jelita. Ach, więc po co było tyle bólu i męczarni? Tylko dla pewności. Mam zdrowie jelita. Badanie trwało zadziwiająco krótko, 15 minut, bo nie trzeba było pobierać wycinków. (Za to odebrałam wynik gastroskopii; okazało się, że pobrali ich aż 8(!), dlatego tak okropnie dłużyło mi się w trakcie.) Kiedy badanie dobiegło końca i endoskop zaczął opuszczać moje jelita, leżałam spokojnie, zmęczona i chyba szczęśliwa, choć nie przesadzałabym z tym określeniem, po prostu poczułam ulgę. Przekręciłam głowę na bok i spojrzałam na stojącego lekarza. Patrzył na mnie, wprost w moje oczy. Dziwne uczucie. Czy wyglądałam tak tragicznie? O czym pomyślał? Jak długo lekarze przechowują w pamięci pacjentów? Jak często przeprowadzają badania młodych jak ja osób? Zapisałam oczami kilka migawek z badania, przechowuję obrazy w głowie jak zdjęcia, i nie wiem czemu, ale poza wnętrzem swoich jelit, moich dłoni w dłoniach pielęgniarki, profilu dziewczyny wykonującej badanie i endoskopu w jej rękach oraz pielęgniarki, która niespodziewanie pojawiła się w okienku jak na stołówce, jakby chciała wydać obiad, a tak naprawdę potrzebowała czegoś akurat z sali, w której miałam wykonywanie badanie i akurat w momencie, w którym myślałam, że zejdę z tego świata (teraz ten obraz mnie bawi), zapamiętam oczy tego lekarza, choć nie mam zielonego pojęcia jak się nazywał. Mój lekarz prowadzący, z racji tego, że kieruje Kliniką Gastroenterologii, znowu nie miał czasu wykonać badania, więc zrobił to ktoś inny. Jestem wdzięczna tym ludziom, że dobrze się mną zaopiekowali. W poniedziałek wizyta z wynikami i konsultacje u gastrologa i hematologa. Nie trzeba być specjalistą (choć chyba minęłam się z powołaniem, przez ostatni rok tak dużo naczytałam się o chorobach i lekach, że mogę spokojnie udzielać podstawowych porad), żeby odczytać negatywny wynik gastroskopii. I tak oto zagadka mojej anemii z niedoboru żelaza zostaje rozwiązana po roku. Bakteria w żołądku. (Bakteria, która żywi się żelazem. Ciągle brałam żelazo w tabletkach, miesiącami, tak, bo to pierwsze co robi się przy anemii - zaleca się suplementację.) Likwidacja takiej bakterii to antybiotyki plus inne leki, a antybiotyk to najgorsze co może być, bo osłabia i niszczy ciało, obniża odporność, a odbudowanie flory bakteryjnej jelit po antybiotykach trwa nawet pół roku. Przykro mi Łukasz, ale tego piwa napijemy się chyba za sto lat. Jeśli nadal będziesz chciał, za te sto lat ze mną pić. 

3.12.2016

911.

Znowu trwam w tym „cudownym” stanie, gdy teraźniejszość jest tak przykra, że liczy się tylko jej przetrwanie. Chciałabym już połowę przyszłego tygodnia. Nie chcę dobrych wyników badań, ani bezproblemowego załatwienia wpadki fundacji, ani wyjaśnienia tych zagadkowych znajomości. Chciałabym tylko, aby było po wszystkim, wtorek rano, żebym mogła zjeść smaczne śniadanie i nie odczuwać fizycznego bólu, ani zmęczenia z powodu odwodnienia i głodu. Nagle okazuje się, że oprócz tego chciałabym, aby pisk z moich uszu zniknął, bo dzisiaj dodatkowo boli mnie głowa, a nie mogę wziąć tabletki ze względu na poniedziałkowe badanie. I przypominam sobie, że chciałabym tak wiele rzeczy, których nie powinnam chcieć, biorąc pod uwagę rozsądek, bo przecież nie chciałabym umrzeć ze strachu, ani ponosić konsekwencji tego wszystkiego, o czym śnię po nocach. Jestem za słaba na normalne, zdrowe życie. Jakie to śmieszne. Chyba jak cały ten rok. Znowu wiem czego nie chcę, zamiast wiedzieć czego chcę.  Całe życie przez zaprzeczenie. Czy kiedyś będzie inaczej?

25.11.2016

910.


Niesamowite, kiedyś umawialiśmy się na spotkanie rok, teraz udało nam się zrobić to w kilka dni. Jestem z nas dumna, robimy postępy. Tylko nie do końca ja. Jeśli mam reagować w ten sposób za każdym razem gdy się widzimy, jeszcze kilka spotkań i zejdę z tego świata, więc proszę, widujmy się częściej, tak bardzo chcę umrzeć. To że nazwałeś mnie pokrewną duszą… nie wiem… mam wrażenie, że to najlepsze słowa jakie mogłam usłyszeć…. od Ciebie… i w tym momencie życie mogłoby się zakończyć, bo wszystko co nastanie później nie będzie mogło równać się tej jednej chwili, w której czytałam Twoją wiadomość. Byliśmy razem na kawie i w kinie i nawet nie wiesz jak bardzo ucieszyłam się, gdy wybrany przeze mnie film zrobił na Tobie wrażenie. Mam mnóstwo takich filmów, już obejrzanych, z dawnych lat, więc nie zobaczysz ich na kinowym ekranie, ale kiedyś obejrzysz je w domowym zaciszu z myślą, że przy wszystkich płakałam. Emocje trzymały mnie na kilka dni przed, byłam tak nierozsądnie szczęśliwa i delikatnie zestresowana, że później, gdy nasz czas dobiegł końca i pożegnaliśmy się nocą, weszłam do klatki bloku, w którym mieszkam i rozpłakałam się żałując, że nie urodziłam się kimś innym.

22.11.2016

909.

Myślę, że nasza znajomość to jedna z najpiękniejszych rzeczy, która przytrafiła mi się w życiu. To takie zawstydzające pisać o tym wprost. Patrzę wstecz i jest coś smutnego w tym, że przez mój dystans (wynikający z mnóstwa dziwnych obaw, pewnie w większości wyimaginowanych), przepisaliśmy ze sobą pół życia, a przecież mogliśmy inaczej spędzić ten czas. Mogliśmy siedzieć przed sobą zamiast przed komputerem. Minione lata mogły być naszym najlepszym czasem w życiu, a teraz, gdy jesteśmy dorośli i mamy więcej możliwości, moglibyśmy odzyskać utracone dni, ale ogranicza nas mój zepsuty słuch i nie mogę uwierzyć, że już nigdy nie pojedziemy razem na koncert, ani nie stracimy głosu bawiąc się na najgłośniejszej imprezie świata. Nic się nie zmieniło. Problem zawsze leży po mojej stronie. Ale widzimy się jutro, bo możemy spotkać się w innych okolicznościach, więc jutro nie będę mieć problemu, żadnego, jutro będę najbardziej bezproblemową dziewczyną na świecie. Ktoś chce postawić zakład czy mi się uda?

19.11.2016

908.

Jesteś jak film, którego nie jestem w stanie obejrzeć do końca, bo wiem, że będzie mi okropnie szkoda, gdy zobaczę napisy. Tym bardziej, że wiem, wiem, że kiedyś będę musiała przerwać ten seans. Bo jesteś moim ulubionym zakazanym filmem. Nigdy nie zrozumiem dlaczego tak jest. 

12.11.2016

907.

Nikt nie spytał czy przeżyłam, nikogo to nie obchodziło, więc czemu opowiem wszystkim o badaniu, które we wspomnieniu nadal wydaje się nie do przejścia. Pamiętam jak zareagowałam na konieczność wykonania. Wróciłam do domu i płakałam, mówiąc, że nie dam sobie wcisnąć żadnej grubej rury przez gardło aż do żołądka. Przeszło mi, wtedy gdy inne sprawy zawładnęły moimi myślami, więc już na drugi dzień od przykrych wieści. Udawałam, że to wcale nie jest moja przyszłość. Ostatecznie przyjęłam wszystko na klatę, jak na prawdziwego faceta przystało. Nadal nie wierzę, że tak dobrze i spokojnie przeszłam badanie. Moja obojętność powala mnie na kolana. Wsuwają mi rurkę do gardła, a ja leżę jak nieżywa, bo nie wierzę, że ten rok to wycieczki po kabinetach lekarskich. Za trzy tygodnie wyniki. Za trzy tygodnie badanie numer dwa. Nagle życie wydaje się takie zabawne. Spaceruję korytarzami poradni i szpitali, wszyscy zwracają na mnie uwagę, bo jestem młodą twarzą wyróżniającą się na tle strasznych ludzi.


Życie jest takie zabawne, kiedy mówią, że jestem ładna. Przerasta mnie to. Ludzie, opanujcie się. Przecież daleko mi do Miss Świata. Czy męczyły was kiedyś komplementy? Boję się, że zza rogu wyłoni się ktoś, kto znowu fatalnie się zauroczy. Próbuję przywołać w mojej wyobraźni obraz nas i nie wiedzę nas wcale, i jest mi tak przykro, że nie czuję nic, a ty czujesz tak wiele. To napisała kiedyś Sarah Kane. „Czasem obracam się i czuję w powietrzu twój zapach i nie mogę wyrazić […] tęsknoty za tobą. I nie mogę uwierzyć, że ja czuję tyle, a ty nie czujesz nic. Naprawdę nie czujesz nić?” Nic. Tak mi przykro. 

8.11.2016

906.

Martwię się. Martwię się o ciebie i siebie i tysiące rzeczy, o które nie powinnam się martwić. Martwię się, że podejrzenie o ukryte kłamstwo zacznie niszczyć naszą i tak skomplikowaną relację, ale zachowujesz się niepokojąco dziwnie. Martwię się, że jednak wszystko jest prawdą i tylko prawdą i chyba to jeszcze gorsze, bo sypiesz się razem z kolejnymi ciosami, które wymierza w ciebie życie. Martwię się o A., o jej zdrowie, o to, że że ciągle coś mi umyka, że skrawki informacji tak naprawdę sprawiają, że ostatecznie nie wiem nic, a tak bardzo nie lubię ciągnąć ludzi za język, jeśli zamykają przede mną swoje drzwi. Martwię się o P., która podróżuje sama po Nowej Zelandii, łapiąc piękne jak i przykre wspomnienia, bo przecież po drodze każdy może ją skrzywdzić. Martwię się o E., która dzisiaj stresuje się wyjątkowo mocno, jakby z tego stresu na końcu miały pozostać tylko przykry wieczór i morze łez. Martwię się o Ł., który co roku poddaje się jesiennej chandrze, choć wiem, że to nie tylko pora roku tak przygniata. Martwię się o tych, od których nie mam już wieści. Na pewno mają swoje zmartwienia, które pozostają milczeniem. Na końcu martwię się o siebie. Nie martwię się o nie najlepsze zdrowie i wyniki badań. Martwię się, że nie dam rady przejść gastroskopii i kolonoskopii i nie zostanę nawet swoim własnym bohaterem.

30.10.2016

905.

W pracy kontempluję życie, a przecież miałam nie mieć czasu na myślenie, tymczasem nie zajmują się niczym innym jak myśleniem właśnie, a myślę o wszystkim o czym nie powinnam, godziny mijają, a mi więcej we mnie myśli, tym bardziej pusta się czuję. Chciałabym podzielić się tyloma rzeczami, ale coś sprawia, że nie mogę i pozostaje mi tylko pustka po tych wszystkich ciężkich myślach.


Kontempluję życie w pracy zwanej stażem. Mówią, że najwięcej obowiązków zrzuca się na stażystów, tymczasem nikt nie każe parzyć mi kawy ani przekładać sterty dokumentów, zero brudnej roboty. Kontempluję chwilę obecną, która ciągnie się w nieskończoność. Na tym polegają moje początkowe zadania, wbrew pozorom to najgorsze co mogło mi się przytrafić. Miałam uciec przed ciągnącymi się sennie godzinami i bezsensem czegoś, co jest moim istnieniem, tymczasem popadam w jeszcze większy absurd siedząc tutaj, bo nie wiem po co siedzę, jeśli tylko siedzę i nic, minuty płyną i nic, ruch wokoło mnie, a ja nic, bezruch, nikomu niepotrzebny eksponat, siedzę, i nic, nic, nic. Lecz to nie tak, że jestem niezauważalna. Siedzę w przejściu, bo muszę, bo takie wydzielono dla mnie miejsce, przed komputerem, gdzie każdy przechodzący może zerknąć na ekran. W „moim” pomieszczeniu jedzą posiłki i przyjmują płyny, wszyscy kawę, nie licząc mnie i N., wypłukują z organizmu wszystko co dobre, rozpoczynając dzień od mocnej kawy. Tylko mnie dręczy myśl, że jedna "cienka" herbata na dzień stanie się przyczyną niedoboru wszystkich pierwiastków i mikroelementów, jakby dziewięciomiesięczny problem z brakiem żelaza mi nie wystarczył. Godzinę siedzimy razem, a potem każdy rozchodzi się do swoich obowiązków; oprócz mnie, bo mną nie ma się kto zająć. Jeszcze nie czas, wszyscy zajęci, płaci kto inny, więc co to za różnica. Ludzie przewijają się za moim plecami jak duchy. Bywam niespokojna. Siedem godzin, które uwierają jak za małe buty. Gdyby nie E., przetrwać byłoby trudno, dzięki niej czas płynie odrobinę szybciej. 

20.10.2016

904.

Przeczytałam: od tego są przyjaciele – pomagają w robieniu głupstw i uśmiechnęłam się do siebie. Są też przyjaciele, którzy chronią przed robieniem głupstw, bo usłyszałam: martwię się o ciebie, martwię się że będziesz potem cierpieć. A mi nagle wszystko zobojętniało. Udaję, że nie czekają mnie te parszywe badania, choć mam szczęście do lekarzy i może po dziewięciu miesiącach odkryją przyczynę tego wszystkiego co osłabia mój organizm. Chciałabym wypisać wszystko, co siedzi we mnie, ale jutro, już jutro mogę chcieć czegoś zupełnie innego, bo czekałam tak długo na ten dzień, że chyba go nie chcę przez te wszystkiego okropne obawy, które wlewają we mnie inni. Mroczki migają przed moimi oczami, a w uszach rozbrzmiewa nieustający pisk. Chyba jestem wariatką.  

11.10.2016

903.

Wyobrażam sobie jak pijemy razem piwo, którego smaku szczerze nie lubię i którego nie powinnam pić, jest deszczowo, albo śnieżnie, co wolisz, stoimy i marzniemy, bo przyszło nam się włóczyć bez celu po jakimś obcym mieście, ale piękne widoki rekompensują nam wszystko, nawet jeśli to tylko ciemne zaułki strachy kamienic. A może powinniśmy udać się nad rzekę, tak, w takiej Korei Południowej jest dużo pięknych mostów, ale nie, niby jakim cudem mielibyśmy znaleźć się tak daleko od domu, w dodatku razem, to niemożliwe w żadnym z naszych żyć. Kiedy kończymy piwo, którego nie powinniśmy pić w miejscu publicznym, tłuczemy szklane butelki o ziemię i uciekamy jak najdalej, jakbyśmy ukradli milion, a przecież to tylko rozbite „niechcący” szkło. Możemy też pić z puszek. Puszki zgnieciemy i wrzucimy elegancko do kosza na śmieci. Łazimy, w te i z powrotem, nie wiedząc po co, na co i dlaczego, ale fajnie było wyrwać się na chwilę gdzieś dalej i zapomnieć o tym co boli. Choć nie do końca. Rozmawiamy. Wpadasz przy mnie w ponury nastrój. Zauważyłeś? Przy mnie jest bardziej nastrojowo, ale też bardziej przykro, nagle życie wydaje się nieustającym smutkiem i niczym więcej, zawsze wprawiam cię w taki nastrój, bo taka jestem, a jednak zawsze na koniec żegnamy się z uśmiechem. Chciałabym się zamknąć, ale przecież wiesz, że zawsze milczę, więc mówię jak bardzo już nie mogę, za to ty nie możesz mnie już słuchać. Zaczynamy się śmiać, bo tak robią ludzie zrozpaczeni, a ty próbujesz mnie uciszyć, bo przecież nie wypada, choć nie potrafisz zmazać uśmiechu ze swoich ust. Nagle dostajesz smsa. Kto spodziewałby się wiadomości o tak późnej porze. Wszystkie złe wiadomości przychodzą nocą, do mnie zawsze. Ale dla ciebie to jak wybawienie, jedna upragniona wiadomość, która zmienia wszystko. Wracamy do domu, każdy do swojego, choć odprowadzasz mnie pod same drzwi, abym nie zgubiła się po drodze, a przecież to śmieszne dbać o swojego „anioła stróża”. Padam i zasypiam niemal od razu. Dawno nie byłam tak zmęczona i tak spokojna, zaś ty nie będziesz mógł zmrużyć oczu aż do rana, tylko dwie godziny płytkiego snu, to wszystko, bo emocje będą kłębić się w twoim żołądku jak stado trzepoczących motyli. Musi się udać. I chyba udaje. Mijają długie miesiące, może lata, zależy ile czasu potrzebujesz, aby klęknąć na jedno kolano. Nie zapraszasz mnie na swój ślub, może zapomniałeś, a mi jest cholernie przykro jak nigdy jeszcze nie było w całym dotychczasowym życiu, bo przecież wydawało mi się, że znałam twoje wszystkie miłosne wzloty i upadki. Powinnam być śmiertelnie obrażona, ale nie potrafię. Chyba płaczę, tak dawno nie płakałam, ale płaczę ze wzruszenia. Tak, mam niesamowicie bujną wyobraźnię. 

30.09.2016

902.

Czyżby Ktoś na górze wymyślił, że moim przyszłym mężem będzie lekarz? Zapewne nie. Wszyscy są żonaci albo za starzy i choć spotykam kobiety lekarki, to również z obrączkami na palcach. Ostatecznie orientację seksualną mam tylko jedną, ale męża nie szukam, tak było od zawsze i na zawsze. Niedługo minie rok od kiedy zaczęło się moje chorowanie (lub „chorowanie”, jak czytelnik woli). Niesamowite, jestem zapisana do kolejnego lekarza, bo muszę zrobić badania, na które wysłał mnie inny lekarz; na dwa obrzydliwe, przerażające i ciężkie badania. Zanim nadejdzie ten przykry dzień, będę żyła w stresie około dwóch miesięcy (jeśli sprawy ułożą się pomyślnie), bo dla biednych i leczących się w ramach NFZ kolejki są długie a godziny wizyt niedogodne. (Przecież za dwa tygodnie zaczynam staż.) Ciągle nie wierzę, że śnię kolejny najgorszy rok w swoim życiu. Boże, ileż można? Znowu się sypię, znowu sięgam swoich granic wytrzymałości i jestem zła na siebie, że po raz kolejny jestem bałaganem. To niewybaczalne. Chcę, aby nastąpił koniec świata, może tylko mojego, ale aby nastał, abym został wybawiona. Myślę o ludziach, którzy cierpią bardziej ode mnie, spędzają całe dnie w szpitalach, spędzają tam resztę życia.  Wstyd mi, ale to tylko ja, ciągle nie wiem po co tu jestem. 

16.09.2016

901.

Lato odchodzi zabierając ze sobą wszystkie dobre rzeczy, które miały się wydarzyć, a nie miały miejsca. Nie wiem jak wytrzymam, kiedy świerszcze przestaną pomagać mi w zaśnięciu. Jesienią o parapet zastuka deszcz, a co będzie zimną, kiedy nastanie mroźna cisza? Zaczynam żałować, że wyszłam z domu, wtedy i wtedy, i że znowu wdałam się wciągnąć w sytuację, która zaczyna ciągnąć mnie w dół. Nie wierzysz mi, ale pociągnę cię za sobą w przepaść. Będzie zabawnie.

11.09.2016

900.

Sezon weselny dobiegł końca, a mi pozostał tylko żal, że nic wyglądało tak, jakbym chciała. Jestem rozczarowana życiem, ach, to nie nowość, i oczywiście rozczarowana sobą, bo przecież powinnam być kimś innym w dniu ślubu swoich przyjaciółek, z którymi dorastałam niemal w piaskownicy. Zawsze będzie mnie boleć, że nie dorosłyśmy w tym samym czasie, że nie dorosłam do roli, której nie dostałam, a którą chciałam odegrać. Coraz trudniej odnaleźć mi się w rzeczywistości, w której przyszło mi oddychać, a przecież całe swoje życie oddycham tym zatrutym powietrzem, więc czemu teraz mi to uwiera, nie wiem. Obawiam się wizyty u kolejnego lekarza i nowych badań i tego, że wszystko będzie ciągnąć się kolejny miesiąc. Obawiam się że wyślą mnie na tragiczny staż i nie dam i będę cierpieć cztery miesiące i wszystko znowu się skomplikuje. Obawiam się, że narozrabiam i zranię ludzi i wszyscy znowu będziemy tragicznie zmęczeni, bo wielu błędnie interpretuje moje słowa. Tak bardzo was lubię, lecz chcieć czegoś więcej od kogoś takiego jak ja to bardzo nierozsądne. Jutro znowu wstanę niewyspana, a przecież osiem godzin snu powinno wystarczyć mojemu dwudziestosześcioletniemu ciału.

4.09.2016

899.

,,Kochani, kochani, więc po cóż mnie wołacie…”
(Anna Czekanowicz, Dulle Griet)


Widzę nowe twarze i próbuję odgadnąć jakie mają znaczenie w historii mojego życia. Przywołuję w pamięci twarze znajome i chcę porozmawiać z kimś z kim nie mogę, bo mieszka zbyt daleko i odległości wciąż bolą, choć mam wrażenie, że tylko mnie. Jem za dużo słodyczy, chodzę na długie spacery, nie potrafię się wyspać choć zapewniam organizmowi wystarczającą ilość snu i obawiam się, że skończy się źle to, co jeszcze nie zaczęło się porządnie. Ściska mi żołądek na dźwięk smsa; stresuje mnie każda potencjalnie nieprzychylna wiadomość. Staram się pić dużo wody, ale usycham od środka, bo przecież jestem starą panną. Uśmiecham się do wszystkich, "kłamstwa które mówię by chronić siebie są jak broń, ale nigdy nie okłamałam ciebie." Lato powoli zaczyna odchodzić, a mi marzy się złota jesień i ciepłe promienie, które przebijają się przez chłodny wiatr do moich zepsutych, sztywnych kości. Coś jednak sprawia, że jestem spokojna, tak zwyczajnie zasypiam bez trudu. Mój Anioł Stróż chroni mnie przed tymi wszystkimi głupstwami, które inni czynią względem mnie i przed tym, co jest głupotą w moim  wykonaniu. Nie jesteśmy źli, jesteśmy tylko pogubieni. Ale szukamy i znajdziemy... chcę w to wierzyć.

30.08.2016

898. dwa bolesne smsy

Gdyby przestało piszczeć mi w uszach, tak, to byłoby najbardziej zadowalające zakończenie dla mnie, reszta może się sypać, tylko żebym mogła przecierpieć to w ciszy. Od tej myśli z zeszłego miesiąca posypało się wiele, lecz cisza nie przyszła, choć właśnie przez nadprogramowe myśli zapominam o pisku. Dziękuję, drodzy „przyjaciele”, że zawiedliście mnie tak mocno. Próbuję odgadnąć, gdzie popełniłam błąd i nie wiedzę nic poza swoją naiwnością, i dużym kredytem zaufania. Gdybym mogła wiedzieć ilu z was było dla mnie miłych bez powodu, a ilu powinnam podejrzewać, że czysta przyjaźń była tylko wymysłem mojej wyobraźni? Powinniście słuchać co do was mówię, jestem otwarta jeśli chodzi o każde moje „nie”, więc czemu nie rozumiecie, że nie chcę, tym bardziej mnie w waszej niemoralnej wyobraźni. Jakiś czas temu otrzymałam dwa smsy od dwóch różnych osób, mogłabym napisać, że jeden słodki, drugi gorzki, ale co ja mogę wiedzieć, przekonałam się, że niewiele w tej sieci niedopowiedzeń.

Upiec szarlotkę w zmiana za spotkanie, ach, czy to nie brzmi słodko, aż mam ochotę na coś pysznego, mimo że jestem całe życie na diecie. Szalenie miło było mieć tę myśl, że byłbyś w stanie to zrobić i aż boli mnie serce, gdy pomyślę, że nie znaczyłoby to dla mnie tyle samo co dla ciebie. Tak mi przykro, zawiodę prędzej czy późnij, jestem złą kobietą, czy nie potrafisz tego zrozumieć, i jest we mnie odrobinę tej dobroci, aby ostrzec cię bolesnym ukłuciem serca. Och, mam nadzieję, że to tylko wyobraźnia płata mi figle, proszę, powiedz, że zostaniesz moim przyjacielem jeden dzień dłużej.


Złożyć bezwstydną propozycję w kolejną z bezsennych nocy, Boże, jak bardzo żałuję, że nie wyłączyłam głosu w telefonie. Nie zapomnę momentu, w którym mój zaspany wzrok przesuwał się po tekście, a ja miałam wrażenie, że śnię najgorszy ze swoich snów. Ktoś inny zareagowałby drwiącym śmiechem, ale to jestem ja, najświętsza z grona twych świętych znajomych, jak bardzo poczułam się poniżona, nigdy tego nie zrozumiesz, bo wygląda na to, że nigdy nie słuchałeś ze zrozumieniem tego, co miałam do powiedzenia. Chciałabym już nigdy nie minąć cię na ulicy, nie musieć patrzeć w twoją twarz, w której nadal szukałabym odpowiedzi na pytanie „dlaczego”, bo (według mnie) nie taka jest definicja przyjaźni, jak mogłeś pomyśleć, czy pomyślałeś, że twoje słowa mogłyby dokonać zmiany na lepsze, przecież to nielogiczne, chciałabym zrozumieć, ale lepiej zapomnieć, wyrzuć mnie ze swych myśli, proszę, nie bądź moim przyjacielem jeden dzień dłużej.  

20.08.2016

897.



Jedenaście nowych twarzy, a jednak nie wszystkie zupełnie nowe, niektóre z odległej przeszłości, nieświadomie zapisane w pamięci jeszcze z licealnych korytarzy; mój świat jest przerażająco mały. Jedenaście twarzy, które przez ponad miesiąc będę widywać regularnie, a potem staną się przeszłością, której należy unikać, bo życie jest wystarczająco niewygodne i niezręczne; mam nadzieję, że i mnie nie będą chcieli dłużej znać, nie warto. Jesteśmy tu na chwilę, w tej jednej sali, którą zapamiętamy jak swoje miejsca w szkolnych ławkach. Zatrzymuję się tu na moment, moje myśli wybiegają już w przyszły rok, bo w przyszłym toku mnie tu nie będzie, będę miała więcej krwi w organizmie i więcej siły, będę miała za sobą doświadczenie w kolejnej pracy i będę mogła znaleźć inną, będę tym kim chcę, a nie tym kim muszę. Tymczasem jest sympatycznie, brakuje mi czasu, stresuję się szukaniem stażu, myślę o tym, że idę na kolejne wesele sama, znowu nie mam sukienki ani czasu na jej kupienie, a ludzie mieszają mnie w dziwne sytuacje, których nie rozumiem. Tradycyjnie piszczy mi w uszach, spędzam dużo czasu na siedzeniu (przez co chętniej ćwiczę), jem porządne obiady i wstaję zbyt wcześnie, bo mój organizm tak chce. Znowu usłyszałam, że wyglądam na pięć lat młodszą i momentami nie wierzę, że to ciągle tak działa. Yes, I’m your sad baby girl.

12.08.2016

896.



Może już niedługo zapomnę, że piszczy mi w uszach, choć wiem, że o tym nie da się zapomnieć, nigdy, mój najgorszy koszmar reszty życia, o którym nie potrafię przestać pisać od prawie ośmiu miesięcy. Myślę o żołnierzach, którzy ponieśli podobną szkodę na wojnie, nieustanne przebywanie w hałasie niszczy słuch. Myślę o sobie i tamtym pechowym dniu, cierpię cierpieniem nic nie wartym, cichym, niewidocznym, osobistym. Dawno temu nauczono mnie czynić znak krzyża, więc od tamtego dnia codziennie to robię, modlę się, jak zawsze, jak zwykle, więc jeśli nie wołam w trwodze, czy zostanę kiedyś wysłuchana, pytam, choć ciągle próbuję nie myśleć, że na coś czekam. 

Następny tydzień zapowiada się emocjonująco (i obiecująco?), dużo niewiadomych, które mają sprawić, że przez kilka miesięcy będę opuszczać dom na pół dnia, wyrwę się ze stanu otępienia, przygnębienia i nieróbstwa, a w dodatku do moich kieszeni wpadnie parę gorszy (ale zanim to, upłynie dużo godzin na zadłużeniu), parę gorszy, które nie pozwolą mi spełnić danych obietnic, a złożyłam takich wiele mówiąc „jak będę mieć pracę i pieniądze na pewno was odwiedzę”, niestety, moje życie to tylko „walka” o przetrwanie, nic poza, nic z marzeń, nic, tylko aby nie brać z kieszeni mamy, bo moim wieku to wstyd i porażka. Ostrzegają, abym uważała, skoro jadę odbyć zaległe indywidualne poradnictwo zawodowe (które reszta grupy odbyła na miejscu) z przedstawicielem fundacji, w budynku, który wujek google pokazuje jako zakład niemający nic wspólnego ze szkoleniami, a jednak pojadę, zestresowana, bo jak opracować indywidualny plan działania, jeśli nie ma się żadnego planu na życie i wszystkie odpowiedzi na pytania brzmią „nie wiem”. Traktuję to poważnie, a jednocześnie jestem niepoważna, bo chcę zrobić z tego kolejną przygodę, aby nie marnować wybujałej wyobraźni, która kiedyś, aż trudno uwierzyć, była skąpa, o ile nie pusta. Ostatecznie poznawanie nowych ludzi jest fascynujące, choć ściska mój żołądek do granic możliwości. Liczę na kilka kilogramów w dół, bo jestem nierozsądna, liczę na to, w tym biegu, z braku czasu na jedzenie, z braku snu przez podwyższoną adrenalinę, z powodu dłużących się godzin na szkoleniach, bo każdy kilogram w dół będzie dodawał mi siły, lecz mówię sobie, tylko zdrowo, zrób to zdrowo moja panno, bo masz anemię, która wysysa siły, i powinnaś o siebie dbać. Tylko po co, tylko jak? Pół tego świata jest zmęczona, więc czemu miałabym być w połowie żywszej. My, pokolenie ludzi zmęczonych, którzy najchętniej przespaliby życie, ale biegniemy (czasem robiąc przystanki na odpoczynek, a wtedy pożera nas poczucie zmarnowanego czasu), bo nie mamy wyjścia, choć nie wiemy dokąd i na mecie zamiast nagrody czeka tylko rozczarowanie.

6.08.2016

895.



Tysiące myśli przepłynęło przez mnie jak potężna fala. Prawie zostałam filozofem. Dawno nie myślałam tak intensywnie, a już cieszyłam się, że jestem na dobrej drodze, aby stać się pustką (bo przecież nie buddyjskim mnichem). Pomyliłam się. Było jeszcze inaczej niż przypuszczałam. Jak dobrze, że się pomyliłam. Znowu stałam się nierozsądna, znowu babrałam w przeszłości, której nie wolno ruszać, znowu oszukałam samą siebie, znowu byłam zakochana w postaciach ze swej wyobraźni, znowu wydawało mi się, że świat w mojej głowie odpowiada rzeczywistości. Uroczo pogubiona, och nie, po prostu naiwna i głupia, choć przecież wciągnięto mnie, och nie, dałam się wciągnąć i musiałam odchorować swoje, swoje nieprawdziwe uczucia, nienadające się do przeniesienia do realnego świata. Realny świat w sekundę starłby je na pył, moje serce nie czuje nic, moje myśli owszem. Mam wielką wyobraźnię, nie da się żyć wyobrażeniami. Gdybym mogła opowiedzieć wam historie ostatnich tygodni, nie uwierzylibyście, że przytrafiło mi się coś takiego. Najrozsądniej jest zapomnieć, bo inaczej wszystko może obrócić się przeciwko mnie. Nie mogę uwierzyć, że to może obrócić się przeciwko mnie nawet za dziesięć lat. Chciałam tylko pomóc, ale znowu byłam za dobra i wszyscy uwierzyli, że taka jestem naprawdę. Chciałam być szczera wobec wszystkich, a okazało się, że nie mogę wobec nikogo, kiedy dwie przeciwne strony proszą mnie o milczenie jedna przed drugą. Muszę zapomnieć, ale to nie koniec, jeszcze nie, to będzie ciągnęło się dłużej, bo muszę odbyć jeszcze nie jedną rozmowę, a wszystko przeciąga się w czasie, a czekanie dobija najbardziej, wszyscy to wiemy, czekanie jest okropne, więc wzdycham ciężko z bezradności, a czekanie zabija po trochu. Przez lata jestem zbijana regularnie, to okropne, że naczekałam się na tak wiele rzeczy, a żadna z nich nie przyszła o właściwiej porze, o ile w ogóle przyszła. Nie potrafię nie czekać; branie nie swoich spraw w swoje ręce to jak wtrącanie się w rzeczy, które nie należą do mnie. Przedwczoraj zrobiło mi się potwornie smutno; przez chwilę pomyślałam, że straciłam przyjaciela na zawsze, co jest prawdą i nieprawdą, muszę pozwalać ludziom znikać, muszą budować własne życie, niezwiązane z moim, gdzie bywam tylko gościem, muszą, więc pomagam im w tym, odsuwam się na bok, bo muszą być szczęśliwi, muszą, jeśli moje rozstanie z nimi ma mniej boleć.