Lipiec dobiega końca, a wraz z nim wszystkie moje nadzieje. Dopada mnie stres związany z przyszłością, a kiedy mówię sobie, że mam to gdzieś i niech dzieje się co chce, głoszę to jeszcze ze stabilnością związaną z wypłatą na koncie. Boże, co mam zrobić ze swoim życiem, przecież wiesz, że pytam Ciebie o to, od kiedy byłam nastolatką i ciągle nie potrafię znaleźć odpowiedzi, bo nie potrafię po prostu żyć. Wczoraj z rana byłam na mszy w nie parafialnym kościele. Wcześniej nie przyszło mi do głowy, aby półgodzinne oczekiwanie na godzinę otwarcia sklepu wypełnić poranną mszą, a przecież kościół znajduje się kilka kroków od miejsca mojej pracy. Prawdopodobnie poszłam tam popłakać, albo uzyskać jakieś pocieszenie, nawet jeśli miał być to jedynie psychologiczny mechanizm, jakby wtrącili “znawcy”. Uwielbiam ciche chłodne świątynie w środku gorącego głośnego miasta. Przekraczasz próg, poza którym nikt cię nie zna, a jednak wszyscy obecni połączeni są tym tajemniczym wspólnym celem, który sprawia, że są dziwnie bliscy. Patrzyłam na osoby klęczące przed Najświętszym Sakramentem i zastanawiałam się nad tym, co sprawia, że tak żarliwe trwają na modlitwie; czy to wdzięczność, czy ogromny ból sprowadza ich na kolana. Lubię przyglądać się ludziom i rozmyślać o tym, jakie kryją w sobie życie, a jednak jakikolwiek kontakt z obcymi sprawia, że mój umysł wypełnia pustka i nie myślę, nie myślę o niczym, jakbym była w transie, który objawia się paraliżem. Klienci proszą mnie o podanie czegoś, a ja słucham w skupieniu, i zanim wypowiedzą prośbę, modlę się w duchu, aby było to coś, czego nazwę znam. Jeśli mam braki w wiedzy, wołam szefową, ale to zawsze moment niezręczny. Nie potrafię liczyć w pamięci, nawet nie potrafię wydać reszty bez kalkulatora, tak stresuje mnie fakt, że muszę stać przez klientem i że niechcący mogę się pomylić. Umrę w sierpniu, gdy wsadzą mnie do drugiego sklepu samą. Widzę dużo plusów tej sytuacji, ale czy te plusy zrekompensują mi stres na poziomie gotowości do ucieczki? Prawdopodobnie nie. Za to mój mózg całkowcie się zresetuje, gdy jego działanie ograniczy się do przetrwania ośmiu godzin i nie panikowania na dźwięk otwieranych drzwi sklepu. Będę bawić się w walkę o przetrwanie, zamiast planować przyszłość. Niesamowite, jak bardzo czasem kurczy się mój świat i ogranicza się do życia tu i teraz, do życia od posiłku do posiłku, od wypicia herbaty do wyjścia do toalety, od świtu do zmierzchu, od tego, aby skończyło się to, co nie pozwala mi funkcjonować na wypuszczonym oddechu. Dotarło do mnie, że jeśli naprawdę zostanę samotną i samą panią urzędującą w małym sklepie, moje godziny pracy ulegną na chwilę zmianie, co jest niekorzystne. Myślę, że czas od 9 do 17 to najgorsza pora, bo pracujesz tracą możliwość odwiedzenia sklepów, które otwarte są w tych samych godzinach. Trudno, tydzień, czy dwa to niewiele. Wiem, już przeżywam, a jeszcze nie skończył się lipiec. Tymczasem w poniedziałek po urlopie wraca D. i już nastawiam się na równoczesny powrót narzekań i wiecznego niezadowolenia, że komputer nie działa z prędkością światła. Nigdy nie spotkałam tak marudzącej osoby z tak głupiego powodu. Nie wiem, może nie potrafię tego zrozumieć, bo całe życie korzystam z wolnych komputerów i jestem cierpliwa, gdy strona ładuje się dłużej, bo połączenie z internetem na chwilę słabnie. Czasem słyszę, że jestem cierpliwą osobą, co jest najprawdziwszą prawdą, aż sama się dziwię, że tak można. Gdybym nie była cierpliwa, zwariowałabym z powodu tych wszystkich odłożonych spotkań, na które czekam miesiącami, czy latami, ani nie zniosłabym w ciszy tych wszystkich ciężkich oczekiwań końca tego, co musiało się kiedyś skończyć. Poza tym ciągle na coś czekam (chciałabym dorzucić do tego wytrwałość w działaniu, ale u mnie coś takiego nie istnieje), więc jak mogłabym być niecierpliwa i chodzić codziennie z popsutym humorem. Wiecie, to coś nie dające mi spokoju od miesięcy nagle zniknęło. Nie wiem, jaką moc mają słowa dające wrażenie, że stara przyjaźń nie rdzewieje (tak, specjalnie użyłam słowa przyjaźń), ale jeśli to wrażenie sprawiło, że jest mi lżej, to mogę w nie uwierzyć. Ktoś przyszedł do sklepu i zapachniało w nim perfumami. Aromat dotarł do mnie z drugiego pomieszczenia. Są piękne i czasem chciałby się pobiec i zapytać o nazwę, aby wylać na siebie ten sam zapach, ale głupio pytać obcych o ich perfumy. Tak, jest sobota i piszę w pracy robiąc sobie co chwilę przerwę, aby nie zasnąć przed komputerem. Muszę więc nielegalnie trzymać się w napięciu - możliwość przyłapania na obijaniu się skutecznie rozbudza moje zaspane powieki. Wstałam wypoczęta, a jednak mój organizm wbrew mojej woli chce mnie przekonać, że mogłabym przespać też i dzień. W poniedziałek wróci D. i znowu stracę apetyt i będę rzadziej chodzić do toalety. W poniedziałek będzie dużo pracy, nadejdzie opóźnione o tydzień zamówienie i poza paczkami z weekendu będziemy musieli spakować i wysłać tych prawie pięćdziesiąt oczekujących. W poniedziałek ma być też upał, więc będziemy pracować w pocie czoła. Dlatego jutro spędzę całą niedzielę czytając książkę. Dawno nie spędziłam całego dnia na nic nie robieniu, więc możliwość izolacji od ludzi, jawi się jako coś pięknego Jestem już w domu, dobiega dwudziesta trzecia, muszę dokończyć ten wpis, aby go opublikować. Nie wiem, czym mogę się pocieszyć, chyba tylko sentymentem, choć i on może już nie istnieć. Uderza mnie, że ta historia powtarza się na nowo co roku i chyba naprawdę mam dość, aby być zawsze dziesiątym wyborem w letnie wieczory. Kiedy spytałam na głupim instagramie, o czym myśleli dzisiaj “moi podglądacze”, napisała do mnie tylko jedna osoba, z którą normalnie nie piszę. A i tak nie uzyskałam odpowiedzi na zadane pytanie. Dostałam informację, które powinna mnie ucieszyć, ale tak się nie stało. Przy wszystkich czuję się obco, wiecie, nie chcę już żadnych spotkań i nie chcę już na nic czekać, bo to jest bezsensu, więc zaprzestaję tych daremnych oczekiwań. Czyżby nagle po moim stwierdzeniu w ciągu dnia nagle okazuje się, że jestem osobą niecierpliwą? Może. Może ktoś kiedyś obudzi się i pomyśli, że och, jak miło byłoby mnie spotkać, bo przecież istnieję, ale nie moi drodzy, już nie istnieję, bo taki był wasz wybór i mam na to dowody w postaci braku odpowiedzi na moje wiadomości, w których wyraźnie było zaznaczone, że są to wiadomości wymagające odpowiedzi. Brzmię dzisiaj gorzko i dziecinnie i wcale nie jest mi z tego powodu głupio. Jesteście beznadziejni, ale nie martwcie się, przecież najgorszą osobą z tego naszego uroczego towarzystwa jestem ja sama, więc nie bądźcie źli, że oceniłam was tak niesprawiedliwie i surowo. Was i tak to nie obchodzi.
28.07.2018
17.07.2018
989.
Wiem, to szaleństwo, że znowu tu piszę, ale jak przyjemnie szaleć latem, choć u mnie w dość nietypowy sposób.
Za każdym razem zapominam wspomnieć o tym, że moje włosy zaczęły wypadać garściami. Nie wiem, czy mam zacząć się martwić, czy jeszcze nie, ale pomyślałam, że wspomnę o tym zjawisku tutaj, aby po kilku miesiącach cofnąć się wstecz i porównać mój stan na głowie. Tak, to oddzielny akapit na cześć moich “złotych loków”.
Jak dobrze wiecie, rzadko widuję znajomych, do czasu, gdy nadciąga jakaś dziwna fala i wszystko zwala się na raz, w jednym dniu. Wspominałam o tym, że miała przyjechać do nas rodzina i przyjechała. Pół dnia byłam najlepszą ciocią na świecie, a drugie pół fanką piłki nożnej. Całą niedzielę miałam wypełnioną ludźmi. W międzyczasie zadzwonił też do mnie telefon, to była ona, moja przyjaciółka, ostatni raz widziałyśmy się przelotnie, pisałam o tym. Wyszła na spacer z synkiem (w wózku), więc spacerowaliśmy rozmawiając o wszystkim i o niczym i znowu uderzyło mnie, w jak bardzo innych światach żyjemy, a jednak nadal potrafimy pasjonująco rozmawiać o życiu, i nigdy nie możemy się rozstać, gdy tak stoimy, zawsze w tym samym miejscu naszego pożegnania - przy bramie wjazdowej na teren, gdzie znajduje się blok, w którym mieszkam. Ciągle wpadają nam do głowy rzeczy, którymi jeszcze mogłybyśmy podzielić się ze sobą, a ja nagle staję taka mała i coś pęka, bo wypływa ze mnie wszystko, o czym milczałam. Dobrze jest mieć kogoś, komu możesz na głos opowiedzieć pewne historie. Mimo to nadal dziwnie słuchać własnego głosu. Mam wtedy wrażenie, że to o czym dyskutuję ze sobą w myślach, wypowiedziane na głos nagle staje się nieważne. Może tak spada kamień z serca. Opowiadasz o czymś, co dręczy, a potem okazuje się, że to nie wygląda tak źle, gdy dostrzegasz inną perspektywę i że to śmieszne przejmować się takimi rzeczami i że wyobraźnia robi jeden wielki syf w głowie. Spotkania z kimś tak bliskim mają też swoją negatywną stronę. Uświadamiają mi jak wiele jeszcze muszę przejść, aby wygrać z samą sobą. Wiecie, zawsze słyszę, że mam niską samoocenę, czemu zaprzeczyłabym dawniej, ale teraz mówię “tak, to prawda”, a w myślach przewijam te wszystkie sytuacje, które ją podkopały, oraz momenty, które wyprowadziły mnie z jeszcze niższej samooceny. Nikt nie wie, jak trudno jest walczyć z samą sobą i ciągle szukać prawdy spoglądając na zakłamany świat. Nie, nie mam do siebie siły. Ale podczas naszego uroczego spaceru, na którym mały miał zasnąć, ale uporczywie starał się zwrócić uwagę mamy, aby wzięła go na ręce, uderzyła mnie jedna rzecz. Nasze rozmowy zawsze sięgają przeszłości i osób które należały do grona moich bliskich znajomych, nie jej, a pewnie pamięta, bo widziała, jak bardzo te osoby wryły się w moje życie i jak było to ważne i nie sposób zaprzeczyć, że tak nie było i czasem przeraża mnie, że ona wie o mnie coś, o czym sama nie chcę pamiętać. Ona widziała to w moich oczach - prawdę. To dziwne, że zadzwoniła akurat teraz, nie wcześniej, nie później, a gdy spytała o tę jedną konkretną osobę, jakby moje życie już na zawsze miało się z nią łączyć, to stwierdziłam, że to przesada i tak nie może być i czas przeciąć tę czerwoną wstążkę, która łączy mnie z tamtą osobą. Chyba to spotkanie uświadomiło mi, że żyję mnóstwem wyobrażeń, które nie mają wielkiego odzwierciedlenia w rzeczywistości i warto zacząć się z tego wygrzebywać, jeśli chcę zachować resztki godności. O ironio, niedługo potem ta osoba, o którą zapytała, odezwała się do mnie. I to chyba już tak pozostanie, czekasz na coś okropnie długo, aż to przychodzi i myślisz, och, więc to tyle i już, po co były te wszystkie ciężkie noce, bez sensu, znowu czuję smutną pustkę.
Dwa dni w pracy bez D. wydają się niezwykle męczące, ale zarazem spokojne, mimo podwójnej ilości zajęć. Praca z kobietami w tym przypadku jest przyjemniejsza, choć stresuje mnie, gdy przychodzi córka z wnuczką (bo tak się składa, że przybyły na urlop z drugiego końca Polski, więc skoro D. ma urlop, to szefowa nie może mieć urlopu, tak, to skomplikowane, same urlopy), a mi nieswojo w obecności obcych dzieci i ich matek, które wydają się obserwować każde odniesienie względem ich dzieci. Nie będę spokojna, dopóki nie minął najbliższe dwa tygodnie i nie dostanę potwierdzenia, że wszystkie paczki zostały poprawnie zaadresowane, a klienci byli zadowoleni. W zaistniałej sytuacji osłabionej kadry zaczęłam nosić przy sobie telefon, czego nigdy nie robię i tak pierwszego dnia wypadł mi z kieszeni spodni wprost do wiadra z brudną wodą po mopie, i to nic, że brudna, tragedia, że morka. Już myślałam, że to oznacza zapowiedź życia bez telefonu, ale jedyny uszczerbek to taki, że ekran nie chce się sam wygasić i muszę naciskać przycisk.
Co mogę jeszcze napisać? Dawno nie pisałam o tym, że mój ojciec umiera i że cała rodzina już wie i wszyscy bezskutecznie próbują namówić go na badania (nawet załatwili mu już lekarza), choćby potwierdzające pierwszą diagnozę. Co robi mój ojciec? Łyka po kilka tabletek przeciwbólowych dziennie (a przecież u lekarza dostałby coś silnego na receptę, nikt nie każe mu kłaść się od razu pod nóż, tego bez zgody pacjenta nie robię) i zadowolony chodzi do pracy, bo praca daje mu mieszkanie i niezależność, a bez mieszkania, gdzie by się podział - chyba u babci, czyli swojej matki, która od roku mieszka sama, choć i to nieprawda, bo po diagnozie spałby po prostu w szpitalnym łóżku szpitalu. Już chyba wiem, po kim jestem tak uparta. A może to strach przed diagnozą, strach przed tym, że można umierać naprawdę, a tak, ciągłe zaprzeczanie i próba oszukania rzeczywistości. Tak, to też mam po ojcu. Wspaniale.
14.07.2018
988.
Dzisiaj będzie krótko, tak sobie mówię, ale będzie. Nie wiem, co jest nie tak z sobotami, ale kolejny raz pogoda drastycznie psuje się właśnie w ten dzień, kiedy muszę jechać rowerem do pracy. Niby nie muszę, bo szefowej nie przeszkadza, gdy spóźnię się podróżując busem, ale mi lepiej, jeśli przybywam na czas, nie rozumiem, czemu się tak poświęcam. Przecież wiedziałam, że będzie padać, ale przelotny deszcz nie miał być przelotną ulewą, i tak po raz kolejny wróciłam do domu jak zmokła kura, bo im bliżej domu byłam, tym bardziej wjeżdżałam w kolejne fale deszczu, ale za to pod domem powitało mnie jasne niebo. Jak dobrze, że był to ciepły letni deszcz i mogłam zmienić ubrania. Gdyby spotkało mnie do w drugą stronę, nie wiem, jak miałabym siedzieć w pracy w mokrych, przylepionych do nóg spodniach, a tym bardziej bez spodni. Wzięłam prysznic, przebrałam się, zjadłam i wyruszyłem rowerem do sklepu, bo przecież w tym domu ktoś musiał kupić alkohol na jutrzejszą imprezę. W połowie drogi (ale sklep mam blisko, w sumie to dziwne, że mieszkam na wsi, a mamy tu dużo sklepów, może nawet za dużo jak na taką niewielką miejscowość) postanowiłam się wrócić po dowód osobisty i to nie tak, że uważa, że jest mi potrzebny, ale w tamtym roku proszono mnie o dowód, więc wolałam dmuchać na zimne. Pani przy kasie spoglądała podejrzliwie w moją stronę, ale nic nie powiedziała. Wiecie, bo ja naprawdę wyglądam mylnie dziewczęco, albo po prostu brzydko, i daleko mi do seksownej kobiety, która podkreśla to jeszcze makijażem i ubraniami, a jak już wydobędę z siebie głos to brzmię jeszcze młodziej. Zazdroszczę trochę tym dziewczynom, które niezależnie od tego, co na siebie włożą, wyglądają atrakcyjnie i kobieco. Wychodząc ze sklepu i trzymając torbę, nawet nie plastikową siatkę, ale materiałową torbę, którą zawsze ze sobą noszę, i co, wypadła mi z rąk, nie mam pojęcia, jak to się stało, ale szklane butelki uderzyły o bruk. Trzeba być mną, aby mieć tyle szczęścia w nieszczęściu, bo żadna się nie rozbiła. Gdyby było na odwrót, płakałbym nad rozlanym cennym trunkiem niczym alkoholik, choć nie szkoda byłby mi ulatniających się procentów, ale wydanych pieniędzy na coś takiego jak alkohol. Ten dźwięk odbijającego się o siebie szkła sprawił, że zrobiło się głupio z powodu bycia taką niezdarą. Dobrze, że widziała to tylko jedna osoba, i słyszała, bo przecież w takich momentach trzeba skomentować na głos sytuację, dobrze, że nie przekleństwem. Myślę, że powinnam oduczyć się mówienia do siebie na głos, w dodatku po koreańsku. Niby pozwala mi to utrwalić język, ale niektóre słowa brzmią podejrzanie po polsku, przy czym oznaczają zupełnie co innego niż po koreańsku i mogą z tego wychodzić dziwne sytuacje. Nie wiem, czemu pocztówka nie dotarła, ale wyślę drugą. Wiesz, że musiałam napisać do kogoś, do kogoś nie miałam i nie powinnam już pisać, ale chciałam i nie wiedziałam jak, i to że Twoja kartka się zagubiła gdzieś w polskim świecie trochę mi pomogło, bo musiałam spytać czy tamta też dotarła. Niestety pomogło to tylko na chwilę, bo nie dostałam odpowiedzi po odczytaniu wiadomości a przecież wystarczyło krótkie “tak” lub równie krótkie “nie”, nic więcej, a jednak i to wygląda jak problem, lub może moja wyobraźnia znów jest problemem. Jestem tutaj zbyt szczera, nawet przed samą sobą, zwłaszcza, że Ci o których tutaj wspominam poznali ten adres, choć wygląda na to, że nigdy tu nie wrócili. To daje mi nadzieję, że mogę napisać tu o wszystkim bez jakichkolwiek konsekwencji. Jutrzejsza rodzinna impreza na pewno aktywuje we mnie mnóstwo przemyśleń, ale postaram się tak prędko nie zamieszczać kolejnego wpisu, bo można oszaleć.
12.07.2018
987.
O czym chciałabym napisać? O czym mogłabym napisać? Och, wiadomo, o życiu, jak zawsze o tym, przecież to nie daje mi spokoju, to że muszę żyć, a nie wiem jak, więc nie wiem, co robię z czasem. Czy to nie dziwne, że nie wiem jak żyć, a żyję? Czy to nie przypadłość większości ludzi - nie wiemy jak, a jednak trwamy, a niewiedza nie skraca naszego żywota, o ile sami go nie skrócimy. Jak dobrze, że Ktoś pozwolił nam błądzić, więc błądzę. Kupiłam kilka książek, jakby to powiedziała szefowa “po taniości” i aż nie wierzę w swoje szczęście. Od kilku lat moja lista książek do przeczytania utknęła w martwym punkcie, jako że mam skłonność do pożądania rzeczy trudno dostępnych, i tylko czekałam aż będę mieć pieniądze, albo szczęście i dostanę któryś egzemplarze w swoje ręce. Mimo to czytam niewiele. Próbuję przekonać mój organizm, że siedem godzin snu to wystarczająca ilość, ale moje powieki stają się ciężkie zaraz po tym, gdy umyję się, wskoczę w piżamę i zjem obiadokolację. (Gdyby miała znajomych, którzy mogliby odwiedzić mnie w każdej chwili, nigdy tak wcześnie nie zmieniałabym się w najbrzydszą wersję siebie, a wyobraźcie sobie, że osiemnaście lat tkwię w schemacie szybkiego pozbywania się dnia trwającego i chowania w pokoju.) Gdy zaczynam czytać, moje powieki stają się potwornie ciężkie, więc nie mogę zasiąść do czytania będąc zmęczoną. Mój grafik dłuższe czytanie przewiduje tylko w niedziele, ale w najbliższą nie będę mieć czasu, bo przyjedzie trochę gości, gdyż mój najmłodszy brat skończy 18 lat i choć nie stać nas na typową imprezę, które teraz tak hucznie wyprawia młodzież, to zasługuje chociaż na świętowanie domowe. Może nie uwierzycie, ale to nie jest coś, o czym chciałam tutaj dzisiaj napisać, a jednak piszę, bo akurat mi się przypomniało, że te urodziny i książki i że moja miłość do pana Grzegorza Musiała jest nieskończona i jestem przekonana, że moja skromna osoba jako jedyna w całym internecie poświęca mu jak najwięcej uwagi. Pan Musiał jest obecnie starszym mężczyzną (naprawdę nie chcę pisać, że starym, choć 66 lat to długi czas na Ziemi) i czasem zastanawiam się, jak z perspektywy czasu ocenia swoje książki. Tak, piszę tutaj za często, więc od razu widać, że coś nie daje mi spokoju, tak bardzo, że nawet nie stać mnie na oddzielnie tekstu akapitami. Dzisiaj moja siostra cioteczna (ta - u której w roku nie pamiętam którym, ale byłam jeszcze studentką - miałam zostać świadkową, ale mój stan psychiczny rozwalił wszystko i myślałam, że już nigdy nie wybaczy mi czegoś takiego; może dlatego od tamtej pory już nikt nigdy nie poprosił mnie o to, abym odegrała ważną rolę i z tego smutku postanowiłam usunąć się w cień) oznaczyła mnie na instagramie w poście z występem chińskiej grupy tanecznej, który osobiście nagrała. Oczywiście nadal utrzymujemy ze sobą kontakt, nawet ostatnio zabrała mnie ze swoją córeczką nad jezioro i kupiła mi lody i chyba nie ma żalu, przecież minęło już kilka lat, kto pamiętałby moje wycofanie się na ostatnią chwilę, bo miałam okropny atak paniki, albo nie wiem co to było, chyba znowu coś pękło mi w mózgu, albo sam mózg przełamał się na pół i usilnie próbuję go skleić od lat. Właściwie to jedna z tych sióstr ciotecznych, z którą spędziłam dużą część dzieciństwa i nawet obiecałam jej powiedzieć, kiedy kogoś pierwszy raz pocałuję i zgadnijcie, czemu nie powiedziałam jej tego nigdy. Sam fakt, że pomyślała o mnie będąc na festiwalu i jeszcze oznaczyła w poście pisząc “dla Ciebie” sprawił, że rozpłakałam się jak dziecko. (Zbiera mi się na płacz zbyt często, bo to coś, o czym nie chcę tutaj napisać nagle zbyt często wkrada się w moje myśli.) Ktoś o mnie pomyślał w świetle dnia, tak po prostu, bo skojarzył mnie z Azją (i bardzo dobrze), a tym bardziej ktoś, kto właściwie nie musiał myśleć o mnie. Wiecie, czasem, gdy spotykam się z moimi bliźniaczkami i słyszę “K., myślałam o tobie ostatnio” uderza mnie coś nieokreślonego, bo jak to, ludzie o mnie myślą, ale o co o mnie myślą. A potem dociera do mnie, że tak, to prawda, ludzie o sobie myślą. Nawet nie wiecie, jak wiele osób codziennie wpada do moich myśli, a nie mam odwagi im tego powiedzieć. Może zrobiłoby im się trochę miło, gdyby wiedzieli, że wspominam ich z czułością, choć mam serce z lodu, jak myślicie? Nie wiem. W poniedziałek D. idzie na urlop, na dwa tygodnie, i choć obawiam się, że w pracy zapanuje całkowity chaos, który na co dzień on ogarnia, i będę przełykać gorzko niepowodzenia (ostatnio źle nakleiłam etykiety na przesyłki, dwa razy(!!!), i nie mam pojęcia, jak to zrobiłam, nawet mi samej nie mieści się to w głowie, może ktoś wcześniej źle nakleił kartki, które zamienia się potem na nalepki, ale nie, tylko ja jestem winna), to po tygodniu wspólnej pracy cieszę się, że odetchnę od jego towarzystwa. I to nie tak, że mnie wybitnie męczy. Po prostu denerwuje mnie, że lubię go i nie lubię zarazem, a właściwie nie jestem w stanie zaakceptować jego pewnych spostrzeżeń i zachowań, bo to utrudnia mi pracę, ale nie, to nie czas na takie rozważania. Poza tym już o tym pisałam i nie będę się powtarzać, ani dokładać więcej. Wiecie co mnie męczy - czyjaś cisza, dla której nie znajduję wyjaśnienia. Naprawdę chciałabym wiedzieć czemu, niż pozostać na wieki zawieszoną z głupimi teoriami, między oczekiwaniem a żałobą. Czy mogę mieć jeszcze nadzieję, czy mogę zacząć już opłakiwać twoje odejście? Boże, czemu spotkaliśmy się tyle lat temu i czemu przez te wszystkie lata ułożyło się to w taki dziwny sposób, i czemu to nie daje mi spokoju, nigdy, te niedomówienia, krótkie spotkania i piękne długie wiadomości, które wydają się jakby nigdy nie napisane przez nas, bo dorośliśmy; czemu to sprawia, że jestem najbardziej irracjonalną wersją siebie, czego od ciebie chcę,jeśli nie chcę rozstać się z tymi nieprawdziwymi wyobrażeniami. Nawet nie mogę porozmawiać już o tym z E. (z którą pisałam przez trzy lata CODZIENNIE, co brzmi nieranienie, a jednak tak było), bo i ona wybrała realne życie i zniknęła i pozostała cisza, w której zamykam się coraz bardziej, choć chciałabym zwrócić się ku realnemu życiu, ale nie potrafię. Czemu to takie trudne, pytam głupio, choć znam odpowiedź. I aż chciałabym na koniec zakrzyknąć "pomocy", ale nie, ktoś powinien mną potrząsnąć. Zawsze wydawało mi się, że tylko terapia szokowa może coś we mnie zmienić, ale nikt nie chce skopać mi tyłka, abym zapamiętała, że trzeba być twardym.
10.07.2018
986.
“Kochani, jest bardzo wielu takich mężów, takich żon, takich rodziców, takich dzieci, takich księży, takich ludzi, którzy są kimś takim. Bardzo często cierpią, bardzo często są odrzuceni, bardzo często są przez świat zapomnieni, albo traktowani jak jakieś dziwadła, a oni rozdają miłość, a oni kochają. [...] Kochać ponad miarę. [...] Kiedy zaczynamy kochać tam, gdzie właśnie jesteśmy jak pelikan na pustyni, gdzie nikt tego nie chce, gdzie nie ma warunków i w ogóle jest po prostu jedna wielka porażka. Może właśnie jesteś w takiej sytuacji, gdzie zostawił cię mąż, albo zostawiła cię żona, nie kochają cię dzieci, albo masz fatalnych rodziców, albo odrzuciło cię twoje środowisko, jesteś wyrzutkiem niechcianym, jesteś donikąd. Bardzo lubię w ogóle to słowo i wiem, że bardzo często je powtarzam. To są ludzie donikąd, czyli ludzie bez perspektywy, ludzie, którzy nie wiedzą o co chodzi. W tym miejscu można zrobić dwie rzeczy, albo się rozgoryczyć, w sensie - napełnić się goryczą, nienawiścią do świata, poczuciem krzywdy, poczuciem przegranej, smutku, tragedii i po prostu robi się z życia wtedy piekło, i tak niestety część ludzi robi, albo można w tym miejscu zacząć kochać. I oczywiście kochani, to nie jest coś po ludzku możliwego, to nie jest coś, co po prostu można samemu z siebie wydobyć, nie, to jest niemożliwe, nie da się tego zrobić. Ale z Panem Jezusem, z pelikanem żyjącym na pustyni, da się to zrobić. Kochani, właśnie tacy ludzie, takie miejsca, taki sposób, bycia, życia, kochania, trwania w tym świecie, to jest jest chyba najpiękniejsza rzecz, bardzo trudna, niesamowicie trudna, ale ja mam ochotę przed takimi ludźmi klękać. Ja spotykam takich ludzi i widzę jak oni kochają, jest mi najzwyczajniej wstyd, ja tak nie umiem nawet w pięciu procentach, jestem wygodny, ja chcę być lubiany, ja chcę być oklaskiwany, ja chcę żeby było dla mnie szczęście, żebym czuł się świetnie w życiu, chce mieć wszystkie najlepsze rzeczy i bardzo trudno jest mi z czegoś zrezygnować. Ale inny jest obraz Pana Jezusa, inne jest jego wezwanie. Modlę się dzisiaj, żeby był chociaż trochę pelikanem, żebym się choć trochę rozdawał, żeby nie szukał siebie. Kochani potraktujcie tego vloga jako taki wstęp do modlitwy i żeby usiąść dzisiaj z tym obrazem pelikana na pustyni ,który chce nakarmić który chce się rozdać, który nie mówi szukam siebie szukam szczęścia dla mnie, szukam tego, co dla mnie wygodne, nie, który mówi nakarmię jak potrzeba nawet własnym ciałem. Tylko tyle, bo wiem, że każde następne słowo tylko spłyca, a i tak pewnie to wszystko spłaciłem. Popatrzcie dzisiaj na pelikan na pustyni, bo ja wiem, że bardzo wielu z was, moich słuchaczy, to są pelikany na pustyni. Nie bójcie się tego, to jest wielki zaszczyt bycie podobnym do Pana Jezusa. Tu nie chodzi, kochani, takie o cierpiętnictwo, celebrowanie tego takiego swojego opuszczenia. Jeśli tam jesteś - na tej pustyni - nie bądź rozgoryczony, rozczarowany, przygnębiony, zamknięty, zdołowany poniżony, jakikolwiek inny, tylko bądź jak pelikan na pustyni, który rozdaje życie. Co to by było za super miejsce, ten świat, gdybyśmy tak zaczęli myśleć i tak funkcjonować.” (o.A.Szustak)
Od kiedy usłyszałam tę wypowiedź, intensywnie o niej myślę, dlatego postanowiłam przepisać słowa ze słuchu i zacytować tutaj na wieczne przypomnienie. Jak wiecie, a może i nie, pelikan w sytuacji kryzysowej związanej z brakiem pożywienia, rozszarpuje swoją pierś dziobem i własną krwią karmi młode. Szczerze, nie wiem, czy jest to prawda biologiczna, czy tylko zapisana w legendach (nie, nie chce mi się przeszukiwać internetu w poszukiwaniu odpowiedzi), ale przyjmijmy, że tak się dzieje, w którymś z tych światów. Niezależnie od tego, czy o pelikanie pomyślimy w odniesieniu do osoby Jezusa, czy też pominiemy religijny wątek, nie da się ukryć, że na tak wielkie poświęcenie z naszej strony jest trudno, w sensie nie to, że mamy karmić własną krwią wampiry, ale poświęcać się dla innych. Tym bardziej, gdy jesteśmy w stanie wojny ze światem, napełnieni - jak to trafnie wyliczył o. Adam - goryczą, nienawiścią do świata, poczuciem krzywdy, poczuciem przegranej, smutku, czy tragedii. Mieliście tak, że z tej bezradności i przytłoczenia jedyne co mogliście zrobić to uczynić z własnego życia piekło? Bo jak cierpiąc przeciwstawić się temu wszystkiemu co dobija i powiedzieć sobie, a kij z tym, zrobię na odwrót, im będzie gorzej, tym bardziej będę starał się kochać mimo ran? No właśnie, po ludzku wydaje się to niemożliwe. Nie wiem, jak wielką trzeba byłoby posiadać moc, aby samodzielnie przeciwstawić się ciemności w taki sposób. Nie mówię, że od razu trzeba pomocy Jezusa. Czy ktoś w ogóle wierzy w tym kraju w Boga? Wiecie, czasem na dobry początek wystarczy czyjaś pomocna dłoń, która odciągnie nas od Złego, a czasem dziwny zbieg okoliczności, choć podobno nic nie dzieje się bez przyczyny, a czasem nie ma nic, tylko nasza słabość. Czemu o tym wszystkim piszę i czemu to naprawdę brzmi tak jakoś nijak? Nie wiem, może chcę udowodnić sobie, że kiedyś byłam na tej niewłaściwej drodze, a raczej byłam “człowiekiem donikąd” bardziej niż jestem teraz i naprawdę czasem mi trudno pojąć, że moja nienawiść do świata rozpłynęła się w powietrzu. Szczerze, myślę, że nie raz byłam na dobrej drodze, aby wpasować się w stereotyp zgorzkniałej starej panny, która ocenia wszystko z perspektywy swoich nieszczęść, zawodów i tragedii, nawet jeśli moje życiowe niepowodzenia nie były i nie są niczym wielkim. Nie będę ukrywać, że czasem nadal czuję się przegrana, choć sama nie wiem czemu, nawet nie potrafię określić co przegrałam, tzn. wydaje się, że życie, ale to zbyt ogólne stwierdzenie, nie można przegrać nigdy; dopóki oddychamy jest szansa, nawet z ostatnim tchnieniem nadal ta szansa istnieje, a tym bardziej dla kogoś takiego jak ja, kto mimo wszystko składa ze wstydem ręce do modlitwy. Nie, nie jest mi wstyd uczynić znak krzyża, ale wstyd mi, że nie staram się bardziej. Chciałabym być kimś, na kogo patrzą inni i myślą - tyle smutnych wydarzeń i niepowodzeń, ale popatrzcie na jej oczy, pełne radości i miłości. Niestety, daleko mi do takiej osoby, przecież nawet nie pozwalam inny na mnie patrzeć, a co dopiero mówić o miłości. Miłość, jak to wzniośle i pięknie brzmi i jak bardzo jest mi obce. Zbieram się, aby zapukać do czyichś drzwi, ale mam w sobie przekonanie, że nikt tego nie potrzebuje i nawet jeśli chciałabym dać z siebie wiele i wnieść coś pozytywnego w życie innych, mam obawy, że nawet proste “co u ciebie słychać, tęsknię, mam nadzieję, że dobrze jesz i sypiasz”, nie znaczy nic i nie wymaluje uśmiechu na niczyjej twarzy. Takie myślenie bierze się stąd, że nie potrafię wyjść poza siebie. Mój mózg skoncentrowany jest na tym, kim jestem i kim nie jestem, a kim powinnam być i czemu mi nie wychodzi bycie tym, kim chcę. Skoncentrowany jest też na tym, czego nie potrafię pokonać i przypomina mi o lękach. Najbardziej w tym wszystkim denerwuje mnie jednak to, że wiem, iż powinna odwrócić się od znanych twarzy i wyruszyć w świat do nieznajomych, bo o to w tym chodzi, aby być dla wszystkich, nie dla wybranych i co to za trudność, gdy pomagasz tym, których lubisz, kiedy możesz więcej - możesz być dla wszystkich tak samo dobry, bez wyróżniania. Ale czy ludzie potrafią to zrozumieć, że możesz być dla innych bez oczekiwania czegoś w zamian? Tak, ten wpis miał być poszukiwaniem odpowiedzi na wiele pytań, a wyszedł tylko zlepek przemyśleń bez konkretnego podsumowania. D. pyta mnie w pracy, czy mu o czymś opowiem, a ja nie mam nic do powiedzenia. Nie staram się, nie wiem, co powiedzieć, czyli nie jestem tam dla niego. Widzicie, jak mam być dla innych, jeśli nawet tego nie potrafię - wykrztusić z siebie kilku słów, aby zrobiło się komuś miło.
6.07.2018
985.
Ten wpis miał pojawić się wcześniej, ale od kiedy moja anemia odeszła w niepamięć coraz gorzej znoszę miesiączki. Bywam fizycznie i psychicznie wyczerpana, aż nie wierzę, że znowu zaczęłam brać tabletki przeciwbólowe, po dwuletniej przerwie. W dodatku po mojej środowej wycieczce, o której chciałam napisać, dnia następnego przyjechali goście i wybyłam z nimi nad jezioro, a wieczorem straciłam wenę i siłę na pisanie. Obecnie kończy się piątek i aż nie wierzę, że zaraz mój urlop dobiegnie końca i tylko szkoda mi, że krwawiąc nie miałam możliwości wybrać się na rowerową wycieczkę w jedno miejsce. Jak znowu zacznę jeździć do pracy rowerem, moje chęci jeżdżenia gdziekolwiek indziej znikną. Nie ważne. Teraz będzie o środowej jednodniowej wycieczce. Nie wiem, gdzie pierwszy raz ujrzałam kościół na wyspie otoczony wodą, to znaczy na pewno w internecie, więc w zeszłym roku stwierdziłam, że muszę tam pojechać, zwłaszcza, że znalazłam bezpośrednie połączenie z najbliższą stacją. Niestety będąc na bezrobociu było mi szkoda wydawać oszczędności na coś tak nieistotnego jak ujrzenie zabytkowej architektury. W tym roku ta myśl znowu do mnie powróciła, a że sytuacja, której się znalazłam, czyli urlop i nikogo obok, kto mógłby mnie odwiedzić, postanowiłam pojechać. Oczywiście mój zestresowany przyszłością umysł szeptał, że przecież nie powinnam wydać pieniędzy na takie przyjemności i oszczędzać na czym się tylko da, gdyby zima znowu okazała się ciężka do przetrwania, ale nie, pojechałam, bo przecież następne wakacje mogą już nigdy nie nadejść. Okazało się, że w tym roku nie uruchomili bezpośredniego połączenia z pobliskiej stacji, więc musiałam wyruszyć trochę dalej, ale że kocham być w drodze, gdy zostawiam wszystko za sobą, a jeszcze tyle dobrego przede mną, z entuzjazmem wyruszyłem wcześnie rano, a myśl, że znajdę się na peronie i wsiądę do pociągu (w sumie to był szynobus, ale nie ważne, ważne że tory), napełniła mnie radością. Gdybym mogła, podróżowałabym koleją regularnie. Nie wiem, czemu jeszcze nie zatrudniłam się w jakieś firmie przewozowej. Może dlatego, że wiąże się to ze szkoleniem/szkołą, za którą się płaci? Trzeba było iść do jakieś liceum specjalistycznego, czy gdzieś, przecież teraz nikt nie wpuści mnie do szkoły jako uczennicę, nawet jeśli nie wyróżniałabym się z tłumu. Nie ważne, to nie czas na rozmyślania o tym, że wiem jak rozegrałabym swoją przeszłość, gdy nie cofnę czasu. Do odjazdu miałam godzinę, więc usiadłam na ławce, czekając na otwarcie sklepu, do którego planowałam jeszcze zajść. Pech takiej osoby jak ja, czyli poruszającej się w pojedynkę, chciał, że usiadł obok mnie starszy mężczyzna, na oko przed pięćdziesiątką. Na początku pomyślałam, że zaraz padnie pytanie o pieniądze, ale nie, to nie był ten typ człowieka. Jestem osobą, która stara się być miła, i wprawiam samą siebie w zakłopotanie, a przecież wystarczyło powiedzieć, że to nie na miejscu, aby taki facet zalecał się do takie gówniary jak ja, albo wystarczyło wstać mówiąc “do widzenia”. Ale nie, to jestem ja, musiałam z dziesięć razy grzecznie odmówić, uświadamiając że nie pójdę z nim na kawę. Nawet nie musiałam kłamać, że nie piję kawy, bo nie piję na co dzień kawy. Jest tylko jedna osoba na świecie, z którą lubię pić kawę i szkoda, że nigdy już nie wypijemy jej razem. Pan podrywacz odpuścił, a ja pomyślałam, że powinnam założyć bluzkę z mniejszym dekoltem. Naprawdę męski mózg działa w każdym wieku podobnie, to bywa nie zniesienia, ale rozumiem, natury nie da się oszukać. Nie mam na celu obrażenia tutaj mężczyzn, po prostu ja jestem wynaturzeniem, mnie nic nie bawi ze świata damsko-męskich relacji, zależności i przeciwności. Jadąc do Zwierzyńca, bo tam znajdował się wspomniany, pan sprawdzający bilety uświadomił mnie, że mogłam kupić bilet do stacji końcowej, dzięki czemu zapłaciłabym mniej, jak się okazało o dwa złote, co w moim przypadku było nieistotne, bo jechałam tam pierwszy i najprawdopodobniej ostatni raz. Zabawne jest to, że w drodze powrotnej usłyszałam to samo od innego kontrolera i pomyślałam, że to naprawdę miłe, że dbają o kieszeń pasażerów. I może usłyszałabym to jeszcze od Pani kontrolerki, ale nie sprawdziła mojego biletu myśląc, że para plus chłopak siedzący obok mnie to moi współtowarzysze podróży, a im bilety sprawdziła już wcześniej. W ogóle była trochę roztargniona i nie wierzę że biegała po pociągu w butach na wysokim obcasie (ale nie szpilach), co było trochę zabawne. Spokojnie i bez problemu dojechałem do miejsca przeznaczenia, a dzięki temu, że wcześniej zapisałam sobie mapy, bez problemu dotarłam do wyznaczonych punktów. Zdziwiło mnie tylko, że google trochę kłamie, jeśli chodzi o podany czas pokonania pieszej drogi, albo może ja po prostu szybko chodzę. Wiecie, kościół na wodzie robi chyba większe wrażenie na zdjęciach, choć przyznaję, że usytuowany jest w uroczym miejscu i trochę zazdroszczę mieszkańcom, że mogą tak po prostu pójść tam na spacer. Jestem przekonana, że wszystko najpiękniej prezentuje się nocą, oświetlone z każdej strony, z migoczącą wodą, a wiem, bo widziałam na zdjęciach, nawet fontanna na środku jeziora jest kolorowo podświetlana. Niestety, w moim przypadku taki widok mogłabym ujrzeć zostając na noc, bo ostatni pociąg jest po 18, więc latem o tej porze słońce nadal świeci mocno. Chciałbym pojechać tam jeszcze zimą. To dopiero musi być piękny widok, a nocą podczas zimny to już szaleństwo, jeszcze o wschodzie, czy zachodzie słońca. Ach, jakie ja mam szalone marzenia, prawda? Poza kościołem, który wydaje się być tam główną atrakcją, jest mnóstwo innych rzeczy do zobaczenia, są ścieżki rowerowe, dydaktyczne i edukacyjne, szlaki w lesie do przejścia, są stawy i nawet plaża i kąpielisko, i muzeum i jeszcze inne rzeczy, których nie sprawdziłam. Poszłam, gdzie tylko mogła w przeciągu czterech godzin, które posiadałam. Nie mogłam wrócić ostatnim kursem, bo nikt nie odebrałby mnie z dworca, więc musiałam ustalić plan dnia tak, aby zdążyć na ostatniego busa pod dom, dlatego spędziłam tam niedużo czasu. Mimo to nogi bolały mnie niemiłosiernie i myślałam, że nie zasnę, ale wiem, że bolałby mnie mniej, gdyby nie bolało mnie wszystko przez okres. Nie żałuję, że pojechałam i że wybrałam trochę pechowy dzień, ale co poradzę na to, że ku memu zaskoczeniu mój organizm zaczął pracować regularnie co do dnia. Wysłałam trzy pocztówki, choć mogłabym wysłać dziesięć. Czemu tego nie zrobiłam? Nie wiem. Ale gdyby przyszło mi siedzieć i pisać do wszystkich, nie zrobiłabym tam nic innego poza siedzeniem i pisaniem. Widzicie, jak przychodzi co do czego, okazuje się, że mam całkiem sporo znajomych, ale takich, którym mogłabym tylko słać kartki, a nie takich, którzy realnie mogliby pojechać ze mną na wycieczkę, bo albo mieszkają za daleko, albo mają swoje oddzielne życie. Na tym skończę ten wpis, bo dochodzi już północ i po przedostatnim zdaniu można wyczuć, że mam ochotę uderzyć w pesymistyczny ton, ale tego nie zrobię. Położę się już spać, a przy następnej okazji wyleję z siebie coś, z czym nie mogę sobie poradzić. Albo i nie, bo nie potrafię ogarnąć moją myślą tego, czego nazwać nawet nie umiem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)