24.03.2014

810. Wyznania.

Posiadanie tumblra ma to do siebie, że przed twoimi oczami przewija się mnóstwo obrazów i słów, które stają się informacjami tymczasowymi, ale bywa, że coś szczególnie przykuje twoją uwagę. Tym razem było to niepozorne zdjęcie. Ukazany z góry widok na klęczącego po środku sali gimnastycznej ucznia, którego otaczają niespokojne postaci kolegów. Nic specjalnego, a jednak wulgarny komentarz pod zdjęciem, wyrażający emocje w związku z przypomnieniem sobie czegoś związanego z przedstawioną sceną i informacja, że to kadr z filmu, zadecydowały, że postanowiłam znaleźć tytuł, bo ten nie został podany,, i obejrzeć. (Liczba 11 123 przy zdjęciu, oznaczająca liczbę ponownych udostępnień lub polubień – w zależności od osoby – była również zachęcająca.) Rozwiązanie zagadki nie było trudne, ponieważ wystarczyło dotrzeć do tumblra osoby, która wstawiła zdjęcie jako pierwsza i sprawdzić listę tagów.
„Confessions” aka „Kokuhaku”, japoński film z 2010 roku. Opis na filmwebie informuje: Zdeterminowana nauczycielka próbuje wyjaśnić przyczynę morderstwa swojego dziecka, szukając winnych wśród uczniów własnej klasy. Szkolne klimaty, w dodatku w japońskim wydaniu, niekoniecznie do mnie przemawiają, ale klasyfikacja do gatunku dramat, thriller, zdecydowanie. (Ogólnie jestem otwarta na filmy, z chęcią oglądam coś z poza swojego kręgu zainteresowań, jeśli ktoś szczególnie poleca.) Zaintrygowały mnie też oceny użytkowników portalu, które okazały się bardzo skrajne; często pojawiało się albo 1, albo 10. Ogólna średnia filmu: bardzo dobry.
Po tym, jak zrezygnowałam z wpakowania się w sytuację podlegającą pod polskie prawo karne, co przekreśliło dotychczasową uczciwie wykonaną robotę (którą mogę już wyrzucić tylko do śmieci), automatycznie cofnęłam się do sytuacji sprzed trzech miesięcy, czyli „witamy ponownie w piekle, ale lepiej zdechnąć (tylko że jeszcze nie zdechnę i to też problem) uczciwie, niż żyć jako przestępca w dozgonnym strachu”, postanowiłam umilić sobie bezsenną noc z soboty na niedzielę filmem. Tego mi było trzeba, jeszcze więcej przygnębiania zmieszanego ze zdenerwowaniem i nie ma w tym ani odrobiny ironii.
„Wyznania” okazały się filmem fantastycznym, bo nie mogłam oderwać się od ekranu, choć bolały mnie oczy – połączenie ciemności z wcześniejszym, przed-seansowy płaczem – a przecież mogłam pójść spać i obejrzeć film po odpoczynku, ale siedziałam z zaciekawieniem i w napięciu. Sam film przypomniał mi o koreańskim „Oldoboyu”, w którym również pojawiło się stopniowe odkrywanie kolejnych, szokujących kart prowadzących do wyjaśnienia sytuacji oraz podjęciu zagadnienia zemsty.
Nie oglądałam wielu japońskich filmów w swoim życiu, więc może dlatego było to dla mnie nowe doświadczenie, nieprzewidywalne i ciekawe, ale nawet, jeśli ktoś uważa przedstawioną historię za powieloną, mało prawdopodobną lub chorą (ale taka jest właśnie zemsta, więc w czym problem?), to w „Wyznaniach” nie można nie docenić pięknych zdjęć i muzyki; aktorstwa również, choć podejrzewam, że nie każdemu mogą odpowiadać różnice w wyrażaniu emocji (ton głosu czy brzmienie języka), które są wynikiem odmienności kulturowej.
Zastanawiam się, co mogłoby być moim wyznaniem, bo w filmie pojawiły się wyznania różnych osób, ale na chwilę obecną nic nie przychodzi mi do głowy, chyba tylko to, że wszystko, dawniej tak bardzo cenne, straciło sens i nawet nie mam zamiaru próbować udawać, że jest inaczej. On słyszał dźwięk pękających baniek mydlanych, a co słyszałam ja?


13.03.2014

809. woda, woda, woda

Nieustannie bywam w Paryżu, Monachium, Rzymie i Wenecji. Chyba tylko sentyment, nabudowany na książkach i filmach, do ostatniego z wymienionych miasta jest w stanie uronić mnie przed znienawidzeniem miejsca codziennie krążącego w myślach. Chciałbym zwiedzić Wenecję, nawet jeśli jej urok jest już w jakimś sensie mitem. (A może jednak nie jest? Skąd mam właściwie wiedzieć?)
Osoba śledząca moje ostatnie wpisy, mogłaby zauważyć, że coś ciągnie mnie do wody. Właśnie, wczoraj przegrałam coś bardzo ważnego, przez słoną wodę właśnie. Pustka się powiększa, więc uzupełniam ją płynami, (jeszcze?) bezalkoholowymi, bo inaczej wylew łez mnie wysuszy. O, przypomniało mi się, woda, odkryta miesiąc temu. (I w dodatku w połączeniu ze słowem Hurts.) Teraz przypomina mi się fragment książki „Jaśniejszy odcień szarości”, też o wodzie. „Wypuszczam się ciągle na głębokie wody, choć wiem, że nigdy nie nauczę się pływać i wiem, jak bardzo szkodzą mi te kąpiele.” A teraz mam przed oczami scenę z filmu „Fabryka zła”, gdy Albrecht musi wejść do wody przez przerębel, a potem decyduje się już nie wyjść. Mam wiele wodnych skojarzeń, pewnie każdy jakieś ma, mnie zawsze zadziwia, że tyle podobnych rzeczy splata się ze sobą w moich myślach.

[Z poniedziałku na wtorek obejrzałam „Niebiańskie stworzenia” (1994), ze środy na czwartek „Polowanie” (2012). Oba ocenione na 9 z 10, przy czym pierwszy został dodany do ulubionych.]

10.03.2014

808. "Posępna noc"

Dziesiątego stycznia obejrzałam „Posępną noc”. Irytująco – intrygujący film, podczas którego masz ochotę potrząsnąć tymi dzieciakami, do momentu, w którym nie uświadamiasz sobie, że gdzieś, kiedyś, grałeś w ten sam sposób. Niedomówienia, nieumiejętność porozumienia, brak odpowiednich słów, aby przekazać to, co kryje się za maską. „Nawet, jeśli stracę wszystkich, ciągle będę miał ciebie. Nawet, jeśli inni będą mieli mnie gdzieś, tak długo, jak będę miał ciebie, ze mną będzie wszystko w porządku.” Za każdym razem, gdy pomyślę o tej scenie w kontekście całego filmu, zamieram.
Od 10 stycznia do dnia wczorajszego obejrzałam 26 filmów. Nie wiem, czemu zdecydowałam się wspomnieć o „Posępnej nocy”, skoro inne produkcje oceniłam wyżej. (Klikam sobie gwiazdki na filmweb.pl.) Właściwie teraz jest posępna noc, kolejna od kilku miesięcy. Jest wpół do drugiej. Przygnębienie sprawia, że narzucam sobie większą kontrolę. Muszę omijać szerokim sytuacje, gesty, słowa, które mogą ostatecznie zakończyć zabawę w życie, a granica jest cienka. Nie chcę mieć w sobie tego czegoś niosącego destrukcję, ale bezradność nie przynosi żadnego pomysłu, gdy wszystko, co mogłam zrobić, zawiodło. Tyle lat kombinowania,a znowu tu jestem.
Jako dodatkowy wykład, ponownie wybrałam zagadnienia z humanistyki i po raz kolejny usłyszałam znajome słowo kryzys. Kryzys to taki stan bytowy, w którym nie rozumiemy, co się dzieje. Jest to najgorszy stan bytowy człowieka, ponieważ uderza w jego rozum. Jeśli czegoś nie rozumiemy, musimy zawiesić działanie.
Nie wiem, nie rozumiem, stoję w miejscu, jakbym czekała już tylko na rozstrzelanie. Moje zmęczenie pcha mnie ku śmierci, ale morze woła ku życiu. Dusza szepcze: nie mogę, już nie mogę, ale rozum prosi: wytrzymaj jeszcze trochę, dla tego jednego spaceru brzegiem morza. Dni są monotonne i puste. Wypełniam swoje obowiązki, ale nienawidzę sytuacji, w której się znajduję, a która od grudnia bezlitośnie ciągnie się za mną jak cień. Wiadomość, że porzuciłam ten niezrozumiały dla wielu plan i wróciłam na dawną drogę, przyniosła ulgę, innym, nie mi. Powróciłam na drogę wiodącą ku zwątpieniu i zrobiłam to, by nie być problemem, którym mogę stać się za trzy miesiące. Bycie problem dla innych to myśl nie do zniesienia, tak bolesna, że wyeliminowanie problemu wydaje się rozwiązaniem, choć brutalnym, to skutecznym. Chciałabym, aby moje pesymistyczne przewidywania się nie sprawdziły, ale dotychczas się nie pomyliłam. Jestem Kasandrą, pamiętasz?


3.03.2014

807. Och, Leonardo.

If Leo can survive the Oscars every year, you can survive anything.

Nie potrafię nazwać uczucia, które towarzyszy mi, gdy czytam to zdanie. Zwykły, banalny powiew smutku to zbyt mało, by zjednoczyć się z pełnią tych słów. Też mogę przetrwać wszystko, bo wszystko się dzieje, a ja trwam, bo nie potrafię narzuć pętli na szyję. Wiesz Leo, nominacja za pierwszoplanową rolę jest cudowna. Nawet, jeśli nikt nie przypieczętowuje najlepszego zagrania statuetką, to film nadal jest, istnieje, a w nim ty, grający pierwsze skrzypce, podczas gdy mi zawsze przypada drugorzędna rola. Niezależnie jak bardzo się staram, przyćmiewa mnie blask osobowości, których towarzystwa się pragnie. Och Leo, chciałam nie istnieć w pewnych życiach, ale czemu za karę straciłam wszystkich. Wszystko albo nic – czemu tak okrutnie. Otwieram drzwi, widzę piękny strój, idealny makijaż, uśmiech i przejęcie na twarzy. Dopiero wstałam, może 15 minut temu, podczas gdy osoba przybyła od rana czeka na gościa. Może nawet nie spała w nocy, a wczoraj na pewno spędziła pół dnia w kuchni. Wręczam świeczki, które wsadzi w pyszny tort przygotowany dla jej gościa. Jak dobrze, że odebrałam telefon, okazując się ostatnim kołem ratunkowym, na jakie można było liczyć w tej sytuacji. Uśmiecham się, zamykam drzwi i wiem, że nie jestem nikim więcej niż scenografem cudzych żyć. Dostarczam rekwizyty, które sprawią, że film będzie działał lepiej. Nie wiem Leo, ile razy jeszcze będziesz próbował, w ilu filmach zagrasz, ile razy pozwolisz odebrać sobie nadzieję, ile razy pęknie ci serce, że nikt nie docenia tego, co robisz. Mi, Leo, zabrakło już sił.

2.03.2014

806.

Chciałam być jak Miranda, ale zostałam Sarą, bo znów nie mogłam mieć tego, czego chciałam. Mijaj zdrów otwarte okna, napisał kiedyś Iriving. Moja szyba rozbiła się na milion ostrych kawałeczków, jak na Sarę przystało. Cudem oddycham, cudownie zmęczona.