29.06.2018

984.

Moja niechęć narasta, choć to prawdopodobnie niewłaściwe słowo, ale obecnie nie znajduję lepszego. Przecież lubię ludzi, nawet jeśli nie potrafię nawiązać z nimi relacji i chowam się przed nimi za każdym rogiem. Ale D., nie wiem, naprawdę nieprzyjemnie mi o tym pisać, ale będzie lepiej, gdy zrobię tutaj. niż gdybym miała, broń Boże, powiedzieć mu w twarz, gdy wszystko zacznie we mnie wzbierać, wszystko, czyli rzeczy nie tylko związane tylko z nim, a jak mi się na coś zbiera to można oszaleć. Nieważne. Obecne nie potrafię zrozumieć ludzi, którzy są negatywnie nastawieni do innych tylko dlatego, że inni mają odmienne podejście do spraw, popełniają błędy, czy jawią się (według prywatnej oceny) jako głupi, żałośni i tragiczni. To nie tak, że mamy kochać wszystkich, tak się nie da, ale czy obmówienie kogoś i wyrzucenie przy tym z siebie niecenzuralnych słów świadczy o nas dobrze. Rozumiem, że ktoś chce podzielić się swoimi negatywnymi uwagami, nie zgodzić się z czymś, lub surowiej ocenić czyjeś postępowanie, a nawet podzielić się tym niezadowoleniem i żalem z drugą osobą, rozumiem, ale czy nie można tego zrobić bez wulgarnych słów i tej dziwnej złość, która opanowuje ciało? Najgorsze jest jednak wyśmiewanie czyjegoś strachu, zahamowań, trudności, albo ocena decyzji bez próby zrozumienia tego, czemu ktoś postąpił tak, a nie inaczej. Wiem, pisząc tę notkę i ja oceniam D., ale próbuję zrozumieć, skąd bierze się u niego takie podejście. I jeszcze ta nerwowość, która wybucha przy jednym niepowodzeniu. Czy to syndrom perfekcjonisty? A może stres związany z obowiązkami i tym, że wszystko jest na jego głowie, choć nie jest tutaj kierownikiem. Moze to typ choleryka i nie sposób z tym dyskutować, a może fakt, że jestem całkowitym przeciwieństwem sprawia, że nie akceptuję takiego zachowania. Wiem, każdy ma gorsze dni i nie zawsze stać nas życzliwość i uśmiech, ale czemu mam obrywać, jeśli nie robię nic złego, czemu moje uszy mają więdnąć, gdy nie chcę słyszeć tych wulgaryzmów, czemu tak to wygląda? Gdy poznaję nowe osoby, zawsze daję im ogromny kredyt zaufania oraz stuprocentowe szanse w byciu dobrym człowiekiem i znajomym. Nigdy nie zakładam niczego z góry, tylko to, że ludzie są różni, ale można polubić każdego. Nie wiem, co denerwuje mnie w D. Może nie potrafię zaakceptować tego, że ciągłe żartowanie w ironiczny sposób jest męczące. Czy ludzie nie mogą być dla siebie trochę milsi? Czy nie lepiej żartować tak, aby wszyscy się śmiali? Czemu każda próba żartu musi być jednocześnie uszczypliwością? To tak bardzo odcina mnie od ludzi. I to nie tak, że ich nie lubię, po prostu nie mam ochoty na ich obecność, a już na pewno nie na rozmowy. Przeszkadza mi, że od miesiąca słyszę tylko, że jestem inna, i że och, nie lubię go (bo raz nie wytrzymałam i powiedziałam, że go nie lubię, ale zobaczcie, jaki pamiętliwy), a przecież to nie chodzi o to, że go nie lubię. Nie lubię jego zachowania, bo to dziecinne, myśleć, że denerwowanie mnie jest zabawne. Nie biorę do siebie tych żartów, mnie to po prostu męczy i przeszkadza w skupieniu się na obowiązkach. Przecież nie przychodzę do pracy w celach towarzyskich, przychodzę, aby wykonać swoje zadania najlepiej jak potrafię. To znaczy do tej pory tak było, bo wygląda na to, że zaraz zacznę przychodzić tam tylko po to, aby przetrwać dzień z D. Jego to bawi, a ja przestałam reagować na dźwięk swojego imienia, chyba, że jest rozpoczęciem prośby związanej z pracą. Jak on może chodzić w tę i z powrotem, wykonując swoje obowiązki i przywoływać moje imię, tak po prostu, jakby chciał sprawdzić moje reakcje. Nigdy w życiu nikt tak często nie wypowiadał mojego imienia w przeciągu ośmiu godzin. Czy to normalne? Usłyszałam po raz kolejny, że pewnie chciałabym, aby nie zwracał na mnie uwagi i zapomniał, że istnieję. Przecież nie powiedziałam tego nigdy, a jednak gdyby dał mi spokój, byłabym zadowolona. Zabawne, jak wiele radości daje mi nieistnienie, a jeszcze zabawniejsze jest to, że chciałabym istnieć w myślach tych osób, w których prawdopodobnie nie istnieję. Może dlatego, gdy widzę listę osób podglądających moje relacje na instagramie, moje serce omal nie skacze z radości, bo znowu wpycham się na siłę do czyichś myśli. Choć i to nieprawda. Zastanawiam się, czy ludzie mają jakieś przemyślenia związane z tym, co tam zamieszczam, a może sennie przewijają relacje od jednego do drugiego konta, nawet nie skupiając się na ekranie telefonu, i to nic nie znaczy. Właściwie takie mam przekonanie, że nikt nie zatrzymuje się dłużej przy konkretnych osobach, bo obserwuje ich zbyt wiele. Nie wiem, czemu wplotłam tutaj wątek instagrama, bo nie o tym chciałam. To miał być wpis tylko o D., który jeśli kiedykolwiek mnie tu znajdzie (a po tym jak już wie, że ma konto na instagramie, twitterze i tumblrze - choć dwóch ostatnich nie zna), prawdopodobnie mnie znienawidzi. Trudno. Nie mogę przejmować się wszystkim. D. mimo wszystko potrafi być sympatyczny i pomocny, a jego żarty nigdy nie wynikają z prawdziwej złośliwości. Więc gdzie leży prawdziwy problem? Otóż w szczegółach. Pracujesz z kimś, dzień jak co dzień, a nagle ta osoba wypowiada słowa, które zapadają w tobie na zawsze i to nie tak, że równie szybko skreślasz tę osobę. Jeśli o mnie chodzi, w takich przypadkach zamykam się przed kimś, bo wiem, że te słowa, choć nie mające nic wspólnego ze mną w danym momencie, mają odniesienie do mojego życia i jeśli ktoś nie akceptuje tego u kogoś, tak samo nie zaakceptowałby mnie, gdyby poznał “sekrety”, które skrywam. Nie mamy obowiązku dzielenia się z innymi wszystkim, nie mamy nawet obowiązku robić tego z najbliższą nam osobą na Ziemi. Każdy z nas jest niezależnym bytem, osobą, która ma prawo do prywatności i przechowywania w sobie rzeczy, z którymi nie chce się z nikim dzielić. Tak oto nieświadomy niczego D. wypowiedział się, na przykład na temat samobójców. Nie pamiętam jakiego słowa dokładnie użył na określenie samobójców, ale ujawniało totalny brak szacunku do zmarłych w ten sposób. Uderzyło mnie to dwa razy bardziej, bo trzy miesiące wcześniej Jonghyun odebrał sobie życie. A przecież i ja nie raz strzelałam do siebie wyimaginowanym pistoletem, uśmiercając dla tego świata, bo nie chciałam tu istnieć. Nie ważne, czemu tak i że wszystko, co wiąże się z myślami samobójczymi ma podłoże w chorobie, mojej nigdy nie zdiagnozowanej i może nawet nie istniejącej, ale czasem nawiedza mnie strach, że bez kontroli i modlitwy posypię się znowu jak domek z kart, nie ważne, bo nie akceptuję takiej pogardy. Brak współczucia i przekonanie, że ktoś wybierający takie rozwiązanie zasługuje na potępienie, sprawiło, że zrobiło mi się przykro. Dla mnie akt samobójczy nigdy nie ma nic wspólnego z racjonalnym myśleniem, więc jak można ocenić taką osobę jako równą nam, nie zauważając tragizmu jej życia. To jeden z powodów dla których nigdy nie zostaniemy znajomymi poza pracą. Nie rozumiem jak ta sama osoba, która mówi, abym się nie smuciła (gdy się nie smucę!) i klepie mnie po głowie jak dziecko (bez mojej zgody!), mogłaby zapłakać nad moim grobem. To głupie, że myślę o tym w ten sposób, bo to już całkiem wyimaginowana sytuacja, ale mógłby z pogardą przyjąć taką posępną wiadomość i powiedzieć, że och, przecież byłam jakaś taka nienormalna. Potem to całe ocenianie innych, bo ktoś nie zrobił tak, jak powinien w danej sytuacji, i że ludzie są tacy i tacy, “debile”, “i niech spierdalają”. Wiecie, to jak w tym programie “Projekt Lady”, gdy dano dziewczynom do przeczytania scenariusze, że niby filmowe, a okazało się, że czytały swoje własne słowa i dopiero potem dotarło do nich, jak nieodpowiednio i wulgarnie się zachowuję. Z perspektywy obserwatora wszystko wygląda inaczej, a co mogę zrobić z tym, że jestem obrzydliwą obserwatorką. Co mogę jeszcze dodać? Rozumiem, że jestem dziwnym i jakże fascynującym okazem człowieka, ale naprawdę mógłby już dać spokój z tym swoim nastawieniem do mojej osoby, z tym uśmiechem, gdy widzi mnie zdenerwowaną (według jego kiepskiej oceny), podczas gdy ja jestem po prostu zmęczona i odlatuję myślami do krainy, gdzie stoi przy mnie ktoś zupełnie inny, ktoś, kto w życiu nie zachowywałby się jak gimnazjalista, który chce zwrócić na siebie uwagę dziewczyny. Mogłabym być jego najlepszą kumpelą, ale nie, to nie wyjdzie, choć doceniam, że stara się być dla mnie miły. Mam cichą nadzieję, że myśli tak samo, a może nawet mnie nie lubi, a nawet jeśli lubi, to wystarczy, że zajrzy tutaj i zobaczy, że za tym całym moim milczeniem kryje się rozpadający świat, wady i marudzenie, może nawet gorsze od jego codziennych marudzeń, i że da sobie spokój ze wszystkim. Poza tym przede mną tylko sobota i urlop, odpocznę od pracy. Mam plan, aby codziennie oddychać świeżym powietrzem, ale gdy przeglądam mapy z prognozą pogody, wydaje mi się, że przesiedzę cały tydzień w domu, jeśli będzie tak chłodno i wietrznie. Wystarczy, że jutro będę musiała pojechać do pracy rowerem przy silnych porywach wiatru i chyba urwie mi głowę. No ale bez głowy nie mogłabym myśleć i wszyscy byliby szczęśliwsi.

22.06.2018

983.

Chciałam napisać przedwczoraj, ale byłam zbyt zmęczona Wczoraj nagle nadeszła burza, ale równie błyskawicznie rozpłynęła się powietrzu jak moje myśli. To lato mnie wykończy. Momentami mam wrażenie, że to wszystko wraca i jeśli nie zmobilizuję się wystarczająco mocno, jeśli twardą ręką nie utrzymam tego, co rozpada się we mnie, oszaleję. Do tego przyjazd P., która nie przyjedzie. Nie widziałyśmy się cztery lata, nie zobaczy się przez pięć. Nie chcę przytaczać tutaj historii jej życia. Nie chcę napisać o niej ani słowa, bo szanuję czyjąś prywatność. Zaproponowała, abym w tym wypadku przyjechała do niej. Boże, tęsknię za widokiem morza, więc czemu to nie był wystarczający powód, aby zgodzić się na odwrotne rozwiązanie. Byłam u niej cztery lata temu. Poznałyśmy się przez internet. (Mam wrażenie, że tylko ludzie ze szkoły i studiów oraz szkoleń i pracy to jedyne osoby, które poznałam nie przez internet.) Pojechałam do niej z mnóstwem obaw, bo czym innym jest kilkugodzinne spotkanie, a czym innym spędzenie czasu przez tydzień z osobą, której wcześniej nie widziało się na oczy. Może ta historia nadawałaby się na odcinek serii programu “Catfish”, ale nie, to całkiem miła historia do czasu. Tym razem to nie moje decyzje zaprowadziły nas do tego miejsca. Tym razem to nie moja wina, że nie mogę jej zaprosić i pokazać kawałka swojego życia, o którym słyszała tyle złego. Mimo to czuję się źle, że odmówiłam. Czy zawszę muszę czuć się winna, kiedy zrobię tak, jak chcę, a nie tak, jak oczekują ode mnie inni? A może gdzieś podskórnie wyczuwam, że czekała na spotkanie ze mną. Czekała, bo umówiliśmy się już ponad rok temu, a teraz co, nic, znowu nic. Czemu nie zgodziłam się przyjechać? Czy muszę wszystko mierzyć moją niepewną przyszłością? Obawiam się, że gdy będzie mogła już do przyjechać, znowu zostanę bez pracy i pieniędzy, więc wolę odłożyć trochę grosza, niż teraz wydawać na wyjazd. Chcę poczekać. Czy to źle, że napisałam, że chcę poczekać na jej odwiedziny niż tracić pieniądze, które przydadzą mi się w niedalekiej przyszłości? Czy to źle, że tak wygląda moje doświadczenie życiowe i spoglądam przez jego pryzmat na teraźniejszość? Czy nie lepiej płakać z nieszczęścia z pieniędzmi w kieszeni, nawet jeśli mają niewielką wartość? Dopada mnie już stres związany z tym, że za cztery miesiące będę musiała znaleźć nową pracę. Codziennie zbiera mi się na płacz, choć nie wiem, czy z tego napięcia, czy może to hormony, a może moja tęsknota za czymś, co nawet nie istnieje. Jeszcze D. CODZIENNIE w pracy mówi mi, że jestem nieswoja od kilku tygodniu, co jest zabawne, bo przecież on nie wie, jaka jestem będąc “swoją”. Stresuje mnie życie w każdym jego wymiarze i nie mogę znieść, że nie potrafię odgadnąć, czego właściwie od ciebie oczekuję, a już wielkim błędem jest mieć jakiekolwiek oczekiwania. (Nie piszę tu o koleżance, tak dla wyjaśnienia.) Wzdycham ciężko z beznadziejności. Może chodzi o to, że powinnam przejść kolejne cięższe załamanie w ramach porządnego resetu. Nienawidzę nie myśleć racjonalnie. Tylko w rozumie moja siła. Rozum mówi mi, abym położył się spać przed sobotą w pracy, ale jednak coś jest nie tak. Bo po sobocie jest niedziela, a chciałam napisać do ciebie, ale nie napiszę. Nie podejmowanie decyzji też jest decyzją, więc tak oto funkcjonuję całe życie, bo wszystkie moje ważne decyzje okazały się do tej pory złe. Nie wierzę, że już nigdy nie odezwę się do nikogo. Nie wierzę, a jednak zapowiada się, że tak będzie. Mój blog powinien spłonąć na stosie za te głupoty, które tu wypisuję, a ja razem z nim.

18.06.2018

982.

Przesadzam z tak częstym pisaniem tutaj, ale wiedziałam, że na starość odbiją mi się gorzko te wszystkie lata milczenia o rzeczach, którym powinnam pozwolić wypłynąć, gdy męczyły. Winę mogę zwalić na przedwczesne uderzenie lata. Ta pora roku wyzwala we mnie wszystkie tęsknoty, może dlatego, że latem wydarzyło się mnóstwo ważnych rzeczy w moim życiu i wspomnienia ciążą mi jak to duszne powietrze. Dzisiaj obudziłam się z tak ogromną bolesną miłością do świata, co wydało mi się nieprawdopodobne w moim przypadku, więc nie dziwię się, że po całym dniu przetwarzania informacji i emocji nie pozostało z tej miłości nic. Wiecie, u mnie w końcu spadł upragniony deszcz, ale i tak z rana wsiadłam na rower w przeciwdeszczowym płaszczu. Im bliżej miejsca pracy byłam, tym jaśniejsze stawało się niebo, aż w końcu wjechałam w suche miasto. Ciepły deszcz i niebo zasłonięte chmurami, które nie pozwalają słońcu krzywdzić skóry.W letni deszcz spacerowałam po Wrocławiu razem z A., kiedy spotkałyśmy się po raz pierwszy i ostatni w 2011 roku. Tęsknię. Czasem zastanawiam się, co robisz, gdzie jesteś, czy może w końcu dobrze się odżywiasz, czy może umrzesz mi zanim znowu nadejdzie dzień ponownego spotkania. Drżałam na myśl o tym setki razy, więc przestałam myśleć. Zastanawiam się, czemu nie odpisałaś na moją ostatnią wiadomość, ani na życzenia i czemu ślę kartki pod ten sam adres, choć nigdy nie wiem, czy tam docierają. Nie dajesz znaku życia, ale nie mogłaś umrzeć, prawda? Co się z tobą stało i czemu nie mam odwagi dręczyć cię uparcie jak kiedyś, abyś nigdy o mnie nie zapomniała. Czasem chciałabym usiąść i zacząć czytać wszystkie listy, które mi przysłałaś. Byłyśmy wtedy takie młode i obrzydliwie smutne. Nie mogę jednak ponownie otworzyć żadnej koperty, bo chyba nie przestałabym płakać. Siedem lat. Gdyby liczby naprawdę były szczęśliwe, spotkałabym cię w tegoroczne lato i zdziwiłabym się, jak bardzo jesteś inna, bo czas zmienia wszystko, a potem uśmiechnęłabym się ciepło, bo ciągle byłabyś moją małą A., która znalazła mnie w blogowym świecie. Nie wiem, kim teraz jesteś, może nigdy tego nie wiedziałam, choć starałam się rozumieć na tyle, na ile moja nastoletnia zagubiona dusza potrafiła. Przeżywałam wszystko zbyt mocno, a potem się odsunęłam, bo każdy potrzebuje oddechu, ty i ja. Tęsknię, ale tu nie chodziło nigdy o mnie. Proszę, żyj najlepiej jak umiesz i pójdź ze mną kiedyś na piwo, bo wtedy byłaś niepełnoletnia, abym mogła cię jednym poczęstować. Przecież  wiesz, że jestem dziewczyną z zasadami, które nie pasują do dzisiejszego świata. Nie wiem, czy przez ten letni deszcz zebrało mi się na takie wspomnienia. Nie pisałam o tobie tutaj wielki. Momentami nie pamiętam, że istniejesz, ale mam nadzieję, och tak, ja zawsze pełna beznadziejnej nadziei, że masz się dobrze.
Obawiam się, że w tegoroczne lato stworzę tutaj mnóstwo takich smętnych wpisów i będzie mi źle z faktem, że jestem tak emocjonalna. Tylko nie wiem, czy to naprawdę ja, czy może ta pustka wyzwala we mnie to wszystko. Nie wiem, ale chciałabym przestać pisać, więc czemu piszę, czemu, kto pojmie logikę mojego działania.

16.06.2018

981.

Zmizerniałaś. To jest komplement, na który zasługuję. W przekonaniu osób starszych wyraz zmizernieć ma wydźwięk negatywny, a mnie tak okropnie cieszy, choć osobiście nie widzę tej zmiany. Może czasem zauważam w lustrze, że moja talia stała się węższa, albo kiedy nakładam spodnie, w które nie mieściłam trzy miesiące temu. Wraz ze zbliżającym się latem gubię kilogramy, jeden, dwa, tego nie można zauważyć. Staje się bardziej aktywna, jeżdżę rowerem i wlewam w siebie więcej płynów zamiast jedzenia. Przez ostatnie trzy lata nie byłam na diecie, przez ostatnie trzy lata trochę chorowałam i trochę było mi smutno. Mimo to ciągle uczę się radości pomimo trudności, tak bardzo, że aż zrymował mi się ten zwrot i nie mam siły inaczej sformułować zdania. Moim osobistym sukcesem jest to, że utrzymałam stabilną wagę przez tak długi okres czasu. Mimo to ciągle mi mało, bo przecież są ludzie szczupli, zdrowi i wyglądają pięknie i naturalnie w rozmiarze 36/34. Ciągle kieruję się zdrowym rozsądkiem, bo przecież obiecałam sobie, że nigdy więcej. W sumie to mam wrażenie, że nie pozostało mi nic innego jak mój zdrowy rozsądek. Mój rozum kontra wszystkie emocje świata, a jednak nikt nie nazwie mnie zimną suką, choć czasem zachowuję się tak, jakbym nie miała w sobie żadnych uczuć, jakbym była uśpiona. Myślę, że każda osoba, która zna mnie tylko z realnego świata, po odkryciu tego miejsca byłaby zdziwiona, że mogę tak dużo “mówić”. Zmizerniałam, może tak, może nie, może to już staropanieństwo maluje się na mojej twarzy. Poza zmizernieniem słyszę o tym, że mnie wciągnęło, ale to niemożliwe, nie urosłam ani trochę poza moje 165 centymetrów. Wiecie, ale taki mam już typ urody, że budzę się z cieniami pod oczami, a latem moja twarz o poranku jest opuchnięta. Może to dlatego, że kiedyś miałam usuwane operacyjnie trzy ósemki i nawet jeśli było to dawno, ciało ciągle pamięta. Kiedyś opaliłam na czerwono kolana, to było nawet ponad dziesięć lat temu, a mimo to ciągle odczuwam ciepło w tym miejscu, gdy noszę spodnie, jakby temperatura mojego ciała nigdy nie była równomiernie rozłożona. Wiecie, zrezygnowałam z używania podkładu na rzecz minerałów i moja skóra trochę odżyła, ale za to przybyło mi więcej piegów, pewnie też od jeżdżenia do pracy rowerem w słoneczne dni. Powinnam używać kremu z ochroną, ale boję się codziennie nakładać na twarz ten z SPF 50+, aby nie popsuć cery. Czasem smaruję czubek nosa, a  całą twarz tylko wtedy gdy wracam po pracy prosto do domu i wiem, że za 40 minut zmyję go z twarzy, dzięki czemu moja skóra znów zacznie oddychać. Czasem żałuję, że moje piegi nie są drobniejsze i zlewają się w większe plamy, ale nadal je uwielbiam, bo dodają koloru mojej bladej twarzy. Może to dziwne, ale lubię wyglądać na zmęczoną i może naprawdę wyglądać mizernie. A już wyjątkowo lubię moje sinoniebieskie żyły w wewnętrznych kącikach oczu. Musiałbym nakładać okropnie dużo korektora, aby nie przebijały, ale czy mi się chce, oczywiście, że mi się nie chce. Ostatnie dwa tygodnie fizycznie były ciężkie. Nie powinnam jeździć rowerem codziennie w upały. Moje zatoki znowu zaczynają boleć od czasu do czasu. Dzisiaj dzielę się tutaj wieloma nieistotnymi rzeczami, i co to w ogóle za traktat o mojej urodzie, jakbym chciała coś ukryć i owszem, mam przed sobą do ukrycia bardzo dużo. W międzyczasie zastanawiam się, jak to ze mną jest i czy naprawdę mogę podobać się komuś fizycznie. Czasem przeraża mnie myśl, że tak, choć to wykracza poza moje możliwości pojmowania, ale staram się bardzo, aby zagradzać potencjalnym kandydatom drogę. Weszło mi to w nawyk. Wybijam to każdemu z głowy na dzień dobry. Są dla mnie rzeczy do nie przebrnięcia na tym świecie i jedną z nich jest właśnie związek. Czasem wzdrygam się na myśl o tym, że ktoś mógłby zauroczyć się moim wyglądem, lub ogólnie osobą i już robi mi się przykro, że musiałby tak szybko zapomnieć o mnie, jak mnie poznał. Czasem ogarnia mnie obrzydzenie na myśl o wszystkim, co wiąże się z fizycznością i że to nie ma sensu, że tak to działa i tak wygląda dorosłe życie i może to chodzi o to, że mój ojciec zostawił nas dla czegoś takiego jak seks, a jedyne wyznania miłosne jakie usłyszałam w przeciągu swojego życia to było kłamstwo niedojrzałego chłopca, a innym razem propozycja pójścia łóżka. Czy tak nisko oceniają mnie mężczyźni? Och, i aż chcę powiedzieć “Cha Hakyeon would never”. To wszystko - moje myślenie też - świadczy o tym, że nie jestem dojrzała i jak dobrze, że nie w głowie mi romanse. Zranić kogoś tak, aby zapamiętał do końca życia, złamać komuś serce tak, aby przeklinał nas zawsze w myślach. Nie, takie zabawy nie dla mnie. Przez lata odsunęłam się od rzeczy, którymi na co dzień żyją zwykli ludzie, więc mój umysł dostosował się do takiego stanu i jest odcięty od takich spraw. Nie będę jednak ukrywać, że w gorsze dni dopada mnie ten dziwny stan, którego nazwać nie potrafię, i wtedy z przerażeniem odkrywam, że istnieją osoby, którym chciałabym się podobać, a potem stwierdzam, że nie na tym polega życie. Podobać się komuś tak, aby chciał z nimi stworzyć historię życia, to musi być dopiero szaleństwo i czemu właściwie nie zależy mi na tym, aby podobać się komukolwiek w taki sposób. Nie można jednego dnia chcieć czegoś, a drugiego odpychać to od siebie na zawsze. Może pogodziła się z tym, że nikt nie spojrzy na mnie w taki sposób, w jaki pragnęłoby moje serce, więc uznałam, że nie warto dla dobra wszystkich, a może przestraszyłam się, że ktoś taki był i mi żal, że była, jestem i będę niedojrzała, aby wyciągnąć rękę i powiedzieć “chodź ze mną przez życie ku Wieczności, bo wiem, że ty też tego pragniesz.” Od czego mam jednak wyobraźnię - od tego aby jej używać. Tylko czasem robi mi się szkoda, że jeśli wyobraźnia to przecież wszystko jest jednym wielkim kłamstwem dającym radość na krótko. Wiecie, nie wiecie, ale ze mną to jest tak, że zakochuję się w ludziach często, ale nie romantycznie, mnie urzeka człowiek jako całość; z całym bólem i radością, które w sobie nosi, ze wszystkim, co chce ukryć i ze wszystkim, czym dzieli się światem, z każdą łzą i beztroskim uśmiechem. Może dlatego nie mogę wyrzucić z myśli tych, którzy raz wkradli się do mojego serca. Nieustannie krąży we mnie pragnienie wspólnego siedzenia, nawet w ciszy, tak żebym mogła tylko poczuć obecność żywych. Ludzie są fascynującymi istotami. Oglądam po sto razy te same nagrania, wypowiedzi, wywiady, występy, jakieś urywki momentów, bo przyciąga mnie pulsujące życie, dźwięk głosu, spojrzenie oczu, mowa ciała, nieświadome gesty, tak jakby mi brakowało tego wszystkiego na co dzień i jakbym chciała nasycić się czyjąś obecnością przez ekran. Tak, przeglądam zdjęcia idoli, przeglądam zdjęcia moich znajomych, dla mnie wszyscy są tak samo ważni i tęsknię za czymś, co nigdy nie miało miejsca. Lubię obserwować, analizować i rozmyślać, ale nigdy nie chcę sprawić, aby ktoś czuł się niekomfortowo w moim towarzystwie, dlatego zerkam ukradkiem, nie pytam wprost i zostawiam wiele myśli dla siebie. Nie zniosłabym na sobie natarczywego wzroku, więc nie chcę być taka dla innych. Czy naprawdę istnieją ludzie, którzy uwielbiają patrzeć sobie w oczy? Może tak, bo sama lubię bezwstydnie łapać czyjś wzrok, ale tylko dlatego, aby pokazać tej osobie, że słucham z zaangażowanie. Pewnie dlatego wyczuwam na sobie dłuższe spojrzenia, ale kiedy pytam o co chodzi, nigdy nie dostaję odpowiedzi i zawsze zostaję z tym zawieszonym pytaniem - co sprawiło, że ktoś zatrzymał na mnie swój wzrok, co ujrzał i co chciał ujrzeć. Czasem zżera mnie ciekawość, bo chciałabym wiedzieć, co myślą o mnie ludzie, co myślą naprawdę, jak mnie widzą, kim jestem dla nich i kim jestem w ich myślach, jaką rolę gram w ich życiu, a może nie gram już żadnej. Tak oczywiste rzeczy, jak to, że ktoś uważał mnie za pilną i mądrą uczennicę, podczas gdy ja uczyłam się z niechęci do poprawek i jeśli nie wbiłam czegoś do głowy siłą, nie potrafiłam zabłysnąć inteligencją, się nie liczy. Tu od razu widać rozbieżność i mylenie faktów z cudzą opinią. Mi bardziej chodzi o to, czy ktoś cieszył się szczerze na mój widok, czy lubił ze mną rozmawiać lub czuć, że go wysłuchałam. Wiem, mogę to wywnioskować po reakcjach, po słowach wdzięczności lub prostych gestach, ale czasem mam wrażenie, że nie potrafię wyciągnąć prawdziwych wniosków. Bardzo chcę, aby moje przeczucia były prawdą, ale boję się, że wyobraźnia płata mi figle. Wczoraj przed snem przypomniała mi się pewne sytuacja i tak bardzo chciałabym usłyszeć, że to prawda, aż ze strachu, że może to wielkie kłamstwo, zaczęłam płakać. Nie lubię takich momentów, kiedy wszystko jest w porządku, kładę się spokojna spać z nadzieją na kolejny dobry dzień, a tu nagle przypomina mi się coś jak za podszeptem Złego i mam wrażenie, że coś zapada mi się w głowie, coś ściska mi gardło, i że dłużej tak nie mogę i chcę znać prawdę tu i teraz, bo nie jestem cierpliwa, bo ile lat można czekać, bo nie zasnę i nie wstanę. Jak dobrze, że zasnęłam szybko kołysana szumami usznymi. Z rana przebudziłam się z myślą, że to żenujące i co mnie obchodzi prawda, i że lepiej mieć jedno miłe i możliwe fałszywe wspomnienie niż rozmyślać o sprawie w nieskończoność i męczyć biednych ludzi. O pewnych rzeczach należy milczeć na zawsze, jeśli nie chce się narobić bigosu. Lubię słuchać opowieści innych, więc oglądam vlogi. Od kilku miesięcy nawet jednego księdza. Odbiegając od tego, kim jest ten kapłan i czemu tak, ostatnio wspomniał o tym, że jest introwertykiem i zwyczajnie lubi przesiadywać samemu. Przez to, że w mediach jest bardzo rozgadany, ekspresyjny i energiczny ludzie, którzy wpadają na niego, gdy podróżuje po Polsce i świecie, oczekują, że będzie dokładnie taki, jak w swoich vlogach. Tymczasem ludzie bywają rozczarowani, bo on owszem, ludzi lubi, ale często wolałby posiedzieć w czyimś towarzystwie i wspólnie pogapić się przez okno, niż rozmawiać. Natomiast jego vlogi są formą przełamania introwertyzmu i po vlogach też trzeba odpocząć. Och, jak dobrze go rozumiem. Mi po każdym spotkaniu należy się odpoczynek, bo przecież jeden człowiek potrafi namieszać mi w głowie - uruchomić myśli zakazane, a co dopiero cała zbiorowisko. Tak czy inaczej znowu usłyszałam, że bycie introwertykiem nie jest złe i trzeba ludziom pozwolić na wycofanie, o ile nie jest ono chorobliwe, więc odetchnęłam z ulgą. Chciałabym już nie stresować się tak przy innych - obcych, czy nowo poznanych osobach - gdy zapada cisza. Chciałabym, aby ktoś ze mną czasem pomilczał, albo żeby nie wypominał mi tego milczenia, ale jest jeszcze jedna rzecz, której chcę. Chciałabym zrozumieć, po co właściwie zaczęłam pisać tę notkę i o co do cholery tu chodzić i czemu w ostatnim czasie nie mogę przestać pisać tak dużo, i czemu w ostatnim czasie ktoś powiedział mi że nie jestem sobą (jakby wiedział kiedy jestem sobą) i czemu znowu muszę myśleć o tym, kim jestem, skoro nigdy nie rozwiąże tej zagadki. Męczy mnie to. Pora spać.

12.06.2018

980.

Dzisiaj będzie o milczeniu, o moim milczeniu. Znowu zaczyna męczyć mnie moja własna cisza, której nie mogę przebić dźwiękiem własnego głosu. Wiem, to banalnie proste, zacząć mówić, a mi to zupełnie nie wychodzi. Czemu pisanie tak, czemu mówienie nie. Męczy mnie to od lat, może nie ciągle, ale zawsze wraca, to odczucie, że funkcjonuję inaczej niż reszta otaczającego społeczeństwa. Nie jestem nieśmiała. To już przerabiałem. Nigdy taka nie byłam. Nie różniłam się od innych dzieci. Moje zahamowania w dzieleniu się z innymi zwykłymi opowieściami o życiu zaczęły narastać wraz z tym jak mój dziecięcy umysł zrozumiał, że mówienie prawdy jest niewygodne i bycie szczerym i spontanicznym dzieckiem jest dla innych problematyczne. Myślę, że najbardziej paraliżowała niesprawiedliwa złość rodziców skierowana w moją stronę. Nie rozumiałam, czemu ich nieszczęśliwe życie musi być karą dla mnie. Nie wolno było mi nigdy mówić prawdy, przede wszystkim o swoim stanie psychicznym, choć to akurat łatwo dało się zauważyć. Miałam realne ataki paniki. Często płakałam tak bardzo ze strachu, czy żalu, że nie mogłam złapać tchu. Z czasem płakałam w ten sposób tylko w samotności, bo im byłam starsza tym bardziej było mi wstyd przed przyjaciółkami. Nie wiem, kiedy to minęło, ale tak właśnie się stało. Może to był tylko ciężki okres dojrzewania, a może minęło wraz z tym, jak postanowiłam zamknąć to wszystko w sobie. Nie mogłam mówić o wielu rzeczach związanych z moją rodziną, bo przecież nie wypadało, więc u nas zawsze wszystko było w porządku, choć nie było. Żeby nie kłamać wystarczyło o tym nie mówić, więc przestałam opowiadać o swojej rodzinie. Z czasem realny świat przestał mieć znaczenie, więc przestałam rozmawiać z innymi o wszystkim. Nikt nie lubi słuchać narzekań, więc nigdy nie narzekałam i aż uderza mnie, że gdy krwawię obolała i jestem dwa razy bardziej zmęczona, nigdy nie powiem o tym wprost, podczas gdy D. zawsze potrafi ponarzekać na swoje złe samopoczucie. Mi od zawsze “mówiono”, że nikt nie lubi marud. Nie trzeba mi było przekazywać  nawet tego wprost, każdy artykuł czy głupi poradnik uświadamiał mi, że powinnam się zmienić, zmienić swoje pesymistyczne podejście, bo przecież nikt nigdy nie polubi mnie szczerze. Wtedy coś buntowało się we mnie, bo miałam nie narzekać, gdy mi ledwo chciało się przechodzić z jednego dnia w drugi z tym ciężkim sercem. Ale to święta prawda, codziennie słuchanie o nieszczęściach męczy, i nadawcę i odbiorcę, więc okazuje się, że gdy słyszę znowu marudzenie D. myślę, że mógłby dać już spokój. Z drugiej strony zazdroszczę mu po cichu, że potrafi dzielić się z innymi swoim stanem, albo jakby nigdy nic, nagle zacząć opowiadać o tym co robił wczoraj, albo co będzie robił w weekend. Mnie nauczono, że ból nie istnieje, a jeśli jest, to należy o nim milczeć, bo inni zawsze mają gorzej i boleśniej, co pewnie jest prawdą, ale też niesprawiedliwością, bo jakie to głupie porównywać się z innymi. Nikt nie lubi marud, więc nigdy nie opowiadam o swoim stanie fizycznym, a tym bardziej psychicznym. Nie potrafię opowiadać o ukochanych filmach, bo nie potrafię wyrazić słowami emocji, które kłębią się we mnie na wspomnienie tych ważnych seansów. Chciałabym, aby moje oczy rozświetlały się tak, aby inni wiedzieli, że choć nie potrafię mówić, to mam coś do przekazania. Nic z tego. Mój wzrok jest spuszczony. Naprawdę bywam na siebie zła, że nie umiem snuć opowieści, bo zapominam, że przeżyłam już tyle lat i powinnam mieć jakieś wspomnienia. Mgła przesłania mi wszystko co dobre. Nie opowiadam o znajomych, bo to nie na miejscu, i głupio tak dzielić się cudzym życiem. Nie lubię tego, nie lubię wykorzystać historii innych do zabawienia rozmówców. Nie rozmawiam o jedzeniu, bo połowa mnie nadal tkwi w zaburzeniach odżywiania. Nie opowiadam o tym co robiłam i co zamierzam zrobić, bo nikogo realnie to nie obchodzi. Nie potrafię zadawać pytań ludziom, bo nigdy nie wiem, czy przekraczam już granicę prywatności, czy jeszcze nie, więc ostatecznie nie ryzykuję. Nie opowiadam o moich uczuciach względem innych, bo nigdy nie chcę się narzucać, ani wywierać presji odwzajemnienia nawet czegoś tak prostego, jak radość na czyjś widok. Nie potrafię rozmawiać o banalnych tematach, nawet o tej głupiej pogodzie, bo przecież to najnudniejszy temat świata, chyba że jesteś meteorologiem i możesz powiedzieć coś więcej poza stwierdzeniem faktu, że świeci słońce. Tak, boli mnie zanudzanie innych i sztuczne podtrzymywanie rozmów. Może to fakt, że pracuję w miejscu, gdzie ludzie dużo rozmawiają i mają w sobie tę swobodę dzielenia się codziennością sprawia, że nagle moja pustka i milczenie pogłębiają moje przygnębienie wraz ze zderzeniem się z innym światem. Bo przecież mi samej nie przeszkadza to, że jestem ciszą. A może zaczynam się już martwić, że inni odbierają mnie jako nie tyle co zamkniętą w sobie osobę, ale wyniosłą ignorantkę. Stresuje mnie, gdy ktoś zaczyna rozmowę, a ja nie mam bladego pojęcie jak dalej pociągnąć temat i co wypada mi odpowiedzieć, a o czego nie. To wygląda tak, jakbym nieustannie się przejmowała i stresowała tym, że zaraz ktoś do mnie coś powie, a ja zostanę w sobie pustkę jak w szkole, gdy byłam wyrwana do odpowiedzi, a nie wiedziałam co powiedzieć i milczałam jak uparta bliska płaczu. Denerwowało mnie, że nauczyciele zawsze próbowali wyciągnąć ze mnie coś,czego tam nie było. Jeśli nie przyswoiłam wiedzy - nie nauczyłam się, to przecież wystarczyło postawić mi adekwatną ocenę, ale nie, nauczyciele byli okropni, ciągnęli za język, ale okazywało się, że nie mam języka. Szczerze, bywam zestresowana. Czasem siedzę i zaklinam rzeczywistość i proszę, abym jakimś cudem stała się niewidzialna. Nie chcę taka być, a jednak istnieje we mnie realna przeszkoda, czuję ją, ale nie potrafię przełamać. Jest to blokada, która nie pozwala mówić o życiu zwykłym i prostym, o tym co tu i teraz, nie potrafię powiedzieć, że znowu mam połamane paznokcie, że nie potrafię się wyspać, że mam wszędzie siniaki, że jestem niezadowolona, bo od dwóch tygodni nie mogę doprosić się o dzień wolny, aby zrobić durne zdjęcia do dowodu bo zaraz mi się skończy ważność, i że stresuje mnie fakt, że lada dzień mam urodziny i że nikt o tym nie będzie pamiętał. Zaczęłam ten wpis dramatycznie, ale im dalej brnę w te pokręcone przemyślenia, tym bardziej zdaję sobie sprawę z tego, że to bez sensu szukać przyczyny w pokrytej kurzem przeszłości. Nie wiem, czemu piszę długie rozprawy o niczym ważnym, a nie potrafię rozmawiać z ludźmi realnym głosem. Nie wiem, a chciałabym wiedzieć. Zwłaszcza, że to nie do końca prawda. Jest kilka osób, z którymi rozmawiam tak po prostu i bez stresu i zbędnego rozmyślania o tym, czy ta druga osoba potrzebuje tych wszystkich informacji, którymi ją zasypuję, czy jednak nie. Są ludzie, przy których czuje się zwyczajna i dobrze mi z tym, a jednak ci ludzie to nie moja codzienność, więc męczę się w swej codzienności. Męczy mnie świadomość tego, że moje milczenie nie wynika ze złych intencji, czy ignorowania kogoś, a jednak tak to właśnie wygląda, ale jak mam każdej osobie z osobna tłumaczyć, że mam taki dziwny problem. Głupio mi, ale im bardziej chcę mówić, tym bardziej milczą moje usta. Nie potrafię pociągnąć rozmowy. W mojej głowie odpowiadam od razu, moje usta nie poruszają się wcale. Wiem, że praktyka czyni mistrza. Powinnam praktykować, próbować i nie zniechęcać się, ale nie ma we mnie przekonania, że warto i że to ma sens. Próbowałam już tyle razy, a i tak cofam się za każdym razem. Jeden krok na przód i dwa w tył. Czy ktoś może mi powiedzieć, po co właściwie ludzie ze sobą rozmawiają? Po co dzielą się tym, co noszą w sobie? Jaki to ma sens? Kto chciałby usiąść przy mnie i wysłuchać, a nie tylko pytać co u mnie, a potem nie czekać na moją odpowiedź, ale streszczać pół własnego życia? Znowu marzy mi się ucieczka, zamknięcie ostateczne w sobie, takie na zawsze; nie odcięcie od świata, a odcięcie od siebie samej. Oglądałam ostatnio coś takiego jak vlive z zespołem i tam jedna z osób wyznała, że dopiero otaczający ją ludzie sprawili, że stała się bardziej otwarta, dodając banalnie, ale prawdziwie stwierdzenie, że wszystko wymaga czasu. A potem ta osoba wyznała, że ma atopię. Na początku przy każdym pojawieniu się w telewizji czy na scenie, strasznie próbowała to ukryć i spoglądała w lustro 50 razy dziennie, ta osoba, i nie nosiła koszulek z krótkim rękawem ani szortów, ale z czasem okazało się, że nie warto się tak męczyć, że ludzie tak naprawdę nie zwracają uwagi na takie rzeczy, bo są za bardzo skupieni na sobie. A blizny od drapania, one są i już, i trzeba ludziom mówić wprost o co chodzi i jak to jest, i tyle. Bo jeśli jest to coś, co jest częścią nas i naszego życia i nie da się tego zmienić, to nie warto ukrywać tego w stresie. Chyba dotknęło mnie to zbyt mocno. Takie proste prawdy uderzają najbardziej. Na studiach, gdy codziennie spędzałam czas ze znajomymi, byłam zupełnie inna, może bardziej zagubiona, ale bardziej otwarta, i nigdy nie było mi głupio dzielić się wszystkim, czym chciałam. Nie mam pojęcia, skąd wzięła mi się ta niechęć do mówienia, jakby coś zamykało mnie wbrew mnie, a ja nie wiem jak to zatrzymać. Czy kiedykolwiek rozwiążę tę zagadkę? Czy kiedykolwiek uda mi się wygrać z samą sobą? A może to musi skończyć się tak, że któregoś dnia wybuchnę i będzie po wszystkim? Jak to ze mną jest? Jak mówić? Czy ktoś zna odpowiedź na te pytania? Nie wiem, a może tu chodzi o to, że D. zbyt mocno przypomina mi o moim milczeniu, że od jakiegoś czasu jestem nieswoja, że to, że tamto, że pewnie znowu nic nie powiem. Może gdyby tak bardzo nie próbował analizować mojej obecności, sama przestałabym się skupiać na tym, że odbiegam od norm.

9.06.2018

979.

Nic tak nie cieszy osoby pakującej jak dostawa kartonów, zwłaszcza, osoby pakującej w lekkim kryzysie, która music spakować wędkę przy braku długich kartonów. Męczyłam się z ostatnim pudłem, które w dodatku musiałam rozdwoić, bo wędki były dwie. Na drugi dzień okazało się, że jedna z paczek była za długa według standardów przewoźnika, więc należało przepakować jej zawartość. Niestety, grube kartony to przekleństwo, w dodatku, gdy trzeba przeciąć je nożykiem do papieru, a papier jest przecież cienki. Nie chcą dać się ani przeciąć, ani zgiąć w odpowiednich miejscach, w ogóle nie współpracują. Ale chętnie potną mą skórę swoimi ostrymi krawędziami. Moje dłonie trochę cierpią, a nogi nadal są w siniakach, choć nie wiem, czy obijam się ciągle, czy może siniaki znikają tak wolno. Pracuję i mam się dobrze, choć piszę tutaj dużo i zawsze wychodzi zbyt dramatycznie. Trochę mi szkoda, że w czerwcu dostanę tylko jeden dzień wolnego, bo przecież już na początku lipca mam urlop, całe pięć dni wolnego (jak wspominałam, po 4 latach przyjedzie P. i nie, nie jestem zestresowana, ale mam trochę obaw), więc wcześniej nie powinnam potrzebować odpoczynku. Wydaje mi się, że nigdy nie dostanę wolnego za te nadprogramowe pracujące dni. Nie będę oszukiwać, nie potrafię odpocząć psychicznie od pracy przez niedzielę i tak po sobocie od razu następuje poniedziałek i życie znowu gna donikąd. Mimo to nie chcę narzekać, bo nie uważam, że mam ku temu realny powód. Niezależnie od wszystkiego, praca jest rzeczą, która przysparza mi najmniej zmartwień w czasie bieżącym. Dostaję też co miesiąc “sekretną” premię, więc mogę się cieszyć, że chyba nie zostanę z zerem na koncie po ugoszczeniu koleżanki z nad morza. Tak naprawdę zależało mi na znalezieniu jakiejkolwiek pracy, aby móc ją zaprosić do siebie. Udało się, więc osiągnęłam ten jeden cel, który przedłużył moje życie o rok. Skoro nie mogę mieć wolnego wcześniej, chciałabym przestać budzić się o piątej rano. Przerywanie wypoczynku i ponowne zasypianie po to, aby obudzić się godzinę później, niekorzystnie wpływa na moje funkcjonowanie w ciągu dnia. Za to właśnie nad ranem śnię dużo i intensywnie. Spotkałam już wszystkich moich znajomych, oczywiście we śnie, bo na jawie to nadal trudne. Próbuję zrozumieć jak to jest, że śniłam znowu o tym samym miejscu, o którym śniłam dawniej. Zastanawiam się, jak to jest, że nigdy nie byłam w tym miejscu naprawdę, a jednak jego obraz ciągle do mnie wraca. Nie wierzę w sny, ani jako ukryte pragnienia, ani jako obraz poprzednich wcieleń, ani proroctwa. Dla mnie sny to jedno wielkie kłamstwo. Mam wrażenie, że podczas nocy mój mózg nie odpoczywa, on skutecznie knuje jak popsuć mi realne życie. Wlewa we mnie marzenia senne, które nigdy nie były i nie będą rzeczywistością. Czasem oddycham z ulgą, czasem jest mi żal, że niektóre rzeczy wydarzają się tylko w snach. Jeśli jestem już przy marzeniach, marzy mi się całodzienne czytanie książki, albo czytanie bez chęci zaśnięcia po siedmiu minutach. Czasem, gdy wysyłają mnie z jednego sklepu do drugiego po towar, wpadam na kogoś znajomego, ale wczoraj wpadłam na kogoś, na kogo miałam nie wpaść nigdy więcej. Nie wiem, jak to robię, ale zawsze po chwili dezorientacji i lekkiej paniki szczerze i z uśmiechem mówię “cześć”. Tym razem też zabrzmiałam miło, a gdy postać zniknęła z moich oczu, pomyślałam, że za chwilę zaleje mnie fala emocji. Nic takiego się nie stało. Już trzeci rok (Boże, czy to naprawdę wydarzyło się tak dawno?) wraca do mnie myśl (choć nie tak często jak wcześniej), że gdyby nie tamten wieczór, teraz niektóre rzeczy wyglądałby inaczej. Wiem, mogę się mylić, ale to takie proste równanie, gdybym została w domu, nikt by mnie nie poznał, nie by nie pisał i nie wplątał w sieć kłamstw. Pamiętam ten ciężar na sercu, kiedy okazało się, że moje podejrzenia stały się słuszne i kiedy musiałam podzielić się nimi z kimś, komu chciałam zaoszczędzić zmartwień, ale na tamten moment to była najlepsza, choć nie łatwa decyzja. Wiecie, ale dobrze, że minęłam tę osobę na ulicy w słonecznie przedpołudnie, bo odczułam ulgę, że to już za mną i że nie jestem zła, nie mam żalu, że to nie ma znaczenia, czy tam byłam, czy mogło mnie tam nie być. Może tak to jest, że aby trwać daje i pogodzić się z pewnymi rzeczami, należy odebrać przypisywane im znaczenie.

4.06.2018

978.

Za dużo przejażdżek rowerem, za dużo słońca, za dużo rodzinnych spotkań w dużym gronie, i pewnie za dużo niezdrowego jedzenia. Kolega w pracy żartuje, że jestem smutasem - tak właśnie się to do mnie zwraca - choć robi to specjalnie, bo wtedy zawsze się uśmiecham i kręcę głową, bo to przecież nieprawda. Brakuje mi tylko trochę energii i nie mogę się porządnie wyspać od miesiąca. Wiecie, za dużo przejażdżek rowerem w upalne dni (jeżdżenie pod rząd do pracy to nie jest dobry pomysł), za dużo spotkań rodzinnych w dużym gronie (trzy imprezy w ciągu ośmiu dni w 30 osobowym gronie to szaleństwo, zwłaszcza, gdy połowa to dzieci), za dużo niezdrowego jedzenia (bo te imprezy), a potem znowu ten rower, po którym powinno się mieć więcej energii, a jednak coś przestało u mnie działać, bo zasiadam w pracy przed komputerem i czuję się śpiąca i tylko liczę na to, że danego dnia będę pakować przesyłki. Nie muszę chyba mówić, że na dworze odczuwalne trzydzieści stopni, a mi w pracy zimno.
Przyjaciółka zapytała, czy coś się u mnie zmieniło, bo wyglądam na radośniejszą, a mi trudno znaleźć przyczynę tego, czemu uśmiecham się na zdjęciach (i nie tylko); może po prostu mnie na to stać. Gdy zostanę bez pracy, a kiedyś, w niedalekiej przyszłości zostanę, pewnie przestanę się uśmiechać, jak każdy bezcelowy byt stąpający po Ziemi. Jakie to proste. W każdej innej kwestii postanowiłam zostać niepoprawną optymistką. Zastanawiam się jednak, kto ma rację: kolega w pracy, czy przyjaciółka, czy jest we mnie więcej smutku czy radości, a może jestem niestabilna emocjonalnie i ot cała tajemnica mojego istnienia?
Jestem spokojną osobą, zbyt spokojną, czasem można pomyśleć, że nie ma we mnie życia, aż do momentu w którym dociera do mnie, że naprawdę jedynym rozwiązaniem na wyrwanie się z domu dla nieporadnej, a może tak pechowej osoby jak ja, jest znalezienie kogoś, kto wywiezie cię z tego domu. Och, i jak okrutny jest ten świat, że w planach wspólnego mieszkania można wziąć się pod uwagę tylko chłopaka/narzeczonego/męża (niepotrzebne skreślić). Zgranie się z którąkolwiek z koleżanek jest trudne, bo przecież koleżanka nie jest związana ze mną żadnym węzłem i śni o własnych odległych krainach. O ile nie denerwują mnie pytania o ślub, czy wybranka serca, o tyle sugestia, że poznam kogoś i wtedy wyprowadzę się, sprawia, że mam ochotę krzyczeć. Czy nie ma dla mnie innego sposobu na zniknięcie z tego miejsca? Czy tylko “opiekun” albo śmierć? Czemu nie potrafię zrobić tego samodzielnie? Czemu wiąże się to z posiadaniem większej ilości pieniędzy? Nikt nie lubi, gdy inni narzucają mu swoją wizję szczęścia, albo rozwiązania, których nie jest w stanie wprowadzić w danej chwili w życie i przyznaję, nie lubię tego i ja. Nic tak nie potrafi popsuć mi życia jak przypomnienie, że od lat nie robię nic, jak umieram w tym pokoju. Próbuję odgadnąć, co sprawia, że ciągle tu jestem, kiedy tak bardzo nie chcę, tak bardzo, że nagle staram się o tym nie pamiętać, bo wpadłabym w ciąg niekończącej się cichej rozpaczy. Jest mi wstyd, że bywam niewdzięczna. Jednego dnia myślę sobie, zobaczycie, zrobię to po swojemu, i jeszcze mi się uda, zobaczycie, a potem nadchodzi dzień inny, coś znowu się we mnie zapada i czuję, że przegrałam już dawno temu.
Jednak najbardziej rozdzierają nachodzące mnie znienacka myśli. Jestem na mszy, podziwiam obcy kościół, malowidła, rzeźby, witraże, skupiam się na modlitwie, a potem moje myśli rozbiegają się we wszystkie strony, by nagle zahaczyć o kogoś z przeszłości i już, już przypomina mi się coś, o czym nie mogę pamiętać dla dobra świata i już zbiera mi się na płacz i myślę sobie, Boże, chcę odpowiedź na wszystkie pytania, prawda że mi ją dasz, nawet jeśli po śmierci, chcę wiedzieć, w którym momencie coś poszło nie tak, w którym momencie to miało wyglądać inaczej, ale podjęłam złą decyzję. Wiem, brzmię nad wyraz dramatycznie, ale może taka jestem. Rozglądam się po ludziach, wszędzie rodziny, wszędzie ktoś z kimś, rodzice, dzieci, dziadkowie, rodzeństwo, niby ja też z rodziną, ale z nikim nie potrafię złapać dobrego kontaktu, bo nie wiem za bardzo o czym rozmawiają ludzie, więc patrzę na nich wszystkich i myślę, że mam fantastyczną rodzinę, bliższą i dalszą, tylko ja tak daleka jestem od fantastyczności; nie potrafię okazać w żaden sposób tego, co czuję i jak lubię słuchać ich rozmów i patrzeć na iskrzące się w nich życie. Wiecie, najbardziej ciągnie mnie do małych dzieci. Lubię przebywać w ich towarzystwie. Powiesz im, że trawa jest zielona, niebo błękitne, a nie uznają tego ani za nudne, ani za głupie. Tylko uśmiechnął się do ciebie, bo ty uśmiechasz się do nich. Czemu więc nie zostanę nigdy matką?
Inna sytuacja, jemy, pijemy, jemy, nie piję alkoholu, za każdym razem, gdy decyduję się na coś procentowego, przypominam sobie dlaczego nie piję - bo wszystko jest ohydne, poza piwem o smaku owoców. Wypijam pół kieliszka wina i już czuję, czemu nie powinnam pić nigdy więcej, bo nagle dopada mnie parszywy nastrój, a potem orientuję się, że na kolejnej imprezie nie piję nic i siadam specjalnie w gronie dzieci, ale to nie poprawia mi nastroju. I pytam siebie głupio, gdzie mój mąż i moje dzieci i czemu nie ma we mnie tego pragnienia, by mieć męża i dzieci, czemu jestem taka wybrakowana. Potem, aby odreagować, oglądam tych wszystkich utalentowanych ludzi (czytaj koreańskich artystów) i ściska mi serce, bo mają pasję, bo żyją, bo nawet jeśli boli ich serce, to żyją z bolącym sercem. Tylko Jonghyun nie żyje. Boże, ciężko mi dzisiaj oddychać.

Wiecie, ale to nie ma znaczenia, czy jestem szczęśliwa, czy nie, ważne, że chce mi się dalej żyć, po tych wszystkich latach czczenia śmierci, nawet jeśli mi nie wychodzi, to życie. Myślę, że o oto chodzi, aby dalej trwać mimo wszystko i jak to napisał pan Musiał, którego już tutaj cytowałam: “Zmusić się do życia, znaczy zmusić się do jedzenia, choć wszystko wymiotuje w tobie, skręca się w potwornym proteście, choć wszystko krzyczy w tobie nie.”