19.12.2013
17.12.2013
800.
Może na tym to właśnie polega. Wracamy nad przepaść, aby podziwiać
zapierające dech w piersiach widoki, choć wiemy, jak niebezpieczne to
bywa, i że jeden nieostrożny ruch może zmienić rzeczywistość. Chyba
pierwszy raz przyznam, iż szkoda, że nie ma śniegu. Kolor czerwony
wyglądałby na nim zjawiskowo, a tak, tylko szary bruk.
10.12.2013
799.
Bardzo dużo piszę – robię ręczne notatki w czytelni, wystukuję na
klawiaturze prywatne wiadomościach do kilku osób, a ponadto tworzę (jakimś
cudem) pracę magisterką. Brakuje mi trochę czasu: na sen, na książki, na
dokończenie „Peppermint candy” (soundtrack chodzi za mną już dwa!
miesiące), na przetrwanie zimy w kurtce z kapturem, której jeszcze nie
posiadam i może nastanie wiosna, zanim uda mi się zmienić obecny stan
rzeczy. Trochę kombinuję i mam niewielkie plany na najbliższą
przyszłość. Przypadkowo, jak na większość rzeczy w internecie,
natrafiłam na „Kwartalnik Literacki”, wydanie z lat dziewięćdziesiątych,
elegancko zeskanowane i umieszczone na cyfrowej stronie bydgoskiej
biblioteki, a w nim fragment „Al Fine” Grzegorza Musiała. Calutkie
siedem stron. Chciałabym nabyć książkę, ale nie mam pojęcia gdzie.
(Allegro.pl odpada. Nie dość, że nie mam konta, to oferty są sprzed 3
latach i właściwie nie wiem, jaka jest pewność, że nadal są aktualne i
że faktycznie dostałabym książkę.) Jeśli chodzi o moje małe relacje na
linii ja – reszta świata, idzie mi podejrzenie dobrze. Myślę, że
niektórzy spojrzeliby na to z powątpiewaniem, ale moja pewność, że
nastały zmiany, trwa nie do dziś i to wystarcza jako argument. Chyba,
że ktoś uzna iż nastał czas urojonego spokoju. Trudniej wychodzi mi
zagłębianie się w swoje wnętrze, stąd też rzadsze notki, bo właściwie
nie ma w co się bardzo zagłębiać, co nie znaczy, że moje wnętrze stało
się pustką. (Wręcz przeciwnie, ostatni tydzień przyniósł kilka
zaskakujących i dobrych momentów.) Jest po prostu odnowione, schludne i
czyściutkie. Wiem, wiem, o takie rzeczy należy dbać, staram się.
Odnajduję spokój w prostych chwilach i słowach; w świeżym, lekkim
oddechu; w czynionym znaku krzyża. Chyba wykorzystam kilka znaczków
pocztowych, które mam na składzie, bo szkoda, żeby się zmarnowały. Leżą i
leżą, już ponad pół roku. Po prostu wyślę w świat kilka słów. Jeszcze
nie zdecydowałam, w którą stronę. Mam nakreślonych parę kierunków i
zdań, ale nie wiem, co ostatecznie z tego wyjdzie. następny wpis będzie
prawdopodobnie na zakończenie tego roku, wiecie, z podsumowaniem. Chyba,
że wydarzy się coś wartego opisanie, a tak, obowiązki studenta wyzywają
i łóżko także – w końcu wypadałoby się wyspać. Powiem jeszcze tylko, że
to niezwykła ironia losu, iż w tym roku Sylwester z Polsatem odbędzie
się w Gdyni. W GDYNI(!). Nie będę poruszać tego wątku, bo to historia z
cyklu „za siedmioma górami, za siedmioma lasami”, długa i pokręcona,
ale jeśli cuda się zdarzają, to 1/2 Gdyni do mnie przyjedzie w nowym
roku, a ja to przeżyję, więcej, będę ciszyć się jak głupia.
2.12.2013
798. Po cóż więc wyważać komuś drzwi, które on sam sobie zamknął na klucz.
Listopad minął szybko, pełen przemyśleń,
które nie zostały zanotowane; brak czasu i chęci; mamy już grudzień.
Zanim powitam nowy miesiąc, chciałabym wspomnieć, że nie opisałam
zeszłorocznych Andrzejek, przynajmniej nie w dzień po ich świętowaniu.
Wtedy również spadł pierwszy śnieg. Nie miałam ciepłych ubrań, a moje serce,
chyba teraz mogę się przyznać, idealnie wpasowało się w pogodę, choć
uściślając, nie serce, lecz pogoda dopasowała się do serca. Może to brzmi naiwnie i głupio, ale tamten śnieg
zaczął podać jakby na znak łączności ze mną. Wiatr przywiał białe, zimne płatki, gdy poczułam chłód
osiadający na duszy. Myślałam, że
dalej już nie zajdę, że stroję nad przepaścią i albo zawrócę, albo
wpadnę wprost w czeluść. (Jak widać, zawróciłam.) Nigdy nie opisałam
tamtej nocy wprost, choć do tej pory wyraźnie pamiętam każdą chwilę, wszystkie
gesty, słowa, spojrzenia, pokój, jedzenie na stole, emitowany program w
telewizji. Przez cały rok andrzejkowy temat przewijał się w
notkach, lecz nie jako konkretnie wspomnienie przełomu dwóch miesięcy –
listopada i grudnia – ale jako myśl wpleciona w odrębne wątki;
subtelna, niedostrzegalna dla wtajemniczony. Podejrzewam, że musiałabym
przeanalizować wszystkie notki od zeszłorocznego do tegorocznego
listopada, gdybym chciała odnaleźć ślady tamtej niefortunnej nocy.
Jedno jest pewne, skutki jednej doby długo trawiły moją duszę, choć
oszukiwałam się, że tak nie jest. Nie podzieliłam się z nikim moimi
przemyśleniami. Nikt już się nie dowie, nad czym wtedy płakałam, ale to
nie ma znaczenia. Myślałam, że w tym roku nakreślę „notkę na pamiątkę”,
ale czas uciekł, zajęłam się czymś zupełnie innym. Nie warto oglądać się
za siebie, zwłaszcza, że jestem wolna. Słyszycie, uwolniłam się.
Przebaczyłam innym i sobie.
Nastał nowy miesiąc. Nocą z listopada na grudzień zajęłam się montażem filmiku, który swoją drogą niedługo udostępnię; nie wiem czy tutaj, ale na pewno znajomym. (Czeka wgrany na moim koncie na youtube.) Moje pierwsze „dziecko”. Cieszyłam się jak głupia przez trzy dni, bo trzy dni powstawał, aż dzisiaj jego ostateczna wersja zaistniała. Jeśli chodzi o realizację filmiku, związana jest z nim oddzielna historia, z tegorocznego października, której także nie opisałam na blogu. Kolejny cios w serce. (Ostatnimi czasy rezygnuję z wielu wpisów. Nie będę przytaczać powodów, bo jest ich zbyt dużo, a ich zawiłość może przytłoczyć odbiorców. Do tego nie mam czasu na referaty. Wolę spać lub pisać wiadomości do tych, którzy chcą je otrzymywać.)
Podsumowując, obecnie staram się skupić na pisaniu pracy magisterskiej, chyba nawet za bardzo, bo nie powstało jeszcze ani jedno zdanie. Nie potrafię przejmować się tą sytuacją. Jakoś to będzie. Ogólnie żyję na intensywnych obrotach, dużo zadań przede mną. Natomiast po cichu czekam z nadzieję, aż będę mogła zobaczyć tych kilka drogich twarzy (niektóre po raz pierwszy) lub wymienić kilka zdań po długim czasie „nie widzenia się”. Jestem w stanie czekać długie lata bez niepokoju, teraz już tak. Może dlatego, że tak naprawdę już nie czekam? Może dlatego, że staram się żyć najlepiej jak umiem, a gdy coś się wydarzy, po prostu będę wdzięczna?
Na koniec cytat z książki, żeby ubogacił wpis, który nie należy do najciekawszych. Znalazłam dzisiaj „Stan płynny” Grzegorza Musiała w formacie PDF, co bardzo mną wstrząsnęło (oczywiście wstrząs był jak najbardziej pozytywny), gdyż nie podejrzewałam, że jakakolwiek książka tego autora może istnieć w nie papierowej formie. Cytat:
Nastał nowy miesiąc. Nocą z listopada na grudzień zajęłam się montażem filmiku, który swoją drogą niedługo udostępnię; nie wiem czy tutaj, ale na pewno znajomym. (Czeka wgrany na moim koncie na youtube.) Moje pierwsze „dziecko”. Cieszyłam się jak głupia przez trzy dni, bo trzy dni powstawał, aż dzisiaj jego ostateczna wersja zaistniała. Jeśli chodzi o realizację filmiku, związana jest z nim oddzielna historia, z tegorocznego października, której także nie opisałam na blogu. Kolejny cios w serce. (Ostatnimi czasy rezygnuję z wielu wpisów. Nie będę przytaczać powodów, bo jest ich zbyt dużo, a ich zawiłość może przytłoczyć odbiorców. Do tego nie mam czasu na referaty. Wolę spać lub pisać wiadomości do tych, którzy chcą je otrzymywać.)
Podsumowując, obecnie staram się skupić na pisaniu pracy magisterskiej, chyba nawet za bardzo, bo nie powstało jeszcze ani jedno zdanie. Nie potrafię przejmować się tą sytuacją. Jakoś to będzie. Ogólnie żyję na intensywnych obrotach, dużo zadań przede mną. Natomiast po cichu czekam z nadzieję, aż będę mogła zobaczyć tych kilka drogich twarzy (niektóre po raz pierwszy) lub wymienić kilka zdań po długim czasie „nie widzenia się”. Jestem w stanie czekać długie lata bez niepokoju, teraz już tak. Może dlatego, że tak naprawdę już nie czekam? Może dlatego, że staram się żyć najlepiej jak umiem, a gdy coś się wydarzy, po prostu będę wdzięczna?
Na koniec cytat z książki, żeby ubogacił wpis, który nie należy do najciekawszych. Znalazłam dzisiaj „Stan płynny” Grzegorza Musiała w formacie PDF, co bardzo mną wstrząsnęło (oczywiście wstrząs był jak najbardziej pozytywny), gdyż nie podejrzewałam, że jakakolwiek książka tego autora może istnieć w nie papierowej formie. Cytat:
"Zdarza się, że jest mi kogoś żal,
zwyczajnie, po ludzku, bo ujrzałem nagle ogrom beznadziejnej pustki, w
jakiej miota się jego nie do cna jeszcze sparszywiała dusza, okłamująca
się, że jest dobrze, że jest właśnie tak, jak być powinno, lecz
miewająca przecież od czasu do czasu momenty prawdy przed sobą. I gdy
siedzi wtedy taki zdeptany, poszarzały nad szklaneczką wódy z limonem,
podsuwam mu rozwiązanie. Krótkie, konkretne, proste, zdawałoby się, bo
wymagające tylko jednej jedynej decyzji. Wyjazd, rozwód, zmiana
środowiska, zmiana alkoholu. O nieszczęsny samarytaninie, niosący pomoc
tym, którzy te go od ciebie nie chcą!
Dzisiaj przyzna ci rację, zapłacze, padnie w ramiona, jutro nie odkłoni się na ulicy w słusznej pretensji, żeś bez biletu wdarł się do cichej, ciepłej kapliczki, w której przechowuje skarby swoich smuteczków i załamanek. Są mu potrzebne jak powietrze.
Masochizm?
Tak, tak, bez wątpienia wielu moich przyjaciół to masochiści. Kochają być załamywani i niszczeni. Kochają dramaty, dylematy i antygony, które ich życiu dodają trochę pieprzu.
Po cóż więc wyważać komuś drzwi, które on sam sobie zamknął na klucz."
Dzisiaj przyzna ci rację, zapłacze, padnie w ramiona, jutro nie odkłoni się na ulicy w słusznej pretensji, żeś bez biletu wdarł się do cichej, ciepłej kapliczki, w której przechowuje skarby swoich smuteczków i załamanek. Są mu potrzebne jak powietrze.
Masochizm?
Tak, tak, bez wątpienia wielu moich przyjaciół to masochiści. Kochają być załamywani i niszczeni. Kochają dramaty, dylematy i antygony, które ich życiu dodają trochę pieprzu.
Po cóż więc wyważać komuś drzwi, które on sam sobie zamknął na klucz."
16.11.2013
Zapisane w obrazach.
Chciałam napisać wiele przez ten tydzień, ale zabrakło mi czasu.
Utraconego czasu nie odzyskałam, a co gorsza, dzisiaj uciekło mi go
jeszcze więcej, bo wyjątkowy wolny od zajęć piątek zamiast na nauce do
kolokwiów, minął mi na zawieszeniu. Do tego myśl o czerwcowej sesji
straszy, a przecież jeszcze nie zdążyłam zapomnieć o lutowej. (Koszmary
tak łatwo nie znikają.) Uczyć , uczyć, uczyć się. Muszę.
Poniżej dodaję kilka rzeczy, nie opisując dlaczego te. (Gdybym posiadała czas, pewnie powstałby kilometrowy wpis.) Pozostawiam je do osobistych przemyśleń. Gdyby ktoś chciał się nimi podzielić, to śmiało.
Poniżej dodaję kilka rzeczy, nie opisując dlaczego te. (Gdybym posiadała czas, pewnie powstałby kilometrowy wpis.) Pozostawiam je do osobistych przemyśleń. Gdyby ktoś chciał się nimi podzielić, to śmiało.
| Czy ktoś wie co to za most? |
| A to akurat most w Chinach nad rzeką Yangzte i „ciche” samobójstwo. |
12.11.2013
797. szczęście w nieszczęściu
Siedziałam po siódmej rano w busie i nie wiadomo skąd przypłynęła do
mnie myśl o miejskim bilecie miesięcznym. Zupełnie nie wiem, czemu nagle
chciałam przypomnieć sobie moment, w którym wydaję 170 złotych na 150
dni wszystkimi liniami. Nawet chciałam zadzwonić do mamy w tej sprawie,
choć właściwie nie wiem, skąd ona miałaby mieć w pamięci moment zakupu,
ale ostatecznie myśl przeskoczyła na inną i zaspana, z bolącymi oczami,
jechałam w stronę uczelni. Potem wsiadłam do autobusu miejskiego,
precyzując – trolejbusu, a kilka przystanków dalej w żółtych,
odblaskowych kamizelkach ukazali się kontrolerzy biletów, łącznie
trójka. Gdy przyszła moja kolej i wyciągałam rękę, by podać panu bilet,
kobieta-kanar oznajmiła, że wysiadają, lecz pan postanowił przyłożyć
jeszcze mój plastik do czytnika. Oddał mi bilet, mówiąc, że jest
nieaktualny, po czym wysiadł. Moje zdziwienie, że nie dostałam mandatu,
było sto razy większe niż zdziwienie z faktu, że pierwszy raz w życiu
zapomniałam doładować biletu i calutki zeszły tydzień przejeździłam,
jakby nie patrzeć, na gapę. Więcej, nie rozumiem, jakim cudem pojawiło
się to dziwne przeczucie z rana, które szepnęło mi o bilecie
miesięcznym, a które ostatecznie zignorowałam. Swoją drogą, jeśli chodzi
o zeszły tydzień, byłam strasznie zmęczona, raz zaspałam, do tego
doszło małe, chwilowe zamieszanie w planie zajęć i obowiązkowo moje
błądzenie po cudzych życiach, dlatego wkradło się w to wszystko
zapominalstwo. Szkoda tylko, że nie ominie mnie wydanie tych 170
złotych. Myślałam, że biedniejsza już być nie mogę, a jednak zawsze
można być na minusie.
11.11.2013
796. 11/11
Podobno w Polsce coś się gdzieś paliło, jakaś tęcza. Tymczasem w Korei Płd. Pepero Day, o wiele słodszy, a może i dla niektórych bardziej ognisty.
8.11.2013
795. rewia II – zagubiony fragment porzedniego wpisu
[...]
iść i iść przed siebie mówiąc tak tak lub nie nie
do zobaczenia. do miłego spotkania. do jasnej cholery.
dźwigając w sobie to coś o czym wolisz nie myśleć
czy jest to twoje życie czy ty sam może wczorajszy
ty, ciężki w sobie, jak to przeklęte serce
które trzepie się gdzieś w przeszłości
pomiędzy obolałymi od nikotyny
płucami.
- fragment wiersza Grzegorza Musiała ***(iść tak przed siebie) ze zbioru „Rewia”
iść i iść przed siebie mówiąc tak tak lub nie nie
do zobaczenia. do miłego spotkania. do jasnej cholery.
dźwigając w sobie to coś o czym wolisz nie myśleć
czy jest to twoje życie czy ty sam może wczorajszy
ty, ciężki w sobie, jak to przeklęte serce
które trzepie się gdzieś w przeszłości
pomiędzy obolałymi od nikotyny
płucami.
- fragment wiersza Grzegorza Musiała ***(iść tak przed siebie) ze zbioru „Rewia”
7.11.2013
794. rewia
Jedyne co mnie interesuje naprawdę,
to ja sam. Nie jest to wyznanie egocentryka, lecz kogoś, kto czuje, że
ma za mało czasu na to, by wystarczająco dokładnie poznać siebie.
Moim sprzymierzeńcem jest życie.
Wiersze służą zapisywaniu moich spostrzeżeń.
I jeśli to jedyna ich funkcja, poza tą, którą spełniają przez sam fakt swojego istnienia.
Dlatego nie chcę i nie potrafię o nich mówić. Nie są to wiersze, lecz małe, bolesne kawałki mojego lęku.
Obawiam się, że mówiąc o wierszach, do reszty zniszczyłbym to coś, czego tajemniczość naruszyłem mówiąc poprzez wiersze. Życie jest bezgraniczną tajemniczością.
Lękam się granic.
Wstęp od autora – Grzegorza Musiała – do zbioru wierszy „Rewia”.
Moim sprzymierzeńcem jest życie.
Wiersze służą zapisywaniu moich spostrzeżeń.
I jeśli to jedyna ich funkcja, poza tą, którą spełniają przez sam fakt swojego istnienia.
Dlatego nie chcę i nie potrafię o nich mówić. Nie są to wiersze, lecz małe, bolesne kawałki mojego lęku.
Obawiam się, że mówiąc o wierszach, do reszty zniszczyłbym to coś, czego tajemniczość naruszyłem mówiąc poprzez wiersze. Życie jest bezgraniczną tajemniczością.
Lękam się granic.
Wstęp od autora – Grzegorza Musiała – do zbioru wierszy „Rewia”.
Byłam w czytelni i przy okazji nie mogłam
nie odwiedzić pana Grzegorza Musiała. Kto by pomyślał, że kiedykolwiek
polubię wiersze. (Haiku to jednak inna kultura, więc się nie liczyło.)
Intensywne. Szaleję za prozą, jak i poezją pana Musiała. Myśl, że
zostało mi do przeczytania nie mało tekstów, które wyszły spod jego
pióra, sprawia, że czekam z przyjemną nutą ekscytacji, choć z drugiej
strony prędko nie dostanę się do niektórych utworów.
___
Chyba za marudzenie w poprzednim wpisie o
niedobrych snach, dostałam dzisiaj słodki. I już byłam w stanie
uwierzyć, że śni mi się coś miłego, ale ostatecznie sen okazał się
boleśnie słodki. Uczucie strachu nieustannie prześladuje mnie w snach;
wkrada się w każdą scenę, ale nie potrafię odgadnąć, czego się boję.
Wstałam 45 minut później niż planowałam i tylko cudem nie spóźniłam się
na zajęcia, a nawet byłam przed czasem. Cudem, bo mieszkając 40 km od
uczelni, to nie lada wyczyn. A tu proszę, autobus podjechał jeden po
drugim (rzadko mam bezpośredni kurs); czekałam tylko kilka minut na
miejski; do tego nie wpadłam zdyszana do sali. Nawet prasowanie spodni,
które odłożyłam na rano, bo wieczorem mi się nie chciało, skoro z rana
miałam mieć dużo czasu, nie przeszkodziło mi w tym. Nawet wujek, który
przyszedł zajrzeć do popsutej pralki, nie utrudnił mi poskromienia
włosów. Dwadzieścia minut i wyszłam z mieszkania. Cud (w) codzienności.
6.11.2013
793. dzień za dniem, pusta kieszeń, sny, ale nie marzenia
Wczoraj był wtorek, pamiętacie? Gdzieś
się rozmył, w zmęczeniu, mocnej senności i bylejakości. Do tego
wyimaginowana skarbonka na oszczędności się rozbiła. Szkoda gadać.
bo jesteśmy spłukani
____
Zapiszesz na papierze, nie zapiszesz na drugim człowieku
– powiedział dzisiaj wykładowca. Pisać, by rozpoznawać i porządkować
kumulujące się uczucia. Możliwe, że założenie bloga w gimnazjum było
czymś spontanicznym, ale nie raz wspominałam, że moje pisanie to coś w
rodzaju autoterapii. Może dlatego ogólnie wygląda to marnie, co nie
znaczy, że marnie mi służy, raczej mam tu na myśli nieprzystępność
szerszej publiczności i właściwie cieszę się z tego, gdyż pisać do
tradycyjnego pamiętnika nie potrafię, a niepopularność tej strony daje
mi pewną swobodę. Tylko raz usłyszałam, że tego nie da się czytać, bo
jest zbyt intymnie. Nie wiem, być może, ale gdybym nie owijała w
bawełnę, myślę, że dopiero by się zaczęło coś, totalnie nudnego albo
totalnie nieodpowiedzialnego. Czy to nieładnie, gdy inni muszą
rozszyfrowywać, co mam na myśli, podczas gdy sama nie przepadam za
zabawą co-autor-miał-na-myśli? W każdym razie piszę tutaj, by nie pisać
na drugim człowieku. Aż strach pomyśleć, ile ofiar przyniosłoby ostatnie
9 lat, gdyby nie pisanie. Powybijałabym wszystkich, a na końcu siebie,
gdybym od czasu do czasu się nie porządkowała. (Pomińmy cale pasma
pisanin ciągnących jeszcze bardziej w dół.) Ostatecznie pisanie dla
samego pisania jest najlepsze, takie bredzenie – w tym jestem najlepsza,
choć i tak nigdy nie jest pisaniem dla samego pisania, jeśli potraficie
odgadnąć, co chcę przekazać tą myślą.
Ostatnio miewam sny z przyjaciółkami
(wymiennie, raz jedna bliźniaczka, raz druga); wszystkie w znanym,
niepokojącym klimacie z sytuacjami zaskakującymi. Dla mnie moje sny są
okazją do późniejszego snucia opowieści na ich temat. Bezsens niektórych
połączeń ostatecznie bawi, choć sam sen po przebudzenia pozostawia
gorzki posmak. Nie każdy ma sny o śmierci, niby nic nie znaczące dla
śniącego, a jednak rzutujące światło na pewne zagadnienia.
A wy o czym śnicie?
A wy o czym śnicie?
4.11.2013
792. What should I do?
Każdy ma w sobie pestkę, każdy swoją.
Jak owoc. Przylatują ptaki, przychodzi jedno po drugim spustoszenie.
Robak. Gnije to, co jest miąższem. Odpada. Ale pestkę trzeba uratować.
Pestka musi zostać nietknięta (…). Pestką jest to, w co nie przestajemy
wierzyć. Co jest najgłębiej nami; pomimo wszystko. – Anka Kowalska
___
Przesłuchałam wszystkie wersje piosenki 나
어떡해 (What should I do?), jakie udało mi się znaleźć. Od tygodnia
melodia nieustannie kołacze mi w głowie, z pierwszym wersem: na oetteokhae.
Czy to zbieg okoliczność, że natrafiłam na nią właśnie teraz? (Dzięki
filmowi „Miętowy cukierek”.) Zaskoczenie i ekscytacja pomieszały się ze
sobą na wieść o tym, że koreański żeński zespół, który lubię, odświeży
piosenkę z 1977 roku już na początku grudnia. Uwielbiam niespodzianki,
które łączy jedna rzecz.
3.11.2013
791. Pieniądze nie dają szczęścia, ich brak tym bardziej.
Jak by to było dobrze, gdyby na to
wszystko spadło zapomnienie jak wielki całun śniegu. Ale te przeżycia
stały się częścią mojej istoty. Są krajobrazem, w którym przyszło mi
żyć. – S. Plath
Zespół Tegan and Sara ma wrócić, szybciej niż można się spodziewać. Musisz koniecznie pojechać
– usłyszałam od pewnej osoby. Już zbieram wyimaginowane złotówki do
wyimaginowanej skarbonki. Tak jak zbieram na odwiedziny Aleksandry,
Emilii, Pauliny, Dominiki, Justyny, nie myśląc o tym, że jednej może to
obojętne, druga może by chciała, trzecia przyjęłaby z otwartymi
ramionami, czwarta jest znakiem zapytania, piąta powie okej.
Zbieram też na książki i albumy, zbieram na wyjścia do kina i muzeów,
zbieram na ubrania i buty, zbieram na kosmetyki i waciki, na jedzenie,
na wszystko, lecz nie mam nic, ani grosza ponad teraźniejszość.
Mój krajobraz bez was. Bo nie mogę kupić waszej obecności.
2.11.2013
790.
Ziarnko piasku czy kamień idą tak samo na dno. – „Oldboy”(2003)
Ponad miesiąc temu obejrzałam film;
dzisiaj wyemitowali go w telewizji. Czy gdybym wiedziała wcześniej o
telewizyjnym seansie, poczekałabym, zamiast ściągając z internetu?
Niektórych scen nie zapomina się nigdy. Czy to nie dziwne, że co miesiąc
widzę w telegazecie „Salę samobójców”? Mój młodszy brat zna dialogi na
pamięć. Ja z filmów zapamiętuję muzykę oraz gesty, spojrzenia i sceny
rozstań. Niektóre momenty przewijam do oporu, aż nie mogę już dłużej, a
po czasie do nich wracam i z tą samą świeżością uderza we mnie obraz.
Nie wiem, a może zabiją mnie kiedyś filmy? Może właśnie to? Nie książki,
nie przyjaźń, nie fandom, nie zmęczenie. Wiecie, dzisiaj był koncert
zespołu Tegan and Sara. Jedna z tych zmarnowanych szans na odrobinę
radości, nie dlatego, że nie chciało się jej wykorzystać, ale dlatego że
sprzedaż duszy diabłu nigdy u mnie nie wchodzi w grę. Ktoś dał im
wódkę; widziałam nalepkę – Żubrówka – tak, widziałam to na zdjęciu.
Polska i polskie prezenty. Na alkohol obcokrajowcy zawsze mogą liczyć,
bo nie na przywitanie chlebem i solą.
1.11.2013
789.
Niewyspanie. „Miętowy cukierek.” Na oetteokhae. Shimshimtapa z datą pierwszy listopada. Melancholijnie i słodko. Odtwórz ponownie razy milion. Placebo, nowy album, exit wounds. Zmęczenie. Aleksandra. „Vengo”. Przychodzę znikąd, nie mam domu, nie mam gdzieś iść, moimi rękoma rozpalam ogień, moim sercem śpiewam dla ciebie.
Długa podróż, brak zapachu dzieciństwa, niedopasowanie. Ból brzucha,
proszek, dwa. „Matka Boska Kwietna” nie do przeczytania, nie do
strawienia. Próba – „Wielki Gatsby”. Neon naui teoksidogamyeon.
Białystok. Gdynia. Polly. Zdjęcia niechciane a widziane. Za dużo
słownych wylewów. Czekanie na listy, które nigdy nie nadejdą.
Kolekcjonowanie twarzy. So I started smoking, Thought the signals, Would scare your wolves away.
Słodka czekolada. Kolejne rozdrapane zadrapania. Chłodny wiatr,
zakurzona czerń rajstop. Spokój. Zamknięte drzwi. Niewystarczająca ilość
snu. Milczenie; skryte, nieprzeniknione, ogradzające, kojące,
regenerujące, uzdrawiające.
788.
Baliby się mnie, gdyby wiedzieli jak mało dla mnie znaczą. (Artur Schnitzler)
___
Otwórzmy nowy miesiąc późną nocą i z ciężkim sercem.
Otwórzmy miesiąc późną nocą i z lekkim sercem.
Wybaczcie mi, tak jak ja nauczyłam się wybaczać wam.
___
Otwórzmy nowy miesiąc późną nocą i z ciężkim sercem.
Nie umiemy dać innym tego, czego od nas
oczekują; tak jak inni nie potrafią dać nam tego, czego od nich
oczekujemy. Rozczarowanie i pustka. Nauczcie się nie oczekiwać ode mnie
niczego, tak jak ja nauczyłam się nie oczekiwać niczego od innych.
Dajcie mi wolność, którą oddałam innym. Uwięźcie mnie swoją miłością, by
miłość mnie zabiła. Wrócicie przyjaciele, którzy odeszliście, a
wpuszczę obcych, stojących u mych drzwi. Zdejmijcie ciężar z mych ramion
i weźcie w ramiona. Odnajdźcie swe imię, na liście powrotów lub
odejść. Zobaczcie czego chciałam, niedostrzeżonego waszym okiem.
Spalcie kartki i zadecydujcie. Bo nie znaczę nic, by rozporządzać
waszymi imionami. Odchodzicie brutalnie, przychodzicie brutalnie. Sypię
się i zbieram, niemal co tydzień. Nie dla mnie, nie dla was, więc czemu?
Próbuję; puszczać wolno tych, którzy znaczą zbyt wiele, a nie chcą
znaczyć nic; by przyjmować chętnie tych, którzy nie znaczą nic, ale chcą
znaczyć wiele. Wykrwawiam się, lecz nie na śmierć. Rozumiecie czemu,
dzięki czemu, dzięki komu?
Wybaczcie mi, tak jak ja nauczyłam się wybaczać wam.
28.10.2013
787.
jedyna taka gra
w przemilczenia
im dalej jesteś
tym więcej tracisz
wasze zwycięstwo
moja przegrana
milczę
by nie niszczyć
was
nas
oszukać czas
gra
w prze-mil-cze-nia
w przemilczenia
im dalej jesteś
tym więcej tracisz
wasze zwycięstwo
moja przegrana
milczę
by nie niszczyć
was
nas
oszukać czas
gra
w prze-mil-cze-nia
22.10.2013
786. jesień… ciągle… jesteś…
Jesień. Chciałabym mieć przy sobie cztery strony świata. D. życzyła mi ominięcia sławetnego „coś za coś”, bo oznajmiłam, że tracę, by zyskać (przetrwanie).
Tydzień później straciłam dwa razy więcej, nie zyskując nic w zamian. A
może to tylko złudzenie? Mam cierpliwość i umiejętność przyjmowania
sytuacji bez przeklinania świata. Nie mam w sobie żadnych negatywnych
myśli. Jednak teraz chciałabym to „coś za coś”; coś namacalnego. Ale
może później? Jesień. Liście tak szybko opadły z drzew, że nie zdążyłam
zarejestrować ich spadania, kamerą. Jeśli zachód i północ nie zetkną się
ze mną do przyszłorocznej jesieni, wrócę tu, do tego wpisu, i zapłaczę
gorzko. Jesień. Słońce jednak świeci zadziwiająco często. Obejrzałam
film „Vengo”, w końcu! Chyba minęły dwa lata od fragmentów pokazywanych
na zajęciach. Trochę szkoda, że drogą losowania zostałam skreślona z
listy, a tym musiałam wybrać inne zajęcia. Widocznie filmowymi ścieżkami
muszę chodzić sama. Sama.
12.10.2013
785. nie
„To wcale nie jest takie straszne –
powiedziała po chwili – trzeba tylko zacisnąć się w sobie ze wszystkich
sił, naprężyć się, jak ślimak i powtarzać jedno słowo – nie. Trzeba zapomnieć wszystkie inne słowa. Nawet jak cię poczęstują papierosem”. (G.Musiał, Czeska biżuteria)
nie, nie, nie, nie, nie, nie
10.10.2013
784.
Mogłam spodziewać się kontynuacji bólu głowy, ale ujrzenie własnej
twarzy rano w lustrze okazało się niemałym szokiem. Dawno nie miałam tak
spuchniętych oczu; powieki niby miękkie poduszeczki wypełnione
powietrzem. Od razu otworzyłam zamrażarkę. Wyszłam z domu w świat,
wyglądając jak sto nieszczęść, choć podejrzewam, że dla przeciętnych
przechodniów i przelotnych spojrzeń nie było we mnie nic
zastanawiającego. Mi wystarczył brak komfortu, by ze świadomością
własnej żałosności, ukarać się za wczorajszy rozbity wieczór. Nie
wzięłam tabletki od bólu głowy, ani od bólu zatok. Kilka miesięcy temu
postanowiłam nie szpikować się już prochami. Trzy lata to dużo za dużo.
Stan moich zatok poprawił się od momentu, gdy zaczęłam je chronić,
przede wszystkim przez zmniejszenie ilości wylewanych łez. Ograniczyłam
dzięki temu obrzęk naczyń krwionośnych i wyeliminowałam nadprogramową
niedrożność. W zamian zaczęłam wdychać olejek eteryczny, przeznaczony
głównie do inhalacji parowej, ale można też skropić nim chusteczkę
higieniczną. Tak też uczyniłam przed dzisiejszym wyjściem z domu na
uczelnię. Ból głowy minął po jakimś czasie; wysiadałam z busa zdrowsza.
Opuchlizna oczu trzymała się dłużej, ale w końcu i ona mnie opuściła. Po
zajęciach spędziłam trzy godziny w czytelni, dwie wracałam do domu.
Nastała dwudziesta, gdy stanęłam w progu mieszkania. Za kwadrans skończy
się czwartek. Nie potrafię określić, co właściwie spotkało mnie
wczorajszej nocy. Chyba to znowu jedna z tych nocnych rozmów, których
nie powinno być, jeśli są nieporozumieniem, niezrozumieniem, niewiadomą,
nieprawdą. („Po cóż więc wyważać komuś drzwi, które on sam sobie
zamknął na klucz?” Grzegorz Musiał, Stan płynny. /Znalezione
dzisiaj podczas pobytu w czytelni./ Moich nawet nikt nie próbuje. Sama
przestałam walić do bram innych. Wszyscy zamknęliśmy się przed sobą
nawzajem. I co z tego? Mówmy dalej: no i co z tego?)
Nagrałam wczorajszej nocy morze łez, zwłaszcza jedną, sunącą po
policzku. Przeraża mnie, że byłam zachwycona, tą jedną kroplą, która
ostatecznie i tak nie przyda się do niczego, nawet do filmiku o żałosnych kobietach. Chciałabym umrzeć w tym roku w bibliotece uniwersyteckiej
8.10.2013
783.
Wczoraj w kuchni żarówka zakończyła swój
żywot i wywaliło korki. Dzisiaj zostałam z czterdziestoma woltami
oświetlającymi pokój, bo żarówki na wymianę się skończyły, wczoraj. Mdłe
światło pogarsza widoczność i nie oświeca myśli. Pomysły na dwa
referaty są nijakie, nawet na odwal nie potrafię niczego wymyślić.
Gdybym była kimś innym – miejsce, czas,
psychika – wyszłabym w październikową późną noc z domu. Oddychałabym
spokojnie, wypuszczając z ust parę. Niebo byłoby czyste, gwieździste,
albo przeciwnie, zachmurzone, a przestrzeń mglista. Rozbiłabym kamieniem
szybkę w sklepie z bronią i wybrałabym najmniejszy pistolet na
składzie. Alarm nie zrobiłby na mnie wrażenia. Odeszłabym tak, jak
odchodzi się od stolika w kawiarni po zapłaceniu rachunku. Gdyby życie
było filmem, włóczyłabym się ulicami miasta, a każdy krok, zapowiadający
tragedię, zostałby namalowany w pięknych obrazach za pomocą płynnego
ruchu kamery. Towarzyszyłby mi światła latarni i neonów. Szum ciężarówki
wiozącej towar zakłóciłby miarowy stukot obcasów. Mimo chłodu, miałabym
na sobie sukienkę i cienkie, cieliste rajstopy. Wyglądałabym tak
ładnie, jak tylko pozwoliłyby mi na to posiadane środki. Najpiękniejsza
noc w życiu. Nikt nie zwracałby na mnie uwagi, bo nie byłoby nikogo
obok, ale galowy strój nadawałby czynom powagi. Znalazłabym się w końcu
na rynku z fontanną, lub bez. Usiadłabym na ławce, gdzieś koło
zabytkowych kamienic, które nigdy nie były moim domem, tak jak nic nie
było moje, nawet w snach. Wyciągnęłabym z kieszeni płaszcza skradziony
pistolet i nabiła. Przypomniałabym sobie wszystkie imiona, które miały
jakieś znaczenie, a potem z poczuciem ulgi przyłożyłam lufę do skroni i
nacisnęła na spust. Jako zabijana nie usłyszałabym strzału, który
odbiłby się echem o mury budynków. Gdybym tylko była kimś innym, a życie
było czymś innym, właśnie tak zabawiłabym się w jesienną noc. Raz a
dobrze.
A do tej cholernej Warszawy nie chcę jechać i nie pojadę.
A do tej cholernej Warszawy nie chcę jechać i nie pojadę.
1.10.2013
782.
Październik.
Piąty rok.
Piąty rok.
Mam wrażenie, jakbym latami nie
odwiedzała uczelni przy jednoczesnym złudzeniu, że kilka dni temu byłam
na zajęciach. Brak środka. Jak zawsze. Może w środę coś. Chciałam we
wtorek, ale na koncert, za darmo, tylko za późno, nikomu nie chciałoby
się po mnie przyjechać z powrotem, o moje życie, jak zawsze albo nic albo na łasce innych. Brak środka, jak zawsze. Już nie wspomnę o tym rejsie
na prywatną wyspę, w marcu 2014, cztery dni, Bahamy, za grubą kasę, z
zespołami Paramore i Tegan and Sara. Ciekawe ile lat zbierałabym
fundusze, no i traciła kilogramy, żeby założyć strój kąpielowy. Ale na
mnie nie poczekają. Trudno. Nie pogrążę się w dziecinnym
smutku. Za to koreańscy milusińscy mają comeback za tydzień. Pierwsze
zdjęcia teasery, trzy, Taemina. (Obudzę się, dzisiaj, będą następnego.) To zdjęcie
najbardziej zastanawia. Myślę: co to, koncept „na męczennika”?! Inni
pomyśleli: „na księdza”. Intrygująca fotografia. Ostatecznie i jak
zwykle teledysk będzie o czym innym, już nie mówiąc o piosence. Może
jestem za stara na takie zabawy, ale uwielbiam oczekiwanie i
przeglądanie reakcjo-opinii innych.
Nie lubię tych dziwnych zbiegów okoliczności, gdy tego samego dnia ta sama rzecz, nieszukana i nie-wiadomo-dlaczego,
przypływa do mnie z dwóch różnych źródeł. Czytałam książkę, w której
pojawiało się to samo imię i nazwisko, co w tytule polecanego filmiku na
youtube. Greta Grabo. Dziwnie, dziwniej.
Koleżanka wrzuciła na fb piosenkę z jakiegoś niemieckiego musicalu. Jeszcze nieobejrzany film „Lilja 4-ever” zaczął się od piosenki Rammstieina – Mein Herz Brennt. Dawno nie słuchałam utworów w języku niemieckim; no i słucham, znowu.
28.09.2013
781. gdyby żółwie mogły latać
trailer
Wczoraj obejrzałam film „Turtles can
fly”. Do tej pory nie mogę znaleźć słów, które mogłyby opisać to, co
widziałam. Takie obrazy pozostają na długo w pamięci, a może nawet na
zawsze. Często łapię się na tym, że powracają do mnie filmowe sceny,
które kiedyś uderzyły we mnie pięknem, sytuacją lub grą aktorską lub
jeszcze czymś innym; powracają i tak samo jak podczas seansu ściskają
wnętrzności. Okropne i zarazem cudowne uczucie.
27.09.2013
780. „anonimowy przechodzeń z jednej pustki do drugiej”
18) Wiem, że nadejdzie taki dzień,
taki list, taki człowiek. Wszystko od nowa się rozpocznie. Oto dworcowy
peron, gdy pożegnawszy już, obracasz się, nie czując w sobie niczego i
napotykasz utkwiony w sobie wzrok. Jeszcze nic z niego nie zrozumiesz,
ten ktoś jest ci obojętny, ale to nieważne. On wie, że znalazł się tu
dlatego, że twej pustce potrzebny był znów jakiś początek. Twemu
milczeniu – śmiech. Że właśnie teraz ktoś musi tobie zapalić papierosa.
On jest tu zwyczajnie, ot, przechodził. Taki jeden ktoś, kto wieczorami szlifuje bruki, kto w jednej porządnej knajpie w mieście co miesiąc przepija całą swoją bezsensowną pensję. Kto – jak i ty – cierpi na chorobę miejsca i bycia, dla kogo, być może, coś jeszcze ma znaczenie.
On – jak i ty – przypadkowo znalazł się w tym punkcie czasu i przestrzeni; anonimowy przechodzeń z jednej pustki do drugiej, nim „przyjdzie mu pogrążyć się w ramionach Boga” (kto to powiedział? kto to zrozumiał? kto tę prostotę poją pierwszy?)
- Grzegorz Musiał, „Czeska biżuteria” (1983) On jest tu zwyczajnie, ot, przechodził. Taki jeden ktoś, kto wieczorami szlifuje bruki, kto w jednej porządnej knajpie w mieście co miesiąc przepija całą swoją bezsensowną pensję. Kto – jak i ty – cierpi na chorobę miejsca i bycia, dla kogo, być może, coś jeszcze ma znaczenie.
On – jak i ty – przypadkowo znalazł się w tym punkcie czasu i przestrzeni; anonimowy przechodzeń z jednej pustki do drugiej, nim „przyjdzie mu pogrążyć się w ramionach Boga” (kto to powiedział? kto to zrozumiał? kto tę prostotę poją pierwszy?)
____
Gdy sięgam do książek Grzegorza Musiała –
w całości miałam okazję przeczytać tylko jedną (dostępność w bibliotece
marna) – „W ptaszarni” ; fragmenty innych poznajdywałam w artykułach
lub książkach o literaturze(choć i tak tego niewiele); do tego czytałam
„Dzienni z Iowa” (gdzie był na stypendium literackim) oraz tomik wierszy
„Kraj wzbronionej miłości” – wracając, gdy sięgam do jego książek –
powieści , nie liczy się, że pisze o homoseksualistach w PRL-u, bo to
nie są książki o literaturze stricte homoseksualnej. Dramat bohaterów
polega na tym, że należą do „pokolenia,
które wydało homoseksualistów przeważnie niezdolnych do przemiany w
gejów, obserwujących młody gejowski żywioł z zazdrosnej odległości i
przez pryzmat własnej niemocy”. Właśnie, ilu z nas odczuwa niemoc,
gdy towarzyszy nam poczucie odmienności w relacji do innych osób lub
różnych aspektów życia? Czasem chcemy poczuć się tak samo wolni, a
jednak jesteśmy zablokowani. Nie ma dla nas nigdzie miejsca, bo nie
potrafimy go znaleźć. Próbujemy, ale też uciekamy. Wszystko wydaje się
obce, odległe i już nie wiemy, czy dobrowolnie przyszło nam żyć pod
szklanym kloszem, czy też ktoś ukrył przed nami inne światy. I tak w
książkach Grzegorza Musiała znajdujemy obserwację płynącej
rzeczywistości; zwyczajne życie, w którym od czasu do czasu ktoś się
pojawia. Znajdujemy mieszanie się przeszłości z teraźniejszością,
wspominanie słodko-gorzkich chwil z balansowaniem między poczuciem winy a
poczuciem słuszności czynów. Bohaterom towarzyszy tęsknota za światem,
który nigdy dla nich nie zaistnieje. Ale gdzieś w poczuciu klęski
pojawia się ledwie widoczna nadzieja, której nie powinno być, gdy
zapadamy się w sobie, głębiej i głębiej. Jednak Niebo obiecuje spokój i
szczęście, których nigdy nie znaleźli. I mają wiarę w coś czego nawet
nie potrafią pojąć, ale jest to szczera tęsknota za tym, co obiecuje
ukojenie po wszystkich bolesnych oddechach.
Gdy sięgam do książek Grzegorza Musiała przede wszystkim uderza mnie fakt, że ten pisarz, poeta, tłumacz z języka angielskiego, jest absolwentem Akademii Medycznej w Gdańsku, lekarzem okulistą. Myśl, że obecnie pracuje w Bydgoszczy, przyjmując na co dzień pacjentów w zawodzie wymagającym precyzji, wydaje mi się niesamowita w połączeniu z wrażliwością poetycką. Pójście do gabinetu i uczestniczenie w zwykłym badaniu ostrości wzroku tablicą Snellena w obecności osoby, której biografia nie wybiega poza oficjalne dokonania pisarza – poety, a większości prywatnego życia, lat młodości, miłosnych uniesień, można się jedynie domyślać, jawi się jako fascynujące doświadczenie, zwłaszcza gdy jest się po lekturze książek. Tu nie tylko treść, ale też styl urzeka. Mnie bardzo. Chciałabym zafundować sobie „Czeską biżuterię” (tą ostatecznie mogę przeczytać na raty w czytelni) lub „Al fine” (zwłaszcza tą!), jeśli poza, oczywiście, funduszami, uda mi się znaleźć którąś w sprzedaży, bo z tym też marnie. Swoją drogą, zastanawia mnie, jaka byłaby książka, którą dzisiaj napisałaby pan Musiał. Ostatnie były dzienniki, ale wydane kilka lat temu, powieści pochodzą z lat 90-tych ubiegłego wieku. Jestem ciekawa, tak jakoś.
Gdy sięgam do książek Grzegorza Musiała przede wszystkim uderza mnie fakt, że ten pisarz, poeta, tłumacz z języka angielskiego, jest absolwentem Akademii Medycznej w Gdańsku, lekarzem okulistą. Myśl, że obecnie pracuje w Bydgoszczy, przyjmując na co dzień pacjentów w zawodzie wymagającym precyzji, wydaje mi się niesamowita w połączeniu z wrażliwością poetycką. Pójście do gabinetu i uczestniczenie w zwykłym badaniu ostrości wzroku tablicą Snellena w obecności osoby, której biografia nie wybiega poza oficjalne dokonania pisarza – poety, a większości prywatnego życia, lat młodości, miłosnych uniesień, można się jedynie domyślać, jawi się jako fascynujące doświadczenie, zwłaszcza gdy jest się po lekturze książek. Tu nie tylko treść, ale też styl urzeka. Mnie bardzo. Chciałabym zafundować sobie „Czeską biżuterię” (tą ostatecznie mogę przeczytać na raty w czytelni) lub „Al fine” (zwłaszcza tą!), jeśli poza, oczywiście, funduszami, uda mi się znaleźć którąś w sprzedaży, bo z tym też marnie. Swoją drogą, zastanawia mnie, jaka byłaby książka, którą dzisiaj napisałaby pan Musiał. Ostatnie były dzienniki, ale wydane kilka lat temu, powieści pochodzą z lat 90-tych ubiegłego wieku. Jestem ciekawa, tak jakoś.
24.09.2013
779.
W niedzielę prawie zemdlałam i prawie się udusiłam. W pierwszym
przypadku ocalili mnie inni (mając do końca świadomość całej sytuacji,
mimo pisku w uszach i pogłębiającej się ciemności, chciało mi się śmiać,
jak zawsze, gdy przydarza mi się coś żenującego; zaznaczmy, że nigdy
nie zemdlałam całkowicie) w drugim przypadku sama poradziłam sobie z
zagrożeniem. Szklanka herbaty, stojąca na stole, też była pomocna.
Dzisiaj o pierwszej w nocy, gdy zamierzałam się udać spać, w Kandzie był jeszcze poprzedni dzień, a na facebooku mignęła mi informacja o relacji na żywo z rozdania Polaris Music Prize. Postanowiłam obejrzeć backstage, do momentu prezentacji zespołu Tegan and Sara. (Galę odpuściłam, bo raz, panny Quin są w trasie, więc nie mogły się pojawić, a dwa, występy przeważnie pojawiają się później na youtube. O wynikach też można przeczytać na drugi dzień.) Okazało się, że czekałam godzinę tylko po to, by obejrzeć to samo video, które widziałam kilka dni wcześniej. Wspaniale, co nie? xD
Moje szanse na listopadowy koncert nadal są nijakie, choć za „użyczenie” pokoju brat winien mi jest sto złotych, na którego otrzymanie nawet nie liczę. Człowiek, jeśli czegoś bardzo chce, składa przeróżne deklaracje, a jak przychodzi do ich realizacji, wychodzi figa z makiem, gdy już dostaliśmy to, na czym nam zależało. Tyle dobrego, że nie jestem naiwna i nie wierzę w żadne słowo mojego brata.
Na koniec najważniejsze. Skróciłam włosy o połowę. Mama powiedziała, że wyglądam jak małolata. Cieszę się z odmłodzenia o pięć lat.
Dzisiaj o pierwszej w nocy, gdy zamierzałam się udać spać, w Kandzie był jeszcze poprzedni dzień, a na facebooku mignęła mi informacja o relacji na żywo z rozdania Polaris Music Prize. Postanowiłam obejrzeć backstage, do momentu prezentacji zespołu Tegan and Sara. (Galę odpuściłam, bo raz, panny Quin są w trasie, więc nie mogły się pojawić, a dwa, występy przeważnie pojawiają się później na youtube. O wynikach też można przeczytać na drugi dzień.) Okazało się, że czekałam godzinę tylko po to, by obejrzeć to samo video, które widziałam kilka dni wcześniej. Wspaniale, co nie? xD
Moje szanse na listopadowy koncert nadal są nijakie, choć za „użyczenie” pokoju brat winien mi jest sto złotych, na którego otrzymanie nawet nie liczę. Człowiek, jeśli czegoś bardzo chce, składa przeróżne deklaracje, a jak przychodzi do ich realizacji, wychodzi figa z makiem, gdy już dostaliśmy to, na czym nam zależało. Tyle dobrego, że nie jestem naiwna i nie wierzę w żadne słowo mojego brata.
Na koniec najważniejsze. Skróciłam włosy o połowę. Mama powiedziała, że wyglądam jak małolata. Cieszę się z odmłodzenia o pięć lat.
23.09.2013
778. Zazwyczaj dowalamy sobie za winy niepopełnione...
Zazwyczaj dowalamy sobie za winy
niepopełnione. Przykładowo, gdy coś jawi nam się jako przyczyna tego, iż
rzekomo jesteśmy bezwartościowi, a nasze poczucie bycia gorszym od
innych (bo oczywiście zamiast zaprzestać porównywania się z innymi,
robimy to przy każdej okazji, jakbyśmy nie mogli zbudować siebie od
podstaw, bez ingerencji innych osób, często z poza naszej
rzeczywistości, wnoszących do naszego życia tylko poczucie winy za
niedoskonałości ciała lub umysłu), mówi nam, że warto każdą porażkę w
naszych oczach zakończyć mocnym uderzeniem w siebie samych. A żeby
przypadkiem nie zapomnieć, dokładamy kolejnych ciosów, później coraz
bardziej naturalnie, jakby nasze życie polegało na kolekcjonowaniu
urazów i wynajdywaniu coraz to nowszych luk oddalających od doskonałości
posiadanej przez innych. Takim sposobem skupiamy się na sobie, lecz w
destruktywny sposób. Im bardziej nam się nie udaje, tym bardziej
chodzimy poobijani, przy okazji dowalając wszystkim tym, którzy są
nieskazitelni w naszych oczach, a nie potrafią nam pomóc. Bo skoro mi
przyszło być gorszym, czemu wszyscy ciut lepsi się mną nie zajmą. I nie,
oni nie mają prawa do gorszy dni; przecież i tak mają więcej. Z jednej
strony obwiniamy siebie za syf świata, by z drugiej strony poturbować
też innych, aby nie czuć się obco ze swoim przekonaniem i odciążyć nasze
wypchane negatywnymi uczuciami dusze, które naprawdę zostają jeszcze
bardziej zagracone przez cały chaos wynikający z nieumiejętności i
rozróżnienia przyczyn. I tak, przykładowo, twierdzimy, że jesteśmy
nieatrakcyjni, ale nie możemy być nieatrakcyjni sami z siebie. Nie do
zaakceptowania jest nasza atrakcyjność, nawet, gdy słyszymy zapewnienia o
jej istnieniu i niedorzeczności naszych słów, ale nie, jesteśmy
nieatrakcyjni, tak właśnie myślimy i obwiniamy o to, może, rodziców,
którzy nie zapewnili nam odpowiednich genów, więcej, czemu jeszcze nie
zaczęli zbierać dla nas na operacje plastyczne. Dochodzimy do absurdów i
sami czujemy się potem absurdami i już właściwie nie wiemy, co jest
prawdą, kim jesteśmy w tej plątaninie kłamstw, których nie chcieliśmy,
ale różne sytuacje, nieumiejętnie przetrawione, zaczęły w nas
pielęgnację fałszywych myśli. Żeby było zabawniej, wierzymy tak bardzo w
nasze kłamstwa o niedoskonałości, odrzuceniu przez innych czy naszej
niskiej wartości, że nie potrafimy dostrzec jak uderzamy w innych, gdy
racjonalnymi argumentami próbują dotrzeć do naszych irracjonalnych
przekonań, chcąc wyprowadzić z błędów. Czasem wygląda to tak, jakbyś do
szaleństwa zakochali się w nieodpowiedniej osobie, mordercy czy
gwałcicielu, i nikt nie jest w stanie wykorzenić z nas oślepiającego
uczucia, dopóki sami nie zrozumiemy, że nie tędy droga, jeśli chcemy się
uwolnić. Błądzimy długo, tracimy siły, inni wkoło nas także; zamykamy
się w sobie, oddalamy. Ile lat żyjemy zniewoleni schematami, w które
sami się uwikłaliśmy, bo nikt nie wytłumaczył nam, że coś jest
nieprawdą? Potem łatwiej brnąć nam w znane „jestem zerem”, niż pójść
nową drogą, powiedzieć sobie dosyć i spojrzeć na samego siebie
przychylnym okiem. I jak mamy nie wierzyć innym, gdy nas poniżają, jeśli
sami się poniżamy? Jak mamy lubić innych, gdy nie lubimy siebie? A gdy
nastaje moment przełomu i dostrzegamy, powoli, ale jednak, że jesteśmy
wypchani kłamstwami na temat samych siebie, nie jest łatwiej, bo nagle
orientujemy się, że nie wiemy, kim jesteśmy. Boimy się tego, co
znajdziemy pod stertą brudu. Rany, ciągle otwarte; strach; „wstydliwe”
pragnienie bliskości; łzy nieokazywane nikomu? Dochodzimy do chwili, gdy
chcemy zmian, ale to także nie jest proste. Samemu trudno próbować,
porządkować, gdy ma się tendencje do komplikacji, tworzenia wręcz
burdelu w głowie. To trochę jak z odchudzaniem. Na początku wierzymy w
swoje siły, trzymamy się nowych postanowień, by po jakimś czasie
zanotować kryzys i chęć powrotu do starych przyzwyczajeń. I jest tylko
jedno lekarstwo – inni ludzie. Kto nie przyzna mi racji, że ze wsparciem
jest łatwiej? Kto mi powie, że życzliwie nastawiony do nas człowiek nie
jest cenną siłą dodającą otuchy?
Latami żyłam z nienawiścią do samej
siebie. Nie potrafię wskazać momentu rozpoczynającego; nie potrafię też
wskazać momentu chęci wyrwania się ze szponów negatywnych uczuć. Choć
możliwe, że pewnego razu dowaliłam sobie tak bardzo, iż miałam tylko
dwie drogi: wykrwawienie się na amen lub wołanie o pomoc. (Z głębokości wołam do Ciebie, Panie!, Psalm 130)
Nie chcę snuć opowieści o dokonanych wyborach; o tym, jaka była, a jaka
jestem; zapewniać o zmianach; deklarować poprawę. Chciałabym, żeby to
było widać po mnie, po moim życiu. Tylko wtedy inni uwierzą, że się
zmieniłam.
18.09.2013
777. Oldboy
„Gdy się śmiejesz, świat się śmieje z tobą, kiedy płaczesz, płaczesz w samotności.”
(Oh Dae Su, „Oldboy”)
(Oh Dae Su, „Oldboy”)
Chyba miesiąc temu wspominałam, że muszę
obejrzeć film „Oldboy”(2003). Stało się to dopiero dzisiaj. Koreański
thriller. 10 na 10. Tegoroczny amerykański remake, o którym naprawdę nie
można powiedzieć, że jest remakiem (mimo że już na zwiastunie widać
takie same ujęcia jak w koreańskiej wersji!), gdyż to adaptacja
japońskiej mangi o tym samym tytule, do której wykupiono prawa
autorskie, ale koreański film został zrealizowany w oparciu o tą samą
mangę, więc na jedno wychodzi, dlatego zastanawiam się, jaki jest cel
„kopiowania” filmu po dziecięciu latach i sięganie do tej samej
historii, ujętej (już) świetnie pod względem aktorów (Choi Min Shi
grający głównego bohatera sam wykonał wszystkie triki kaskaderskie),
zdjęć, muzyki? Zarzucenie, że robią to tylko dla kasy, byłoby obrazą dla
osób tworzących film, a jednak… Jako miłośniczka pierwszych wersji,
myślę, że tegoroczny „Oldboy” będzie tylko odgrzewanymi kotletami. Może
oficjalnie to ekranizacja komiksu, ale nie spodziewałabym się tam czegoś
nowego, chyba, że tej amerykańskość (jeśli rozumiecie, co mam
na myśli), która do mnie nie przemawia, zwłaszcza w konkurencji ze
specyfiką i klimatem koreańskiego kina. Twarzy ze skośnookimi oczami i
donośnego głosu, przeradzającego się w darcie mordy (Koreańczycy
ogólnie mówią głośno; już nie mówiąc o śmianiu się) zastąpione „białym”
człowiekiem to już nie to samo. Nawiasem mówiąc, sporo znanych aktorów
odmówiło przyjęcia roli w tegorocznej produkcji. Jestem za to ciekawa,
jak Josh Broiln zje żywą ośmiornicę, której nieumiejętna konsumpcja
prowadzi do śmierci. A może Amerykanin zamiast tego zje jakieś
amerykańskie jedzenie?
13.09.2013
776. Papierosy, kawa i ja?
Przyjechał wujek, by naprawić kran w
łazience. Rozmarzyłam się, gdy pił czarną kawę (nasza lodówka nie miała
tymczasowo mleka) i zapalił papierosa w mieszkaniu, na co wyraziłam
zgodę. Od lat wybiera te same; ciocia – jego żona – także, „Mocne”,
umieszczone w białym opakowaniu.
Wyobrażacie sobie, że nie piję kawy, żadnej? Parę łyków w całym życiu. Uwielbiam jednak jej zapach. Nawet nie gardzę tym, co ma smak kawowy. Jednak sama kawa do mnie nie przemawia; wolę herbatę. Papierosy „paliłam” kilka razy, przy czym palenie jest wzięte w cudzysłów, bo było bez zaciągania się. Raz do filmu, kilka razy dla zabawy. Nie będę się już „chwalić” (dla niektórych nie ma czym), że wszystko było po osiemnastce.
Kiedy wujek pił kawę i palił papierosa, rozmarzyłam się, bo ponura pogoda, jeszcze nie deszczowa, idealnie pasowała do tych dwóch rzeczy. Wyobraziłam sobie samą jako zrujnowaną pisarkę, scenarzystkę i kobietę, która w deszczowe lub śnieżne noce bezsenność pogłębia litrami parującej kawy, a stres wypala w papierosach skręconych w kolorowych bibułkach. Do twarzy byłoby mi z ponurymi myślami, ironią w ustach, mdłym światłem w pokoju, byciem na „nie” i byciem daleko, w rozciągniętym swetrze, za to perfekcyjnym makijażu oraz odrobiną smutku w oczach. Ale z pewnymi rzeczami nie należy się bawić. To, co namalowane atrakcyjnie, w pozornie fascynującym opakowaniu, może okazać się na końcu zgubne. Zguba też pasowałaby do mojego życiorysu, razem z nałogami, więc jej nie chcę, by odrzucić banalność zakończenia.
Wyobrażacie sobie, że nie piję kawy, żadnej? Parę łyków w całym życiu. Uwielbiam jednak jej zapach. Nawet nie gardzę tym, co ma smak kawowy. Jednak sama kawa do mnie nie przemawia; wolę herbatę. Papierosy „paliłam” kilka razy, przy czym palenie jest wzięte w cudzysłów, bo było bez zaciągania się. Raz do filmu, kilka razy dla zabawy. Nie będę się już „chwalić” (dla niektórych nie ma czym), że wszystko było po osiemnastce.
Kiedy wujek pił kawę i palił papierosa, rozmarzyłam się, bo ponura pogoda, jeszcze nie deszczowa, idealnie pasowała do tych dwóch rzeczy. Wyobraziłam sobie samą jako zrujnowaną pisarkę, scenarzystkę i kobietę, która w deszczowe lub śnieżne noce bezsenność pogłębia litrami parującej kawy, a stres wypala w papierosach skręconych w kolorowych bibułkach. Do twarzy byłoby mi z ponurymi myślami, ironią w ustach, mdłym światłem w pokoju, byciem na „nie” i byciem daleko, w rozciągniętym swetrze, za to perfekcyjnym makijażu oraz odrobiną smutku w oczach. Ale z pewnymi rzeczami nie należy się bawić. To, co namalowane atrakcyjnie, w pozornie fascynującym opakowaniu, może okazać się na końcu zgubne. Zguba też pasowałaby do mojego życiorysu, razem z nałogami, więc jej nie chcę, by odrzucić banalność zakończenia.
„Lubię palić. Zapalić papierosa to
jak zapomnieć. Kiedy wszystko się chrzani, tylko to mi zostaje. Zapalić
papierosa i siedzieć cicho. To maskuje gówno. Dym z papierosa pokrywa,
to gówno. Są miętowe, albo waniliowe. Niektórzy takie lubią. Papieros
mentolowy. Papieros waniliowy. Papieros czekoladowy. Papieros
papierosowy. Palenie chroni mnie przed szaleństwem, trzyma mnie przy
życiu. Trzyma przy życiu aż do śmierci.” (z filmu „Wyśnione miłości”)
Gdyby było mnie stać na oba nałogi,
weszłabym w nie, ale gdyby były nieszkodliwe. Kiedyś usłyszałam, że
papierosy do mnie pasują, jakkolwiek to rozumieć. Może wyglądam
atrakcyjniej z dymem przy ustach? (Jeśli w moim przypadku można mówić o
atrakcyjności.) A może jest coś pociągającego w połączeniu dziecinnych
rysów twarzy (mam niewiele ponad dwadzieścia, a ciągle dają mi naście) i
nałogu dla nieletnich? Może to ten obrazek.
Na koniec dodam, uwielbiam występy Placebo z lat 90-tych, gdzie Brian palił papierosa między śpiewaniem, choć podejrzewam, że jego struny głosowe nie były zadowolone z tych poczynań. Uwielbiam też pewną piosenkę zespołu Hey i choć nie palę, nie pijam kawy, to jednak potrafię sobie wyobrazić, co znaczy: „Kocham ten stan, cudowne sam na sam, [...], papierosy, kawa i ja.”
Na koniec dodam, uwielbiam występy Placebo z lat 90-tych, gdzie Brian palił papierosa między śpiewaniem, choć podejrzewam, że jego struny głosowe nie były zadowolone z tych poczynań. Uwielbiam też pewną piosenkę zespołu Hey i choć nie palę, nie pijam kawy, to jednak potrafię sobie wyobrazić, co znaczy: „Kocham ten stan, cudowne sam na sam, [...], papierosy, kawa i ja.”
11.09.2013
775. Przyjaźnie małe i duże.
Historie wplecione w piosenki, kartki książek wypchane opowieściami,
filmy snujące wątki, czy to zbyt wiele fikcyjnych sytuacji, choć
prawdopodobnych i możliwych do zaistnienia, miesza mi w głowie tak
bardzo, że przenoszę je na znajomych i już nie wiem, kto jest kim? Jakie
są nasze role, jaki jest nasz scenariusz, jaka melodia gra nam w
duszach? A może inaczej, może cudze historie otwierają mi oczy i widzę
mnóstwo niedociągnięć, niedomówień, przemilczeń? Nie kłamię, ale też nie
mówię prawdy; nikt nie pyta, nikt nie otrzymuje odpowiedzi; nikt nie
potrzebuje moich słów, które mają wyjaśniać, bo nikt nie wie, co niby
mogłyby wyjaśniać; ostatecznie i zawsze wychodzi na to, że to u mnie
trzeszczy odbiornik. Jak siebie ustawiłam, tak mam. I to mnie wkurza;
gdy moje ustawienie w oczach innych jest kłopotliwe, a najlepiej
powiedzieć, że „znowu sobie coś ubzdurałam”. Dobrze, jeśli moje odczucia
są bzdurą, proszę się nie dziwić, że zaczynam milczeć. Po co wam
kolejne bzdury? Właściwie stać mnie tylko na jedną z tych notek, gdzie w
trakcie gubię się między osobami i mieszam wątki; gdzie wszystko zlewa
się w całość i nikt nie umie odgadnąć, gdzie tkwił problem. A jeśli problemem jestem tylko ja, to będzie dalsza część mojej walki przeciwko sobie samemu, o siebie.
Muszę się wypisać, by potem nie wybuchnąć, przy kimś, bo to nie
prowadzi do niczego dobrego. „Musisz z kimś rozmawiać, bo tłumienie
wszystkiego w sobie do niczego dobrego nie prowadzi.” Bla, bla, bla.
Oczywiście, że nie prowadzi; mam wrzody na duszy. (Umiesz mnie otworzyć,
zrób to.) Jednak mniejsze niż kilka miesięcy temu, mogę się pochwalić.
Od czasu do czasu muszę sobie szczerze porozmawiać, sama ze sobą, bo i
tak ostatecznie zacne gron specjalistów twierdzi, że sobie coś tam
ubzdurałam. Dziękuję za szczerość, która nie jest przyjemna w odbiorze,
ale chociaż wiem, kto traktuje mnie jak zlepek nadprogramowych bzdur.
Spoko. Wiecie, to czasem wygląda tak, jakbym taplam się w gówienku, a
inni się z tego śmieją, gdy ostatecznie obracam wszystko w żart. Spoko,
uwielbiam czarne komedie i nie ma w tym ani odrobiny ironii.
Teraz do innych niewiast. Popatrz, widzisz, dostrzegasz? Moje ciało nie współpracuje z moim wnętrzem; jestem zablokowana, pilnuje każdego ruchu, dobieram starannie słowa, nie umiem okazać radości, nie umiem okazać rozpaczy… nie potrafię tego wszystkiego, gdy jestem z ludźmi. Czuję się niepewnie. Do niedawna myślałam, że tego typu zaburzenia pojawiają się wśród obcych, nieznanych, sporadycznie spotykanych, niestety, teraz już przy wszystkich. Swoboda towarzyszy mi tylko w samotności i przy domownikach. Jestem nader żywiołową osobą; wybucham śmiechem na cały blok, wykrzykuję pojedyncze słowa na całe gardło, komentuję wszystko, co ukazuje mi telewizor, często z najmłodszym bratem. Razem jesteśmy szaleni. Wszystko jest proste, zwyczajne i nieskomplikowane, bo z dala od świata, który nie tyle, co odrzuciłam, ale nie zostałam w nim przyjęta w sposób, jaki chciałam, a innej drogi nie było. Nikt nie chciał prowadzić skomplikowanej marudy, rozumiem. Nigdy nie przypuszczałam, że posunę się tak daleko, że będę coraz bardziej nieobecna, że inni pozwolą mi znikać, a jednak szeptane do snu miesiącami: „po prostu mnie zostawcie, niech samo się rozpadnie” zaistniało. Niestety, niepotrzebnie, bo jak zwykle za późno, gdyż życzenie stało się nieaktualne, kiedy postanowiłam odrobinę urosnąć (chyba tak jak Lilly z „Hotelu New Hampshire”; jej się nie udało, obawiam się, że może mnie spotkać ta sama porażka). Zamieniłam więc dawne życzenie w inne: „powiedz mi jak mam żyć, bo nie wiem, czym jest życie”. Szukam rozwiązania w prostocie, staram się kierować prosto, nie zapętlać, nie stwarzać sztucznych tworów myślowych. Gdy hormony płatają mi figle, do czego jestem przyzwyczajona, gdy brak mi cukru we krwi lub jestem strapiona, zastanawiam się, czy trwa we mnie stan przejściowym czy wręcz permanentny. Rozeznaję czyja to sprawka, że czuję się tak przerażająco nieswojo. Może brudnego smutku, który nie umiera nigdy, a może to coś nowego, jeszcze nienazwanego, co wiedzie nas ku końcu? Na palcach jednej ręki potrafię policzyć, ile razy widziałyśmy się w ciągu dziesięciu miesięcy. Moja wina, moja wina, moja wina. Nagle nie potrafię sobie przypomnieć, jak to było chodzić razem do jednej klasy, na wspólne zakupy, nocne zabawy; przesiadywać godzinami na rozmowach o wszystkim i niczym. Nie wiem, jak to było, gdy nie rozdzielił nasz czas, odległość, własna codzienność – moja coraz bardziej zamknięta, twoja coraz bardziej otwarta. Czy nie mam racji twierdząc, że brak wspólnie przebytego czasu osłabia więzi? Jednak wiem, że nie to szwankuje. Przecież bywa, że nie widuję kogoś często, nas też nie pierwszy raz wciągnęło własne życie, ale z drugiej strony są tacy, których nie widziałam przecież nigdy, a gdy przywołuję w myślach ich postaci, są jakby bliższe; mogę przeżyć z nimi wszystko, tak jak tylko zechcę. Czy wydają się bliższymi, bo nie przeżyłam z nimi jeszcze nic? Czy to daje mi komfort namalowanie siebie, jak tylko zechcę, bez uników? Mam wrażenie, że weszłam w rolę, której wcale nie chciałam przyjąć, ale dostałam taką, lepszej nie było, a ja chciałam przeżyć, więc gram. I zapomniałam o wszystkich twoich ulubionych rzeczach, nie chciałam znać twoich znajomych (wybacz, akurat tutaj się cieszę, że nie poznałam tej pewnej połowy, bo byłoby ze mną jeszcze gorzej), nie nauczyłam się prześladować twoich dni, choć powinnam skupić się na znanym niż cudzym, ale naiwnie uwierzyłam, że nic nie rozdziela osób takich jak my. Zapomniałam, że skrzywiam się, gdy mnie nie prostują i gdy myślę tak, nie umiem już inaczej, a potem wszystko mi się plącze i nie potrafię znaleźć tego jednego, małego, cholernej błędu, który uruchomił domino, zmieniając wszystko na zawsze. Bo dla mnie już nic nie będzie takie jak dawniej. Nie jest mi dobrze, gdy o tym piszę; jest mi przykro, że wszystko toczy się w ten sposób; niezbadany, nieoczekiwany, nieunikniony. Jednak na tym nie kończy się świat, prawda? Prędzej czy później to musiało się stać. Lepiej, że przyszło wcześniej i niespostrzeżenie. To nie tak, że nie posiadam żadnych wspomnień; mam ich mnóstwo, są piękne i wyraźnie, ale też bolesne, zwłaszcza w porównaniu z tym, że nie potrafię rozpoznać dawnych emocji i uczuć; wszystko wydaje się chłodne i niedostępne. Pamiętam etapy, które odłączały nas po trochu. Ale odłączenia nie muszą być złe. Może jeszcze wyjdzie nam to na zdrowie?
Przesiaduję tygodniami w domu, nie prowokuję myśli, porządkuję dni, a potem muszę iść i żyć, ale jak, gdy świat jest chaosem? Otwieram słoik z porzeczkowym sokiem i rozlewam go na podłogę; wzdrygam się na sygnał dzwoniącej komórki; denerwuję się, gdy mówię; uśmiecham się nienaturalnie; staram się nie analizować wyglądu; nie łączyć faktów, zapomnieć o historiach nie należących do mnie; godzę się z faktem, że dorosłyśmy i rozdzieliłyśmy. Nigdy już nie połączy nas to, co zaiskrzyło, gdy tańczyłyśmy razem na zabawie choinkowej w zerówce. Momentami nawet dochodzę do wniosku, że gdybyśmy nie poznały się jako dzieci, a byłybyśmy teraz tymi osobami, którymi jesteśmy, lecz nie poznanymi ze sobą, nie udałoby się nam zawrzeć znajomości, a co dopiero zaprzyjaźnić tak mocno. (Może dlatego teraz pozostało już tylko spadanie?) Być może ta wypowiedź zahacza o brutalność, ale jest tylko luźną myślą, gdybaniem, które ostatecznie nie znaczy wiele; przecież znamy się od lat. Jeśli jednak cię uderzy, po tym, jak w prosty sposób tutaj dojdziesz, nakierowana (oczywiście) przeze mnie, przypomnij sobie jak próbowałam nie płakać przy mojej małej spowiedzi, a ty obiecałaś, że będziesz przeglądać tego przeklętego bloga, a nie zajrzałaś na niego ani razu, bo nawet nie przyszło ci do głowy, by poprosić o adres, którego przez te wszystkie lata nawet nie zapisałaś. I to nie tak, że mam pretensje. Nigdy nie wymuszam na innych zainteresowania moją osobą. Łatwiej pogodzić się z byciem nudną i niechcianą, niż tracić energię na bycie zauważoną. Może czasem fajnie poczytać, jak ktoś wypruwa sobie flaki w szarej rzeczywistości, ale na dłuższą metę poświęcić potrafi się niewielu i trwać. Przecież wiem, wszyscy bywamy przemęczeni. Sama przyznałam się do zapominania o innych, o tobie też. Ale nie oszukujmy się, jesteś przeciwieństwem mnie.
Próbuję odgadnąć, jakim cudem znam te wszystkie osoby, które znam (w realnym i internetowym świecie), choć są diametralnie różne ode mnie i właściwie nie mamy prawa się znać. Może dlatego, że wszystko jest za mało głębokie, a może przeciwnie, bardzo głębokie i wychodzące poza powierzchowność? A może jesteśmy za bardzo od siebie oddaleni i dzięki temu nie uderzamy boleśnie w swoją codzienność, tylko tak, od czasu do czasu się poszturchamy? Mamy dobre kontakty, bo mamy rzadkie kontakty; mamy rzadkie, więc są słabe. Łączy nas wiele podobnych przeżyć, ale ostatecznie nie łączy nas nic poza wymianą myśli. Chciałam tylko kogoś, z kim mogłabym spędzać beztrosko czas, ale nie dostałam nikogo, chyba za karę, i pozostałam teraz bez siły na jakiekolwiek próby podchodzenia zbyt blisko do ludzi. Gorzej, momentami przeraża mnie moja własna obojętność, której nie chcę, ale ona jest. Momentami brak mi siły. Ostatecznie staram się… staram się nie zabić.
Notkę piszę już trzeci wieczór, może nawet chciałam jej już nie dodawać, gdy wiem, jak bardzo jest nielogiczna, bo co raz zaprzeczam sobie samej. Do tego natrafiłam na wykład, w którym była mowa o strachu. Strach zniewala, boimy się, że coś się nie uda, boimy się, że jesteśmy nieatrakcyjni, niewykształceni, marni, źli, nieporadni, biedni, niekochani, zniewoleni, że nie będziemy umieli żyć bez tego, czy tamtego, że taki albo taki ruch przyniesie nasz koniec i nie damy rady, nie wytrzymamy już dłużej. Lecz, gdzie jest źródło strachu? Rozpoznajecie źródła swoich leków? Moje są nabyte, wlane, niekontrolowane. Tyle jeszcze przede mną, choć już odrapałam morza strachu, i ciągle jestem, i ciągle wierzę. Nie lękajcie się. Może dlatego postanowiłam dodać tą notkę, by nie unikać prawdy niedopuszczonej przez strach. Nie chcę bać się swoich słabości. Chcę obnażyć je przed innymi, by wiedzieli. Wychodzić, być i nie bać się porażek. Nie dać się strachowi. Przestać być obserwatorem; zacząć być aktywnym, wyrywać się i wyjść zza bezpiecznego ”wszystko w porządku, jakoś leci”. Dlatego dodaję tą notkę, bo nie jest dobrze być samemu ze zgniłymi myślami. Boję się, że jednak nie ominę otwartych okien. „Mijaj zdrów otwarte okna.” Nie jestem zdrowa, jeszcze nie. Ale to nie znaczy, że mam przez któreś wyskoczyć, już, zaraz teraz, prawda? (Chociaż ta scena w filmie „Hotel New Hampshire” była akurat piękna, lecz sam film dział się zbyt szybko, zwłaszcza, gdy oglądało się go po zapoznaniu z książką.) Teraz pora zostawić za sobą niepoprawne, przygnębiające myśli, wziąć głęboki oddech, spiąć pośladki i próbować do końca. Nie. Teraz pora na sen. Już po pierwszej.
Teraz do innych niewiast. Popatrz, widzisz, dostrzegasz? Moje ciało nie współpracuje z moim wnętrzem; jestem zablokowana, pilnuje każdego ruchu, dobieram starannie słowa, nie umiem okazać radości, nie umiem okazać rozpaczy… nie potrafię tego wszystkiego, gdy jestem z ludźmi. Czuję się niepewnie. Do niedawna myślałam, że tego typu zaburzenia pojawiają się wśród obcych, nieznanych, sporadycznie spotykanych, niestety, teraz już przy wszystkich. Swoboda towarzyszy mi tylko w samotności i przy domownikach. Jestem nader żywiołową osobą; wybucham śmiechem na cały blok, wykrzykuję pojedyncze słowa na całe gardło, komentuję wszystko, co ukazuje mi telewizor, często z najmłodszym bratem. Razem jesteśmy szaleni. Wszystko jest proste, zwyczajne i nieskomplikowane, bo z dala od świata, który nie tyle, co odrzuciłam, ale nie zostałam w nim przyjęta w sposób, jaki chciałam, a innej drogi nie było. Nikt nie chciał prowadzić skomplikowanej marudy, rozumiem. Nigdy nie przypuszczałam, że posunę się tak daleko, że będę coraz bardziej nieobecna, że inni pozwolą mi znikać, a jednak szeptane do snu miesiącami: „po prostu mnie zostawcie, niech samo się rozpadnie” zaistniało. Niestety, niepotrzebnie, bo jak zwykle za późno, gdyż życzenie stało się nieaktualne, kiedy postanowiłam odrobinę urosnąć (chyba tak jak Lilly z „Hotelu New Hampshire”; jej się nie udało, obawiam się, że może mnie spotkać ta sama porażka). Zamieniłam więc dawne życzenie w inne: „powiedz mi jak mam żyć, bo nie wiem, czym jest życie”. Szukam rozwiązania w prostocie, staram się kierować prosto, nie zapętlać, nie stwarzać sztucznych tworów myślowych. Gdy hormony płatają mi figle, do czego jestem przyzwyczajona, gdy brak mi cukru we krwi lub jestem strapiona, zastanawiam się, czy trwa we mnie stan przejściowym czy wręcz permanentny. Rozeznaję czyja to sprawka, że czuję się tak przerażająco nieswojo. Może brudnego smutku, który nie umiera nigdy, a może to coś nowego, jeszcze nienazwanego, co wiedzie nas ku końcu? Na palcach jednej ręki potrafię policzyć, ile razy widziałyśmy się w ciągu dziesięciu miesięcy. Moja wina, moja wina, moja wina. Nagle nie potrafię sobie przypomnieć, jak to było chodzić razem do jednej klasy, na wspólne zakupy, nocne zabawy; przesiadywać godzinami na rozmowach o wszystkim i niczym. Nie wiem, jak to było, gdy nie rozdzielił nasz czas, odległość, własna codzienność – moja coraz bardziej zamknięta, twoja coraz bardziej otwarta. Czy nie mam racji twierdząc, że brak wspólnie przebytego czasu osłabia więzi? Jednak wiem, że nie to szwankuje. Przecież bywa, że nie widuję kogoś często, nas też nie pierwszy raz wciągnęło własne życie, ale z drugiej strony są tacy, których nie widziałam przecież nigdy, a gdy przywołuję w myślach ich postaci, są jakby bliższe; mogę przeżyć z nimi wszystko, tak jak tylko zechcę. Czy wydają się bliższymi, bo nie przeżyłam z nimi jeszcze nic? Czy to daje mi komfort namalowanie siebie, jak tylko zechcę, bez uników? Mam wrażenie, że weszłam w rolę, której wcale nie chciałam przyjąć, ale dostałam taką, lepszej nie było, a ja chciałam przeżyć, więc gram. I zapomniałam o wszystkich twoich ulubionych rzeczach, nie chciałam znać twoich znajomych (wybacz, akurat tutaj się cieszę, że nie poznałam tej pewnej połowy, bo byłoby ze mną jeszcze gorzej), nie nauczyłam się prześladować twoich dni, choć powinnam skupić się na znanym niż cudzym, ale naiwnie uwierzyłam, że nic nie rozdziela osób takich jak my. Zapomniałam, że skrzywiam się, gdy mnie nie prostują i gdy myślę tak, nie umiem już inaczej, a potem wszystko mi się plącze i nie potrafię znaleźć tego jednego, małego, cholernej błędu, który uruchomił domino, zmieniając wszystko na zawsze. Bo dla mnie już nic nie będzie takie jak dawniej. Nie jest mi dobrze, gdy o tym piszę; jest mi przykro, że wszystko toczy się w ten sposób; niezbadany, nieoczekiwany, nieunikniony. Jednak na tym nie kończy się świat, prawda? Prędzej czy później to musiało się stać. Lepiej, że przyszło wcześniej i niespostrzeżenie. To nie tak, że nie posiadam żadnych wspomnień; mam ich mnóstwo, są piękne i wyraźnie, ale też bolesne, zwłaszcza w porównaniu z tym, że nie potrafię rozpoznać dawnych emocji i uczuć; wszystko wydaje się chłodne i niedostępne. Pamiętam etapy, które odłączały nas po trochu. Ale odłączenia nie muszą być złe. Może jeszcze wyjdzie nam to na zdrowie?
Przesiaduję tygodniami w domu, nie prowokuję myśli, porządkuję dni, a potem muszę iść i żyć, ale jak, gdy świat jest chaosem? Otwieram słoik z porzeczkowym sokiem i rozlewam go na podłogę; wzdrygam się na sygnał dzwoniącej komórki; denerwuję się, gdy mówię; uśmiecham się nienaturalnie; staram się nie analizować wyglądu; nie łączyć faktów, zapomnieć o historiach nie należących do mnie; godzę się z faktem, że dorosłyśmy i rozdzieliłyśmy. Nigdy już nie połączy nas to, co zaiskrzyło, gdy tańczyłyśmy razem na zabawie choinkowej w zerówce. Momentami nawet dochodzę do wniosku, że gdybyśmy nie poznały się jako dzieci, a byłybyśmy teraz tymi osobami, którymi jesteśmy, lecz nie poznanymi ze sobą, nie udałoby się nam zawrzeć znajomości, a co dopiero zaprzyjaźnić tak mocno. (Może dlatego teraz pozostało już tylko spadanie?) Być może ta wypowiedź zahacza o brutalność, ale jest tylko luźną myślą, gdybaniem, które ostatecznie nie znaczy wiele; przecież znamy się od lat. Jeśli jednak cię uderzy, po tym, jak w prosty sposób tutaj dojdziesz, nakierowana (oczywiście) przeze mnie, przypomnij sobie jak próbowałam nie płakać przy mojej małej spowiedzi, a ty obiecałaś, że będziesz przeglądać tego przeklętego bloga, a nie zajrzałaś na niego ani razu, bo nawet nie przyszło ci do głowy, by poprosić o adres, którego przez te wszystkie lata nawet nie zapisałaś. I to nie tak, że mam pretensje. Nigdy nie wymuszam na innych zainteresowania moją osobą. Łatwiej pogodzić się z byciem nudną i niechcianą, niż tracić energię na bycie zauważoną. Może czasem fajnie poczytać, jak ktoś wypruwa sobie flaki w szarej rzeczywistości, ale na dłuższą metę poświęcić potrafi się niewielu i trwać. Przecież wiem, wszyscy bywamy przemęczeni. Sama przyznałam się do zapominania o innych, o tobie też. Ale nie oszukujmy się, jesteś przeciwieństwem mnie.
Próbuję odgadnąć, jakim cudem znam te wszystkie osoby, które znam (w realnym i internetowym świecie), choć są diametralnie różne ode mnie i właściwie nie mamy prawa się znać. Może dlatego, że wszystko jest za mało głębokie, a może przeciwnie, bardzo głębokie i wychodzące poza powierzchowność? A może jesteśmy za bardzo od siebie oddaleni i dzięki temu nie uderzamy boleśnie w swoją codzienność, tylko tak, od czasu do czasu się poszturchamy? Mamy dobre kontakty, bo mamy rzadkie kontakty; mamy rzadkie, więc są słabe. Łączy nas wiele podobnych przeżyć, ale ostatecznie nie łączy nas nic poza wymianą myśli. Chciałam tylko kogoś, z kim mogłabym spędzać beztrosko czas, ale nie dostałam nikogo, chyba za karę, i pozostałam teraz bez siły na jakiekolwiek próby podchodzenia zbyt blisko do ludzi. Gorzej, momentami przeraża mnie moja własna obojętność, której nie chcę, ale ona jest. Momentami brak mi siły. Ostatecznie staram się… staram się nie zabić.
Notkę piszę już trzeci wieczór, może nawet chciałam jej już nie dodawać, gdy wiem, jak bardzo jest nielogiczna, bo co raz zaprzeczam sobie samej. Do tego natrafiłam na wykład, w którym była mowa o strachu. Strach zniewala, boimy się, że coś się nie uda, boimy się, że jesteśmy nieatrakcyjni, niewykształceni, marni, źli, nieporadni, biedni, niekochani, zniewoleni, że nie będziemy umieli żyć bez tego, czy tamtego, że taki albo taki ruch przyniesie nasz koniec i nie damy rady, nie wytrzymamy już dłużej. Lecz, gdzie jest źródło strachu? Rozpoznajecie źródła swoich leków? Moje są nabyte, wlane, niekontrolowane. Tyle jeszcze przede mną, choć już odrapałam morza strachu, i ciągle jestem, i ciągle wierzę. Nie lękajcie się. Może dlatego postanowiłam dodać tą notkę, by nie unikać prawdy niedopuszczonej przez strach. Nie chcę bać się swoich słabości. Chcę obnażyć je przed innymi, by wiedzieli. Wychodzić, być i nie bać się porażek. Nie dać się strachowi. Przestać być obserwatorem; zacząć być aktywnym, wyrywać się i wyjść zza bezpiecznego ”wszystko w porządku, jakoś leci”. Dlatego dodaję tą notkę, bo nie jest dobrze być samemu ze zgniłymi myślami. Boję się, że jednak nie ominę otwartych okien. „Mijaj zdrów otwarte okna.” Nie jestem zdrowa, jeszcze nie. Ale to nie znaczy, że mam przez któreś wyskoczyć, już, zaraz teraz, prawda? (Chociaż ta scena w filmie „Hotel New Hampshire” była akurat piękna, lecz sam film dział się zbyt szybko, zwłaszcza, gdy oglądało się go po zapoznaniu z książką.) Teraz pora zostawić za sobą niepoprawne, przygnębiające myśli, wziąć głęboki oddech, spiąć pośladki i próbować do końca. Nie. Teraz pora na sen. Już po pierwszej.
| (Cytat z książki „Hotel New Hampshire”, zdjęcie moje.) |
Wczoraj zapomniałam wspomnieć, że
ostatecznie i tak chciałabym zabawić się w gospodynię (którą nigdy nie
była i nawet nie umiem być, ale postarałabym się, obiecuję) i zrobić
cudowne przyjęcie, na które zaprosiłabym każdą osobę, z którą mam/miałam
bliższy kontakt (fakt, nie byłoby to wielkie party). Potem
podeszłabym do każdej osoby z osobna i porozmawiała, dzieląc się
wszystkimi związanymi z nią myślami. Na koniec podziękowałabym za
wszystko, mocno ściskając. Może to przyjęcie wyglądałoby trochę jak etap
przejścia wiodący ku wyjaśnieniu, zamknięciu i zniknięciu i może tym by
była ta zabawa do rana, ale może byłoby to odejście od dawnego,
nieuporządkowanego i wejście w nowe, uporządkowane. Och, aż przypominają
mi się tutaj wykłady z Antropologii kultury i słynne rytuały przejścia. Właśnie, przejdźmy przez to razem, kiedyś, bo na razie nadal jesteśmy daleko, za daleko.
7.09.2013
774. „Mijaj zdrów otwarte okna”
Ostatnie dwa wpisy są już kłamstwem. Książka „Hotel New Hampshire”
okazała się świetna. Im bliżej byłam końca, tym wolniej czytałam; było
mi szkoda rozstawiać się z niesamowitą przygodą. (544 strony minęły
szybko, więc już mam kolejną książkę pana Irivinga i 738 nowych stron.)
Dowiedziałam się, o kim pisała Sara w swoich piosenkach, dopasowałam
sytuacje do słów. Ponadto zastanawiam się, co/kto jest moim
niedźwiedziem. Nauczyłam się, że smutek nie umiera nigdy i smutek z definicji nie bywa miły.
No i zamiast „powodzenia” mam ochotę mówić „mijaj zdrów otwarte okna”.
Miałam nie popełniać zbrodni oglądania ekranizacji, ale już ściągnęłam
film. Chcę się rozczarować osobiście. A jeśli powiem, że chciałabym
pomieszkać w hotelu, czy kiedyś mi się uda? Książki jednak bywają
niebezpieczne; przewracają w głowie. Hotel.
2.09.2013
773. There was a terrible storm…
Uderzyła mnie ciemność o dwudziestej, silny wiatr i deszcz za dnia, gdy
miałam ochotę usiąść na balkonie z książką w ręku i zacząć topić się od
promieni słońca. Nie pamiętam, czy tego lata było lato. Kiedy większość
dni przebywa się w domu, bez różnicy, jaki jest świat. Zanim nastały
wakacje, była upalna sesja egzaminacyjna. Potem nastały gorące noce
pełne robaków oblepiających sufit. Musiałam pić dużo wody, co jest
zadziwiającym i tylko letnim zjawiskiem. Czasem mam wrażenie, że zimą
mogłabym nie pić wcale. Opaliłam jedynie stopy, które wystawały spod
długich spódnic, może nieznacznie też dekolt, reszta mnie wygląda na
nietkniętą. Od kilu dni narzucam na ramiona sweter. Dziwnie patrzeć
przez kuchenne okno na szkołę, mnóstwo zaparkowanych samochodów i tłumy
odświętnie ubranych dzieci, nie należąc do całego zamieszania. Miło
oddychać z ulgą, że szkoła należy do przeszłości. W liceum wychowawczyni
mówiła, że będziemy tęsknić za tym czasem. Gówno prawda. Już bardziej
jestem w stanie uwierzyć, że będzie brakować mi studenckich czasów, choć
ani nie były imprezowo-pijacko-towarzyskie, ani naukowo-kujonowe,
ale nie były też byle jakie, mogłabym wspominać wiele i długo, i
jeszcze się nie skończyły. Miałam sen o bliźniaczkach Quin, a potem
ogłosili pierwszy koncert zespołu w Polsce. Zbieg okoliczności
zaskakuje, lecz to, że nie posiadam ani pieniędzy, ani osoby, która
udałaby się wraz ze mną, nie jest żadnym zaskoczeniem. Poraża mnie fakt,
że mam kilku świetnych znajomych, a jednak wszyscy różnią się ode mnie
pod względem upodobań. Na logikę biorąc, tylko P. mogłaby ze mną
zaszaleć, gdyby nie mieszkała na drugim końcu Polski. Nie lubię jednak
momentów, w których moja lista rzeczy nieosiągalnych się powiększa. Wolę
wypierać ze świadomości przykre rzeczy. (Żebyście widzieli jak
próbowałam nie płakać, gdy płakałam. Haha.) Nie warto zalewać
negatywnymi uczuciami szarych dni, by nie zrobiło się z tego bagno, z
którego trudno się wydostać. Cały dzień pocieszałam się więc książką
„Hotel New Hampshire”, która jest lepsza niż się spodziewałam po
pierwszych kartkach. Czarna komedia, o którym zapewnia opis zawarty na
tylnej okładce, bardzo mi odpowiadania. Jest nawet adaptacja filmowa,
która mówi, że jest nieporozumieniem i nie należy jej oglądać, a ja
wierzę na słowo, nie zamierzam sprawdzać. Sara była rozczarowana.
Właśnie, nie odkryłam jeszcze źródła tekstu piosenek, aczkolwiek wiem, w
których relacjach go szukać.
31.08.2013
772. what will bring me home, what will make me stay
Nie lubię, gdy piosenki, filmy, przedmioty (cokolwiek) kojarzą mi się z
osobami, czy wycinkami z przeżytej już części życia. To denerwujące, gdy
nie możesz w spokoju posłuchać piosenki, nie przywołując przy tym
czegoś, o czym niekoniecznie chciałbyś pamiętać lub zwyczajnie
przyjemniej byłoby nie mieć odniesień. John Irving na myśl przywołuje mi
tylko jedną osobę. Po miesiącach zastanawiam się, czy nie potrafiłam
zrozumieć czegoś, co powinnam. Chciałabym, żeby tamta przeszłość nie
wróciła, lecz czasem mam wrażenie, że furtki są niedomknięte. Może ktoś
znów wleje we mnie fałszywe poczucie winy za życie, z którym nie miałam
nic wspólnego? Chyba od tamtego momentu pomyślałam, że to koniec mojego
życia w internetowym społeczeństwie. Nie potrafię umiejscowić miesięcy,
ale wiem, że jednak jakiś czas później (i po raz ostatni) ostro
zabawiłam się w internetowe znajomości. Nie wyszło mi to na zdrowie.
Chyba na serio chciałam siebie dobić. Obecnie mój limit życia w
społeczeństwie, fikcyjnym i realnym, w formie zaangażowanej, wyczerpał
się na najbliższe sto lat. Październik będzie bólem i nie dlatego, że
przebywanie w studenckiej społeczności jest niekorzystne, lubię naszą
wąską grupkę, a jednak zauważyłam, że moja umiejętność wydobywania z
siebie głosu osłabła przerażająco. Zanim wrócę do wprawy, o ile wrócę,
minie sporo czasu. Ciekawe, jak wyjdzie przyszłotygodniowy powrót panny,
która mieszkała za górami, za lasami i za morzami. Wystarczy, że jedna
po książkę przychodzi ponad miesiąc, choć myślę, że już dawno
zapomniałam o książce i zaakceptowała, że pragnę uschnąć w te wakacje.
Głupio mieć tą jedną myśl, że gdyby zamiast „nie” powiedziało się „tak”,
lato byłoby zupełnie czymś innym. Szkoda, że nie bawię się ludźmi i
ostrożnie podejmuję decyzje. Szkoda, że inni pewnie myślą, iż to oznaka,
że mam ich głęboko gdzieś. Nie martwice się, myślę dokładnie to samo,
jeśli odgradzacie mnie od siebie. Jestem wdzięczna E., że przebiła się
do mnie ze swoimi wakacyjnymi dniami, a P. za to, że dzieli się swoim
optymizmem, którego mi brak. Nie mogę też zapomnieć o V., która mnie
zaczepiła, choć miałam wrażenie, że przeszłość chce dać mi z liścia w
twarz. Reszta zostaje nie przemyślana; nie chcę rozbudzać w sobie
niepotrzebnego żalu. Nie to nie, I get it. Jeśli nadmiar myśli wykańcza, należy rezygnować z kontaktu ze źródłem wywołujący myślo-toki, prawda? Sorry, ludzie.
To żałosne, że od Johna Irivnga przeszłam do nieatrakcyjnych przemyśleń. Wróćmy jednak do pisarza, którego książkę wypożyczyłam w czwartek. „Hotel New Hampshire” (wystarczy wyraz „hotel’, by pomyśleć „E. pracuje w hotelu”). Rozdział pierwszy, o niedźwiedziu, od którego zaczęły się losy rodziny Barrych (i nie dlatego, że on był jej założycielem, choć powiedzmy, że maczał w tym palce), nie zachęcił mnie ani trochę. Późnym popołudniem czekałam na brata, siedząc na murku przed salonem Renault, skąd miał mnie odebrać, i czytałam. Nogi bolały mnie od nieustannego chodzenia przez pół dnia, słońce zwrócone było wprost w moją stronę, chłopak obok zajęty był czyszczeniem brukowych schodków (miło, że mnie nie przegonił), a hałasowi ruchliwej ulicy wtórowały samochody przejeżdżające tuż obok, bo za rogiem znajdowała się stacja paliw. Nawet ktoś usiadł obok mnie – poczułam intensywny zapach perfum, przez chwile myśląc, że to może mój brat, ale jednak wydało mi się to nielogiczne i przy odrobinie ostrożnej odwagi zlustrowałam wzrokiem chłopaka w białej koszulce; nieznajomy. Tak w niedogodnych warunkach (co by powiedzieli czytelnicy bibliotek) zaczęłam brnąć przez książkę, którą wypożyczyłam dwie godziny wcześniej. Przekręcałam kartki i myślałam, skoro Sara Quin dała radę, a do tego po lekturze postały dwie piosenki („Not tonight” oraz „Terrible Storm”), też wytrwam. Obecnie zakładka tkwi na 130 stronie z 544 i zaczyna się robić ciekawie, choć podejrzewam, że ostatecznie i tak dojdę do wniosku, że John Irving to jednak nie moja bajka. Już jedną książkę tego autora miałam w rękach. Skończyło się na: „nie, nie, nie mogę tego czytać, co to w ogóle jest, nudne i bez sensu.” Zwróciłam nie przeczytaną książkę do biblioteki, a zdarza mi się to raz na rok. Tymczasem daję kolejną szansę panu Irvingowi, choć tak naprawdę chcę się dowiedzie, który fragment książki był inspiracją do napisania piosenek.
To żałosne, że od Johna Irivnga przeszłam do nieatrakcyjnych przemyśleń. Wróćmy jednak do pisarza, którego książkę wypożyczyłam w czwartek. „Hotel New Hampshire” (wystarczy wyraz „hotel’, by pomyśleć „E. pracuje w hotelu”). Rozdział pierwszy, o niedźwiedziu, od którego zaczęły się losy rodziny Barrych (i nie dlatego, że on był jej założycielem, choć powiedzmy, że maczał w tym palce), nie zachęcił mnie ani trochę. Późnym popołudniem czekałam na brata, siedząc na murku przed salonem Renault, skąd miał mnie odebrać, i czytałam. Nogi bolały mnie od nieustannego chodzenia przez pół dnia, słońce zwrócone było wprost w moją stronę, chłopak obok zajęty był czyszczeniem brukowych schodków (miło, że mnie nie przegonił), a hałasowi ruchliwej ulicy wtórowały samochody przejeżdżające tuż obok, bo za rogiem znajdowała się stacja paliw. Nawet ktoś usiadł obok mnie – poczułam intensywny zapach perfum, przez chwile myśląc, że to może mój brat, ale jednak wydało mi się to nielogiczne i przy odrobinie ostrożnej odwagi zlustrowałam wzrokiem chłopaka w białej koszulce; nieznajomy. Tak w niedogodnych warunkach (co by powiedzieli czytelnicy bibliotek) zaczęłam brnąć przez książkę, którą wypożyczyłam dwie godziny wcześniej. Przekręcałam kartki i myślałam, skoro Sara Quin dała radę, a do tego po lekturze postały dwie piosenki („Not tonight” oraz „Terrible Storm”), też wytrwam. Obecnie zakładka tkwi na 130 stronie z 544 i zaczyna się robić ciekawie, choć podejrzewam, że ostatecznie i tak dojdę do wniosku, że John Irving to jednak nie moja bajka. Już jedną książkę tego autora miałam w rękach. Skończyło się na: „nie, nie, nie mogę tego czytać, co to w ogóle jest, nudne i bez sensu.” Zwróciłam nie przeczytaną książkę do biblioteki, a zdarza mi się to raz na rok. Tymczasem daję kolejną szansę panu Irvingowi, choć tak naprawdę chcę się dowiedzie, który fragment książki był inspiracją do napisania piosenek.
24.08.2013
771. Ciągle tam stoję...
Ciągle tam stoję, nawet nie muszę zamykać
oczu, by ujrzeć miejsce pełne obcych sylwetek. Widzę tylko zarys
pleców; moje dwudziestominutowe spóźnienie ustawia mnie na końcu,
jeszcze przed drzwi, jeszcze w przedsionku. Rejestruję obecność kilku
postaci za mną, także spóźnionych, ale z czasem to nie ma znaczenia, bo
jestem tylko ja i moje życie, myśli poplątane (gdy jesteś, drzewa nie targają się we mnie
– G Musiał). Wejście w dzień, wyjście w nocy. Samotna podróż
autobusami. Śpiew unoszący się ku górze wysokiego sufitu. Na policzkach
zaschnięte łzy, których nie było wstyd wylać. Kolejny krok do przodu.
16.08.2013
770.
Filmy Xaviera Dolana wyrwały mnie z otępienia i napełniły mnóstwem
przyjemnych doznań artystycznych, aż nastawiałam się na kolejny. Mam już
przygotowany, „Laurence Anyways”, czeka na obejrzenie, pewnie jutro,
albo w poniedziałek, niedziela odpada. Podobno przesadnie się ciągnie,
ponad dwie godziny, ale dla mnie, mającej czas, będzie to przyjemność.
Widziałam już scenę na balu, dzięki youtube, bycie tak młodym i tak
utalentowanym ( i tak przystojnym) jest zbrodnią, panie Dolan.
Album „Fixin to thrill” Dragonette zapełnił moje muzyczne życie, a wszystko przez współpracę z Sarą Quin i jedną, uzależniającą piosenkę – Okey Dolore. Kilka dni wcześniej znalazły się inne połączenia Sary z wykonawcami i Tegan, siostry bliźniaczki, także. Słucham wszystkiego ciągle i ciągle. Uwielbiam momenty odkryć, momenty, w których jeszcze nie potrafię zaśpiewać słów, a już nasiąkam melodią. Jeszcze cudowniej jest wtórować swoim fałszem głosom wokalistów, gdy połączy się w całość obcojęzyczne wyrazy. Na razie jestem na etapie refrenów, to zawsze działa na początku.
Okay Okay Dolore. / Your name, your name, your name – I say. / If you think you’re special, you’re problably not, why, why why even try (why even try) just living a lie. / I know I know I know, you still my love. / Please girl don’t you die on me. / Go steady with me, I know it turns you off when I – I get talking like a teen. Dodajmy do tego The Knife – Pass this on z I’m in love with your brother, yes I’m. oraz teledyskiem i połączmy w czystą przyjemność.
W żołądku ląduje zbyt wiele czekoladowych cukierków, a waga ciągle ta sama. Zrozumieć mój organizm nie łatwo, aczkolwiek podejrzewam, że w przyszłości mi się to odbije, tu i tam. Chociaż ilość śmiechu przy banterach (patrz słownik angielski, wyraz banter) z koncertów bliźniaczek Quin sprawia, że mój humor jest ciągle na poziomie, a mięśnie brzucha pracują.
Uświadamiam sobie płytkość wynurzeń w tej notce, jak i wszystkich z tego i chyba (nawet nie wiem, o czym tam bredziłam) poprzedniego miesiąca, ale część niewesołą przemycam w prywatnych wiadomościach, a reszta pozostaje milczeniem.
Album „Fixin to thrill” Dragonette zapełnił moje muzyczne życie, a wszystko przez współpracę z Sarą Quin i jedną, uzależniającą piosenkę – Okey Dolore. Kilka dni wcześniej znalazły się inne połączenia Sary z wykonawcami i Tegan, siostry bliźniaczki, także. Słucham wszystkiego ciągle i ciągle. Uwielbiam momenty odkryć, momenty, w których jeszcze nie potrafię zaśpiewać słów, a już nasiąkam melodią. Jeszcze cudowniej jest wtórować swoim fałszem głosom wokalistów, gdy połączy się w całość obcojęzyczne wyrazy. Na razie jestem na etapie refrenów, to zawsze działa na początku.
Okay Okay Dolore. / Your name, your name, your name – I say. / If you think you’re special, you’re problably not, why, why why even try (why even try) just living a lie. / I know I know I know, you still my love. / Please girl don’t you die on me. / Go steady with me, I know it turns you off when I – I get talking like a teen. Dodajmy do tego The Knife – Pass this on z I’m in love with your brother, yes I’m. oraz teledyskiem i połączmy w czystą przyjemność.
W żołądku ląduje zbyt wiele czekoladowych cukierków, a waga ciągle ta sama. Zrozumieć mój organizm nie łatwo, aczkolwiek podejrzewam, że w przyszłości mi się to odbije, tu i tam. Chociaż ilość śmiechu przy banterach (patrz słownik angielski, wyraz banter) z koncertów bliźniaczek Quin sprawia, że mój humor jest ciągle na poziomie, a mięśnie brzucha pracują.
Uświadamiam sobie płytkość wynurzeń w tej notce, jak i wszystkich z tego i chyba (nawet nie wiem, o czym tam bredziłam) poprzedniego miesiąca, ale część niewesołą przemycam w prywatnych wiadomościach, a reszta pozostaje milczeniem.
15.08.2013
769.
Obejrzałam „Wyśnione miłości” pana Dolana. Ściska mi żołądek, z zachwytu
i odrobiny zazdrości. Utalentowana bestia. Bohaterowie jego filmów
nałogowo palą. Papierosy. Dym. Tak. Spłynęła na mnie wena. Marna, ale
jakaś. Mam nadzieję, że one będą miały lepsze pomysły.
10.08.2013
768. Xavier Dolan w wieku 20 lat...
Xavier Dolan w wieku 20 lat wyreżyserował film, do którego napisał
scenariusz, a nawet zagrał w nim główną rolę. Rok później powstał jego
drugi film wyprodukowany za własne pieniądze. (Oczywiście napisał
scenariusz, był reżyserem, zagrał jedną z głównych ról, zajął się
kostiumami, no i jeszcze wszystko zmontował.) Ma 169 cm wzrostu, jest
ciut wyższy ode mnie, i rok starszy. Został okrzyknięty geniuszem. Po
obejrzeniu „Zabiłem swoją matkę” wcale się nie dziwię. Nie powinnam
oglądać. Piękne ujęcia. Teraz myśl o nakręcenie filmiku na zaliczenie
powoduje u mnie chęć zmiany przedmiotu, czyli chęć nauki do egzaminu.
Zero we mnie optymizmu i sił twórczych. W najbliższych dniach dobiję się
filmem „Wyśnione miłości”. W sumie w tegoroczne wakacje oglądam wiele,
może za wiele. Nie mam nic do powiedzenia światu. Zawsze wolałam
obserwować świat innych, w książkach, filmach, nawet realnie. Tworzyć
coś z pustki na siłę… Nie kłamałam, mówiąc, że chcę, aby nam się udało,
ale mi już w życiu nic się nie uda. Mam zapisanych na kamerze
kilkanaście nagrań, z których nie da się stworzyć nic sensownego. Ot
kilka nic nie znaczących zabaw sprzętem. Myśli w głowie też niewiele.
Wszystko jest byle jakie. Boli mnie brzuch. Gdyby nie Dolan, pewnie nie
pojawiłabym się tu do końca miesiąca. Pierwszego sierpnia napisałam: jest już sierpień, jest już dobrze. Trzydziestego pierwszego sierpnia napisałabym: mija już sierpień, nie jest dobrze.
Czas jest niczym i odchodzi w nicość. Staram się jak mogę, by nie było
źle, więc spokój uważam za dobro. Reszta nie ma znaczenia. Dużo filmów,
tak, jeszcze więcej…
1.08.2013
27.07.2013
766.
Myłam włosy cztery razy; ostatni płynem
do naczyń. Cudowny zapach olejku jednak pozostał. Obejrzałam kilka
filmów. Cierpiałam fizycznie trzy dni. Zrozumiałam też prosty komunikat
od świata; moje życie – mój problem. Wyładowałam wszystko na sobie. Ale
to nie moja wina, że żyję. Ilość lat do odsiedzenia w emocjonalnym
więzieniu zwiększyła się. No i co z tego? Są ważniejsze sprawy; na
przykład nasz film numer cztery. Albo to będzie produkcja życia, albo
rzucam tą zabawę w cholerę. Muszę się postarać. Bo wbrew temu, jak
sprzecznie to wygląda, bardzo chcę, żeby nam się udało.
in tea and cigarettes…
26.07.2013
765.
Dostałam olejek do włosów, z Maroka, choć M. tam nie było, była
gdzieś indziej, ale to nie ważne; pięknie pachnie, aż przez chwilę
poczułam się dobrze w swoim towarzystwie. Mam jednak nieodparte
wrażenie, że nieodpowiednio go użyłam. Jeśli moje włosy po przespanej
nocy (ataki snów dzielnie znoszę; zasypiam bez trudności, wczoraj się
nie liczy), będą wyglądać tak, jak teraz, nie wiem, czy wyjdę z domu.
Tak, nie wychodzę z domu, ale zbliża się niedziela. W niedzielę
opuszczam mieszkanie, zawsze. Ale zapach jest cudowny.
Od obojętnej obojętności do druzgocącego poczucia winy… Aleksandro,
Dominiko, Justyno, Magdaleno, Moniko, Małgorzato, Paulino, Emilio… Nawet
nie potrafię wytłumaczyć, czemu o drugiej w nocy podejmuję taką
decyzję, nie potrafię.
| Zrobiłam zdjęcie, gdy siedziałam na miejskiej ławce. Wiał wtedy wiatr… |
24.07.2013
764.
Minęło trochę czasu, zanim się zebrałam, a
potem minęło jeszcze więcej, zanim przeczytałam książkę, którą dostałam
na urodziny. Nie dlatego, że była nudna, wręcz przeciwnie, miło
ubogaciła mój czas, który w większości przepływał (i przepływa) mi przez
palce na niczym (wartościowym). Zgadzam się, że Hosseini jest obdarzony
wyjątkowym talentem narracyjnym. Cieszę się, że mogłam dużo czasu
spędzić z historią, która ciągle i niespodziewanie zmieniała swój bieg.
„Tysiąc wspaniałych słońc.” Do ostatnich kartek musiałam czekać na
rozszyfrowanie tytułu i wtedy zrobiło mi się realnie smutno. Być może
inni wcześniej odczuliby to przy niejednym rozdziale, ale ostatnio mało
rzeczy mnie wzrusza. (Rzadko skupiam się na życiu. Pewnie to źle, nawet
nie wyciągam wniosków z lektur, jestem okropna.) Za to nie opuszczało
mnie uczucie niesprawiedliwości w zderzeniu z realiami panującymi
wtedy(przełom XX/XXI wieku) w Afganistanie i po raz kolejny z kulturą
muzułmańską. Życie, jakiego nie chciałabym odczuć na własnej skórze. Nie
będę ukrywać, że „Chłopiec z latawcem” bardziej przypadł mi do gustu,
jeśli chodzi o treść i nastrój. Ale zauważyłam pewną cechę
charakterystyczną (ciekawe, czy trzecia książka ją posiada). Autor lubi
rozdzielać bohaterów bez pożegnania, najczęściej w tragiczny sposób,
więcej, dopiero po latach dowiadują się, jaka prawda kryła się za
konkretnymi sytuacjami, dalej, czasem odchodzą ze świata w niewiedzy,
podczas gdy druga strona, a nawet trzecia, pozostaje z wiedzą, która nie
przyda się na wiele. Przyniesie tylko ból, mówiący jak błędnie oceniało
się gesty. To uwielbiam najbardziej. Wszyscy mamy słabości. Skrywamy
milion myśli. Dopiero w obliczu śmierci się budzimy i przełamujemy
bariery. Umierałam już wiele razy, wiem, o czym mówię. Ale widocznie
nadal zbyt mało.
21.07.2013
763.
Rok temu o trzeciej nad ranem rozpadło się życie, lecz wtedy była
sobota. Gdyby nie spotkanie z M., która w tym tygodniu wróciła z
wakacyjnej podróży, nie pamiętałabym, jak wiele zmian przyniosło
dwanaście miesięcy, tak jak nie pamiętałam o trzydziestym dniu czerwca.
Znów wszystko przetoczyło się przed oczami jak ciężarówki załadowane
obficie towarem. Morze łez, wtedy, pewnie niepotrzebnych. Z tamtej nocy
nie pozostało nic, choć ciebie nadal może boleć wszystko. U mnie, tutaj,
w głowie, sercu i duszy jestem wolna.
19.07.2013
762. here I go and I don’t know why
Nie pamiętałam. Maile na pocztę nie chciały przyjść tygodniami. Dzisiaj
wpisałam prawidłowe hasło. W szoku dodarło do mnie, że zrobiłam to
spontanicznie. Bez świadomości wydobyłam słowo z rozproszonych myśli.
Ot, stało się. Minęły cztery lata. Usunęłam mnóstwo zdjęć, zostawiając
po jednym z każdego roku. Wszystkie bez mojej osoby. Nie powinnam
wiecznie widnieć w internetowej sieci wraz z niepotrzebnymi słowami. To
za dużo syfu jak na jedno istnienie. I tak jestem porozrzucana w wielu
miejscach, poskładać się nie umiem. Brudzę, zalegając bez ruchu. Głupie.
Porzucam, by zerwać emocjonalną więź. Wracam, choć nie widzę w tym
sensu. Możliwość diametralnej zmiany po jednej nocy zawsze jest otwarta.
Ostatnio wracam w różne miejsca, lecz nie są tym samym, czym były
dawniej. Nawet śladów wspomnień tam brak. Dowody uszczuplały. Wszystko
poupychane mam w szufladkach głowy i zastanawiam się, czy inni pamiętają
cokolwiek z tamtych dni wzajemnej obserwacji. Zaczęłam znowu pisać
opowiadania, lecz znaczenie jest zupełnie inne, a nawet można rzec, że
to wszystko jest bez znaczenia; samo w sobie tak, to tylko zabicie
czasu, ale głęboko, pod stertą warstw ciężkich myśli skrywam powód jak
największą zbrodnię wszech czasów. Ostatecznie czuję się jak duch, który
próbuje ożyć w obcej już rzeczywistości. Jednak dobrowolnie znikający
po pewnym czasie stają się niewidoczni. Jestem tak daleko.
12.07.2013
761. Pozwól mi wejść.
Niedawno nie czułam ani kosmyka na ramionach, teraz pojedyncze pasma
łaskoczą moją odkrytą skórę, gdy mam rozpuszczone włosy. Nie byłam
przekonana do tego, że ścięcie powoduje u mnie ich lepszy wzrost, a
jednak chyba tak jest. To jedyne wytłumaczenie, jakie mogłabym teraz
przypisać temu zjawisku.
Chciałabym rozumieć więcej, choć nie jestem przekonana, czy powinnam. Czasem wiedza nie porządkuje myśli, a je rozbija.
Nie pamiętam hasła do swojego photobloga – porzuciłam go w zeszłym roku kwietniem, a teraz żaden z przypominających e-maili nie przychodzi na pocztę, choć wpisywałam wszystkie adresy, jakie posiadam. Próbuję kolejny tydzień, choć nie jestem przekonana, czy naprawdę chcę odnowić tam swoją obecność. Nie zmienia to jednak tego, że dostęp do konta byłby przydatny.
Zastanawiam się, co sprawia, że relacje między ludźmi przybierają inny kształt. Czy decyduje o tym konkretny moment, słowo, a może zmiana nastawienia jednostek? Chciałabym wiedzieć, jak bardzo różni się mój punkt widzenia od punktu widzenia innych na te same tematy. Ale ze mną z własnej woli nikt nie rozmawia, nawet na odległość. Tylko kilka wiadomości, które pocieszają. Momentami odnoszę wrażenie, że niezrozumiałe obawy odpychają ich od mojej osoby. Innym razem wydaje mi się, że to zwykła obojętność, którą potrafię zrozumieć, patrząc na swoje odbicie w lustrze. Widzę winę w sobie, a jednak są chwile, gdy nic się już nie klei, bo próbowałam wszystkiego, na co było mnie stać, a jednak nie zdarzyło się nic. Chciałabym wiedzieć, czemu ludzie tracą mną zainteresowanie jako człowiekiem.
Siedzę wpatrzona w telewizor, przekręcam kartki książek, robię herbatę lub odkurzam mieszkanie i próbuję zrozumieć mnóstwo rzeczy. Myślę, że pozostało mi tylko czekanie i budowanie w sobie zaufania do Pana świata. Chciałabym jednak zrozumieć, czemu snuję się bez energii. Rozumiem, że lekkie przeziębienie, pochmurna pogoda i brak kontaktu z przestrzenią, naturą i powietrzem oraz skłonności do depresyjnych stanów robią swoje, ale mimo to chciałabym rozumieć więcej i niesubiektywnie. Żeby ktoś przyszedł i mi wytłumaczył jak dziecku prawdę o świecie, w którym bytuję.
Myślę pozytywnie o niedzielnej rodzinnej imprezie, choć do niedawna nie byłabym zachwycona, broniąc się przed kontaktem. Upatruję w tym przygody i możliwości do zmiany otoczenia na kilka godzin. Brat dostał pracę i wyjechał w Polskę, więc będziemy podróżować autobusem – mój codzienny środek transportu przez dziewięć miesięcy w roku. Może to dziwne, ale zawsze czuję się, jakby każde przygotowanie do wyjścia, a potem stąpanie w butach, których nie zakładam na co dzień, przeistacza mnie w aktorkę. Jestem sobą, a jednak nie do końca. Z wyczuciem obserwuję świat i każdy swój ruch. Jest coś wyjątkowego w każdym wyjściu, gdy codzienność ociera się niemal o absurd. Wszystko jest piękne, nawet najsmutniejsza sytuacja, która potyka nas po drodze.
Czytam książki o malarzach XIX i XX-wiecznych. Zadziwia mnie, że każdy podróżował do zagranicznych krajów, choć z drugiej strony momentami klepali biedę. Bycie artystą i poświecenie życia dla jednego zajęcia, które nie przynosiło wtedy nic pewnego, bo było się zawsze na początku nikim, wydaje się przygnębiające w świetle suchych, prawie encyklopedycznych życiorysów. Gdyby nie urywki listów oraz cały rzut na epokę i kręgi znajomych, w jakich przebywali, wydawać by się mogło, że nie opuszczali pracowni. Przełom wieków był piękny z całym pesymizmem unoszącym się wraz z papierosowym dymem, który wypełniał kawiarnie.
Słucham ostatnio koncertów Bacha na skrzypce i soundtracku „Jai Ho” z filmu, którego nie oglądałam – „Slumdog Millionaire” oraz piosenek z japońskiego krążka koreańskiego zespołu. Co za różnorodność, prawda?
Obejrzałam kolejny film, tym razem ze Szwecji. „Pozwól mi wejść„. Oznaczony jako horror okazał się błędnie zaklasyfikowany, bo koneserzy tego gatunku na pewnie nie znajdą w nim tego, czego mogliby szukać. Zbyt spokojny, miało brutalny i wcale nie straszny. Horrorów nie lubię, więc byłam mile zaskoczona, nawet krwawymi scenami. Trochę napięta, a nawet momentami senna, lecz ostatecznie tajemnicza aura unosząca się nad krajobrazami zimy była przyciągająca. Zasiadłam do film bez sprawdzania, o czym dokładnie jest. Po prostu mignął mi w polecanych. Blond włosy dzieciak o nietypowej urodzie miał w sobie coś urzekającego. Jego koleżanka o dużych oczach, która wprowadziła się świeżo na przeciwko, również. Ale przede wszystkim scenariusz był ciekawy. Historia została opowiedziana. (Jest książka, na podstawie, której został opracowany scenariusz – muszę przeczytać.) Może dla niektórych zbyt przypominająca mroczną bajkę.
Już mignęła mi informacja o tym, że istnieje remake. Nie rozumiem tego zabiegu w kinie. Głównie to Amerykanie biorą się za takie rzeczy; pewnie dla pieniędzy. Ostatnio wyszła gorąca zapowiedź przeróbki filmu południowokoreańskiego „Oldboy”. Do tej pory spotkałam się z podobnymi opiniami w związku z tą sytuacją; wszyscy uważają to za nonsens i porażkę. Chyba to kolejny film, który powinnam obejrzeć tego lata. Oczywiście oryginał.
Chciałabym rozumieć więcej, choć nie jestem przekonana, czy powinnam. Czasem wiedza nie porządkuje myśli, a je rozbija.
Nie pamiętam hasła do swojego photobloga – porzuciłam go w zeszłym roku kwietniem, a teraz żaden z przypominających e-maili nie przychodzi na pocztę, choć wpisywałam wszystkie adresy, jakie posiadam. Próbuję kolejny tydzień, choć nie jestem przekonana, czy naprawdę chcę odnowić tam swoją obecność. Nie zmienia to jednak tego, że dostęp do konta byłby przydatny.
Zastanawiam się, co sprawia, że relacje między ludźmi przybierają inny kształt. Czy decyduje o tym konkretny moment, słowo, a może zmiana nastawienia jednostek? Chciałabym wiedzieć, jak bardzo różni się mój punkt widzenia od punktu widzenia innych na te same tematy. Ale ze mną z własnej woli nikt nie rozmawia, nawet na odległość. Tylko kilka wiadomości, które pocieszają. Momentami odnoszę wrażenie, że niezrozumiałe obawy odpychają ich od mojej osoby. Innym razem wydaje mi się, że to zwykła obojętność, którą potrafię zrozumieć, patrząc na swoje odbicie w lustrze. Widzę winę w sobie, a jednak są chwile, gdy nic się już nie klei, bo próbowałam wszystkiego, na co było mnie stać, a jednak nie zdarzyło się nic. Chciałabym wiedzieć, czemu ludzie tracą mną zainteresowanie jako człowiekiem.
Siedzę wpatrzona w telewizor, przekręcam kartki książek, robię herbatę lub odkurzam mieszkanie i próbuję zrozumieć mnóstwo rzeczy. Myślę, że pozostało mi tylko czekanie i budowanie w sobie zaufania do Pana świata. Chciałabym jednak zrozumieć, czemu snuję się bez energii. Rozumiem, że lekkie przeziębienie, pochmurna pogoda i brak kontaktu z przestrzenią, naturą i powietrzem oraz skłonności do depresyjnych stanów robią swoje, ale mimo to chciałabym rozumieć więcej i niesubiektywnie. Żeby ktoś przyszedł i mi wytłumaczył jak dziecku prawdę o świecie, w którym bytuję.
Myślę pozytywnie o niedzielnej rodzinnej imprezie, choć do niedawna nie byłabym zachwycona, broniąc się przed kontaktem. Upatruję w tym przygody i możliwości do zmiany otoczenia na kilka godzin. Brat dostał pracę i wyjechał w Polskę, więc będziemy podróżować autobusem – mój codzienny środek transportu przez dziewięć miesięcy w roku. Może to dziwne, ale zawsze czuję się, jakby każde przygotowanie do wyjścia, a potem stąpanie w butach, których nie zakładam na co dzień, przeistacza mnie w aktorkę. Jestem sobą, a jednak nie do końca. Z wyczuciem obserwuję świat i każdy swój ruch. Jest coś wyjątkowego w każdym wyjściu, gdy codzienność ociera się niemal o absurd. Wszystko jest piękne, nawet najsmutniejsza sytuacja, która potyka nas po drodze.
Czytam książki o malarzach XIX i XX-wiecznych. Zadziwia mnie, że każdy podróżował do zagranicznych krajów, choć z drugiej strony momentami klepali biedę. Bycie artystą i poświecenie życia dla jednego zajęcia, które nie przynosiło wtedy nic pewnego, bo było się zawsze na początku nikim, wydaje się przygnębiające w świetle suchych, prawie encyklopedycznych życiorysów. Gdyby nie urywki listów oraz cały rzut na epokę i kręgi znajomych, w jakich przebywali, wydawać by się mogło, że nie opuszczali pracowni. Przełom wieków był piękny z całym pesymizmem unoszącym się wraz z papierosowym dymem, który wypełniał kawiarnie.
Słucham ostatnio koncertów Bacha na skrzypce i soundtracku „Jai Ho” z filmu, którego nie oglądałam – „Slumdog Millionaire” oraz piosenek z japońskiego krążka koreańskiego zespołu. Co za różnorodność, prawda?
Obejrzałam kolejny film, tym razem ze Szwecji. „Pozwól mi wejść„. Oznaczony jako horror okazał się błędnie zaklasyfikowany, bo koneserzy tego gatunku na pewnie nie znajdą w nim tego, czego mogliby szukać. Zbyt spokojny, miało brutalny i wcale nie straszny. Horrorów nie lubię, więc byłam mile zaskoczona, nawet krwawymi scenami. Trochę napięta, a nawet momentami senna, lecz ostatecznie tajemnicza aura unosząca się nad krajobrazami zimy była przyciągająca. Zasiadłam do film bez sprawdzania, o czym dokładnie jest. Po prostu mignął mi w polecanych. Blond włosy dzieciak o nietypowej urodzie miał w sobie coś urzekającego. Jego koleżanka o dużych oczach, która wprowadziła się świeżo na przeciwko, również. Ale przede wszystkim scenariusz był ciekawy. Historia została opowiedziana. (Jest książka, na podstawie, której został opracowany scenariusz – muszę przeczytać.) Może dla niektórych zbyt przypominająca mroczną bajkę.
Już mignęła mi informacja o tym, że istnieje remake. Nie rozumiem tego zabiegu w kinie. Głównie to Amerykanie biorą się za takie rzeczy; pewnie dla pieniędzy. Ostatnio wyszła gorąca zapowiedź przeróbki filmu południowokoreańskiego „Oldboy”. Do tej pory spotkałam się z podobnymi opiniami w związku z tą sytuacją; wszyscy uważają to za nonsens i porażkę. Chyba to kolejny film, który powinnam obejrzeć tego lata. Oczywiście oryginał.
11.07.2013
760. Wyjechałaś w dniu moich urodzin…
Wyjechałaś w dniu moich urodzin, wszystko działo się tak szybko. Byłam w
trakcie sesji, na jej marnym początku. Zadzwoniłaś, a potem przyszłaś,
żegnając się ze mną dzień wcześniej. Wpadłaś na kilka minut, obie już
nie miałyśmy czasu. Ciebie następnego dnia czekał wyjazd o świcie, a
mnie egzamin. Nie rozmawiałyśmy długo. Przez kilka miesięcy nie
rozmawiałyśmy prawie wcale. Błądziłam w swoich komarach.
Zabawne, ale pamiętam momenty, w których wszystko zaczęło się zmieniać. Potrafię podać dokładne daty, a może nawet konkretne godziny, a do nich dopasować osoby i sytuacje. My rozminęłyśmy się ostatniego dnia listopada. Mam nawet w archiwum naszą rozmową na gadu-gadu. Przeczuwałam, że nie wyjdzie nic dobrego z tych odwiedzin, bo nie byłam w dobrym stanie. Z perspektywy czasu widzę, że zachowywałam się okropnie, choć tamtego wieczoru nie zrobiłam nic złego poza paroma ostrymi słowami skierowanymi do ludzi pod wpływem alkoholu. Ale nie zrobiłam też nic dobrego.
Nocą rozsypałyśmy się obie, choć każda miała swój prywatny, odmienny powód. Ciebie bolała miłość, mnie w jakiś sposób też, ale jednak to nie miało nic wspólnego z uczuciem o podobnym znaczeniu. Myślę, że nikt do tej pory nie wie, czemu wtedy płakałam. Głupio, że przebywałyśmy na klatce schodowej w jakimś obcym bloku. Schowałyśmy się przed zimnem, gdy wyszłyśmy z twojej stancji. To cud, że nikt nas nie przegonił. Widocznie nie rozmawiałyśmy zbyt głośno. Wszystkim wydawało się, że współczuję twojej koleżance, która siedziała niżej na schodach i płakała rozliczając się ze swoim życiem. Chyba każda z nas trzech była żałosna na swój sposób tej nocy. Jesteśmy silnymi kobietami. Tamtej nocy granice wytrzymałości zostały przekroczone. Jakby po tej nocy już nigdy nie miał nadejść dzień. Ku nieszczęściu nadszedł i było jeszcze gorzej. Pierwszego grudnia zaczął padać śnieg, a nasze serca zaczął pokrywać lód. Moje na pewno.
Teraz (owszem, piszę notki robiąc przy tym tysiąc innych rzeczy), szukając płyty ze zdjęciami z Wrocławia, natrafiłam na inną – podpisaną Zdjęcia dla K. Nawet nie wiedziałam, że mam nagrane zdjęcia z nocy 2010 roku. Właśnie naniosłam na opakowanie żartobliwy podtytuł: palaczki i alkoholiczki – deprawacja część pierwsza i ostatnia. Pocieszające jest to, że żadna z naszej czwórki nie miała siana w głowie; do tej pory trzymamy się dzielnie, choć niektórzy znajomi dawno rozpieprzyli sobie życie, a łatwo składać nie jest. Jednak jak patrzę na niektóre zdjęcia, odechciewa mi się żyć – tak koszmarnie wyglądam. Może już wtedy było coś na rzeczy? Nie między nami, ale między mną, a moim podejściem do pewnych spraw. Dziwnie mieć myśl, że to mogło trwać trzy lata, a ostatni rok był tylko kulminacją. Wolę jednak nie sklejać do siebie dni, które niekoniecznie pasują. Z perspektywy czasu wszystko jest dziwaczne.
Przez długie miesiące nie potrafiłam mówić. Było ciężko, jeszcze ciężej. Wraca do mnie uczucie zawodu. Bywa, że nadal mi głupio. Czasem nawiedza mnie myśl, że bezpodstawnie ucierpiałaś za coś, czego nie byłaś przyczyną. Jednak naprawdę wiem, że wyglądało to lepiej. W końcu huragan był we mnie, przyjacielu, więc uciekałam, by wyrządzić jak najmniej krzywd innym. Bo były one nieuniknione, tylko do końca nie wiem, komu jeszcze nie zadośćuczyniłam, bo nikt mi wprost nie wypomniał win. A chciałabym, chciałabym. Może tak byłoby łatwiej? My byłyśmy (i jesteśmy) przyjaciółkami, choć wtedy coraz trudniej wychodziło mi bycie na przyzwoitym poziomie. Odeszłam tak daleko, że wtedy zawrócić mnie z nad przepaści mógł tylko Bóg.
Teraz, gdy jesteś w Anglii i wymieniamy ze sobą pisemne wiadomości, jest we mnie nadzieja, że gdy wrócisz za siedem tygodni moja niezręczność minie i będzie trochę lepiej, nawet jeśli już nie tak jak dawniej. Znów jesteśmy starsze o kolejny rok doświadczeń.
Zabawne, ale pamiętam momenty, w których wszystko zaczęło się zmieniać. Potrafię podać dokładne daty, a może nawet konkretne godziny, a do nich dopasować osoby i sytuacje. My rozminęłyśmy się ostatniego dnia listopada. Mam nawet w archiwum naszą rozmową na gadu-gadu. Przeczuwałam, że nie wyjdzie nic dobrego z tych odwiedzin, bo nie byłam w dobrym stanie. Z perspektywy czasu widzę, że zachowywałam się okropnie, choć tamtego wieczoru nie zrobiłam nic złego poza paroma ostrymi słowami skierowanymi do ludzi pod wpływem alkoholu. Ale nie zrobiłam też nic dobrego.
Nocą rozsypałyśmy się obie, choć każda miała swój prywatny, odmienny powód. Ciebie bolała miłość, mnie w jakiś sposób też, ale jednak to nie miało nic wspólnego z uczuciem o podobnym znaczeniu. Myślę, że nikt do tej pory nie wie, czemu wtedy płakałam. Głupio, że przebywałyśmy na klatce schodowej w jakimś obcym bloku. Schowałyśmy się przed zimnem, gdy wyszłyśmy z twojej stancji. To cud, że nikt nas nie przegonił. Widocznie nie rozmawiałyśmy zbyt głośno. Wszystkim wydawało się, że współczuję twojej koleżance, która siedziała niżej na schodach i płakała rozliczając się ze swoim życiem. Chyba każda z nas trzech była żałosna na swój sposób tej nocy. Jesteśmy silnymi kobietami. Tamtej nocy granice wytrzymałości zostały przekroczone. Jakby po tej nocy już nigdy nie miał nadejść dzień. Ku nieszczęściu nadszedł i było jeszcze gorzej. Pierwszego grudnia zaczął padać śnieg, a nasze serca zaczął pokrywać lód. Moje na pewno.
Teraz (owszem, piszę notki robiąc przy tym tysiąc innych rzeczy), szukając płyty ze zdjęciami z Wrocławia, natrafiłam na inną – podpisaną Zdjęcia dla K. Nawet nie wiedziałam, że mam nagrane zdjęcia z nocy 2010 roku. Właśnie naniosłam na opakowanie żartobliwy podtytuł: palaczki i alkoholiczki – deprawacja część pierwsza i ostatnia. Pocieszające jest to, że żadna z naszej czwórki nie miała siana w głowie; do tej pory trzymamy się dzielnie, choć niektórzy znajomi dawno rozpieprzyli sobie życie, a łatwo składać nie jest. Jednak jak patrzę na niektóre zdjęcia, odechciewa mi się żyć – tak koszmarnie wyglądam. Może już wtedy było coś na rzeczy? Nie między nami, ale między mną, a moim podejściem do pewnych spraw. Dziwnie mieć myśl, że to mogło trwać trzy lata, a ostatni rok był tylko kulminacją. Wolę jednak nie sklejać do siebie dni, które niekoniecznie pasują. Z perspektywy czasu wszystko jest dziwaczne.
Przez długie miesiące nie potrafiłam mówić. Było ciężko, jeszcze ciężej. Wraca do mnie uczucie zawodu. Bywa, że nadal mi głupio. Czasem nawiedza mnie myśl, że bezpodstawnie ucierpiałaś za coś, czego nie byłaś przyczyną. Jednak naprawdę wiem, że wyglądało to lepiej. W końcu huragan był we mnie, przyjacielu, więc uciekałam, by wyrządzić jak najmniej krzywd innym. Bo były one nieuniknione, tylko do końca nie wiem, komu jeszcze nie zadośćuczyniłam, bo nikt mi wprost nie wypomniał win. A chciałabym, chciałabym. Może tak byłoby łatwiej? My byłyśmy (i jesteśmy) przyjaciółkami, choć wtedy coraz trudniej wychodziło mi bycie na przyzwoitym poziomie. Odeszłam tak daleko, że wtedy zawrócić mnie z nad przepaści mógł tylko Bóg.
Teraz, gdy jesteś w Anglii i wymieniamy ze sobą pisemne wiadomości, jest we mnie nadzieja, że gdy wrócisz za siedem tygodni moja niezręczność minie i będzie trochę lepiej, nawet jeśli już nie tak jak dawniej. Znów jesteśmy starsze o kolejny rok doświadczeń.
9.07.2013
759. „Z dystansu.”
Jestem przeziębiona, od kiedy przewiało mnie w autobusie, a potem w
samochodzie, a potem chyba od siedzenia nieustannie w domu. Obejrzenie
filmu „Detachment”
nie było w tym przypadku dobrym pomysłem. Bo jak oglądać film, w którym
dziewięćdziesiąt pięć procent scen jest przesiąkniętych smutkiem, a ty
nie potrafisz powstrzymać tego cholernego uścisku w gardle? Mój katar
trochę się powiększył. Ilość emocji namnożyła się niesamowicie podczas
dziewięćdziesięciu minut. Zaskoczenie wbiło w fotel, a ciekawe
połączenie montażu było dużym plusem. Adrien Brody i jego oczy o
przygnębiającym spojrzeniu idealnie wpasowały się w klimat całości. Rola
Sami Gayle genialna; zagrać w ten sposób mając piętnaście lat – po
prostu talent. Cóż, mnóstwo przemyśleń zostało wysłanych w świat przez
jeden film. Życie przyszło do mnie. Zaczęłam zastanawiać się, co robię
źle. Moje zachowanie gdzieś zgrzyta i odbija się w ciszy dni, choć
przecież tylko snuję się od kąta w kąt i nie zachowuję się wcale. To nie
był film o trudnej młodzieży i nauczycielu. To był film o pustce, którą
drąży chaotyczny świat lub milczenie.
7.07.2013
758. Dwa filmy.
Jeszcze dwa dni temu na facebook-owym profilu Nie_Wierzę_w_Życie_PozaFilmowe mignął mi tytuł „Płynące wieżowce„(Floating
Skyscrapers) – czy tylko ja mam wrażenie, że jest on nietrafiony? – a
dzisiaj, po wygranej na jednym z festiwali – nie wiem na jakim, ani w
jakiej kategorii; wróciłam do domu po osiemnastej, wiadomość przekazał
mi najmłodszy brat po obejrzeniu Teleexpresu (swoją drogą, wie czym się
ze mną dzielić), a szukać mi się nie chce – nastało na forach
poruszenie. Oto mamy w Polsce film LGBT; pierwszy podejmujący temat
homoseksualizmu i to w poważnym wydaniu. Ktoś napisał: porusza temat, który przełamuje tabu i budzi kontrowersje, a ja zastanawiam się, jak daleko jestem do przodu i stwierdzam, że bardzo. Jednak polskie społeczeństwo może być zaszokowane.
Wracając, żebym uznała film z kategorii LGBT za wartościowy, musi przedstawiać coś więcej niż kolejną próbę otworzenia świata na mniejszości seksualne. Nie popieram kina jako pola do walki o cokolwiek, prawa społeczne też. Po przeczytaniu wywiadu z reżyserem, Tomaszem Wasilewskim, odetchnęłam z ulgą, gdy powiedział, że nie chce o nic walczyć.
- Nie robiłem go po to, żeby walczył o czyjeś prawa albo żeby cokolwiek zmieniał. Filmy, które robię, robię dlatego, że chcę opowiadać historie o ludziach na tyle prawdziwie, na ile to możliwe.
- Robię filmy, żeby opowiadać historie o ludziach, które mnie poruszają, a to, jak film będzie odbierany i co spowoduje, to zupełnie inna historia.
- Rozmawiając o postaciach chcieliśmy je pokazać jako prawdziwych ludzi, a nie hasła. Każdy z tych bohaterów ma swoją historię, swoje uczucia i swoje racje, wady i swoje zalety.
Cóż, pan Wasilewski jest tym, który jako pierwszy wprowadził na polski ekran głównych bohaterów homoseksualistów i zostanie nim na wieki wieków, niezależnie od tego, jaki film jest. Mi „Płynące wieżowce” trudno ocenić, bo po prostu nie widziałam produkcji. W końcu film jest świeży i miał dopiero premierę światową (kwiecień 2013); nawet nielegalnie nie można go jeszcze zdobyć (możliwe, że nie umiem szukać).
Mnie intryguje przede wszystkim fascynacja, z którą trudno sobie poradzić. Wewnętrzna walka między tak, a nie jest zawsze czymś zastanawiającym, a śledzenie szeregu ruchów prowadzących do różnych zdarzeń wciąga. Ciekawe, czy tak to będzie wyglądać. Zwłaszcza, że mamy Kubę żyjącego pod jednym dachem z matką i swoją dziewczyną, trenującego pływanie i wiodącego pozornie poukładane życie, który nagle poznaje Michała. I tu zaczynają się schody. Uwielbiam dramaty, destrukcyjne uczucia i męczarnie bohaterów. Ciekawe, czy „Płynące wieżowce” wejdą do polskich kin. Na seans mogłabym pójść tylko z jedną osobą, jeśli internet nie udostępni mi wcześniej pliku do ściągnięcia.
Wracając, żebym uznała film z kategorii LGBT za wartościowy, musi przedstawiać coś więcej niż kolejną próbę otworzenia świata na mniejszości seksualne. Nie popieram kina jako pola do walki o cokolwiek, prawa społeczne też. Po przeczytaniu wywiadu z reżyserem, Tomaszem Wasilewskim, odetchnęłam z ulgą, gdy powiedział, że nie chce o nic walczyć.
- Nie robiłem go po to, żeby walczył o czyjeś prawa albo żeby cokolwiek zmieniał. Filmy, które robię, robię dlatego, że chcę opowiadać historie o ludziach na tyle prawdziwie, na ile to możliwe.
- Robię filmy, żeby opowiadać historie o ludziach, które mnie poruszają, a to, jak film będzie odbierany i co spowoduje, to zupełnie inna historia.
- Rozmawiając o postaciach chcieliśmy je pokazać jako prawdziwych ludzi, a nie hasła. Każdy z tych bohaterów ma swoją historię, swoje uczucia i swoje racje, wady i swoje zalety.
Cóż, pan Wasilewski jest tym, który jako pierwszy wprowadził na polski ekran głównych bohaterów homoseksualistów i zostanie nim na wieki wieków, niezależnie od tego, jaki film jest. Mi „Płynące wieżowce” trudno ocenić, bo po prostu nie widziałam produkcji. W końcu film jest świeży i miał dopiero premierę światową (kwiecień 2013); nawet nielegalnie nie można go jeszcze zdobyć (możliwe, że nie umiem szukać).
Mnie intryguje przede wszystkim fascynacja, z którą trudno sobie poradzić. Wewnętrzna walka między tak, a nie jest zawsze czymś zastanawiającym, a śledzenie szeregu ruchów prowadzących do różnych zdarzeń wciąga. Ciekawe, czy tak to będzie wyglądać. Zwłaszcza, że mamy Kubę żyjącego pod jednym dachem z matką i swoją dziewczyną, trenującego pływanie i wiodącego pozornie poukładane życie, który nagle poznaje Michała. I tu zaczynają się schody. Uwielbiam dramaty, destrukcyjne uczucia i męczarnie bohaterów. Ciekawe, czy „Płynące wieżowce” wejdą do polskich kin. Na seans mogłabym pójść tylko z jedną osobą, jeśli internet nie udostępni mi wcześniej pliku do ściągnięcia.
Tymczasem mam za sobą pierwszy wakacyjny
seans. Nareszcie udało mi się zebrać i wykorzystać konkretniej wolny
czas. W piątek obejrzałam „My brother the Devil„(2012). Jeden z głównych bohaterów, James Floyd, przygotowywał się porządnie do pracy; jak podają źródła: podobno przez 5 miesięcy kręcił się po szemranych dzielnicach Londynu przez 10 godzin dziennie.
Reżyserka wykorzystała wątki biograficzne, poświeciła kilka lat na
przygotowania. Przyznaję, wypadło naprawdę prawdziwie. Po nocnej scenie
walki dwóch gangów zostałam kupiona. Wróg zabił ci przyjaciela psa, w
odwecie zabij mu przyjaciela człowieka. Od tego momentu zostałam
wciągnięta w film na dobre. Fabuła nieprzewidywalna, interesująca.
Bywało, że momentami wstrzymywałam oddech czekając w napięciu na kolejny
ruch bohaterów. Strona techniczna zaskakująco dobra; nie spodziewałam
się tego. Kawał porządnej roboty. Tylko szkoda, że nie mogę znaleźć
piosenki umieszczonej przy napisach końcowych, tak jak nie znalazłam
napisów do filmu, więc obejrzałam po angielsku. Dało się.
p.s. Poszukałam. „Płynące wieżowce” Tomasza Wasilewskiego to najlepszy film sekcji East of the West MFF w Karlowych Warach.
6.07.2013
757. Chodź, powłóczmy się trochę.
Jeśli myślałam, że moja lewa ręką będzie współpracować z prawą, grubo
się pomyliłam. Podążanie za nagraniem na youtube też nie jest proste,
gdy ma się do czynienia tylko z czarnym i białym kolorem. Właściwe mogę
sobie darować. Bo to tak, jakbym chciała nauczyć się czegoś, do czego
nie mam predyspozycji. Może mogłabym tylko bez akordów, w końcu
przewodnia melodia i bez tego jest wzruszająca. Może mogłabym w ogóle
przestać grać, z samą sobą. Zachciało się wiejskiej dziewce grać muzykę
klasyczną, na keyboardzie. Czujecie jak bardzo to jest żałosne?
A tutaj w głośnikach trochę koreańskiego r&b/hip-hopu i jakieś słowa o czerwonym kolorze, o ustach i spódnicy. Też byłaś dziewczyną w czerwonej sukience, pamiętam, i tak siedzi mi to w głowie, odkąd znalazłam tą piosenkę, ale nie, potem już zostałaś bez… Chyba zgubiłaś wiele od tamtego czasu.
Siedziałam nocą i szukałam połączeń do Białegostoku. Nawet nie pomyślałam o zachodzie, na którym mnie nie chcą. A potem spytałam siebie: Gdynia czy Gdańsk? I wyszło, że mam to w dupie(brzydko mówiąc) i siedzę w domu. Brak emocji to nie powód, by kombinować. Bo po co mi to? Odrobinę godności jednak trzeba mieć. Nawet, jeśli co noc obnaża się swoje myśli. Zresztą, czy mnie stać? Ni pieniędzy, ni zdrowia. Jednak nie chcę zostać „Nocnym kowbojem”; kto oglądał film lub czytał książkę ten wie, co mogę mieć na myśli, choć niekoniecznie.
Napisał kiedyś F.Hoesick w książce Paryż o L. de Laveaux, gdy ten do niego przyszedł:
- Ma pan czas? Chodź pan, powłóczymy się trochę. Bo po prostu rady sobie dać nie mogę z samym sobą. Mam takie uczucie, że gdybym sam jeden znalazł się nad Sekwaną, na którym z mostów, rzuciłbym się do wody.
Współczuję tym artystyczny chimerom, nigdy nie odmawiam Ludwikowi, gdy mię prosi o dotrzymanie mu towarzystwa. Czasami idziemy na duży spacer, czasem zajdzie się do Louvru, by popatrzeć na arcydzieła, czasami zaś, gdy niepogoda na dworze, po prostu wchodzi się do pierwszej lepszej kawiarni.
Na spacery nie ma kto ze mną chodzić, bo panna G. wyjechała do pracy sezonowej; jest w Anglii. Samotne patrzenie na obrzydłe już widoki jest ponad moje siły. A mostów też tu brak. Chyba wrócę do nauki niepotrzebnych nikomu melodii. Bo tworzenie opowiadań to zło. Nie pozwól mi znowu tego zaczynać.
A tutaj w głośnikach trochę koreańskiego r&b/hip-hopu i jakieś słowa o czerwonym kolorze, o ustach i spódnicy. Też byłaś dziewczyną w czerwonej sukience, pamiętam, i tak siedzi mi to w głowie, odkąd znalazłam tą piosenkę, ale nie, potem już zostałaś bez… Chyba zgubiłaś wiele od tamtego czasu.
Siedziałam nocą i szukałam połączeń do Białegostoku. Nawet nie pomyślałam o zachodzie, na którym mnie nie chcą. A potem spytałam siebie: Gdynia czy Gdańsk? I wyszło, że mam to w dupie(brzydko mówiąc) i siedzę w domu. Brak emocji to nie powód, by kombinować. Bo po co mi to? Odrobinę godności jednak trzeba mieć. Nawet, jeśli co noc obnaża się swoje myśli. Zresztą, czy mnie stać? Ni pieniędzy, ni zdrowia. Jednak nie chcę zostać „Nocnym kowbojem”; kto oglądał film lub czytał książkę ten wie, co mogę mieć na myśli, choć niekoniecznie.
Napisał kiedyś F.Hoesick w książce Paryż o L. de Laveaux, gdy ten do niego przyszedł:
- Ma pan czas? Chodź pan, powłóczymy się trochę. Bo po prostu rady sobie dać nie mogę z samym sobą. Mam takie uczucie, że gdybym sam jeden znalazł się nad Sekwaną, na którym z mostów, rzuciłbym się do wody.
Współczuję tym artystyczny chimerom, nigdy nie odmawiam Ludwikowi, gdy mię prosi o dotrzymanie mu towarzystwa. Czasami idziemy na duży spacer, czasem zajdzie się do Louvru, by popatrzeć na arcydzieła, czasami zaś, gdy niepogoda na dworze, po prostu wchodzi się do pierwszej lepszej kawiarni.
Na spacery nie ma kto ze mną chodzić, bo panna G. wyjechała do pracy sezonowej; jest w Anglii. Samotne patrzenie na obrzydłe już widoki jest ponad moje siły. A mostów też tu brak. Chyba wrócę do nauki niepotrzebnych nikomu melodii. Bo tworzenie opowiadań to zło. Nie pozwól mi znowu tego zaczynać.
4.07.2013
756. Niezapomniane melodie.
Byle jak płyną po niebie chmury, więc
byle jakie są dni. Nie ma chęci ani niechęci, tylko coś szepcze, by nie
patrzeć wstecz i leżeć posłusznie na kanapie, porządkując notatki w
zeszycie. Przez mieszkanie przewija się tłum hałasujących nieletnich,
więc hałasujesz razem z nimi w imię solidarności, aż energia maleje i
tylko czekasz, aż zwolni się łazienka, by spłukać brud dnia i zająć
nocne stanowisko pracy. Rozmowy też są byle jakie, może wymuszone, choć
trudno określić, bo nie czujesz nic, ani chęci ani niechęci. To wymiana
słów, przerzut myśli z jednej strony na drugą, a z nimi wyrzuty
sumienia, że nie masz siły, by być czymś więcej. Niedawno było w tym
mnóstwo radości. Niedawno były zeszłoroczne wakacje. Nawet lista filmów
do obejrzenia jest nietknięta, tak jak i książki, bo nagle myśl o
wejściu w inny wymiar nie fascynuje. A tyle było czekania na moment, by
móc brodzić w cudzych marzeniach.
Katar się powiększa, gdy jadąc autobusem siedzisz na końcu, a wiatr niegrzecznie rozwiewa twoje włosy. (Przypomina ci się dzień, podobny do tego, gdy myślałaś, że jedziesz tym samym autobusem, co K., a jednak wszystko było nie takie, by zapytać, czy oczy nie zwodzą. Ostatecznie zawracanie głowy i robienie zamieszania jest nie na miejscu. Każdy ma swoje życie, a ciekawość to pierwszy stopień do piekła.) Lecz tak smakuje lato; pierwszy raz od tygodnia czujesz gorące słońce na skórze, bo gdy siedzisz w domu, mając na sobie babciny sweter, wydaje ci się, że jest wczesna wiosna. Upał i 5 kilogramów książek w plecaku, który niesiesz na plecach, idąc przez miasto, bo szkoda ci drobnych na bilet miejski, nie ciąży tak bardzo. Ktoś odkręca się za tobą i stwierdza: ale fajna, choć nie masz zielonego pojęcia, co konkretnie miał na myśl, zmuszając kolegów do spojrzenia w twoją stronę. Jako całość zdecydowanie jesteś nie fajna. Tak jak ten, który bił kolegę w biały dzień.
Ktoś mówi ci cześć, a ty mówisz dzień dobry swojej pani promotor. Tłum ludzi na korytarzu przy katalogu kartkowym, bo okrzyknięto jakieś zebranie, a potem sąsiad w tym samym budynku i tak jakoś za dużo tych znajomych twarzy. Bo później jeszcze on i on i właściwie to wszyscy tylko nie ci, których twarz chciałabyś zobaczyć. Chodzisz, nosisz, oglądasz, czekasz i wracasz do domu z bratem, który jeździ tego dnia, jakby życie było mu nie miłe i tak jakoś cudem parasolka nie wybija przedniej szyby. Słodkie zmęczenie niesie ukojenie.
A świat milczy i ty razem z nim. Tylko P. rozumie wszystko i pojawia się tak często, jak może. Bo nie ciąży nad nami żadne przekleństwo i jest w tym wolność, choć milion kilometrowych przeszkód. A jednak ona jedyna zwraca się ku tobie naprawdę, choć wiesz, że jej serce należy do Indii i życie będzie przeplecione tą myślą. Lecz chcesz obrabować dla niej bank i zdobyć klejnoty, choć to nie ona powinna składać wiano, lecz on. Głupio, bo wiano to ślub i obrzęd małżeństwa i wykład z Antropologii kultury i jedno zdjęcie zapisane w folderze ze szczęśliwą osobą, która rozkłada ręce, wychodząc ku światowi. Wiatr we włosach i uśmiech. Dostrzegasz pełnię życia w tym niewielkim człowieku i ściska ci serce, bo ktoś potrafi pięknie żyć, ale na pewno nie ty. Niebo jest dzisiaj zamknięte.
I tak wracają do ciebie różne obrazy, filmowe przede wszystkim. Nagle chcesz nauczyć się grać na keyboardzie Adagio BWV 974 Concerto in D Minor, J. Bach after Alessandro Marcello, choć nigdy nie miałeś styczności z czarno-białymi klawiszami. Prosisz trzynastoletniego brata, by odszyfrował nuty i przełożył na czytelny dla ciebie zapis, lecz jeszcze się nie godzi. Ale gdy się zgodzi, to będzie twój cel – nauczyć się melodii, którą będziesz grać tylko dla wybranych, a imię to jest jedno, nawet jeśli zajmie ci to kilka lat. Więc zanim to, wracasz do innej muzyki. I tak Dynamic Duo wydaje siódmy album pod tytułem Luckynumbers; swoją drogą genialny. Tylko niepotrzebnie czytasz tłumaczenia piosenek, bo numer trzynaście na liście na pewno nie jest twoim szczęśliwym, bo głupie słowa, głupie przyjaźnie, głupie wszytko… zwłaszcza ten blog, pełen bzdur.
Katar się powiększa, gdy jadąc autobusem siedzisz na końcu, a wiatr niegrzecznie rozwiewa twoje włosy. (Przypomina ci się dzień, podobny do tego, gdy myślałaś, że jedziesz tym samym autobusem, co K., a jednak wszystko było nie takie, by zapytać, czy oczy nie zwodzą. Ostatecznie zawracanie głowy i robienie zamieszania jest nie na miejscu. Każdy ma swoje życie, a ciekawość to pierwszy stopień do piekła.) Lecz tak smakuje lato; pierwszy raz od tygodnia czujesz gorące słońce na skórze, bo gdy siedzisz w domu, mając na sobie babciny sweter, wydaje ci się, że jest wczesna wiosna. Upał i 5 kilogramów książek w plecaku, który niesiesz na plecach, idąc przez miasto, bo szkoda ci drobnych na bilet miejski, nie ciąży tak bardzo. Ktoś odkręca się za tobą i stwierdza: ale fajna, choć nie masz zielonego pojęcia, co konkretnie miał na myśl, zmuszając kolegów do spojrzenia w twoją stronę. Jako całość zdecydowanie jesteś nie fajna. Tak jak ten, który bił kolegę w biały dzień.
Ktoś mówi ci cześć, a ty mówisz dzień dobry swojej pani promotor. Tłum ludzi na korytarzu przy katalogu kartkowym, bo okrzyknięto jakieś zebranie, a potem sąsiad w tym samym budynku i tak jakoś za dużo tych znajomych twarzy. Bo później jeszcze on i on i właściwie to wszyscy tylko nie ci, których twarz chciałabyś zobaczyć. Chodzisz, nosisz, oglądasz, czekasz i wracasz do domu z bratem, który jeździ tego dnia, jakby życie było mu nie miłe i tak jakoś cudem parasolka nie wybija przedniej szyby. Słodkie zmęczenie niesie ukojenie.
A świat milczy i ty razem z nim. Tylko P. rozumie wszystko i pojawia się tak często, jak może. Bo nie ciąży nad nami żadne przekleństwo i jest w tym wolność, choć milion kilometrowych przeszkód. A jednak ona jedyna zwraca się ku tobie naprawdę, choć wiesz, że jej serce należy do Indii i życie będzie przeplecione tą myślą. Lecz chcesz obrabować dla niej bank i zdobyć klejnoty, choć to nie ona powinna składać wiano, lecz on. Głupio, bo wiano to ślub i obrzęd małżeństwa i wykład z Antropologii kultury i jedno zdjęcie zapisane w folderze ze szczęśliwą osobą, która rozkłada ręce, wychodząc ku światowi. Wiatr we włosach i uśmiech. Dostrzegasz pełnię życia w tym niewielkim człowieku i ściska ci serce, bo ktoś potrafi pięknie żyć, ale na pewno nie ty. Niebo jest dzisiaj zamknięte.
I tak wracają do ciebie różne obrazy, filmowe przede wszystkim. Nagle chcesz nauczyć się grać na keyboardzie Adagio BWV 974 Concerto in D Minor, J. Bach after Alessandro Marcello, choć nigdy nie miałeś styczności z czarno-białymi klawiszami. Prosisz trzynastoletniego brata, by odszyfrował nuty i przełożył na czytelny dla ciebie zapis, lecz jeszcze się nie godzi. Ale gdy się zgodzi, to będzie twój cel – nauczyć się melodii, którą będziesz grać tylko dla wybranych, a imię to jest jedno, nawet jeśli zajmie ci to kilka lat. Więc zanim to, wracasz do innej muzyki. I tak Dynamic Duo wydaje siódmy album pod tytułem Luckynumbers; swoją drogą genialny. Tylko niepotrzebnie czytasz tłumaczenia piosenek, bo numer trzynaście na liście na pewno nie jest twoim szczęśliwym, bo głupie słowa, głupie przyjaźnie, głupie wszytko… zwłaszcza ten blog, pełen bzdur.
Hey Gaeko, hey Choiza, how are you guys?
It’s Dong Yeop hyung
It was so fun when we used to drink together
Even if I don’t contact you guys a lot
And even if you guys don’t contact me a lot
Let’s not be too upset with each other
It’s not important how often we contact each other.
Subskrybuj:
Posty (Atom)