Pisanie historii mojego udaru ciągnie się w nieskończoność, ale ciężko streścić dwanaście miesięcy w kilku wpisach. Czasem żałuję, że nie pisałam na bieżąco, ale wtedy nie byłam w stanie. Nie chcę się zbytnio rozpisywać, ale moja diagnoza ma jeszcze jeden wątek. Pewnego zimowego dnia, a dokładnie w połowie lutego, zaczęły męczyć mnie bóle całego ciała. Było to dziwne doświadczenie. Z dnia na dzień pojawiły się prądy bólu płynące pod skórą. Co kilka minut nieustannie czułam ból całego ciała. Nie do pomyślenia. Byłam w rozsypce po udarze, nie mogłam znaleźć miejsca, gdzie mogłabym wykonać przezprzełykowe badanie serca, popsułam sobie przez sen szczęk, męczyły mnie kołatania serca, w pracy ledwo dawałam radę, a do tego doszły te bóle. Męczyłam się tak przez dwa tygodnie, aż postanowiłam zadzwonić do lekarza z radą co mam z tym robić. Nie mówiąc o tym, że dodatkowo zaczęły strzelać mi kości całego ciała, jakbym miała się zaraz rozpaść. Dostałam skierowanie do reumatologa. Byłam zaskoczona, bo obstawiam ortopedę i już nastawiałam się na czekanie w kolejce rok. Moja sytuacja jednak nie napawała nadzieją, bo znalezienie dobrego reumatologa na NFZ, a do tego szybko okazało się równie trudne. Wiązało się to z czekaniem kolejne tygodnie. Zanim wybrałam przychodnię - w końcu zrobienie researchu wymagało czasu - nastała połowa marca. Sytuacja i tak nie była optymistyczna, bo polecanych i dostępnych lekarzy było mało, dlatego zrezygnowana zapisałam się na NFZ byle gdzie, a prywatnie do polecanej pani doktor. Wizytę u obu lekarzy miałam jednego dnia. Była to bardzo wygodna sytuacja. Pomyślałam, że porównam oba spotkania i zdecyduję, gdzie chce się leczyć. Mimo że pan doktor na NFZ był bardzo miły i kompetentny, nie mógł zaoferować mi wiele w ramach funduszu. Tak oto wybrałam leczenie prywatne. Nie muszę chyba mówić, że te dziwne bóle do wizyty mi przeszły i właściwie byłam jeszcze bardziej zdezorientowana, ale wdzięczna. Myśl, że musiałabym tak siedzieć sama ze sobą do końca życia, czując jak co chwilę przebiega mi pod skórą fala bólu w różnych częściach ciała sprawiała, że żałowałam coraz bardziej, że mój żywot nie zakończył się w dniu udaru. Pani doktor moje dolegliwości - ból i strzelanie kości - oraz fakt przebytego udaru powiązała z dwoma chorobami. Musiałam zrobić badania w dwóch turach z półrocznym odstępem między sobą. Kosztowało mnie to tysiąc polskich złotych, które ciężko zarobiłam resztkami sił pracują w piwnicy. Pani doktor wypisała mi skierowanie do szpitala, gdzie mogłabym mieć zrobioną diagnozę za darmo, ale trwaliśmy w kolejnej fali pandemii, więc nawet nie miałam zamiaru pchać się do szpitali. Właściwie i bez pandemii żadna wizyta w szpitalu nie była mi do zdrowia potrzebna. Chyba bym oszalała, gdybym po raz kolejny pojechała spakowana pod szpital, a oni powiedzieliby mi, że nie, przecież wyglądam na zdrową. Albo umówiliby mi wizytę przez telefon za pół roku, bo jest pandemia i teraz nie ma miejsca i lekarzy i najlepiej, gdybym cudownie ozdrowiała. Wszystkie badania wyszły negatywnie. Jestem zdrowa, a przynajmniej nie miałam udaru od tocznia układowego, ani zespołu antyfosfolipidowego. Na moje strzelanie kości dostałam leki na receptę, których jeszcze nie wykupiłam. Moja teoria jest taka, że te dziwne prądy i strzelanie kości miało związek z zapaleniem tarczycy, którego dostałam od silnego stresu. Nie zostałam przyjęta przez lekarza na izbie przyjęć z kołataniami serca. Wysłał mnie tylko do kardiologa, a miał napisane czarno na białym, że zatrzymał mi się okres, a nie mogłam być w ciąży, bo nie współżyłam. Miałam napisać sobie na czole, że jestem starą panna i dziewicą. Ludzie są jednak beznadziejni. Kardiologicznie byłam zdrowa, a stres po udarze sukcesywnie rozwalał mi organizm na wszystkie możliwe sposoby. Po czasie, po tych kilka/kilkunastu miesiącach w badaniach krwi nie wyszło już nic niepokojącego. Gdybym była wredna, napisałabym tutaj imię i nazwisko lekarza, łącznie z jego danymi, tak żeby po wpisaniu w google można było znaleźć tego młodego, dopiero uczącego się zawodu lekarza, który na praktyki do tego małego miasta, ale nie, po prostu nie. Co nie zmienia tego, że gdyby tamtego dnia przyjął mnie na oddział, mój cały rok wyglądałby zupełnie inaczej. Zaoszczędziłoby mi to nerwów, czasu i pieniędzy, a także uratowało zęby i zgryz, na którego naprawy nie mam pieniędzy i jak dalej tak pójdzie to dostanę jakiegoś zwyrodnienia i pozostanie operacja, na którą tym bardziej nie będzie mnie stać. Ale przecież z tymi, którzy zarządzają pandemią nie da się wygrać. Jak czuję się z myślą, że mój udar pozostaje nadal kryptogenny? Jest to obojętne tak długo, dopóki nie będę mieć drugiego udaru.
28.10.2021
9.10.2021
1113.
Gdy tylko otrzymałam informację, że zostanę wypisana, spakowałam się ekspresowo i niecierpliwie czekałam. W sali zostałam tylko z przemądrzałą panią z bólem nogi oraz cierpiącą panią z bólem rwy kulszowej, chyba. Bycie tam było niełatwe, więc z radością odebrałam dokumenty i po południu byłam już w domu. Nie pamiętam, który z braci po mnie przyjechał. Wróciłam do domu i teraz przypominam sobie, że właściwie nadal niewiele pamiętam z tamtych dni. Niedługo później przyjechała do mnie w odwiedziny siostra cioteczna z córką. Przywiozły mi dużo prezentów, w tym książkę o nietypowych chorobach, która ani trochę nie polepszyła mojego samopoczucia. Dopiero gdy moja siostra cioteczna sama zachorowała zrozumiała, że to nie był najlepszy prezent dla kogoś po kryptogennym udarze mózgu. Bycie chorym i czytanie o chorobach nie poprawia samopoczucia. Nie zmienia to tego, że właśnie ona pomogła mi bardzo długo w ogarnianiu mojego po szpitalnego życia. Przede wszystkim wykonała za mnie kilkanaście telefonów, które mi odbierały chęci do życia. Zawoziła do każdego kolejnego lekarza, spędzała ze mną czas i wspierała, gdy moja rodzina na moje wszystkie problemy miała jedno rozwiązanie - ich “cudownego” lekarza. Ale to długa i zawiała historia, nie warto o tym pisać. Nie potrafię dokładnie poukładać tego, co robiłam w jakiej kolejności. Najgłupiej wydanymi pieniędzmi na lekarza była diagnostyka zawrotów głowy. Jadą tam nie miałam już problemów z zawrotami głowy. Wprawdzie nadal brałam leki na tę dolegliwość, ale mimo to byłam ślepa, a mój obraz “latał”, co wykazały późniejsze badania u okulisty. Pani doktor była miła, ale gdy na dzień dobry powiedziała, że mój problem ze wzrokiem nie leży tutaj, miałam ochotę wyjść i nie płacić tych kilku stów. Wizytę w poradni kardiologicznej miałam dosyć szybko. Jak się później okazało, w niczym to nie pomogło. Nie dość, że zapisano mnie do pani doktor posuniętej w wieku, to w dodatku takiej, która na dzień dobry wyskoczyła, czy w mojej miejscowości nie ma kardiologów. No nie ma, bo akurat u mnie w szpitalu nie robiono badania przezprzełykowego serca. Nie wiedziałam, jak się zachować, co powiedzieć, czułam się osłabiona, nieszczęśliwa, a w dodatku jeszcze kazano mi sobie iść gdzie indziej. Pani doktor ostatecznie wypisała mi skierowanie na badanie. Badanie miałabym pewnie dosyć szybko, gdyby nie fakt, że była to przychodnia MSWiA, a badanie miało odbywać się w szpitalu, również MSWiA, który z dnia na dzień rozporządzeniem Ministra Zdrowia stał się szpitalem covidowem. I tak oto zostałam z niczym. Szukanie nowego miejsca na badanie to było nie lada wyzwanie i kosztowało mnie za dużo. Na początku stresowałam się tym, że jeśli miałam udar od PFO, to gdy nie zostanę szybko zdiagnozowana i zoperowana, będę mieć kolejny udar. Potem stresowałam się tym, że jeśli nie zostanę szybko zdiagnozowana to nie zgodzę się na operację na sercu. Przejrzałam każdą możliwą stronę i artykuł naukowy na ten temat PFO. Czytałam o tym niemal codziennie i codziennie miałam dość. W jeden z październikowych ponurych weekendów wybrałam się na rower, mając okropne kołatania serca i coś mówiło mi, że jeśli miałam udar mózgu to dostałabym kolejny właśnie jadąc tym rowerem, a tak się nie stało. Poprosiłam lekarza rodzinnego o wystawienie nowego skierowania do kardiologa, kiedy na izbie przyjęć - o czym już wcześniej wspominałam - nie przyjęli mnie na oddział z kołataniami serca. Zapisałam się do nowej przychodni. Jakimś cudem miałam termin za miesiąc, choć normalnie na wizytę czeka się ponad rok. Mimo tak krótkiego czasu oczekiwania, udałam się też prywatnie do kardiologa, ponieważ z kołataniami serca nie dało się tak długo czekać. Holter założyli mi na trzy dni, potem miałam teleporadę. Lekarzowi nie wspomniałam o tym, że jestem po udarze. Podejmowałam wtedy dużo dziwnych decyzji. Myślę, że gdybym wtedy nie zataiła tego faktu, owy lekarz pomógłby mi zorganizować mi przezprzełykowe badanie serca. Tak się nie stało. Kołatanie serca minęły, po trzech miesiącach miesiączka wróciła, akurat jak zdjęli mi Holter. Dotrwałam jakoś do wizyty u kardiologa, która miała miejsce w styczniu 2021 roku. Jedyne co mógł mi zaproponować to skierowanie na oddział na badanie przezprzełykowe serca. Kazał jechać tego samego dnia, więc wyszłam z pracy i przy pomocy siostry ciotecznej dotarłam pod szpital. Nie przyjęli mnie. Nie dziwię się, że ludzie podczas pandemii umierali nie od pandemii. Z jednej strony odetchnęłam z ulga, bo wcale nie chciałam znowu leżeć w szpitalu, z drugiej moja sytuacja stawała się coraz bardziej żałosna. Cztery miesiące po udarze żyłam bez konkretnej diagnozy z oddechem kolejnego udaru na karku. Moje kołatania serca wróciły, w międzyczasie popsułam sobie szczękę przez zgrzytanie zębami w nocy, walczyłam ze swoim miejscem pracy, a do tego zdesperowana jednego dnia poszłam poprosić kardiologa o przyjęcie wcześniej niż za rok (bo oczywiście nie było już terminów, choć był dopiero początek roku), aby wypisał mi kolejne skierowanie na samo badanie (nie na oddział), bo udało mi się znaleźć lekarza, który wykona mi badanie serca. Było to dla mnie mega stresujące,w dodatku ciągle moja szczęka cierpiała. Nie mogłam spać, jeść, serce znowu dawało się we znaki, miałam wrażenie, że uczestniczę w jakimś koszmarze i nie obudzę się nigdy. Pan doktor był łaskawy, ale jak się później okazało, jego skierowane było bezużyteczne. Musiałam po raz trzeci prosić lekarza rodzinnego o wystawienie nowego skierowania do poradni kardiologicznej i przeniosłam się do poradni w Lublinie. Nie obyło się oczywiście bez problemów. Żeby dostać się do lekarza w dużym mieście na NFZ, musiałam najpierw pójść do niego prywatnie. Początkowo już wiedząc, który lekarz specjalizuje się w przezprzełykowym serca, chciałam udać się na badanie za kilkaset złotych prywatnie, ale okazało się, że z powodu pandemii badanie zostało zawieszone. I tylko dobroć lekarza mnie uratowała, bo po prostu kazał przynieść skierowanie na NFZ do poradni kardiologicznej i po świętach Wielkanocnych przyjść z nim do przychodni w szpitalu na wizytę. Wtedy dopiero dostałam oficjalne skierowanie na badanie. Umówiłam się w okienku i czekałam niecierpliwie ponad miesiąc. Czekanie mnie wykańczało. Był już maj, czyli 8 miesięcy po moim udarze, a nadal nie miałam wykonanego podstawowego badania. Co więcej, jak nastał termin i cała podekscytowana pojechałam, okazało się, że lekarz ma tego dnia wolne. Nie wiem, kto zawinił, czy dziewczyna (na pewno młodsza ode mnie) w rejestracji, czy może doktorowi coś wypadło, ale nikt mnie nie poinformował w trakcie podobno tej groźnej pandemii telefonicznie, tylko dopiero na pięć minut przed godziną wyznaczonego badania. Nie wierzyłam w swojego pecha, ale kolejny termin wyznaczono mi na dzień 14 czerwca. Moje urodziny. Wtedy już wiedziałam, że to musi coś oznaczać. Właśnie 14-nastego dnia czerwca otrzymałam najlepszy prezent urodzinowy - zdrowe serce. Gdy wyszłam z gabinetu prawie rozpłakałam się ze szczęścia, że przyczyną mojego udaru nie było PFO.