28.05.2018

977.

Uwielbiam takie niespodzianki jak dzisiaj. Myślę o kimś od kilku dni, a potem, gdy już zbiorę się w sobie i zdecyduje napisać, kilka godzin przed moją wiadomością wpadam na tę osobę zupełnie przypadkowo. Dzisiaj w sklepie. Nie chciało mi się zajeżdżać nigdzie po pracy, zwłaszcza, że byłam rowerem, więc poruszanie się po mieście, gdzie brak ścieżek rowerowych w centrum, jest niewygodne i zajmuje dużo czasu, podjechałem więc wieczorem do marketu u siebie i co, oto idę między półkami z żywnością, a na samym końcu przy dziale z pieczywem stoi ona, moja piękna ciężarna kobieta i czuję jak cała moja dusza rozświetla się na jedno spotkanie naszych spojrzeń. Pewnie mogłybyśmy stać tam i rozmawiać do zamknięcia sklepu, ale zdecydowałyśmy spotkać się w lepszych komfortowych warunkach w tym tygodniu. Na początku maja wpadłam na jej siostrę bliźniaczkę w podobny sposób. Tamtym razem wracałam z niedzielnej mszy, a ona, najpiękniejsza matka Polka, która musiała mierzyć się z niejedną stratą czegoś, co ważne jest dla każdej kobiety i przepłakałam dużo w ciągu ostatnich lat, szła z mężem, pchając wózek, w którym leżał słodki i przystojny mały mężczyzna o dużych brązowych oczach. Myślałam o niej na kilka dni przed spotkaniem i chciałam napisać, lecz oto wyłoniła się przede mną ze swoim ciepłym uśmiechem. Wiem, wiem, miałam ułatwioną sytuację. Przecież były moimi sąsiadkami, więc skoro od czasu do czasu odwiedzają dom rodzinny, mogę wpaść na nie w tym czasie wyjątkowo łatwo. Czasem słyszę ich głosy przez otwarte okno i wiem, że są, przyjechały, może na chwilę i może nie zawsze mają czas na spotkanie, bo rodzina i inne sprawy, to robi mi się ciepło na sercu widząc, że za ogrodzeniem stoi ich dom i są tam one i nie mam nikogo, z kim byłabym zżyta w ten mocny wyjątkowy sposób, a jednocześnie żałowała wszystkich swoich niedojrzałych zamknięć w sobie. Wiecie, jeśli myślę o bezwarunkowej miłości, to myślę właśnie o naszej przyjaźni. Znamy się niemal całe życie, bez pierwszych ośmiu lat, i myślę sobie, po co mi te smutne noce i myślenie o tych, którzy przestali odzywać się do mnie bez powodu, jeśli powinnam pielęgnować coś, co mam od tylu lat. A żeby nie zadręczać się poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie, skąd ta niezrozumiała cisza i czemu inni znikają, obwiniam siebie, a to na pewno niezdrowe, więc czemu wprowadzam się w stan choroby. Nie wiem, bo jestem głupia. Ale czasem to robię, idę miastem i myślę sobie, że chciałabym wpaść na ciebie, czy ciebie, i robi mi się obrzydliwie smutno, bo wiem, że to nierealne, a potem łapie się na tym, że chodzę z tą myślą rok, a może i kilka lat, i jestem zła, bo chciałabym udawać całe życie, że nie mam serca. Udawać przed sobą. Ostatnimi czasy jednak moje serce przypomina o swym istnieniu i wszystko mi się miesza. A potem ktoś znajomy wpada na mnie i mówi, że schudłam, albo że ładnie wyglądam i myślę sobie, to jest dopiero szczęście, gdy tracisz na wadze bez odchudzania, albo jesteś ładnym przy odrobinie wysiłku, choć osobiście ani chudym się nie nazwiesz, ani ładnym. Tak, ten wpis nie ma większego sensu, tylko księżyc świeci jasno, mnie dopadł katar i nie mogę doczekać się, gdy naprawdę na ciebie wpadnę, bądź gotowy, bo zbiera mi się od roku na płacz. I nie, nie piszę tego, aby mnie żałować, czy szantażować kogoś emocjonalnie. Jestem daleka od takich tanich zagrywek. Uważam nawet za całkiem zabawny, tej mój dramatyzm, bo mi już chce się tylko śmiać, bo naprawdę na starość postanowiłam zostać optymistką. I myślę sobie, że to nie ma znaczenia; nie ważne jak długo się znamy i kim dla siebie jesteśmy, moja dusza rozświetla się na widok każdego tak samo, jak na widok moich sąsiadek, bo wszyscy jesteście dla mnie wyjątkowi, nawet gdy byliście przy moim boku tylko na chwilę, nawet jeśli byliście tylko słowem pisanym. Jestem wdzięczna i z tą myślą kładę się dzisiaj spać.

26.05.2018

976.


Kiedy byłam dużo młodsza wydawało mi się, że jak nas swój wiek przeszłam zadziwiająco dużo i zamiast czuć się z tego powodu nieszczęśliwa, coś sprawiało, że na swój sposób byłam dumna z tych doświadczeń. Z perspektywy czasu odejście ojca do kochanki, gdy miałam dziesięć lat, jest niczym wielkim w świecie, gdzie małżeństwa rozpadają się co dnia. I jakże dziwny bieg ma ta historia, gdy pewny siebie, a może dający tylko takie wrażenie, nie liczący się z nikim i myślący o własnych potrzebach mężczyzna w sile wieku nagle jest zrujnowanym przez życie moim starym ojcem, który ostatecznie jest tylko obcą osobą pojawiająco się co jakiś czas w tym domu. Po osiemnastu latach nawet największa skrucha nie jest w stanie przyjąć do mieszkania kogoś, kto zburzył budowany z trudem spokój serc, które i tak od czasu do czasu wybuchają smutkiem. Kiedy miałam jedenaście lat, choć nie jest pewna, czy to był akurat ten czas, wiem tylko, że chodziłam do podstawówki, więc mogłam być młodsza, w naszym blokowym trzypokojowym mieszkaniu zamiast czterech osób nagle zaczęło mieszkać siedem. Czasem wracam myślami do tamtego czasu i ze zdziwieniem stwierdzam, że pamiętam niewiele. Nie potrafię przypomnieć sobie, jak wyglądały moje dni, o której kładłam się spać, co robiłam po szkole, co lubiłam jeść, jakie miałam ubrania w szafie, co oglądałam w telewizji i jak udawało nam się pogodzić kolejki do łazienki. Nie pamiętam nic z tamtego życia w siedem osób, jakby to w ogóle nie miało miejsca, a jednak zdjęcia w albumie pokazują, że tak właśnie było. Kiedy byłam wieku podstawówki, jeszcze chwilę przed tym zanim zamieszkaliśmy w siódemkę, nocowałam u cioci, a właściwie to u sióstr ciotecznych. Wiecie, dzieci zawsze bawią się w takie odwiedziny, bo nie muszą brać ze sobą walizki ubrań i kosmetyków, w przeciwieństwie do dorosłych, u których takie zabawy z czasem stają niewygodne. Tamtej jednej nocy przeżyłam swój pierwszy ogromny strach w życiu. Wujek, który formalnie moim wujkiem nie był, po alkoholu dostał ataku szału i chciał zabić ciocie siekierą. Nie widziałam jak biegał po podwórku, ale poczucie realnego zagrożenia dotknęło mnie bardzo. Pamiętam, że ryczałam okropnie. Przyjechała policja, choć wydawało się, że ci szczupli mężczyźni nie dadzą rady ogromnego facetowi. Już nigdy nie chciałam przyjeżdżać tam na noc, a potem pamiętam jak w niedługim czasie od tamtego incydentu zamieszkaliśmy w siódemkę, ja moja mama, dwóch moich braci, moja ciocia i dwie siostry cioteczne. To były dziwne czasy. Ciocia z jedną z córek wróciła jeszcze na jakiś czas do “wujka”, aby po czasie wyprowadzić się na stancję. Natomiast druga siostra cioteczna mieszkała z nami dłużej. Pamiętam jak uczyła się wieczorami do matury, głównie języka obcego, a dokładnie rosyjskiego, który był wtedy popularny. Pamiętam jak powtarzała po cichu słówka, co  przeszkadzało mi w zaśnięciu. Dzieliłyśmy razem pokój, bo mieściły się w nim dwa łóżka. Pamiętam jak szykowała się do studniówki, pamiętam jej piękną ciemnozieloną suknię i czarne specjalne pokręcone na tę okazję włosy. Kiedy myślę o tamtym czasie dociera do mnie, że tak naprawdę ze swoim ojcem miałam nie najgorzej. Miałam swój domu, nawet gdy moja emocjonalna stabilność podupadała z każdym rokiem, miałam w życiu coś stałego, swój własny pokój. Tymczasem moja siostra cioteczna mieszkała u nas i choć byliśmy rodziną, musiało być jej ciężko, i z tym że nie ma domu i z tym że jej mama na jakiś czas wróciła do kogoś, kto prawdopodobnie w jej oczach był tyranem. Nie dziwię się, że wolała mieszkać u nas niż u kogoś, kto nawet nie był jej biologicznym ojcem. Mimo to w szkole radziła sobie bardzo dobrze i nigdy nie widziałam jej płaczącej. Teraz ma własną rodzinę, dwójkę synów, i może w tej historii zrozumiałe jest po części to, że ma starszego od siebie o dziesięć lat męża. Nie wiem, czemu zebrało mi się na wspominanie cudzego życia. Przecież nie robię tego, aby oceniać którąś z tych osób ani wyjawiać sekrety rodzinne. Myślę sobie, takie było nasze życie, nie mieliśmy innego, ale nadzieja zawsze przychodzi zawsze nawet do najsmutniejszych domów. Jutro jest Komunia, więc spotkam zarówno tę siositrę cioteczną, jak i drugą, która tydzień później ma ochrzcić swoje dziecko. Dorosłyśmy, choć prędzej one niż ja, i jest coś niepocieszającego w tym, że nasze drogi się rozeszły, zwłaszcza, gdy młodsza z sióstr zamieszkał na stałe we Włoszech. O ile mi pisanie z obcymi ludźmi w internecie przychodzi nadzwyczaj łatwo, to trudniej pisać mi równie dużo i często z kimś, kogo znam realnie. Tak naprawdę z osobami, z którymi zaczynałam znajomość od realnego świata, nigdy nie potrafiłam utrzymywać pisemnego kontaktu, nie licząc koleżanek ze studiów. Może to wygląda tak, że jest we mnie ta świadomość rozbieżności; jestem całkiem inna, gdy mówię, a całkiem inna gdy piszę, przez co powstaje we mnie obawa, że ktoś nie będzie w stanie zaakceptować którejś ze stron, więc bezpiecznie trzymam się jednej, tej od której mnie ktoś poznał. Nie wiem, czy obawiam się jutrzejszej rodzinnej uroczystości. Chyba nawet się cieszę. Mam ładną sukienkę, mam kilka kilogramów mniej, a moja cera uspokoiła się na chwilę. I wiem, to danie zabrzmiało jak radość nastolaki, a nie wyznanie dorosłej kobiety. Mam też pracę i nawet spokojne myśli i nie martwię się o wszystkie pytania związane z tym, czy przypadkiem nie wychodzę za mąż. Obawiam się jednak tego, że odległość i cisza oddalają od siebie ludzi, bo czasem nasze wspomnienia o kimś bywają niezgodne z trwającą rzeczywistością. Nie powinnam myśleć na zapas, bo to jak próba przybrania odpowiedniej formy i dostosowania się do sytuacji. I czasem zastanawiam się nad tym, czy ludzie którzy żyją według protokołu potrafią być jednocześnie sobą w obowiązujących gestach, czy też czują się nieswojo i kłamliwie podczas różnych uroczystości. Kiedy byłam mała, mogłam być małą bohaterką, niby tyle przeszłam, ale w takie dni jak ten, czyli ciepłe i przyjemne kiedy jeszcze nie dopada mnie letni smutek, to wszystko wydaje się odległe i mało znaczące. Myślę o tym, że ta ciocia z dwiema córkami jest siostrą mojego ojca, a co dziwniej, była najlepszą przyjaciółką mojej mamy z lat szkolnych. Czy to nie cudowne, że na pewnym etapie swego życia pomagały sobie, a nawet razem mieszkały? Czy to nie przykre, że ciocia musiała być rozdarta pomiędzy swoim bratem a swoją przyjaciółką? Ale czy nie najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że ciocia i moja mama, dawniej bliskie, teraz rozdzielone drogami życiowymi i różnym podejściem do tych samych sprawa, oddaliły się od siebie? Oczywiście, gdy za każdym razem ciocia przyjeżdża z Włoch, odwiedza również i nas, ale czasem przykro patrzeć mi na to, że w mojej mamie istnieje dziwne niezrozumienie, coś jak niechęć, ale nie, to złe słowo na określenie tej relacji, a może to żal, albo smutek, nie wiem, ale przecież nie tak przedstawiają w filmach czy serialach długoletnie przyjaźnie. Wtedy też myślę o sobie i przyjaciółkach, które znam od małego i modlę się o to, aby nigdy doświadczenia życiowe nie odcięły mnie od ludzi, którzy bardzo mi pomogli. Miałam już raz w życiu taki przykry czas, gdy usunęłam się w cień, a potem drżałam o to, czy kiedykolwiek przyjmą mnie ponownie z otwartymi ramionami. Przyjęli, bo taka jest przyjaźń. Mimo to widzę w sobie własną matkę, oddaloną od innych, gdy rzeczywistość rzucała zbyt wiele ciężarów na barki. Czasem zdarza mi się płakać nad tym, jak złą jestem przyjaciółką, jak brak mi spontaniczności w pytaniu innych o to, co u nich, bo myślę, że to innym zupełnie niepotrzebne, moje głupie pytania. I potem, gdy spotykam ukochane twarze po miesiącach przerwy, spada mi z serca ogromny kamień, kiedy okazuje się, że nikt nie jest na mnie zły za milczenie. Wiecie, ludzie chyba często źle odbierają moje intencje, a mój dobór słów bywa sprzeczny z tym, co chcę przekazać. Czasem płaczę ze złości na siebie, że nie potrafię okazywać innym tego, jak bardzo jestem im wdzięczna za obecność (trwającą zawsze lub tylko na pewnym etapie), bo boję się, że jeśli nie umiem mówić, to napisanie tego nie będzie miało żadnego znaczenia, bo słowa pisane przepadają szybciej niż dźwięk czyjegoś głosu. Jak wielkie robią wrażenie te same słowa wypowiedziane wprost? Wydaje się mi się, że większe niż pisane, choć te zapisane można przechowywać na zawsze w szufladzie. Dla mnie wszystko ma znaczenie, może dlatego niektóre wiadomości, nawet po latach znam na pamięć. A może to dlatego, że czytałam je zbyt wiele razy, więc tkwią we mnie czasem trochę boleśnie. Wtedy zastanawiam się, czy ktoś pamięta skierowane w moją stronę słowa. Zastanawiam się też, czy ktoś pamięta moje obietnice, bo one we mnie tkwią. Wiecie, najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie ma znaczenia ilość przemyślanych godzin o danej osobie. Co z tego, że powiem komuś, że myślę i pamiętam w cichości swego serca, jeśli magiczna więź, która pozwala na przekazywanie ciepłych myśli na odległość nie istnieje. I co z tego, że myślę, jeśli to nie ma żadnego wpływu na daną osobę? Co z tego, że ktoś jest dla mnie ważny, jeśli nigdy tego nie powiem? Co jeśli powiedziałam, a nie miało znaczenia dla innych? Wczoraj, jak to w chwilach niespodziewanej miłości do życia, miałam ochotę obdzwonić wszystkich znajomych, ja która ma realną fobię przed rozmowami telefonicznymi i dzwoni do ludzi tylko w sprawach ważnych, a nie “poplotkować”, więc gdybym zadzwoniła, byłby to gest z mojej strony wielki, ale myśl o niezręcznej ciszy i niepotrzebnym zawracaniu głowy sprawiła, że zrezygnowałam. Wiecie, chyba powinnam zrezygnować z pisania w soboty, bo wychodzi na to, że niedługo zamiast streszczenia moich dni powstanie tutaj obrzydliwie szczegółowa biografia, której nikt nie będzie w stanie przeczytać. Przyznaję, że dzisiejsza notkę zaczęłam tworzyć w pracy między przerwami. Gdy wracałem do domu rowerem, wybrałam inną drogę niż zawsze (a wybieram pomiędzy dwoma najkrótszymi), więc przejeżdżałam obok domu babci i tam na podwórku nie stał nikt inny jak moja siostra cioteczna z mężem i synkiem. Uściskała mnie niespodziewanie mocno, a potem rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym i pomyślałam, że mam wielkie szczęście, że moje niektóre obawy stają się nieuzasadnione. Później, gdy już byłam w domu zrobiło mi niespodziewanie dziwnie i chyba nigdy nie znajdę słowa na określenie tego, co dzieje się we mnie w takich chwilach, ale popadam w taki dziwny stan, jakbym nie była realna, jakbym już nigdy przenigdy nie miała odnaleźć prawdziwej siebie i jakby wszystkie znajomości nie miały znaczenia, bo nigdy nie było w nich tej mnie, która mówi prawdę. Na pytanie o to, czy u mnie wszystko w porządku, czy jestem szczęśliwa, odpowiedziałam, że tak, jestem. Więc znowu dotarło do mnie, że automatycznie odpowiadam na takie pytania, nawet bez chwili zastanowienia, że u mnie zawsze wszystko w porządku. Mówię to z całym przekonaniem, uśmiechem i otwartością, a potem zalewa mnie dziwna fala wątpliwości. Ne jestem nieszczęśliwa, ale nie jestem też szczęśliwa i zastanawiam się, czy to normalne nie wiedzieć nic. Wszyscy w koło mnie prezentują model szczęścia, który powinien odpowiadać i mi, a tymczasem nie potrafię tak i zastanawiam się, czy naprawdę inni wiedzą o mnie coś, do czego sama nigdy nie będę w stanie się przyznać, bo moja niepewność zawsze wytrąca mnie z równowagi. Nie chciałam kończyć tego wpisu pesymistycznie, bo tak naprawdę stan mojej duszy jest dobry, a jednak od kilku dni nie mogę przestać o poniższych słowach:

No widzisz. Taki już widać jest ten los, że ze wszystkiego, co kochamy, tylko wiersze pozostają żywe. Ludzie odchodzą od nas szybciej niż ich ciała. Opuszcza nas ich miłość i jeśli nawet żyją gdzieś nadal w wielkich miastach, jeżeli nawet myślą o nas i wspominają nas, to nam już niestety brak tej czułości, którą razem ze sobą zabrali, a więc brak tego cudownego, wrażliwego na każde drgnienie pamięci odbiornika, w którym zgadujemy czyjąś obok nas obecność, choć ten ktoś jest bardzo daleko, i czyjąś o nas pamięć, choć ani jedno słowo nie pada.” (Grzegorz Musiał, "Stan płynny")

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że doskonale wiem, dlaczego ten właśnie cytat i dlaczego teraz i że to nie ma nic wspólnego z moją rodziną, ani trochę.

19.05.2018

975.

Sobota, 19 maja 2018 roku, mam dość. Wiem, wiem, nieprzyjemnie czyta się wpisy z serii świat-jest-beznadziejny-może-już-przestać-się-kręcić, ale co poradzę na to, że owe miejsce przeznaczone jest właśnie na wszystkie żale i smutki. Jest zimno już od tygodnia, a może i dłużej, pada, wieje, czasem bolą mnie zatoki, czasem marzną mi dłonie i mam wrażenie, że to już moja ukochana jesień, na co mój organizm reaguje brakiem energii, a myśli stają się jakby bardziej ponure. Siedziałam z rana w pracy w kurtce, bo w soboty nie pakujemy przesyłek, więc nie miałam szans na rozgrzanie się, aż do momentu, w którym szefowa nie wyszła na chwilę, a wraz z jej wyjściem przyszli klienci, więc przy obsłudze poziom mojego stresu i temperatura ciała wzrosły. Nie wiem, czy przez to cierpi moja moja cera, ale od dłuższego czasu mierzę się ze stanem jej pogorszenia, ja - która nie miała z tym nigdy większych problemów. Może to wina tego, że wraz ze zmianą trybu życia - z osoby niepracującej na pracującą - moja skóra nie ma ani dnia odpoczynku od makijażu, a przestać malować się nie mogę, bo mam brzydką buzię, więc trwam w błędnym kole rozpaczy. Dla kogoś, kto i tak jest brzydki i ciężko pracuje nad tym, aby nie skupiać się na sobie i nie myśleć o sobie w odniesieniu do innych osób - w sensie ani się z nikim nie porównywać, ani nie wyobrażać sobie tego, jak inne osoby mogą mnie oceniać w skali atrakcyjności - nagłe problemy z cerą, gdy chociaż to ratowało moją samoocenę - są przykre i nie do zniesienia. Poza winą kosmetyków, widzę też winę w moim dobry stanie zdrowia, czyli brak anemii równa się prawidłowe funkcjonowanie hormonów. Mój organizm zaskakuje mnie regularnością, a jednak tęsknię za niespodziewanym brakiem miesiączek, bo wtedy ani moje ciało nie zmieniało się raz w miesiącu, ani nie miało siły zaskakiwać mnie hormonalnymi (nie)przyjaciółmi na twarzy. Nie chciałabym, będąc podobno dorosłą kobietą, przechodzić załamania jak nastolatka, której trudno pogodzić się ze zmianami w jej organizmie. Raz mi w zupełności wystarczył. Poza tym i tak wystarczająco dużo ukrywam pod ubraniami, czy naprawdę powinnam jeszcze nosić torbę na głowie. Zdaję sobie sprawę, że inni mają gorsze problemy, z cerą, z bliznami, przebarwieniami, czy innymi skórnymi zmianami i przez to jestem na siebie bardziej zła, że zaprzątam swoje myśli tak mało istotnymi sprawami, które w odniesieniu do zbliżającego się zawsze końca, nie mają żadnego znaczenia. I czy to nie dziwne, że w innych dostrzegam to jako osobisty urok i wcale nie rzuca mi się w oczy coś, co dla nich samych jest obrzydliwe. Czasem chciałabym zrozumieć na jakiej zasadzie funkcjonuje ludzki mózg, że te same rzeczy dla każdego wyglądają zupełnie inaczej. Zimno mi, przez co piję mniej wody w pracy, natomiast w domu, wieczorem i przed snem, wlewam w siebie ciepłe płyny. Tracę apetyt, pewnie dlatego, że moje posiłki w pracy ograniczają się do kanapek, ponieważ najprościej je zrobić, jak i zjeść. Przy daniach do odgrzania trzeba zaraz robić całe przedstawienie, z mikrofalówką i zapachami, a ja tak bardzo nie lubię zwracać na siebie uwagi, tak bardzo, że nie jem przy innych i aż jestem na siebie zła, że tak zwykła i codzienna czynność jak jedzenie staje się czymś nienormalnym. Aż kolega uwierzył, że naprawdę nie jem nic od tych trzech miesięcy będąc przez osiem godzin w pracy, a mi zrobiło się okropnie głupio, że w ogóle to zauważył, co oznacza, że zwraca na mnie uwagę i wiem, że przecież to całkiem naturalne, przecież pracujemy ze sobą, ale bycie obiektem obserwacji bywa przytłaczające. Czasem zastanawiam się jak to jest, że ktoś lubi być w centrum uwagi, bo mi uwaga potrzebna jest jedynie wtedy, gdy cierpię, a przecież to i tak chęć uwagi cichej - bezsłownego gestu, zaciśnięcia dłoni, smutnego uśmiechu zrozumienia, nic więcej. Więc czemu to nie istnieje? Niewygodne pytania wprost sprawiają, że zaraz mam ochotę zapaść się pod ziemię. Zauważyłam, że ludzie w ogóle nie pytają o to, o co chciałabym zostać zapytana, a mogłoby być to nawet tematy trudne i osobiste. Zamiast tego pytają o rzeczy tak proste, jak plany na weekend, czy ulubione danie, na które nie potrafię znaleźć odpowiedzi, że aż mi głupio, i chyba się czerwienię, nie ze wstydu, a z poczucia presji. Czy to dziwne, że łatwo mówić mi o rzeczach trudnych, jak choćby nieuchronnie zbliżającej się śmierci mojego ojca, natomiast głupie codzienne życie zupełnie nie przechodzi mi przez gardło. Tylko nikt nie pyta o mojego ojca, bo z moich znajomych wiedzą o tym tylko dwie osoby. Najtrudniej jednak mówić mi o tych, za którymi po cichu tęsknię, a jest to tak ciche uczucie, że wręcz niezauważalne, aż jestem w szoku, gdy już mnie dosięga. Tymczasem w piątek, nie wczorajszy, a jeszcze wcześniejszy, gdy słońce przyjemnie grzało, po roku nieobecności spotkałam się z koleżanką ze studiów i jak cudownie było znowu odczuć, że czas nie zmienia niektórych znajomości i obawy bywają bezpodstawne. (Choć my regularnie utrzymujemy mailowy kontakt, więc jesteśmy oswojone ze swoimi myślami.) Jak dobrze było zobaczyć kogoś, kto cieszy się na twój widok i akceptuje ze wszystkim, co w sobie nosisz. Poczucie swobody przy innych to moje ulubione uczucie pod słońcem. I choć piszemy ze sobą regularnie, to nie zabrakło nam tematów. Spędziłam tamten dzień z myślą, że tak powinno wyglądać życie. Spotykasz znajomych, których lubisz, a oni lubią ciebie, bez skrępowania jesz z nimi na mieście, spacerujesz i prowadzisz banalne rozmowy o życiu, by za chwilę zagłębić się w egzystencjalny temat ocierając się o bezsens życia. Dlatego zjedzenie obrzydliwie słodkich lodów jest jak najbardziej na miejscu, więc poszłyśmy po obiedzie na lody, które nie wiem jakim cudem w siebie wepchnęłam. Mój żołądek ma małą pojemność, może dlatego, że nauczyłam się jeść mniej a częściej, a może nauczyłam się więcej pić, i szkoda, że to nie przekłada się na moją figurę. Ostatnie centymetry, które straciłam to wyłącznie zasługa jeżdżenia rowerem do pracy. Wiecie, jestem prawdopodobnie jedną z niewielu kobiet, która narzeka na rozmiar swoich piersi. Nie przeszkadzałoby mi ani trochę, gdyby tak jak obwód mojej talii, zmniejszył się też obwód biustu, bo nie rozumiem, czemu nigdzie nie ma staników w rozmiarze 70C/D (w zależności od modelu), tym bardziej w przyzwoitej cenie, tym bardziej nie usztywnianych, które niepotrzebnie powiększają biust. Może to głupie, ale dobrze byłoby mieć taki rozmiar, aby móc chodzić bez bielizny. Nie wiem, wychodzi na to, że muszę jeszcze stracić na wadze. Widzicie, i to jest realny problem, biust, a nie, popsuta cera, czy umierający ojciec. Ach, chciałabym umieć rozmawiać tak, jak piszę tę notkę. Bez skrępowania, jakbym miała dużo do powiedzenia. Muszę przyznać, że jestem trochę przemęczona. Sześć dni pracy robi swoje. W dodatku nigdy nie wracam prosto do domu, bo zawsze muszę coś załatwić, a potem nie wystarcza mi czasu na generalne porządki, nawet we własnym pokoju. Głupio prosić o wolne, które mi się należy za pracujące soboty, więc zamiast co tydzień, odbieram co dwa tygodnie jeden marny dzień, choć obawiam się, że w przyszłym tygodniu może i to się nie udać, bo szefowa wyjeżdża, akurat wtedy, gdy nie mam czasu na kupienie butów, bo za chwilę i Komunia i Chrzciny i chyba zostanę z tego wszystkiego w domu. Z tego całego smutku, który właściwie nie jest smutkiem, a nie wiem czym, dlatego na pocieszenie kupiłam w końcu książkę Grzegorza Musiała “Czeska biżuteria”, którą zaczęłam czytać 5 lat temu w czytelni biblioteki wojewódzkiej i nigdy nie miałam czasu dokończyć, ponieważ musiałam skupić się na pisaniu pracy magisterskiej. Wyobraźcie sobie, że przesyłka kosztowała więcej niż sama książka. Nie wiem, czemu nie ma wszystkich książek pana Musiała, gdy są tak tanie - może dlatego, że są trudne do znalezienia - więc pamiętajcie moi nieistniejący czytelnicy, jeśli kiedykolwiek w jakimś stacjonarnym antykwariacie znajdziecie książkę pana Musiała, prozę czy poezję, kupcie ją dla mnie, a zwrócę wam pieniądze. Jeśli o pieniądzach mowa, zgubiłam dzisiaj kartę do bankomatu. Sytuacja wyglądała tak, że nawet nie miałam wystarczających środków na telefonie, aby od razu zadzwonić na infolinię z prośbą o zablokowanie. Kartę zgubiłam przez własną głupotę i chyba za karę, bo obijałam się ostatnią godzinę w pracy, a mimo to wyszłam stamtąd z lekkim sercem i myślą o mojej wolnej niedzieli, która jak zwykle przeminie za szybko. Po trzydziestu minutach wracałam w stronę przystanku powstrzymując się od płaczu. W dodatku zaczęło padać i musiałam wyglądać naprawdę żałośnie. W dodatku moja brzydka twarz zrobiła się jeszcze brzydsza i zrobiło mi się tak beznadziejnie obojętnie, a potem dotarło do mnie, że tak muszą czuć się ludzie, którzy tracą wszystko w jednej chwili. Nie raz czułam się jak przegrana i nie raz byłam w sytuacji, gdy nie miałam pojęcia, jak zrobię następny krok do przodu, ale moje poczucie straty miało wymiar duchowy, to znaczy dotyczyło straty przyjaźni, miłości, czy wiary, natomiast strata wszystkich pieniędzy za jednym zamachem nigdy mnie nie dotknęła. I pomyślałam sobie, że tak muszą czuć się ludzie, którzy tracą majątek, ale właściwie to nie chodzi o pieniądze same w sobie, ale stratę czegoś, na co pracowali, ich wysiłek poszedł na marne, ich nadzieje na lepsze życie zniknęła, ich przyszłość rozmyła się w jednej sekundzie. Może tylko mnie nie opuszcza wrażenie, że ciągle zaczynam od początku i że zbieram nie wiadomo na co, a i tak na to nie uzbieram, ale moje marne 1300 zł na koncie to zaproszenie latem P. do siebie po czterech latach, od kiedy widziałyśmy się ostatni raz. Mam wiele obaw, bo i wiele się zmieniło, chyba bardziej u niej, a do tego moje jednoosobowe łóżko musi stać się jakiś cudem dwuosobowe, a właściwie potrzebuję materaca, albo nie wiem, a to przecież kosztuje, bo nie mam znajomych, od których mogłabym pożyczyć. Najbardziej stresuje mnie to, że może czuć się wyjątkowo niekomfortowo u mnie w domu, bo Ci ludzie, to znaczy moja rodzina, czasem sama wsłuchuję się w rytm tego domu tak, aby na nikogo nie wpaść i nie wywoływać głupich kłótni o łazienkę, czy porę ciszy nocnej. Stresuje mnie to, bo chciałabym, aby czuła się u mnie dobrze ugoszczona tak jak ja u niej. Kartę zablokowałam, nikt z niej nie skorzystał i nadal jestem bogata w moim osobistym pojęciu bycia bogatym. Napisałam dużo, a mam wrażenie, że mogłabym tak w nieskończoność, choć nie wiedzę w tym ani odrobiny sensu. I przepraszam za ten brak akapitów, ja wiem, zawsze wiem, że tekst powinno się dzielić, ale mój jest niepodzielony, bo moje myśli to jeden niekończący się ciąg. Wiecie, dzisiaj sobota i noc muzeów, byłam na takiej tylko raz, gdy pracowałam właśnie w muzeum, a przecież zawsze chciałam pojechać do miasta i pójść, z kimś, gdzieś, coś zobaczyć, ale nigdy nie miałam z kim, a w tym roku znowu nie dopisała pogoda i moja twarz i nastrój i włóczyła bym się po tym mieście jak duch wśród żywych. Chyba położę się już spać. Nie mam pojęcia jak wysiedziałam tutaj prawie do północy. Dawno nie kładłam się spać o tej godzinie, to wydaje się tak późno, ale bywa, że w soboty dopada mnie bezsenność; jestem obrzydliwie zmęczona, a nie mogę zmusić się do położenia w łóżku, bo zaraz trzeba będzie znowu wstawać i żyć. I owszem mogę, ale nie z tą twarzą.

16.05.2018

974.

Nie wiem, czy wy - moi czytelnicy w postaci jednej osoby - lubicie sny, ale jeśli o mnie chodzi, to bywam przygnębiona, gdy miewam mnie marzenia senne. Podobno śnimy zawsze, codziennie, jednak często otwieram oczy bez żadnego zapamiętanego obrazu. Mówię więc, że nie mam snów. Przesypiam spokojnie całą noc. Śpię jak zabita. Od kiedy mam szumy uszne, czyli już ponad dwa lata, zasypiam błyskawicznie, jakby ten dziwny dźwięk kołysał mnie do snu. (Tak, wspominałam o tym tutaj sto razy). Oczywiście nie jest to prawda, ale często zapominam, że w ogóle cierpię na takie dziwne coś, chyba, że jestem przemęczona lub moje uszy łapią zbyt dużo dźwięków z otoczenia i na kilka sekund przeszywa mnie ogłuszający pisk, a ja ze strachem czekam aż minie, bo gdyby nie minął, prawdopodobnie nie zniosłabym takiego życia. Jeśli ludzie potrafią oszaleć z dnia na dzień, to z pewnością byłabym to ja. Tymczasem wspominam dni, gdy płakałam z bezsilności, że nie chcę tak żyć, a będę musiała i co właściwie dalej z tym wszystkim. Może czasem łapię się na tym, że jest mi przykro, bo ominą mnie wszystkie koncerty świata, a czasem czuję dziwną pustkę niedowierzania, lecz przez większość czasu nie pamiętam, że coś jest nie tak. Wracając jednak do moich pięknych snów. Gdy już śnię, są to tylko i wyłącznie sny tak realne, pełne uczuć, emocji i odczuwalnego dotyku, że budzę się ze złudnym przekonaniem, że wszystko wydarzyło się naprawdę. A potem łapię na tym, że ogarnia mnie dziwny smutek, choć nie wiem, czy w tym przypadku to dobre słowo, ale czuję stratę, niezależnie od tego, czy to sen dobry, czy zły, ponieważ zawsze w takich snach spotykam znajomych (lub koreańskich idoli, co jest zrozumiałe w moim przypadku, bo 50% informacji zapisanych w moim mózgu pochodzi właśnie z tamtej strony świata), tych znajomych, których spotkać nie mogę lub nie potrafię w realnym świecie. Od tygodnia jestem w dziwnym stanie, choć całkiem naturalnym dla mnie - kobiety. Próbuję zrozumieć jak to jest, że hormony potrafią rządzić ludzkim organizmem i myślami, i jak to jest, że kiedy mam okres (lub odrobinę przed), jestem nieustannie zmęczona, podczas gdy bez niego, robiąc te same czynności, zmęczona nie jestem wcale. Do tego zwyczajnie odechciewa mi się żyć. Podobno większość kobiet jest wtedy płaczliwa, przygnębiona, smutna, zła, och, no tak, po prostu ma wahania nastrojów, a mój cały świat nagle traci sens i przechodzę tylko od dnia do dnia, sama nie wiem po co. Dzisiaj obudziłam się z tego realnego snu i gdy dotarło do mnie, kto tam zawitał (co jest wypadkową mojego nadprogramowego myślenia o tej osobie) byłam, jak to określa się po angielsku, “done with myself”. Nie lubię być taka żałosna, nie lubię tego stanu, nie lubię nosić nikogo w myślach, bo mam wrażenie, że przetrzymuję tam daną osobę wbrew jej woli. Obudziłam się ze wspomnieniem czyjejś radosnej twarzy na mój widok oraz życzliwym ciepłym dłoni i tym pocieszającym “przecież nic się nie stało”, aż miałam ochotę krzyczeć, nie wiem, czy bardziej ze złości, że to był tylko sen, czy że to w ogóle śmiało mi się przyśnić coś takiego, zupełnie jak na złość. Sny mają niewiele wspólnego z rzeczywistością, takie jest moje przekonanie, są tylko nieracjonalną mieszanką dni przeszłych. Prawie, bo naprawdę miło byłoby spotkać realnie osoby ze snów, a tę jedną na pewno. Tak myślałam przez cały dzień i przez ostatnie tygodniem, ale teraz, jak co wieczór, jak kobieta, która krwawi, pytam siebie - po co mi to, po co te bezsenne noce i szukanie odpowiedzi na pytanie, czemu chcę widywać ludzi i po co właściwie widywać ludzi i czemu ludzie muszą się widywać, żeby żyć trochę radośniej. Wiecie, może nie ma w tym nic skomplikowanego, może chodzi tylko o to, że im dłużej kogoś nie widzisz, tym bardziej chcesz tę osobę zobaczyć, ale czy to spotkanie jest naprawdę potrzebne i czy ma jakiś sens, nie wiem, może ma, ale jakże okropne jest przeczucie rozczarowania, gdy dociera do nas, że ten ktoś może nie chcieć nas widzieć, skoro przychodzi tylko w snach. Jestem daleka od popadania w obsesję, jakiekolwiek, a jednak to nie daje mi spokoju. Przez te wszystkie lata próbuję zrozumieć, dlaczego ktoś tak bardzo wpisał się w moje życie swoją obecnością, która tak naprawdę nigdy nie była zbyt częsta, ale mimo to wartościowa, że jeszcze do końca nie zapomniałam, a chciałabym tak raz na zawsze, jakbym miała zanik pamięci. Ktoś powiedział mi, dosyć niedawno, że tak naprawdę nigdy nie tęsknimy za osobami, ale za tym, jak obecność tych osób sprawiała, że się czuliśmy. Jednak bez tej osoby niemożliwe jest to uczucie, więc wychodzi na to, że nadal tęsknimy za konkretną osobą. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej bezsensowne wydaje się to wszystko. Chciałabym tylko pójść na spacer i usłyszeć, czy masz się dobrze, a jeśli nie, to czemu tak jest. To wszystko. I pytam siebie, po co mi to i czemu nie potrafię, jak dawniej, zwyczajnie zaproponować spotkania, jakbym już nie mogła, bo tyle razy zbierałam się w sobie i próbowałam i chyba zrozumiałam, że nie jestem potrzebna. Och, czy ja naprawdę mam syndrom odrzucenia, na starość. Jestem oburzona. Może tylko o to chodzi w tym wszystkim, o nic więcej, zupełnie o nic, i może chciałabym tylko usłyszeć, że to nie dlatego, że ja to ja i że to nie przeze mnie, że nie jestem beznadziejna i milczenie skierowane w moją stronę nie jest milczeniem przeciwko mnie, że to tylko skutek dorosłego, zabieganego życia i  że ludzie są i znikają i tyle, a potem znikasz i ty, czyli ja, bo każdy prędzej czy później znika, z pola widzenia lub z Ziemi, choć idzie do ziemi. Jeszcze wczoraj usłyszałam (nie bezpośrednio, ot słuchałam czegoś na youtube), że ludzie wrażliwi są delikatni w przeżywaniu emocji, i wiadomo, to przekleństwo, ale też wielki dar, bo to znaczy, że ma się ogromne serce, które fakt, bardzo cierpi, bo jest tak czułe i delikatne, ale to nadal dar, a ja mam ochotę krzyczeć ze złości, bo jaki dar, jakie serce, nikt nie lubi takich osób, takich co dostrzegają najmniejsze drgania rzeczywistości. Nikt. A siebie takie osoby lubić nie mogą. I tutaj przerwę swój żałosny wpis, bo nie wierzę, że to wszystko przez jeden głupi sen. W dodatku w tym momencie przypomina mi się zakończenie filmu "Słodko-gorzkie życie" i chyba muszę zapłakać rzewnie, bo to był piękny sen, lecz nie może się spełnić.

3.05.2018

973.

Patrzę na moje połamane paznokcie i wydaje mi się, że ciężko pracuję. W porównaniu z poprzednią pracą przez osiem godzin mam zajęcie i nie ma chwili, w której muszę udawać, że coś robię i jestem potrzebna. Bycie pożytecznym daje dużą satysfakcję, a poczucie, że nie idzie się do pracy za karę jeszcze większą. Mimo to staram się nie rozmyślać wiele o pracy. Codziennie wstaję z nastawieniem, że idę tam pomóc i będę starać się wykonywać swoje obowiązki najlepiej jak potrafię. Nie chcę myśleć o tym, że w pewien sposób zawsze będę tam obca. Nie chcę przyzwyczajać się do miejsca, z którego będę musiała za jakiś czas zniknąć. Nie wierzę, że wystarczyły trochę ponad dwa miesiące, abym przyzwyczaiła się do czyjejś obecności na tyle, by nie skręcało mi żołądka ze stresu. Co gorsza, już wiem, że kiedyś będzie mi brakować tego wszystkiego, z czym mierzę się co dnia. Uderza mnie to tak bardzo, że czasem popadam w ogromne zdziwienie. W poprzednich pracach, mniej lub bardziej łapałam z kimś kontakt, ale ani razu nie odczułam, że nasza znajomość może potrwać dłużej niż jeden sezon. Prawdopodobnie było tak, ponieważ wcześniej pracowałam z dużą ilością osób, a jako osoba milcząca, która nie lubi zwracać na siebie uwagi, byłam przytłoczona codziennymi posiedzeniami przy kawie, tym bardziej, że ani nie piję kawy, ani nie miałam siły o siódmej rano dzielić się czymkolwiek. W dodatku wiedziałam, że zaraz zniknę sprzed oczy tych ludzi i za bardzo nie chciałam przywiązywać się do nikogo, ani zostawiać po sobie więcej słów niż potrzeba. Gorzej, od początku wchodziłam w nowe środowisko z nastawieniem, że muszę udawać, co nie do końca wychodziło, bo zawsze zrezygnowana popadałam w jeszcze większą niechęć mówienia, może z powodu tego, że w tamtym czasie mogłam mówić tylko o rzeczach przykrych, a banalne rozmowy o pogodzie i jedzeniu wydawały się pozbawione sensu. Nie pisałam o tym, ale któregoś marcowego dnia płakałam w obecnej pracy. Myślę, że ze stresu. Byłam odrobinę przytłacza nowymi obowiązkami, które nie zawsze wychodziły, i czymś innym, bardziej osobistym, więc w końcu wylało się to ze mnie kilkoma łzami na policzkach, a żeby było zabawniej, płakałam przy koledze z pracy, święcie przekonana, że i tak to nie ma sensu, że nie da się zrozumieć tego, o czym ktoś milczy i że trochę wstyd, tak płakać, ale od tamtej pory rzeczy stały się łatwiejsze, a kolega mniej męczący. Nie wie o tym, ale doceniam jego wyrozumiałość i miło mi, kiedy mimo natłoku obowiązków zaczepia mnie i chce ze mną rozmawiać o filmach, nawet jeśli nasz gust jest rozbieżny w tej kwestii. Nie rozumiem, czemu wczoraj stwierdził (mam nadzieję że w żartach), że i tak go nie lubię. Zaskoczyło mnie to tak bardzo, że tylko zaśmiałam się ciepło. Szczerze, w ogóle o tym nie myślę. Czasem wydaje mi się, że straciłam umiejętność rozpoznania, czy lubię kogoś szczerze, czy może jestem tylko miła, bo tak wypada i jeśli czyjaś obecność mi nie ciąży, to wystarczy, ale czy to już lubienie - nie wiem. Co dziwne, nigdy nie mam tego problemu ze znajomościami zawartymi przez internet. Wywierają one na mnie tak duży wpływ i opierają się na czymś więcej niż na rozmowach o pogodzie, że jestem do końca życia zaplątana w rzeczywistość, która nie istnieje obok mnie, a nawet jeśli twarze ludzi oglądam tylko na zdjęciach, moje serce czuje ogromne przywiązanie. Może dlatego tak często bywam zagubiona w tym wszystkim, bo nie wiem, czy to tylko moja wyobraźnia, czy naprawdę bylibyśmy świetnymi przyjaciółmi w innym świecie. Nie wiem, dlatego pracuję. Osiem godzin mija szybko, gdy ciągle się coś robi, tak szybko, że nie wiem, co stało się z kwietniem. Czy on w ogóle był? Połamałam połowę paznokci podczas pakowania przesyłek, nabiłam też mnóstwo siniaków. Chciałabym, żeby od dźwigania towaru wyrobiły mi się mięśnie ramion, ale wiem, że to nierealne. Kilka razy skaleczyłam się przez nieuwagę nożykiem do papieru, ale nauczyłam się przerabiać duże pudła na małe, choć jeszcze nie w ekspresowym tempie. Piszę dziesiątki podobnych maili i zastanawiam się z przerażeniem, co by było, gdyby wszyscy klienci dowiedzieli się, że nie są jedynymi przypadkami. Zestresowana udaję, że znam się na wędkarstwie, gdy klient wypatrzy mnie schowaną za biurkiem (z racji tego że podbieraki zaczęły się wyprzedawać, moja zasłona staje się coraz słabsza). Mimo wszystko cieszę się faktem, że odnalazłam się w miejscu, w którym przecież mogłam się nie odnaleźć. Być może to tylko chwilowe wrażenie, ale na tyle pocieszające, aby codziennie spokojnie zasypiać. W ogóle podczas pracy jestem tak bardzo skupiona na swoich obowiązkach, na byciu tu i teraz, że nie pamiętam o niczym innym. Moimi jedynymi znajomymi są współpracownicy, a ja jestem tylko dziewczyną ze sklepu wędkarskiego, która nie wierzy, że czasem w muszli klozetowej pływają zdechłe rybki  (miały być na sprzedaż jako przynęty, ale zdechło im się przez dzień wolnego) i przy spuszczaniu wody istnieje ryzyko, że zamiast do środka wypłyną na zewnątrz. Tak, wychodzi na to, że nie idę do łazienki zrobić siku, a modlić się o brak potopu. Wiem, okropnie przynudzam i dzielę się rzeczami nieistotnymi, a przecież chciałam jeszcze wspomnieć, że wczoraj po raz pierwszy pojechałam do pracy rowerem, dzięki czemu zaoszczędziłam dziesięć złotych. Wsiadłam na rower dlatego, że z powodu dni wolnych szkoły, kierowcy w mojej miejscowości na ten czas anulowali niektóre kursy. Tamtego dnia spóźniłam się do pracy dwadzieścia minut, które musiałam odrobić (niby nie musiałam, ale chciałam, bo tak powinno być, a z racji tego, że w soboty nie mam rano busa i spóźniam się 40 minut, to w poniedziałki zostaję w pracy dłużej, więc w miniony siedziałam nadprogramową godzinę.) Pogoda dopisała, więc wsiadłam na rower. Zeszłoroczny słoneczny sezon przejeździłem na rowerze brata, a że to “typowy góral”, nie było lekko, i jeździć i dzielić się jednym rowerem, bo dwa pozostałe nie nadają się na długie przejażdżki. Mieć nowy rower, taki, którym jeździ się szybko i lekko, niekoniecznie jak kolaże, ale lepszy od tych dotychczasowych - to dopiero prawdziwe marzenie. Pisałam niedawno, że bilety autobusowe chciałabym zamienić na rower i czasem udarze mnie jak niespodziewanie pomyślenie układają się niektóre sytuacje. Mama dostała od koleżanki z pracy dwa stare rowery, które doprowadził do stanu użytkowania mąż innej koleżanki i tak oto mamy dwa stare-nowe rowery za naprawdę nieduże pieniądze. Jestem wdzięczna temu zbiegowi okoliczności, który nigdy nie jest dla mnie tylko przypadkiem. Do pracy dojechałem w ekspresowym tempie zupełnie niezmęczona. Jutro również pojadę rowerem. Nie mam w planach przejażdżek sześć razy w tygodniu. Organizm potrzebuje regeneracji, a przecież bywa, że pracuję cały dzień fizycznie. Poza tym, jak to kobieta w moim wieku, nadal co miesiąc towarzyszy mi okres. Podejrzewam też, że ten sam widok przez 40 minut dwa razy dziennie sześć razy w tygodniu zwyczajnie może mi zbrzydnąć i myślę, że milej będzie od czasu do czasu przez 15 minut pogapić się nieobecnym wzrokiem przez szybę w busie. Bo nie ukrywam, chciałabym też udać się rowerem nad jezioro i staw i do lasu, chciałabym cieszyć się rowerowymi przejażdżkami, więc nie mogę jeździć codziennie jak szalona, bo potem będzie mi przykro, że mając 99 procent szans na to, aby wpaść na ciebie, zwyczajnie przypadnie mi ten marny jeden procent. Ale nie, nie chcę o tym myśleć w ten sposób. Pamiętam jak ponad rok temu obiecałam sobie, że już nigdy nie odezwę się pierwsza i nie wymuszę na nikim spotkania i chcę taka być, pozwalać ludziom chodzić własnymi drogami, bo nie są mi nic winni. Jeśli tak jak kiedyś, pamiętasz o mnie i w skrytości serca przywołujesz od czasu do czasu na modlitwie; jeśli nadal to robisz, myślisz o mnie raz na jakiś czas, nawet gdy milczymy; nawet jeśli dobrze ci z tym milczeniem, to jestem pocieszona. Wiem, to głupie, pocieszyłam się sama jakimś wyobrażeniem z przeszłości i do tego mam jeszcze głupią nadzieję, że odnajdę je w teraźniejszości, tylko żeby mieć pewność, musiałbym zapytać, ale jak mam to zrobić, jeśli… jeśli milczymy. (Naprawdę mam ochotę na końcu tego zdania wstawić "xD".)

6.05.2018
Wystarczyły dwa dni od wpisu, abyśmy minęli się naprawdę.