Dwa tygodnie urlopu minęły, ale czym był mój urlop, przecież nawet nigdzie nie wyjechałam. Moje podróże ograniczyły się do wyjazdów w poszukiwaniu sukienki i butów na wesele. Nie kupiłam nic. Czy ktoś jest zaskoczony? Zakupy nigdy nie wychodzą wtedy gdy powinny. Na wszystkie uroczyści, które miały miejsce od mojej studniówki, nie udało mi się znaleźć idealnego stroju. Można więc powiedzieć, że od dziesięciu lat zawsze idę w tym, w czym muszę, jeśli chcę w ogóle pójść, a przeważnie nie chcę, ale muszę, bo inaczej nie wypada. Nie udało mi się też znaleźć partnera na wesele. Oczywiście mogłabym to zrobić i poprosić tę jedną osobę, ale zauważyłam, że sama myśl o kontakcie przysparza mi tak dużo stresu, że nie jestem w stanie. Ostatnio nawet popłakałam się przy jednej z prób. To niesamowite, że inne osoby tak bardzo przekonały mnie, że powinnam zapomnieć o jednej z niewielu dobrych (według mojej opinii) rzeczy w moim życiu, aż uwierzyłam, że to wcale nie była dobra relacja, a może nawet jedno wielkie kłamstwo. Niechcący po dziewięciu miesiącach otworzyłam folder “do not open” i wcale nie zamierzałam go czytać, chciałam tam coś przenieść z innego folderu i przeczytałam to zdanie o pokrewnych duszach i oczywiście musiałam się rozpłakać. Ale tylko dlatego, że to był dzień okresu; byłam obolała i wymęczona, więc reagowałam na wszystko nieracjonalnie. A potem przeczytałam swoją prośbę o przyjaźni i zrobiło mi się niedobrze, pewnie też od okresu. Wiem, że przez te wszystkie lata wysyłałam dużo słów w świat i żałuję, że byłam wtedy sobą, a prawdziwa ja jest strasznie pogubiona i właśnie dlatego powinna milczeć. W poniedziałek wrócę do pracy, która mnie w pewien sposób niszczy, choć może ostatecznie niszczy mnie moje podejście do tego miejsca, w którym nie potrafię już zdrowo funkcjonować. Bycie w pracy to jak bycie w chorobie. Nie potrafię myśleć już o niczym innym, jak o życiu które mam, jak wiele w nim ciężkich nierozwiązanych sytuacji, które tworzą mnie taką, jaka jestem - nie do zaakceptowania, niezdolną do życia w społeczeństwie, nie zdolną do miłości, nie zdolną do życia. Moje dni odkąd tylko pamiętam to nieustanna próba walczenia ze sobą i niechęcią do życia. Oczywiście miewam momenty, w których jest dobrze, trwają nawet miesiące. Czy ktoś pamięta, jak w tamtym roku inni mówili mi, że jestem bardziej uśmiechnięta? Dobrze, że te same osoby nie mają okazji teraz mnie zobaczyć. Mój uśmiech jest już tylko przykrywką strachu przed tym, że inni zobaczą jak bardzo sobie nie radzę. Myślę, że każdy żyjący w tak wielu kłamstwach o sobie i świecie, mający tak wiele pytań bez odpowiedzi, tak wiele krętych dróg w sobie, a na końcu tylko gorzkie łzy, nie może już wygrać ludzkimi siłami.
29.06.2019
23.06.2019
1037.
Przytłacza mnie tak wiele rzeczy, że na różne, ogólnie nieudolne, sposoby próbuję się od nich uwolnić. Już chyba wszyscy bliscy wiedzą, co mnie najbardziej męczy i wszyscy jednym chórem okrzyknęli, że mam się odciąć, a mnie nie opuszcza jedna myśl, że każą odciąć mi się od czegoś co sprawia mi radość. Im dłużej o tym myślę, tym do większego przekonania dochodzę, że muszę rezygnować z rzeczy, które w moim przekonaniu dają mi radość, a w przekonaniu innych szkodzą mojemu psychicznemu zdrowiu lub są czasem zmarnowanym. Jeśli mam rezygnować z rzeczy, które dają mi poczucie radości - nawet złudne - to nie dziwię się, że jestem coraz bardziej nieszczęśliwa. Nie potrafię zrezygnować ze wszystkich rzeczy (jeszcze?), więc towarzyszy mi poczucie winy, że nie jestem zdolna do innego funkcjonowania. Marnuję czas na coś pozornie prawdziwego i obwiniam się za każde działanie wbrew sobie, które nie jest realnie działaniem wbrew sobie, jest działaniem wbrew wszystkim tym, którzy dobrze mi radzą (a wierzę, że naprawdę chcą mi pomóc), bo chcę im udowodnić, że się mylą, że rzeczywistość jest lepsza i nie jestem w tak przykrej sytuacji. Chciałabym odciąć się od tego, co mnie wewnętrznie zżera, ale w rzeczywistość, w której przyszło mi żyć, nie ma takiej możliwości. Nie potrafię się od tego odciąć, bo to wszędzie jest, więc muszę nauczyć się z tym żyć, a to o wiele trudniejsze. Trudno powiedzieć sobie, że jesteś kimś innym, lepszym, jeśli przez lata dręczy nas to samo poczucie winy i obrzydzenie do samego siebie. Po tych latach obserwacji siebie dochodzę do wniosku, że mój mózg funkcjonuje według tych samych schematów i ostatecznie jestem po prostu zagubionym dzieckiem uwięzionym w dorosłym ciele, a tak bardzo nie chcę nim być, tak bardzo chcę realnej pomocy, ale jednocześnie nie wierzę już w nic. Może dlatego to nie działa, prawda? “Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą.” (Mt 7, 7-8) I proszę i kołaczę, a potem łapię się na tym, że nie robię naprawdę nic, że ciągle wydaje mi się, że to rozwiąże się samo, najszybciej moją śmiercią, nie samobójczą, że po prostu umrę młodo. Przez 15 lat nic nie zmieniło się w moim życiu; tylko ludzie, którzy byli gdzieś odeszli, a mi brakuje siły, bo za nimi kroczyć. Poza tym ciągle cierpię, bo nie potrafię odnaleźć się w rzeczywistości. Niestety przyznanie się do tego nie zmieni niczego. Niezależnie komu o tym powiem, nikt mi realnie nie pomoże. Nie chcę słów pocieszenia, bo one wcale nie pocieszają. Chcę uwolnić się od samej siebie, od tego poczucia winy, od tego wszystkiego, czemu mi nie wolno dla mojego dobra, od niewiary w siebie, do nienawiści do siebie, od przekonania, że to wszystko moja wina i że nie dam już rady. Nie chcę czuć fizycznego bólu, gdy wchodzę do pracy, nie chcę płakać, kiedy tęsknię za kimś kto ma mnie gdzieś choć miało być inaczej, nie chcę patrzeć w lustro i myśleć, że nie zniosę więcej życia w tym ciele i z takimi myślami. Nie chcę tego poczucia winy, gdy mam gorszy dzień, bo według innych powinnam być wdzięczna, sto razy, za wszystko co mam. Ale naprawdę nie mogę znieść życia, więc moje życie to tylko blokowanie siebie, żeby nie czuć, nie myśleć, zminimalizować ból do tego stopnia, żeby móc oszukać wszystkich, że radzę sobie fantastycznie. Pewnie każdy psycholog rozgryzł by mnie szybko i dlatego żaden nie zobaczy mnie na oczy. Bo takie podejście na pewno by mi nie pomogło. Kiedy myślę o tym wszystkim, to pewnie jedyną rzeczą, która mnie tu trzyma jest Bóg (i starach), którego istniania nikt nie jest stuprocentowo pewny, chyba że ktoś widział Jego twarz. Paradoksem jest jednak to, że moja wiara jest tak słaba, że boję się ją stracić i stracić przy tym siebie. Nic nie układa się w nic; wszystko to wielki bałagan i nie widzę żadnego wielkiego planu dla mnie, który kieruje moją rzeczywistością i ma mnie doprowadzić do pięknego końca. Wiem, bo nie potrafię współpracować z moim Aniołem Stróżem. Dobrze, że mam jeszcze tydzień urlopu. Mogę jeszcze “chorować”, a potem ten Anioł Stróż będzie musiał się nieźle namęczyć, żeby żadna krzywda mi się nie stała.
13.06.2019
1036.
Nie chcę iść sama na wesele i wszystko, co z tym związane, nagle urasta do problemu tak wielkiego, że nie wiem, co ze sobą zrobić. Napisałam, że nie chcę iść sama, ale właściwie uważam, że pójście samej - jak zawsze - to najmniej bolesne rozwiązanie. Odejmuje połowę problemów, głównie organizacyjnych (?), które stanęłyby na przeszkodzie. W chwili obecnej na wesele idę ja i mama. Jeden z braci “ma to gdzieś”, za co pewnie ciocia obrazi się na niego śmiertelnie, natomiast drugi brat, jeśli zostanie przyjęty do szkoły, będzie w tym czasie na szkoleniu i siłą rzeczy nie pójdzie. W tej sytuacji odpadają obaj kierowcy. Oczywiście istnieje szansa, że brata da się namówić, aby pojawił się chociaż na ceremonii w kościele i będzie mógł robić za kierowcę, w obie strony. Oczywiście moja mama wierzy w to, że tak właśnie będzie, podczas gdy mnie doświadczenie nauczyło czegoś innego. Z dnia na dzień powie, że ma inne plany i zostawi nas na lodzie. Wyobrażacie sobie, że zapraszam kogoś, a potem mówię, no wiesz, miło byłoby, gdybyś ze mną poszedł, ale jest problem, musisz też nas zawieść. Nie, to sytuacja nie do przyjęcia. Nie wiem, może powinnam zbierać na taksówkę, bo nie wyobrażam sobie sytuacji, gdzie muszę spać u rodziny i brać ze sobą walizkę, jakbym wyjeżdżała na tydzień, aby czuć się komfortowo, a do tego pakować towarzysza w taką niezręczną sytuację. A może pokój do wynajęcia? Pewnie pomyślicie, że niepotrzebnie martwię się na zapas, ale prawda jest taka, że nauczyło mnie tego doświadczenie. Z nami - moją rodziną nigdy nic nie wiadomo. Nigdy nie wiadomo komu coś odwali. Wiem, nie da się wszystkiego przewidzieć i mieć nad wszystkim kontroli, ale rozczarowań należy spodziewać się zawsze. Mnie jednak nie martwi to wszystko tak bardzo jak bycie rozczarowaną samą sobą. Boję się, że zaproszenie kogokolwiek sprawi, że ten dzień będzie jeszcze trudniejszy do przejścia, patrząc na moje wszystkie fobie społeczne. Z drugiej strony, już kiedyś tu wspominałam, pójście samej też nie jest łatwe (bo zawsze byłam sama i wiem z czym to się wiąże), i nagle każda z opcji równa się dużej dawce stresu. Naprawdę chciałabym tylko spędzić ten wieczór miło, z kimś, przy kim nie będę musiała udawać kogoś, kim nie jestem. Muszę podjąć decyzję do końca czerwca, a im bliżej tego momentu, tym bardziej nie mogę się zdecydować. Nagle coś tak błahego spędza mi sen z powiek. Normalni ludzie w normalnym świecie mają znajomych, których mają ochotę zaprosić i tak właśnie robią - zapraszają, a do mnie dociera, że nie mam nikogo, kto chciałby ze mną pójść. Nawet ja nie wierzę w to, że można się ze mną dobrze bawić. Jedyna osoba, którą mogłabym zaprosić wywołuje we mnie tak skrajne emocje, że to jeden z powodów, dla których nie powinnam pytać… Prawda? Nawet jeśli potrafią zdystansować się do całej sytuacji, mam wrażenie, że mi już nic nie wolno. Może podświadomie boję się, że po raz kolejny moja propozycja zostanie odrzucona? Chciałabym tylko zapytać, ale nawet luźne niezobowiązujące pytanie wydaje się narzucaniem się. Czemu nie mogę mieć z nikim normalnej relacji? Czemu jestem winna temu, że zostałam sama? Nie mam w gronie znajomych ani jednej osoby płci przeciwnej, która lubiłaby mnie na tyle, aby utrzymywać ze mną regularny kontakt, przez co pytanie kogokolwiek o to, czy zechciałby ze mną pójść, wydaje się dziwne i nienaturalne. Pewnie dlatego, że sama nie jestem pewna, czy czułabym się w czyimś towarzystwie komfortowo. Martwię się, czy ktoś (a ktoś obcy tym bardziej) byłby w stanie zrozumieć, że nie mogę przebywać w głośnych miejscach, że nie jem dużo i nie piję wódki, nie potrafię tańczyć w parach (a raczej boję się bliskości w tańcu i wydaje mi się to niezręczne i naprawdę muszę kogoś lubić, żeby nie czuć się zażenowaną i zawstydzoną), nie potrafię prowadzić rozmów, a mimo to chcę, aby inni czuli się komfortowo w moim towarzystwie, przez co jeszcze bardziej czuję się dziwnie, gdy próbuję być kimś, kim powinnam być znajdując się w danej sytuacji. W moim obecnym stanie psychicznym powinnam pójść sama, ale biję się z myślami, bo nie chcę być znowu tą samotną dziewczyną “taka ładna a sama”, chyba oszaleję jak to usłyszę. Pójście z kimś to ochrona przed innymi. Jeśli sumienie mówi mi, że nie powinnam prosić tej jednej osoby, to zastanawiam się, czy chociaż nie prosić jej o namiary na któregoś kolegę. Tak, też nie wierzę, że jestem tak zdesperowana, aby moje życie wyglądało inaczej, że chcę wpakować się w sytuację, która unieszczęśliwia mnie naprawdę. Bo pójście z kimś obcym jest jeszcze gorsze niż pójście samej.
6.06.2019
1035.
Czerwiec, a przecież jeszcze nie zdążyłam wspomnieć o tym, co wydarzyło się w maju. To nie tak, że wydarzyło się coś ważnego, ale są dwie rzeczy, o których chciałabym napisać. O tym, jak przetrwałam tydzień w pracy, którego miałam nie przetrwać i czemu postanowiłam pojechać na wydarzenie, na który zawsze chciałam się znaleźć, a nigdy nie mogłam ze względu na późną porę jego trwania. Och, właściwie to wtedy był już pierwszy czerwca. Oba wydarzenia zbiegły się w czasie i można powiedzieć, że moje kończące się (oby) przeziębienie było skutkiem osłabienia i stresu. Właściwie, gdyby na starość nie zaczęło mnie dobijać coś takiego jak migreny związane z okresem, pewnie zniosłabym wszystko lepiej. Wysłali mnie do galerii, obsługa klienta, to coś, czego bardzo nienawidzę, a że nie potrafię odmawiać i pracuję w miejscu, gdzie nie stać “nas” na kolejnych pracowników, nie miałam wyjścia. To jeden z powodów, dla którego nie chcę tam zostać. Pracować na “śmieciową” umowę, do tego stres związany z czasem oczekiwania przejścia z jednej umowy na drugą i jeszcze “kłamanie”, że nie ma się pracy, jak się ją ma. Naprawdę lubię swoją pracę, jeśli myślę o niej jako wykonywanej czynności, ale wszystko co poza tym, czasem jest tak trudne, że mam wrażenie, iż te dwa lata zmieniły mnie na gorsze. Choć na pewno cała wina nie leży tylko po stronie pracy. Nie wiem, czemu każdy kontakt z ludźmi wywołuje we mnie ogromny stres, jakbym nie wierzyła, że życie polega właśnie na tym - na rozmowie z ludźmi - ale może moja samoocena jest tak niska (a naprawdę staram się nie pamiętać, że coś takiego jak samoocena istnieje), że czasem nie potrafię uwierzyć, że mogę być tym, kim jestem i że ludzie mnie zaakceptują i że jak przychodzą na zakupy, to nie dlatego, aby wypominać mi błędy. Jedna chodzi o coś zupełnie innego. Stając przed klientem czuję, że kogoś gram. Po części obsługa klienta na tym polega; przecież są specjalne szkolenia, które uczą, jak powinniśmy zachować się w kontaktach z innymi, aby być fachowcami w swojej dziecinie. Mnie jednak stresuje nawet głupie wydawanie reszty, a tutaj nie ma “wyświetlania reszty”. W galerii natomiast był, więc było mi trochę lżej. Tak naprawdę moje wszystkie obawy okazały się niesłuszne i zostałam pochwalona, że w kilka dni umiem więcej niż inny. Ale bycie profesjonalną kosztowało mnie dużo, a na końcu pozostał gorzki smak, że chwalą kogoś, kto w rzeczywistości nie istnieje. Oni nie wiedzą, że czuję ogromną pustkę, gdy wchodzę w interakcję z klientem, a jednocześnie ogromny stres, właśnie przez to, że ta pustak sprawia, że czasem nie wiem, co mam robić. Naprawdę wtedy nie myślę i jedyne czego chcę w tym momencie, to żeby to już się skończyło. Nie chcę tak działać, ale nawet zmiana nastawienia nie pomaga; mój umysł wie lepiej - mam cierpieć. Podobno, gdy przejdzie się przez tę samą sytuację kilkaset razy, jest lepiej, ale nie, u mnie jest jeszcze gorzej. Pamiętam jak ostatniego dnia wybierałam bieliznę dla klienta. Młody mężczyzna przyszedł z córeczką, może czteroletnią, aby kupić mamie majtki. Kucałam przed szufladą, próbując coś wybrać, choć tak naprawdę moja znajomość stanu rzeczy na sklepie piątego dnia nadal nie była fantastyczna. Czułam się bardzo zagubiona, a nie przyszło mi do głowy, aby wypytać o coś więcej poza kolorami, które podano. Wyjęłam wszystko z pudełek, których potem nie mogłam znaleźć, i pewnie gdyby mojego stresu nie podbiło napięcie miesiączkowe, może nie rozpłakałabym się zaraz po wyjściu klienta. Naprawdę klęczałam przed szufladą porozrzucanych majtek i nie wiedziałam jak powstrzymać łzy. Najgorsze w tym wszystkim było to, że pan był przemiły i cierpliwy i kazał mi się nie denerwować. Ze wstydu ani razu nie spojrzałam na jego twarz. Właśnie to do mnie dotarło. Nie wiem kim był. Na odchodne powiedział, abym się nie stresowała, nawet powiedziała to jego córeczka - nie wolno się stresować, bo to szkodzi. Gdyby tylko wiedzieli, jak wygląda moje wewnętrzne życie. Ten stres ma tysiąc imion. Wróciłam do domu z bólem głowy, a jednak już w sobotę rano wpadłam na pomysł, aby pojechać właśnie tam. Nawet zignorowałam fakt, że lekko zaczęło boleć mnie gardło. Stres, duszna galeria i okres osłabiły mój organizm,. Ktoś przyszedł i nakichał i już byłam “załatwiona”. Nie ma co się dziwić, że odbiło się to też na stanie mojej cery i znowu ryczałam, że jestem brzydsza niż zwykle. Po każdym takim dziecinnym załamaniu mówię sobie dobra, to i tak nie ma sensu, te łzy, nie zamierzam się nikomu podobać, mogę być kurdę odpychająca bardziej niż jestem, przecież i tak nikt na mnie nie patrzy. W sobotę rano siedziałam ze swoim weekendowym nastrojem po tytułem “pozwólcie mi przesiedzieć cały dzień w domu w piżamie i udawać, że nie żyję”, a popołudniem wystroiłam się do wyjścia z myślą, że jak zwykle oszalałam. To nie pierwszy raz, kiedy przypisuję mojemu wyjściu z domu zbyt wielkie znaczenie. Gdy postanawiam spędzić czas inaczej, mam wrażenie, że może wydarzyć się wszystko, a potem wracam rozczarowana, bo nie zmienia się nic. Tym razem też nie wydarzyło się nic poza tym, że moje przeziębienie rozłożyło mnie całkiem i przez kilka dni snułam się “rozbita” z bólem gardła i głowy. Na szczęście nie ogłuchłam Może trochę oszukuję z tym nic, bo stało się znowu coś dziwnego. Po raz kolejny,wśród wielkiego tłumu, gdzie mogłabym wpaść na ciebie, wpadam na nią. I zawsze myślę, że powinieneś być przy jej boku, ale ciebie tam nie ma. A potem czuję się winna, że znalazłam się w tym samym miejscu. Przyjechałam pooglądać kolorowe miasto, a wróciłam do domu z myślą, że jestem w jakiejś chorej sytuacji, choć nie wiem, czy to prawda, czy tylko coś sobie wymyśliłam (znowu?). Nie zmienia to jednak tego, że im bardziej próbuję od tego uciec, tym szybciej mnie to goni, nawet we snach. Boże, moje życie nie może ograniczać się do stania i wpatrywania z coś, co nie ma sensu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)