Przede mną mój ostatni dzień pracy, a mi po głowie
ciągle wędruje myśl, że nigdy nie wyglądałam tak elegancko jak przez ostatnie
osiem miesięcy. Narzucone wymagania i zasady, do których wypadało się
dostosować sprawiły, że mój wygląd się zmienił, a jednak nadal jestem „uroczą dziewczynką”,
nie sposób dostrzec we mnie kobietę, choć zwracają się do mnie per pani. Wyglądam
mniej niż na swoje dwadzieścia pięć lat, dobrze mi z tym. Nagle zaczęłam zastanawiać
się nad tym, jak wyglądałam dla tych wszystkich ludzi, którym otwierałam drzwi
wejściowe, jak brzmiał dla nich mój głos, jak prezentowała się twarz, postawa.
Teraz próbuję odgadnąć jak postrzegały mnie przewodniczki. Czy byłam
wystarczająco dobra w swojej pracy, a może wręcz przeciwnie? Czy lubiły razem
ze mną „chodzić na wycieczki”, czy może było im obojętne, która z naszej
drużyny „pomoce muzealne” pojawiała się w pałacowej sieni? Czy tak samo często
rozmawiały o nas, jak my o nich? Niezależnie od dziwnych czy denerwujących
sytuacji, na swój sposób polubiłam każdą z nich, i to zaskakujące, że wiem
pewnie o nich więcej niż one o mnie, a przecież nikogo o nic nie pytałam, nie
szukałam, nie byłam zainteresowana, tylko słuchałam. Usłyszałam wiele opowieści,
prawdziwych i wymyślonych, o ludziach z otoczenia, o ludziach z gazet i
telewizji, o ludziach, których nie znam i nie poznam, ale nie potrafię
przytoczyć żadnej z nich. Czy to nie dziwne, że człowiek ma potrzebę dzielenia
się przeróżnymi historiami i dziwne, że nie miałam czym podzielić się ze
współpracownikami, więcej nie czułam takiej potrzeby, a momentami z chęcią chciałabym
nie słyszeć niesmacznych żartów. Teraz
to bez znaczenia. Mam wrażenie, że ostatnie osiem miesięcy minęło tak szybko,
że jeszcze chwila, a stwierdzę, że wyśniłam cały ten czas. Prawdopodobnie to ostatni
wpis o moim miejscu pracy, na szczęście i nieszczęście, bo gdzie znajdę kolejne.
28.11.2015
18.11.2015
866. Każda przygoda dobiega końca; pałac rozpływa się we mgle.
Turystów już prawie nie ma. Snują się parami lub
niewielkimi grupkami między alejkami parku, w zależności od dnia, wśród
deszczu, mgły lub silnego wiatru. Ostatnio w ciągu pięciu godzin otwarcia
muzeum przybyła tylko piątka. Sama już zapomniałam jak wyglądają słoneczne
promienie. Często wracam myślami do letnich dni i nie mogę uwierzyć, że upalne
lato w tym roku wyjątkowo przypadło mi do gustu. Pewnie dlatego że byłam
„księżniczką” w chłodnym pałacu, który z czasem wypełniło duszne i gorące
powietrze, a jednak wysoka temperatura nie zwaliła mnie z nóg. Teraz pokoje są
chłodne, a ja dopasowuję się do tego jesienne klimatu swoim nastrojem. Niedługo
i mnie nie będzie na salonach. Chciałabym, aby zima w tym roku była równie
skąpa w opady śniegu jak zeszłoroczna, ale prognozy są inne, mroźniejsze. Znowu
mam wielki problem z kupnem zimowej kurtki, ale czwarta zima bez porządnego
okrycia wierzchniego to zbyt wiele. Chciałabym tylko, aby była ciepła i z
kapturem, ale okazuje się, że to zbyt wielkie wymagania jak na moją kieszeń. Za
dwa tygodnie znowu zostanę bez pracy i planu na dalsze życie. Pałac rozpłynie
się we mgle, a tłumy turystów pozostaną wspomnieniem. Nigdy w całym swoim
dotychczasowym życiu nie miałam styczności z tak wieloma osobami, nigdy nie
uwierzyłabym, że potrafię bez stresu i obaw rozmawiać z kimś obcym, uśmiechać
się szczerze, być otwartą, pomocną, być kimś normalnym, zwyczajnym, być tu i
teraz, cieszyć się chwilą mimo zmęczenia, znudzenia czy przygnębienia. Myślę,
że ten czas zmienił mnie choć trochę, chciałabym wierzyć, że na lepsze, ale nie
jestem przekonana, czy taka jest prawda. Możliwe, że kiedyś powrócę do tego
miejsca, wspominając, że właśnie tutaj, w tym muzeum, podjęłam swoją pierwszą
pracę w życiu; tymczasem czuję, że muszę wyjechać jak najdalej stąd. Boże,
pomóż mi, bo potrzebuję tego jak powietrza.
2.11.2015
865. siedemnastka
Tegoroczny październik minął
bezpowrotnie, a we mnie ciągle gra muzyka chopinowska. Trochę zaskakujące, gdyż
nie interesuję się muzyką poważną; na co dzień nie słucham utworów z tego
gatunku, choć to nie tak, że za nią nie przepadam, zwyczajnie nie mam ku temu
okazji, odpowiedniego nastoju i stroju, nie jestem obeznana w temacie; tak
naprawdę wolałabym słuchać dźwięku fortepianu na żywo. XVII Międzynarodowy
Konkurs im. F. Chopina pojawił się jako coś naturalnego w mojej październikowej
rzeczywistości. Wracałam z pracy, włączałam telewizor, owijałam się kocem i słuchałam,
czasem niechcący zasypiając, ze zmęczenia i pod wpływem pięknych melodii. Nie
śledziłam wszystkich występów od początku, dopiero z czasem bliżej przyjrzałam
się uczestnikom, kiedy było ich mniej. Oczywiście mojej uwadze nie umknął fakt,
że dwudziestojednoletni Koreańczyk Seong-Jin Cho zachwycił publiczność i dziennikarzy
już w drugiej rundzie. Od tej chwili wiedziałam, że musi wygrać. Kto mnie zna,
ten wie, że od pięciu lat moja dusza straciła wszystko co słowiańskie i polskie
i zwróciła się ku dalekiemu dla mnie krajowi jakim jest Korea Południowa. Nie
jestem obiektywna w swoich ocenach. Pewnie patriotyczni, a na pewno
ksenofobiczni Polacy już dawno spaliliby mnie na stosie. Choć nie powiem,
podobały mi się również występy polskich wykonawców. Nie zmienia to jednak
faktu, że wygrał nie kto inny a Seong-Jin Cho, o czym przeczytałam dnia
następnego zaraz po przebudzeniu. Na nocne wyniki nie czekałam, właśnie z
powodu porannej pobudki. Po pracy obejrzałam moment ogłaszania wyników. Nie ma
co ukrywać, dziennikarze zachowali się jak szalone fanki, które nie mogą opanować
swoich emocji na widok ukochanego idola. Przyznam się, że moment odczytywania
pierwszego miejsca obejrzałam kilka razy; miałam niesamowity ubaw patrząc na
nierealność całej sytuacji, dorośli ludzie zachowali się jak bydło, nie
reagując na prośby o zachowanie spokoju. W końcu organizatorzy postarali się o
konferencję, tam można będzie oślepić fleszami zwycięzców. Teraz nasunęło mi
się na myśl, że dziennikarze zachowali się jak ludzie rzucają się na nowo
przyniesiony towar w secondo-handzie, aby upolować najlepszy ciuch. Na drugi
dzień był koncert finalistów, choć na gali najbardziej błyszczał tłumacz, pan tłumacz,
a zwłaszcza w momencie, w którym musiał przetłumaczyć przemówienie prof.
Popowej-Zydroń. Chciałabym kiedyś opanować równie biegle angielski. Jaka
szkoda, że nie dane było mi poznać imienia i nazwiska tłumacza. Ktoś zna? Największym
zaskoczeniem okazały się jednak oceny jury, w końcu stojący na podium Koreańczyk
przez jednego z jurorów w finale został oceniony na 1, podczas gdy inni członkowie
przyznali mu 9 i 10, no i jedną 6. Zdecydowanie coś tu śmierdzi. Zwłaszcza, że
to samo miało miejsce w trzecim etapie, ten sam pan uznał, że Koreańczyk nie zasługuje
na bycie w finale. Przyjrzałam jeszcze raz tabelę z ocenami, w drugim etapie
także ten sam pan jako jedyny był na nie. Tym panem jest Philippe Entremot. Jednak
nie będę się na tym rozwodzić. Szukanie przyczyn tych niskich ocen byłoby tylko
spekulacjami. W jednym z wywiadów przeprowadzonym ze zwycięzcą, moją uwagę przykuł
słodki fragment, tak zdecydowanie słodki. Mr. Cho mieszka w Paryżu. Jakie ma
hobby poza muzyką? Lubi odwiedzać paryskie restauracje i piekarnie, gdzie serwują
croissanty i desery. Wyszukuje w internecie lokale, a gdy znajdzie ten wybrany
na mapie miasta, kupuje kilka różnych ciast po czym porównuje ze sobą ich smak.
Czy to nie dziwne i słodkie zajęcie? Pewnie też kaloryczne i kosztowne. Teraz,
kiedy wygrał, będzie mógł zjeść tyle ulubionego tiramisu, ile jego brzuch zapragnie.
A gdy przyjedzie zagrać u mnie prywatny koncert, zaserwuję mu specjalnie przygotowany
przeze mnie deser. Tylko szkoda, wielka szkoda, że konkurs chopinowski odbywa się
raz na pięć lat.
Subskrybuj:
Posty (Atom)