28.11.2015

867.


Przede mną mój ostatni dzień pracy, a mi po głowie ciągle wędruje myśl, że nigdy nie wyglądałam tak elegancko jak przez ostatnie osiem miesięcy. Narzucone wymagania i zasady, do których wypadało się dostosować sprawiły, że mój wygląd się zmienił, a jednak nadal jestem „uroczą dziewczynką”, nie sposób dostrzec we mnie kobietę, choć zwracają się do mnie per pani. Wyglądam mniej niż na swoje dwadzieścia pięć lat, dobrze mi z tym. Nagle zaczęłam zastanawiać się nad tym, jak wyglądałam dla tych wszystkich ludzi, którym otwierałam drzwi wejściowe, jak brzmiał dla nich mój głos, jak prezentowała się twarz, postawa. Teraz próbuję odgadnąć jak postrzegały mnie przewodniczki. Czy byłam wystarczająco dobra w swojej pracy, a może wręcz przeciwnie? Czy lubiły razem ze mną „chodzić na wycieczki”, czy może było im obojętne, która z naszej drużyny „pomoce muzealne” pojawiała się w pałacowej sieni? Czy tak samo często rozmawiały o nas, jak my o nich? Niezależnie od dziwnych czy denerwujących sytuacji, na swój sposób polubiłam każdą z nich, i to zaskakujące, że wiem pewnie o nich więcej niż one o mnie, a przecież nikogo o nic nie pytałam, nie szukałam, nie byłam zainteresowana, tylko słuchałam. Usłyszałam wiele opowieści, prawdziwych i wymyślonych, o ludziach z otoczenia, o ludziach z gazet i telewizji, o ludziach, których nie znam i nie poznam, ale nie potrafię przytoczyć żadnej z nich. Czy to nie dziwne, że człowiek ma potrzebę dzielenia się przeróżnymi historiami i dziwne, że nie miałam czym podzielić się ze współpracownikami, więcej nie czułam takiej potrzeby, a momentami z chęcią chciałabym nie słyszeć niesmacznych żartów.  Teraz to bez znaczenia. Mam wrażenie, że ostatnie osiem miesięcy minęło tak szybko, że jeszcze chwila, a stwierdzę, że wyśniłam cały ten czas. Prawdopodobnie to ostatni wpis o moim miejscu pracy, na szczęście i nieszczęście, bo gdzie znajdę kolejne.

18.11.2015

866. Każda przygoda dobiega końca; pałac rozpływa się we mgle.


Turystów już prawie nie ma. Snują się parami lub niewielkimi grupkami między alejkami parku, w zależności od dnia, wśród deszczu, mgły lub silnego wiatru. Ostatnio w ciągu pięciu godzin otwarcia muzeum przybyła tylko piątka. Sama już zapomniałam jak wyglądają słoneczne promienie. Często wracam myślami do letnich dni i nie mogę uwierzyć, że upalne lato w tym roku wyjątkowo przypadło mi do gustu. Pewnie dlatego że byłam „księżniczką” w chłodnym pałacu, który z czasem wypełniło duszne i gorące powietrze, a jednak wysoka temperatura nie zwaliła mnie z nóg. Teraz pokoje są chłodne, a ja dopasowuję się do tego jesienne klimatu swoim nastrojem. Niedługo i mnie nie będzie na salonach. Chciałabym, aby zima w tym roku była równie skąpa w opady śniegu jak zeszłoroczna, ale prognozy są inne, mroźniejsze. Znowu mam wielki problem z kupnem zimowej kurtki, ale czwarta zima bez porządnego okrycia wierzchniego to zbyt wiele. Chciałabym tylko, aby była ciepła i z kapturem, ale okazuje się, że to zbyt wielkie wymagania jak na moją kieszeń. Za dwa tygodnie znowu zostanę bez pracy i planu na dalsze życie. Pałac rozpłynie się we mgle, a tłumy turystów pozostaną wspomnieniem. Nigdy w całym swoim dotychczasowym życiu nie miałam styczności z tak wieloma osobami, nigdy nie uwierzyłabym, że potrafię bez stresu i obaw rozmawiać z kimś obcym, uśmiechać się szczerze, być otwartą, pomocną, być kimś normalnym, zwyczajnym, być tu i teraz, cieszyć się chwilą mimo zmęczenia, znudzenia czy przygnębienia. Myślę, że ten czas zmienił mnie choć trochę, chciałabym wierzyć, że na lepsze, ale nie jestem przekonana, czy taka jest prawda. Możliwe, że kiedyś powrócę do tego miejsca, wspominając, że właśnie tutaj, w tym muzeum, podjęłam swoją pierwszą pracę w życiu; tymczasem czuję, że muszę wyjechać jak najdalej stąd. Boże, pomóż mi, bo potrzebuję tego jak powietrza. 

2.11.2015

865. siedemnastka



Tegoroczny październik minął bezpowrotnie, a we mnie ciągle gra muzyka chopinowska. Trochę zaskakujące, gdyż nie interesuję się muzyką poważną; na co dzień nie słucham utworów z tego gatunku, choć to nie tak, że za nią nie przepadam, zwyczajnie nie mam ku temu okazji, odpowiedniego nastoju i stroju, nie jestem obeznana w temacie; tak naprawdę wolałabym słuchać dźwięku fortepianu na żywo. XVII Międzynarodowy Konkurs im. F. Chopina pojawił się jako coś naturalnego w mojej październikowej rzeczywistości. Wracałam z pracy, włączałam telewizor, owijałam się kocem i słuchałam, czasem niechcący zasypiając, ze zmęczenia i pod wpływem pięknych melodii. Nie śledziłam wszystkich występów od początku, dopiero z czasem bliżej przyjrzałam się uczestnikom, kiedy było ich mniej. Oczywiście mojej uwadze nie umknął fakt, że dwudziestojednoletni Koreańczyk Seong-Jin Cho zachwycił publiczność i dziennikarzy już w drugiej rundzie. Od tej chwili wiedziałam, że musi wygrać. Kto mnie zna, ten wie, że od pięciu lat moja dusza straciła wszystko co słowiańskie i polskie i zwróciła się ku dalekiemu dla mnie krajowi jakim jest Korea Południowa. Nie jestem obiektywna w swoich ocenach. Pewnie patriotyczni, a na pewno ksenofobiczni Polacy już dawno spaliliby mnie na stosie. Choć nie powiem, podobały mi się również występy polskich wykonawców. Nie zmienia to jednak faktu, że wygrał nie kto inny a Seong-Jin Cho, o czym przeczytałam dnia następnego zaraz po przebudzeniu. Na nocne wyniki nie czekałam, właśnie z powodu porannej pobudki. Po pracy obejrzałam moment ogłaszania wyników. Nie ma co ukrywać, dziennikarze zachowali się jak szalone fanki, które nie mogą opanować swoich emocji na widok ukochanego idola. Przyznam się, że moment odczytywania pierwszego miejsca obejrzałam kilka razy; miałam niesamowity ubaw patrząc na nierealność całej sytuacji, dorośli ludzie zachowali się jak bydło, nie reagując na prośby o zachowanie spokoju. W końcu organizatorzy postarali się o konferencję, tam można będzie oślepić fleszami zwycięzców. Teraz nasunęło mi się na myśl, że dziennikarze zachowali się jak ludzie rzucają się na nowo przyniesiony towar w secondo-handzie, aby upolować najlepszy ciuch. Na drugi dzień był koncert finalistów, choć na gali najbardziej błyszczał tłumacz, pan tłumacz, a zwłaszcza w momencie, w którym musiał przetłumaczyć przemówienie prof. Popowej-Zydroń. Chciałabym kiedyś opanować równie biegle angielski. Jaka szkoda, że nie dane było mi poznać imienia i nazwiska tłumacza. Ktoś zna? Największym zaskoczeniem okazały się jednak oceny jury, w końcu stojący na podium Koreańczyk przez jednego z jurorów w finale został oceniony na 1, podczas gdy inni członkowie przyznali mu 9 i 10, no i jedną 6. Zdecydowanie coś tu śmierdzi. Zwłaszcza, że to samo miało miejsce w trzecim etapie, ten sam pan uznał, że Koreańczyk nie zasługuje na bycie w finale. Przyjrzałam jeszcze raz tabelę z ocenami, w drugim etapie także ten sam pan jako jedyny był na nie. Tym panem jest Philippe Entremot. Jednak nie będę się na tym rozwodzić. Szukanie przyczyn tych niskich ocen byłoby tylko spekulacjami. W jednym z wywiadów przeprowadzonym ze zwycięzcą, moją uwagę przykuł słodki fragment, tak zdecydowanie słodki. Mr. Cho mieszka w Paryżu. Jakie ma hobby poza muzyką? Lubi odwiedzać paryskie restauracje i piekarnie, gdzie serwują croissanty i desery. Wyszukuje w internecie lokale, a gdy znajdzie ten wybrany na mapie miasta, kupuje kilka różnych ciast po czym porównuje ze sobą ich smak. Czy to nie dziwne i słodkie zajęcie? Pewnie też kaloryczne i kosztowne. Teraz, kiedy wygrał, będzie mógł zjeść tyle ulubionego tiramisu, ile jego brzuch zapragnie. A gdy przyjedzie zagrać u mnie prywatny koncert, zaserwuję mu specjalnie przygotowany przeze mnie deser. Tylko szkoda, wielka szkoda, że konkurs chopinowski odbywa się raz na pięć lat.