Mam opryszczkę, która automatycznie zaczęła pojawiać się z momentem osiągnięcia maksymalnego poziomu stresu w organizmie. Dosłownie. Zaczęłam tak okropnie płakać, bo przerosło mnie to wszystko, co mnie spotyka, co się wydarza, co jest i czego nie rozumiem, że kilka minut później poczułam ból w kąciku ust. Pomyślałam, że przez pogodę mam przesuszone usta i robi mi się pęknięcie, które odpowiednio nasmarowane zniknie po przebudzeniu ale nie, dzisiaj już wiem, że wygląda to dużo gorzej. Na co dzień biorę witaminy, jakieś, może nie mam fantastycznej odporności, ale bez przesady, żeby opryszczka. Ojciec oddał nam swoje suplementy diety, tran, jakiś super leczniczy bo super drogi, z chęcią łyknęłam. Mam nadzieję, że zniknie szybko. Może jeszcze nie przez dzisiejszą noc, ale wystarczająco szybko, bo to wygląda obrzydliwie i jak dobrze, że na co dzień siedzę w piwnicy z dala od oczu świata. Jest tyle rzeczy, które spędzają mi sen z powiek, ale wierzę, że to wszystko, co muszę poukładać w głowie i przetrawić jest tylko po to, abym na końcu była wolna. Chyba, że wcześniej zwariuję.
29.01.2020
19.01.2020
1069.
Mój ojciec umiera? Ile razy napisałam to na tym blogu, ile czasu minęło od mojego takiego ostatniego stwierdzenia? Dzisiaj poprosił o wezwanie księdza. Mojej mamie włączył się “mood” niepokoju. Można powiedzieć, że to jest prawdziwa miłość, która wybacza wszystko, i chce pomóc przejść na tamten świat bez bólu, ale nie, to nie jest miłość, to jest dla mnie coś niezrozumiałego, ale widzę, że podszytego strachem i przyszłym poczuciem winy, że nie zrobiło się wszystkiego. Nie widziałam ojca kilka tygodni, a może miesięcy, nie wiem, jestem poza tym wszystkim. Jak umrze, przejdą na nas jego długi, których oczywiście będziemy mogli się zrzec. Ale czy to nie zabawne, że długiem są alimenty, które dostawaliśmy, więc wyszłoby, że musielibyśmy oddawać pieniądze państwu, które wcześniej tak “łaskawie” nam dało. Nie potrafię odnaleźć się w tej sytuacji, bo oczywiście wszystko sprowadzam do siebie. Nie wiem, jak dostanę wolne w pracy bez powiedzenia, że potrzebuję na pogrzeb. Nie wiem, jak pójdę na ten pogrzeb, bo to jak pójście na pogrzeb kogoś obcego, ale musisz siedzieć w pierwszym rzędzie i być na widoku, bo to mimo wszystko twój ojciec. Nie wiem. Myślę o tym, że obecnie cierpi tak bardzo, że taka pokuta za to wszystko, do czego doprowadziły jego wybory życiowe jest wystarczająca. Nie wiem, jak długo jeszcze będzie musiał tak cierpieć. Tylko dzisiejszą noc, czy może kolejny miesiąc? Nie wiem. Mnie przeraża, że będę musiała być kimś w tym wszystkim. Będę złą córką, w którą wleje się poczucie winy, że ani razu go nie odwiedziłam, ale nikt nie pomyśli, że poszłabym tam i nie miała NIC do powiedzenia, a jeśli miałabym, to same przykre rzeczy. Co mogłabym powiedzieć obcej osobie? Obecnie nic, a tej, która miała być kimś ważnym, a nigdy nie była, pewnie za dużo. Mama powiedziała, że najbardziej mu szkoda, że nic nie zostawił swoim dzieciom. Ale tato, czy naprawdę myślisz, że potrzebowałabym od ciebie majątku, jeśli w rzeczywistości potrzebowałam czegoś innego? Nie mówię, że to kim jestem jest w dużej mierze twoją zasługą, ale nie oszukujmy się, byłabym kimś innym z twoją obecnością u boku. Czasem myślę o tej wersji siebie, którą byłabym, gdyby nigdy nie wydarzyło się nic złego. Kim byłabym teraz, mając “normalną” rodzinę? Teraz już za późno. Nigdy tego się nie dowiem, więc rozważania są próżne. Mam nadzieję, że twoje cierpienia nie będą trwać długo i że Bóg jest miłosierny, bo nie mojego przebaczenia potrzebujesz. Właściwie nie wiem, co miałabym ci wybaczać, skoro bezpośrednio mnie nie skrzywdziłeś, żadnym słowem, żadnym uczynkiem. Nawet nie wiesz, jak trochę ci zazdroszczę, że może niedługo będzie już po wszystkim i będzie mógł rozpłynąć się w “kranie wiecznego szczęścia.” Tak, też chciałabym już zniknąć, ale jeszcze nie odpokutowała swoich złych wyborów.
11.01.2020
1068.
Może w tym roku postanowiłam, że to ostateczny rok, w którym zmieni się coś w moim życiu, albo postawię na sobie krzyżyk. Nie wiem, ale nawiedziło mnie kilka noworocznych postanowień, które pewnie ulotnią się wraz z czasem. Myśl, że można mieć plany i je zrealizować jest kusząca, ale plany, które upadają i nie mogą być zrealizowane z różnych powodów pozostawiają gorzki smak na długo. Jestem stara, w moim osobistym przekonaniu jestem, nie rozbiłam połowy rzeczy, które moje koleżanki zrobiły mając kilkanaście lat. Po mojej głowie od wielu miesięcy chodzi pomysł, aby pójść na randkę z prawdziwego zdarzenia, nie dlatego, że odczuwam potrzebę znalezienia mężczyzny swojego życia, po prostu chciałabym zobaczyć, zobaczy jak to jest umrzeć z powodu tak wielkiego stresu. Ale od początku. Skąd bierze się osobę, z którą idzie się na randkę? Nie chcę bawić się w żadne portale randkowe, nie chcę dzielić się żadnymi informacjami o sobie, nie mam czasu na rozwijanie znajomości przez internet, zwłaszcza, że nie chcę rozwijać znajomości, ani robić komuś nadziei. Chcę pójść na randkę, jedną jedyną, ale bez zobowiązań. Może bardziej chodzi o to, że chcę z kimś spędzić czas bez przymusu tłumaczenia swojego życia od początku, czemu tak, a nie inaczej, ale z drugiej strony mam ten problem, że musiałbym takiej osobie uświadomić, że samo wyjście jest dla mnie bardzo stresujące i przy nikim nie jestem sobą, a już na pewno nie przy obcej osobie i że samo znalezienie się w tak odrealnionej dla mnie sytuacji jak randka to stres tak duży, że nie wiem, czy pierwszą rzeczą nie byłby atak paniki. Wyjście na randkę w moim wykonaniu wydaje się bardzo nierealne, ale czy tak całkowicie niemożliwe do zaistnienia? Jednak ciągle pojawia się to samo pytanie: skąd wziąć współtowarzysza? Ktoś zakrzyknie, zaprosić, można kogoś zaprosić, ale kogo, ale jak? No siema, wiesz, znamy się, a może nie, nie wiem, może zrobiłbyś dla mnie przysługę po znajomości, albo bez znajomości, i spędził wieczór, zróbmy coś bez myślenia o tym, jakie życie jest czasem przykre, czasem bezsensowne, czasem nie do zniesienia. Pójdziemy coś zjeść, tak bardzo nie lubię jeść w obecności innych, kiedy siedzimy naprzeciw siebie, kiedy patrzymy na siebie i rozmawiamy, ale zrób wszystko, żebym poczuła się komfortowo. Nie chcę pić alkoholu, ostatnio, w Sylwestra wypiłam jeden łyk i od razu zrobiłam się senna. Możemy bawić się bez alkoholu, chcę pamiętać wszystko, bo to będzie moja pierwsza i ostatnia randka, rozumiesz, muszę to długo pamiętać, i niby brzmi odpowiedzialnie, ale nie zależy mi na czymś wielkim, chcę poczuć się normalna, żywa, rozumiesz, pewnie nie zrozumiesz, bo czy ktoś zrozumie, obcy czy nie, czym byłoby dla mnie takie wyjście, jeśli nie musiałbym wytłumaczyć tego jasno i wyraźnie. Nie chodzi mi o przepuszczanie w drzwiach, o prawienie komplementów, trzymanie się za ręce, chcę wyjść z domu i zrobić coś, czego nie robiłam nigdy i nie czuć przy tym poczucia odpowiedzialności, że moje bycie miłą to zapowiedź dalszego wspólnego miłego rozwijania znajomości. Nie chcę myśleć o tym, że muszę wyglądać ładnie i że powinnam się starać być kimś, kim nie jestem tylko po to, aby się przypodobać i spodobać. Nie chcę tych dziwnych zalotów, sztuczek, chcę niewinnie cieszyć się chwilą. Tak naprawdę im dłużej dumam nad tym pomysłem, tym bardziej zażenowana czuję się swoją osobą. Bo jeśli się nad tym poważniej zastanowić, to właściwie po co mi to wszystko? Czy takie wyjście byłoby warte cokolwiek? Czy naprawdę musiałbym komuś za to zapłacić, żeby wieczór rozegrał się na moich zasadach? Zaczepię kogoś obcego na ulicy i poproszę o przysługę? Zadzwonię do znajomego sprzed lat i poproszę o przysługę? To słabe rozwiązania. Czemu żyję w świecie, gdzie to, co dla innych normalne i w jakiś sposób codziennie, mi samo myślenie o tym sprawia tyle kłopotu, że tracę motywację? Może mi właściwie nie chodzi o randkę. Może chodzi o zrobienie czegoś ekstremalnie trudne i niemożliwego do zaistnienia według mojej osobistej opinii. Jeśli pójdę na randkę to znaczy, że wygram sama ze sobą jedną bitwę. A jeśli chodzi mi właśnie o randkę? Nie wiem, niezależnie o co mi chodzi, i tak przegrałam.
7.01.2020
1067.
Chciałam przysiąść i napisać długi wpis o tym, jak niemoralnie postąpiłam i jak spędza mi to sen z powiek, ale odreagowałam już na swojej twarzy. Myślę, że pod tym względem nie ma dla mnie ratunku, ratunku dla osoby, która nie ma nikogo, kto pomógłby jej realnie poukładać od lat skłębione myśli. Pięknie zaczyna się ten roku. Ale tak naprawdę nic nie jest u mnie oddzielone etapami, życie jest jednym ciągiem upadków. Nie ważne który mamy rok, miesiąc, dzień, ciągle przegrywam ze sobą. Wczoraj kładłam się spać tak zestresowana, że nie widziałam innego wyjścia jak umrzeć tu i teraz, bo już dłużej nie wytrzymam nieustannie powtarzających się błędów i zagubienia. Dzisiaj dzień w pracy też był ciężki, jak zawsze, ciężki ze sobą samą, a potem ta nieszczęsna twarz. Ciągle pilnuję się, aby nie zwariować do reszty od tych wszystkich fobii, ale nie wiem, jak długo można żyć z tak niespokojnym umysłem. Na końcu tęsknię za życiem, którego nigdy dla mnie nie będzie. W wyobraźni tworzę świat, w którym jest pięknie. A potem i to odchorowuję. Nie pozostała już ani jedna normalna, zdrowa, dobra rzecz w moim życiu. Nawet i Ty odwróciłeś się ode mnie, choć i to jest wyłącznie moimi niespokojnymi myślami, moim nieracjonalnym wyrzutem, który hamuję z poczuciem winy, bo przecież tak jak inni nie widzą mnie, tak ja nie widzę jak bardzo się starasz i najważniejsze, zawsze było dla mnie najważniejsze, aby moi znajomi znaleźli w życiu to czego pragnęli, nawet jeśli nie ma już mnie w tym krajobrazie.
1.01.2020
1066. 2020
Nowy Rok, pierwszy wpis w tym roku, czy ma to jakieś znaczenie? Ktoś jeszcze robi postanowienia noworoczne? Na żadnych z mediów społecznościowych nie zauważyłam, aby ktoś sobie coś obiecał. Jest we mnie chęć zmian i mam dużo planów, a potem łapię się na tym, że może to tylko mój słomiany zapał. Mówię sobie “tak, chcę zrobić to i to, nawet jeśli będzie cholernie trudne”, a potem siedzę przykryta kocem, sama ze sobą, myślę o tym wszystkim kim jestem i wydaje mi się, że nie dam rady sama zrobić nic z niczym nigdy, bo nie wiem jak robi się to, co chce się zrobić, a przecież wszystko ma konsekwencje i nie mogę robić rzeczy z kaprysu, czy pod wpływem impulsu, nie mogę i już. Od kiedy stałam się tak bezsilna i niesamodzielna? Od kiedy musiałam stać się silna i samodzielna? Czy miałam wtedy kilkanaście lat? Minęła dekada, a to słowo przypomina mi o tym wszystkim, o czym już dawno powinnam zapomnieć. 2020, taka liczba zdarza się co sto lat, 1919, 2121…. Chcę umrzeć i narodzić się na nowo, ale myślę o tym, że jutro wstanę o tej samej co zawsze godzinie, wejdę do tej samej pracy co zawsze i wpadnę w moje małe rytuały i rutynę i tyle z tego wszystkiego będzie, bo zacznę funkcjonować na trybie “proszę mnie stąd zabrać i niech boli jak najmniej i niech nikt nic do mnie nie mówi”. Wiem, że potrzeba czasu, zmian wdrażanych powoli i sumiennie, ale nie mogę, chciałam coś tak bardzo zamknąć w roku poprzednim i nie wyszło, że nie wiem, co mam zrobić, aby zapomnieć i odetchnąć. Nie wierzę, że pierwszy stycznia upłynął mi na podążaniu za fikcyjnym życiem rozgrywającym się w mojej głowie, życiu,które nigdy nie nastanie dopóki nie wygram ze sobą. Czyli co, kolejny rok, kolejna okazja, aby wygrać w końcu ze sobą?
Subskrybuj:
Posty (Atom)