23.12.2015
869.
Moje ciało mnie dręczy, jakby mściło się za dawne lata mej nienawiści względem niego. Psuję się. Fachowa naprawa kosztuje. Moja przyszłość staje się niepewna. Zawsze byłam nieszczęśliwa, biedna i odcięta od tętniącego życiem świata, więc teraz nie powinno mieć znaczenia to, co się ze mną dzieje, a jednak jest mi to zupełnie niepotrzebne, wolałbym być gdzieś indziej. Ale czy komukolwiek potrzebne są choroby, tym bardziej, że te przybywają zawsze nie w porę? Nie mam prawa narzekać. Mijający rok zaczął się tragicznie i kończy równie nieprzychylnie. Wszystko co pomiędzy pozostaje wspomnieniem o chwilowym zatrzymaniu bezradności. Ach, jestem zmęczona. Ty też?
6.12.2015
868.
Niesamowite. Wydałam już 200 polskich złotych na leczenie, a podobno
chciałam umrzeć. Tymczasem wygląda na to, że to nie koniec, i leczenia i
wydawania pieniędzy. W tej sytuacji wydaje mi się, że powinnam
przyspieszyć... swój koniec.
28.11.2015
867.
Przede mną mój ostatni dzień pracy, a mi po głowie
ciągle wędruje myśl, że nigdy nie wyglądałam tak elegancko jak przez ostatnie
osiem miesięcy. Narzucone wymagania i zasady, do których wypadało się
dostosować sprawiły, że mój wygląd się zmienił, a jednak nadal jestem „uroczą dziewczynką”,
nie sposób dostrzec we mnie kobietę, choć zwracają się do mnie per pani. Wyglądam
mniej niż na swoje dwadzieścia pięć lat, dobrze mi z tym. Nagle zaczęłam zastanawiać
się nad tym, jak wyglądałam dla tych wszystkich ludzi, którym otwierałam drzwi
wejściowe, jak brzmiał dla nich mój głos, jak prezentowała się twarz, postawa.
Teraz próbuję odgadnąć jak postrzegały mnie przewodniczki. Czy byłam
wystarczająco dobra w swojej pracy, a może wręcz przeciwnie? Czy lubiły razem
ze mną „chodzić na wycieczki”, czy może było im obojętne, która z naszej
drużyny „pomoce muzealne” pojawiała się w pałacowej sieni? Czy tak samo często
rozmawiały o nas, jak my o nich? Niezależnie od dziwnych czy denerwujących
sytuacji, na swój sposób polubiłam każdą z nich, i to zaskakujące, że wiem
pewnie o nich więcej niż one o mnie, a przecież nikogo o nic nie pytałam, nie
szukałam, nie byłam zainteresowana, tylko słuchałam. Usłyszałam wiele opowieści,
prawdziwych i wymyślonych, o ludziach z otoczenia, o ludziach z gazet i
telewizji, o ludziach, których nie znam i nie poznam, ale nie potrafię
przytoczyć żadnej z nich. Czy to nie dziwne, że człowiek ma potrzebę dzielenia
się przeróżnymi historiami i dziwne, że nie miałam czym podzielić się ze
współpracownikami, więcej nie czułam takiej potrzeby, a momentami z chęcią chciałabym
nie słyszeć niesmacznych żartów. Teraz
to bez znaczenia. Mam wrażenie, że ostatnie osiem miesięcy minęło tak szybko,
że jeszcze chwila, a stwierdzę, że wyśniłam cały ten czas. Prawdopodobnie to ostatni
wpis o moim miejscu pracy, na szczęście i nieszczęście, bo gdzie znajdę kolejne.
18.11.2015
866. Każda przygoda dobiega końca; pałac rozpływa się we mgle.
Turystów już prawie nie ma. Snują się parami lub
niewielkimi grupkami między alejkami parku, w zależności od dnia, wśród
deszczu, mgły lub silnego wiatru. Ostatnio w ciągu pięciu godzin otwarcia
muzeum przybyła tylko piątka. Sama już zapomniałam jak wyglądają słoneczne
promienie. Często wracam myślami do letnich dni i nie mogę uwierzyć, że upalne
lato w tym roku wyjątkowo przypadło mi do gustu. Pewnie dlatego że byłam
„księżniczką” w chłodnym pałacu, który z czasem wypełniło duszne i gorące
powietrze, a jednak wysoka temperatura nie zwaliła mnie z nóg. Teraz pokoje są
chłodne, a ja dopasowuję się do tego jesienne klimatu swoim nastrojem. Niedługo
i mnie nie będzie na salonach. Chciałabym, aby zima w tym roku była równie
skąpa w opady śniegu jak zeszłoroczna, ale prognozy są inne, mroźniejsze. Znowu
mam wielki problem z kupnem zimowej kurtki, ale czwarta zima bez porządnego
okrycia wierzchniego to zbyt wiele. Chciałabym tylko, aby była ciepła i z
kapturem, ale okazuje się, że to zbyt wielkie wymagania jak na moją kieszeń. Za
dwa tygodnie znowu zostanę bez pracy i planu na dalsze życie. Pałac rozpłynie
się we mgle, a tłumy turystów pozostaną wspomnieniem. Nigdy w całym swoim
dotychczasowym życiu nie miałam styczności z tak wieloma osobami, nigdy nie
uwierzyłabym, że potrafię bez stresu i obaw rozmawiać z kimś obcym, uśmiechać
się szczerze, być otwartą, pomocną, być kimś normalnym, zwyczajnym, być tu i
teraz, cieszyć się chwilą mimo zmęczenia, znudzenia czy przygnębienia. Myślę,
że ten czas zmienił mnie choć trochę, chciałabym wierzyć, że na lepsze, ale nie
jestem przekonana, czy taka jest prawda. Możliwe, że kiedyś powrócę do tego
miejsca, wspominając, że właśnie tutaj, w tym muzeum, podjęłam swoją pierwszą
pracę w życiu; tymczasem czuję, że muszę wyjechać jak najdalej stąd. Boże,
pomóż mi, bo potrzebuję tego jak powietrza.
2.11.2015
865. siedemnastka
Tegoroczny październik minął
bezpowrotnie, a we mnie ciągle gra muzyka chopinowska. Trochę zaskakujące, gdyż
nie interesuję się muzyką poważną; na co dzień nie słucham utworów z tego
gatunku, choć to nie tak, że za nią nie przepadam, zwyczajnie nie mam ku temu
okazji, odpowiedniego nastoju i stroju, nie jestem obeznana w temacie; tak
naprawdę wolałabym słuchać dźwięku fortepianu na żywo. XVII Międzynarodowy
Konkurs im. F. Chopina pojawił się jako coś naturalnego w mojej październikowej
rzeczywistości. Wracałam z pracy, włączałam telewizor, owijałam się kocem i słuchałam,
czasem niechcący zasypiając, ze zmęczenia i pod wpływem pięknych melodii. Nie
śledziłam wszystkich występów od początku, dopiero z czasem bliżej przyjrzałam
się uczestnikom, kiedy było ich mniej. Oczywiście mojej uwadze nie umknął fakt,
że dwudziestojednoletni Koreańczyk Seong-Jin Cho zachwycił publiczność i dziennikarzy
już w drugiej rundzie. Od tej chwili wiedziałam, że musi wygrać. Kto mnie zna,
ten wie, że od pięciu lat moja dusza straciła wszystko co słowiańskie i polskie
i zwróciła się ku dalekiemu dla mnie krajowi jakim jest Korea Południowa. Nie
jestem obiektywna w swoich ocenach. Pewnie patriotyczni, a na pewno
ksenofobiczni Polacy już dawno spaliliby mnie na stosie. Choć nie powiem,
podobały mi się również występy polskich wykonawców. Nie zmienia to jednak
faktu, że wygrał nie kto inny a Seong-Jin Cho, o czym przeczytałam dnia
następnego zaraz po przebudzeniu. Na nocne wyniki nie czekałam, właśnie z
powodu porannej pobudki. Po pracy obejrzałam moment ogłaszania wyników. Nie ma
co ukrywać, dziennikarze zachowali się jak szalone fanki, które nie mogą opanować
swoich emocji na widok ukochanego idola. Przyznam się, że moment odczytywania
pierwszego miejsca obejrzałam kilka razy; miałam niesamowity ubaw patrząc na
nierealność całej sytuacji, dorośli ludzie zachowali się jak bydło, nie
reagując na prośby o zachowanie spokoju. W końcu organizatorzy postarali się o
konferencję, tam można będzie oślepić fleszami zwycięzców. Teraz nasunęło mi
się na myśl, że dziennikarze zachowali się jak ludzie rzucają się na nowo
przyniesiony towar w secondo-handzie, aby upolować najlepszy ciuch. Na drugi
dzień był koncert finalistów, choć na gali najbardziej błyszczał tłumacz, pan tłumacz,
a zwłaszcza w momencie, w którym musiał przetłumaczyć przemówienie prof.
Popowej-Zydroń. Chciałabym kiedyś opanować równie biegle angielski. Jaka
szkoda, że nie dane było mi poznać imienia i nazwiska tłumacza. Ktoś zna? Największym
zaskoczeniem okazały się jednak oceny jury, w końcu stojący na podium Koreańczyk
przez jednego z jurorów w finale został oceniony na 1, podczas gdy inni członkowie
przyznali mu 9 i 10, no i jedną 6. Zdecydowanie coś tu śmierdzi. Zwłaszcza, że
to samo miało miejsce w trzecim etapie, ten sam pan uznał, że Koreańczyk nie zasługuje
na bycie w finale. Przyjrzałam jeszcze raz tabelę z ocenami, w drugim etapie
także ten sam pan jako jedyny był na nie. Tym panem jest Philippe Entremot. Jednak
nie będę się na tym rozwodzić. Szukanie przyczyn tych niskich ocen byłoby tylko
spekulacjami. W jednym z wywiadów przeprowadzonym ze zwycięzcą, moją uwagę przykuł
słodki fragment, tak zdecydowanie słodki. Mr. Cho mieszka w Paryżu. Jakie ma
hobby poza muzyką? Lubi odwiedzać paryskie restauracje i piekarnie, gdzie serwują
croissanty i desery. Wyszukuje w internecie lokale, a gdy znajdzie ten wybrany
na mapie miasta, kupuje kilka różnych ciast po czym porównuje ze sobą ich smak.
Czy to nie dziwne i słodkie zajęcie? Pewnie też kaloryczne i kosztowne. Teraz,
kiedy wygrał, będzie mógł zjeść tyle ulubionego tiramisu, ile jego brzuch zapragnie.
A gdy przyjedzie zagrać u mnie prywatny koncert, zaserwuję mu specjalnie przygotowany
przeze mnie deser. Tylko szkoda, wielka szkoda, że konkurs chopinowski odbywa się
raz na pięć lat.
17.10.2015
864. dawno temu latem
Od dłuższego czasu myślę o tym, aby wspomnieć o minionym lecie, ale
nieustannie brak mi siły. Znowu choruję, a właściwie ten stan można
uznać za przeszły; po sześciu dniach czuję się trochę lepiej. Zapadający
szybko zmrok wlewa w moje ciało zmęczenie, a chłód i wiatr targający
drzewami osłabia moją odporność. W pracy jest zimno, jak to w pałacowych
murach, które zawsze słabo ogrzewano. Jesienią i zimą wszystko zaczyna
się psuć, również i ja. Dawno nie wydałam tak mnóstwo pieniędzy na
lekarstwa jak przez ostatnie sześć miesięcy, może dlatego że zaczęłam
się w końcu leczyć, ale nie o tym teraz. Chciałam wspomnieć o minionym
lecie, ponieważ w tegoroczne upały wpisało się wiele wartych
zapamiętania momentów, a nie było okazji, aby na spokojnie opisać je
wszystkie, jednak teraz, zaczynając ten wpis, zastanawiam się czy jest w
tym sens. Naiwnie liczę na to, że moja pamięć przechowa wszystko do dni
mej starości (jeśli takiej dożyję), ale przecież czas zaciera obrazy,
więc pewnie zapomnę też historię jednego z polskich arystokratycznych
rodów, którą znam dobrze, jeśli dobrze mi ją przekazano. Prawdopodobnie z
mojej głowy wyparują też imiona wszystkich osób, którym codziennie
mówiłam dzień dobry. Piszę o tym tak, jakby właśnie nastał grudzień,
jakbym szykowała się w podróż na drugi koniec świata, jakbym lada dzień
miała zapomnieć o tych ośmiu miesiącach, które, chcąc nie chcąc,
uratowały mi życie. Zamknięcie w dusznych salonach pałacu i wspólne
narzekanie na tłumy turystów, pamiętam to wszystko, jakby miało miejsce
wczoraj. Pośpiech, wykonywanie setki czynności, sprzątanie tu, i tam, i
jeszcze tam, wewnątrz i zewnątrz. Czasem wydaje mi się, że to będzie
jedno z najbardziej ekstremalnych zajęć, które było mi dane wykonywać w
życiu, bo oprócz obsługi ruchu turystycznego, przyszło dbanie o czystość
w pomieszczeniach i budynkach na terenie założenia, w parku, no i w
samym pałacu, a wszystkie te czynności są jakby z trzech różnych
kategorii; w końcu inaczej myje się ławki, a inaczej ściera kórz z
eksponatów. Nadal trudno mi uwierzyć, że osoby z działu, które mają
pokój na samym końcu długiego korytarza, muszą podołać przeróżnym
obowiązkom, niekoniecznie do siebie pasującym; z rana biegają w brudnym
(od sprzątania) fartuszku, a trzy godziny później przywdziewają
elegancki strój, otwierając drzwi szorstkimi dłońmi, z często
odpryskującym od paznokci lakierem, i uśmiechem na twarzy. Chciałabym
opisać wszystkie dziwne, stresujące i zabawne sytuacje, w których się
znalazłam, ale nie mam do tego głowy. Wszystko jest we mnie miłym
wspomnieniem, nawet przykre czy denerwujące incydenty jawią się jako
wartościowe i ciekawe doświadczenie. Chciałabym przekazać moje odczucia z
tamtych dni, ale wiem, że to niemożliwe. Pierwszy raz w życiu gorące i
duszne lato nie było szkodliwe. Odstawiłam na bok filozoficzne
rozmyślania i zapomniałam jak to jest godzinami zadręczać się bezsensem
istnienia, straconymi przyjaźniami, przykrymi sytuacjami w domu,
problemami bliskich czy niechęcią do siebie samej. Część przemyśleń
wyparowała, część zepchnęłam na bok. Zaczęłam bardziej uczestniczyć w
realnym życiu i tym samy sama odżyłam, chyba właśnie tak się stało.
Oczywiście życie nie jest czymś stałym, więc i stale pojawiają się nowe,
albo wracają stare, zatruwające duszę sytuacje, ale staram się odpychać
je od siebie, bo chcę wierzyć, że rzeczy, które po drodze się zagubiły,
już nie wrócą, nie ze zdwojoną siłą, chyba tylko to mnie martwi, że
może tak naprawdę wszystko, czego się nauczyłam, w grudniu przepadnie, i
tak jak zostanę bez pracy, tak też wszystko co złe wróci tylko w innej
postaci, w jeszcze większym otępieniu, niezdolności do działania,
izolacji. Tegoroczne lato było słonecznie i piękne. Bawiłam się dobrze.
Dziękuję.
24.09.2015
863. jestem ale znikam?
Bawi mnie słuchanie przemyśleń innych związanych z moją osobą. Uśmiecham
się, wcale nie złośliwie, bawi mnie to jak dobry żart, jeszcze
bardziej, gdy wiem, że nie wiedzą, iż kiedyś taka nie byłam, to po
prostu regresja, której poddaję się dobrowolnie, bez walki, uśmiecham
się, bo to takie zabawne, prawie nie istnieć. Koleżanka z pracy spogląda
przyjaźnie w moją stronę, po czym mówi: nasza K. jest taka cicha, skromna, nic nie mówi, w ciągu dnia zje jedną kanapkę, wypije jedną szklankę herbaty…
Obie wybuchamy śmiechem, bo aż trudno uwierzyć, że to prawda i że można
istnieć w ten sposób. Inna koleżanka, również z tej samej pracy,
wspomina, że zanim zaczęła tutaj pracować też taka była, cicha i
spokojna, była, ale tak jakby jej naprawdę nie było, a teraz, tak, teraz
widzę, że jest kobietą, otwartą, pewną siebie, i choć nie znałam jej
wcześniej, wierzę, że osiem lat to wystarczająco dużo, aby poddać się
zmianom. Przytakuję z uśmiechem na jej słowa, co mam powiedzieć,
przecież wiem, że za dwa miesiące mnie nie będzie, nie tutaj, nie w tej
pracy, a i myśl o byciu, namacalnym, dostrzegalnym, odpycha, bo to
nikomu nie potrzebne, bo to nie ma znaczenia, bo nikt nie zachęca, bo po
co, że niby takie, otwarte, mówiące (niekoniecznie rozgadane) osoby
mają łatwiej, bo to jeszcze na coś mi się przyda, nie wiem, może tak to
działa, próbuję wynaleźć argument, ale nie wiedzę w tym sensu, więc
brnę w ciszę, aby mieć trochę spokoju, chociaż w przebywaniu z samą
sobą, bo nagle wszystko co realne i życiowe nie jest warte uwagi, więc
oblekam się w obojętność, siedzę, słucham, obserwuję, mam wrażenie, że
śnię na jawie, zapominam o wszystkich, którzy dawniej wypełniali moje
myśli, aż po brzegi, aż do bólu. Dziwne to wszystko. Czasem próbuję się
usprawiedliwić, to całe swoje wycofanie, ale dla takiego życia nie ma
usprawiedliwienia. Zasłużyłam na całe zło, które mnie spotyka.
29.08.2015
862. Am I a ghost or am I walking with a ghost?
Przedostatni dzień sierpnia za
chwilę się skończy, a mi nagle przypomniało się, że w lipcu rozmyślałam o duchach,
prawdopodobnie pod wpływem lektur i programu telewizyjnego z lat dziewięćdziesiątych. Przeszło mi przez
myśl, że istnieje duże prawdopodobieństwo, iż po śmierci będę przeraźliwie
nieszczęśliwą zjawą uwiezioną między dwoma światami. Nawet nie wiem, czy w to
wierzę, ale możliwość zaistnienia takiej sytuacji zaprzątała moje lipcowe myśli.
Czy byłabym duchem złym i nękającym ludzi, czy może samotnym i błagającym o
wybawienie? Trudno mi ocenić, zwłaszcza, że pewnie rodzaj ducha zależy od tego
kim było się za życia, czym wypchało się swoją duszę oraz w jaki sposób zakończyło
się żywot. Wierzę w życie pozagrobowe, choć trudno mi uwierzyć w to, że
niektóre dusze błąkają się tak zwyczajnie po świecie i straszą ludzi, to
znaczy, zastanawia mnie, czy ich celem byłoby tylko straszenie innych? Czy duchy
działają świadomie, czy na oślep, czy mają świadomość tego, że kiedyś należeli do
świata, po którym teraz błąkają się w innej postaci. Jak odczuwają swoją
niematerialność, gdzie przebywają w dzień, jeśli ich obecność można wyczuć głównie
nocą? Czy duchy są zestresowane podczas
swojego pierwszego straszenia; czy inne duchy wpierają kolegów podczas „pierwszego
razu”? Czy duchy walczą między sobą o pozycję w grupie, czy muszą pracować na
swoje „duchowe’ życie, czy organizacja poza ziemska wygląda podobnie do życia
ziemskiego, czy to wszystko nie brzmi śmiesznie? Takie oto nie prowadzące do
niczego rozmyślania snułam przed snem w lipcowe noce, aby wraz z końcówką
sierpnia, pod wpływem obejrzanych filmów, zacząć zastanawiać się nad samobójstwem,
nie swoim, ogólnie, nad ludzkim. Co sprawia, że jedni decydują się na ostatecznych
ruch, podczas gdy drudzy żyją z ukrytym pragnieniem śmierci, lecz nie robią nic, tylko
milczą, cierpią i czekają. Myślałam o tym tak jak dawniej i pomyślałam o tym
teraz, próbując odgadnąć, co sprawia, że zawsze znajduję
coś, co przypomni mi o moim zawieszeniu między życiem a śmiercią,
niezdecydowaniu i rozdarciu. Więcej nie pamiętam, lipiec i sierpień minęły jak mrugnięcie
powiek, większość czasu spędziłam w pracy.
___
Wiesz co jest w tobie piękne, Richie? Dla ciebie śmierć nie jest tylko etapem życia. Jest częścią ciebie. Żyje w tobie. Spowija twoją duszę. Możesz jedynie zaakceptować, że każdy kolejny dzień, może być ostatnim. ("Before I Disappear", 2014)
___
Wiesz co jest w tobie piękne, Richie? Dla ciebie śmierć nie jest tylko etapem życia. Jest częścią ciebie. Żyje w tobie. Spowija twoją duszę. Możesz jedynie zaakceptować, że każdy kolejny dzień, może być ostatnim. ("Before I Disappear", 2014)
Subskrybuj:
Posty (Atom)