29.10.2017

955.

Tydzień temu sąsiad z góry zalał nam mieszkanie. Czasem można odnieść wrażenie, że mieszkamy w przeklętym miejscu. Nie wierzę w to, ale tak to właśnie wygląda, regularnie spotykają nas nieszczęścia, choć naturalną rzeczą jest, że stare rzeczy się psują a wypadki zdarzają. Po dwudziestej drugiej pękł kaloryfer w jego łazience i momentalnie zaczęła przeciekać do nas woda, najpierw wąskim strumyczkiem z sufitu w przedpokoju, a potem po ścianach, a nawet po żyrandolu i żarówce, więc musieliśmy wyłączyć światło. Dopiero gdy mój brat zastukał do drzwi sąsiada, ten zorientował się, że problem jest dość poważny, bo nasz blok, zresztą jedyny w okolicy, ma podłączone ogrzewanie centralne do szkoły znajdującej się obok, a zatrzymanie obiegu wody o tej porze mogło być problemem. Gdyby nie nasz wujek złota rączka, który pomaga w każdej kryzysowej sytuacji, moglibyśmy mieć problem do rana. (Czasem mu - wujkowi - szczerze współczuje, naprawiał już u nas niemal wszystko, choć nigdy nie daje po sobie poznać, że mu to przeszkadza, jest bardzo pozytywną i obrotną osobą). Zatkać dziurę w pękniętym kaloryferze ciężko, a dojść do tego, którą rurę w piwnicy zakręcić też niełatwo, ale sytuację udało się opanować. Może gdyby sąsiad nie był w tak wielkim szoku, wpadłby na to, że skoro nie da się podstawić miski pod cieknący kaloryfer (nie byłam na miejscu, bo ścierałam wodę u nas, ale wygląda na to, że woda tryskała w różne strony), mógłby zacząć chociaż ścierać potop ze swojej podłogi, przez którą przeciekała do nas woda. Wzięła się za to moja mama, aby ratować nasze ściany. “Proszę nie ścierać, sam potem zetrę wodę.” To właśnie usłyszała, co świadczy o tym, że szok sąsiada był ogromny, tak ogromny, że był w stanie palić jedynie papierosa. Mogłoby się wydawać, że mamy wielkiego pecha, ale za poniesione szkody dostaniemy odszkodowanie, choć patrząc na to, że nikt u nas nie lubi załatwiać takich papierkowo-urzędowych spraw (bo od zawsze włóczymy się po urzędach, więcej niż przeciętna rodzina), mogliśmy zwyczajnie odpuścić. Dostaniemy jednak odszkodowanie i tak oto całe zalanie nagle okazało się błogosławieństwem, bo dzięki temu będziemy mogli zapłacić rachunki. Odkąd jestem bezrobotna, spędzam dużą ilość czasu w internecie, w sumie dwanaście godzin na dobę (o zgrozo), wiadomo przeglądam ogłoszenia o pracę, albo błądzę po social mediach i youtube, co albo wymaga włączonego komputera albo częstego ładowania telefonu. Mam dwóch braci, którzy również korzystają z komputera, telefonów, oglądają telewizję, a przecież do prądu są podłączone inne urządzenia w domu oraz zapadający szybko zmrok wymaga rozświetlenia żarówkami. Latem zużywamy zdecydowanie mniej prądu, bo i mnie spędzamy czasu w domu, więc teraz rachunek będzie ogromny. Do tego należy doliczyć wodę, bo nagle mój brat, któremu przedłużono umowę, poczuł się jak król i bierze prawie codziennie kąpiele, przy czym ja od dwóch lat korzystam tylko z prysznica. Tak to nasze życie rodzinne się toczy, każdy żyje swoim odmiennym życiem w zależności od wypłaty lub jej braku, swoich przyzwyczajeń i zajęć, które pozwalają odciąć się od  rzeczywistości lub w niej zatonąć.
(Chciałam poświęcić wpis NamTae, ale mam wrażenie, że pojawiło się we mnie tak dużo przemyśleń, które przeskakują od jednego do drugiego, że chyba nigdy nie będę w stanie zebrać tego w całość i stworzyć wpis o tym, jak to jest jednego dnia być otoczonym ludźmi 24 godziny na dobę siedem dni w tygodniu przez lata, z całym nadzorem wytwórni i ograniczeniami, a drugiego poczuć smak wolności, ale i samotności oraz pustki. Posiadam tę okropną umiejętność wczuwania się w sytuację innych i mnie to męczy. Powinnam przestać rozmyślać o życiu ludzi, którzy nie istnieją w mojej czasoprzestrzenni, o tym, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami wytwórni, o tym jacy ludzie są, gdy kamera nie patrzy. NamTae pokazał mi odrobinę tej prawdy i pewnie dlatego o tym myślę, bo rozbraja mnie każda szczerość, która wynika ze słabości, będąc jednocześnie siłą do mówienia o tym, co prawdziwe. Powiem tylko, że najbardziej utkwił mi w pamięci fragment wywiadu, który pozwolę sobie przytoczyć. "I tried hard to be happy but I have given up. I don't know when I'm happy. I do want to feel happiness but to be honest, I don't know when I'm happy. I really don't know what happiness is. But I hope that someday I would realize what is like to be happy. I'm really counting down to the day when I finally know it." Też na to cierpię, właściwie od zawsze, nigdy nie potrafiłam określić, kiedy jestem szczęśliwa. Nigdy nie wiem, czy odczuwam szczęście, czy tylko udaję. Moje szczęście to pewnie tylko ulga, że nie odczuwam strachu i smutku, ale to nie ma nic wspólnego z cieszeniem się z bycia tu i teraz. On ma nadzieję, że uda mu się odnaleźć brakujące uczucie, a wiem, że nad tym pracuje, tymczasem ja poddałam się całkowicie, zwyczajnie nie wierzę, że można być szczęśliwym człowiekiem, bez wątpliwości i nieustannej walki z samym sobą. Wierzę, że niektórzy osiągają wyższy poziom wtajemniczenia i realnie mogą odnaleźć w sobie to coś, co będzie dla nich uczuciem szczęścia, bo będą mieć warunki ku rozwojowi. Ja nie mam siły na szukanie szczęścia, nie mam do tego warunków, głowy i pomocnika. Muszę znaleźć pracę, a i tak wiem, że to nie sprawi, że będę szczęśliwa. Zostanę "tylko" wyrwana z koła rozpaczy, choć obawiam się, że jeśli do końca roku nic się nie zmieni, to sytuacja stanie się czymś ponad moje siły. Nie będę w stanie przeżyć kolejnego Sylwestra sama, bez nadziei na lepszy rok. Ósmy raz pod rząd to nawet dla mnie może być za wiele.)

23.10.2017

954.

Jutro w Polsce będzie miał miejsce koncert koreańskiego zespółu, od którego zaczęła się moja przygoda z koreańską muzyką, choć naprawdę zaczęło się od dramy, czyli serialu, gdzie wystąpił wokalista jednego z koreańskich zespołów, grając również członka zespołu. Nie od razu wpadłam na to, że serialowy Jeremy to w rzeczywistości Lee Hongki, frontman realnie istniejącego zespołu FT Island. Minęło prawie osiem lat, moje zainteresowanie Koreą nie zmalało ani trochę przez ten czas, a sam zespół rozwinął skrzydła i jak widać, ciągle wydaje albumy i koncertuje, choć to ludzie w zbliżonym do mnie wieku. W 2009 roku nawet w najśmielszych marzeniach nie przypuszczałabym, że koreańskie zespoły na swojej koncertowej mapie będą tak często wybierać Polskę. W swoich najśmielszych koszmarach, nie przypuszczałabym, że będę mieć szumy uszne. Dopiero po fakcie dowiedziałam się, że można mieć coś takiego, w dodatku utrudniającego nie tylko życie, ale też przekreślającego uczęszczanie na głośne wydarzenia. Niby mam specjalne tłumiące zatyczki do uszu, które wypróbowałam raz, ryzykując, i fakt, nie pogorszyło mi się, ale to nie daje mi gwarancji, że nie może się pogorszyć, gdybym często fundowała sobie taką rozrywkę. Z wielką chęcią usłyszałbym FT Island na żywo, zarówno ich bardzo stare piosenki, jak i te nowsze, nie wspominając o głosie Hongkiego, który jest dla mnie wyjątkowy i przejmujący w balladach (tak, nie raz ryczałam, tak bolało mnie serce, ale uwielbiam takie głosy, które sprawiają, że słucham ballad, których kiedyś nie lubiłam, uważając za zwykłe pianie), ale sytuacja jest jaka jest. Biletów na koncert nie miał mi kto zafundować, a sama jestem tak zestresowana tym, że pieniądze na bezrobociu ubywają, a nie przybywają, że nawet nie jest mi przykro, że ZNOWU nie mogę być na koncercie, o którym marzyłam. (Powiedziałam sobie, że na ten koncert pójdę, jeśli przyjadą do Polski, a tydzień później pojawiła się taka informacja, aż nie wierzyłam w ten zbieg okoliczności.) Przerabiałam taką sytuację pewnie z pięćdziesiąty raz, bo przecież od dziecka każdy posiada ulubiony zespół, który chciałby usłyszeć na żywo, a przypominam, że mam już 27 lat, więc takich zespołów miałam i mam wiele, co za tym idzie, tym więcej rozczarowań musiałam przełknąć, głównie z powodu braku pieniędzy, więc jestem przyzwyczajona i odporna. Mogę nawet kolokwialnie powiedzieć, już mnie to nie rusza. Jestem odcięta od swoich uczuć w tej kwestii i mogłabym powiedzieć, że nawet wypieram ze świadomości fakt, że takie wydarzenia miały miejsce tak blisko mnie, ale jest to sprzeczne z tym, że uwielbiam czytać wszystkie fanowskie relacje i oglądać nagrania, więc nie mogę zapomnieć, że wydarzenie miało miejsce. Siedzę przed komputerem, przeglądam media społecznościowe i jestem naprawdę szczęśliwa ze szczęścia innych. Nawet jeśli chciałabym być na czyimś miejscu, nigdy nie odczuwam niszczącej zazdrości. Nigdy nie byłam zazdrosna tak, że chciałam zniszczyć szczęście innych i zastanawiam się jak to możliwe, bo przecież nie raz znalazłam się w sytuacji, w której mogłaby pochłonąć mnie zazdrość. Jak to możliwe, że potrafię nastawić się pozytywnie, a nie negatywnie względem szczęścia innych przy swoich niekończących się niepowodzeniach? Nie wiem. Może dlatego, że przez większość czasu odczuwam tak wielką pustkę, że potrzebuję karmić się cudzym szczęściem, aby nie zapomnieć czym jest to uczucie. Zauważyłam, że robię to bardzo często. Spędzam mnóstwo czasu na oglądaniu cudzych żyć w internecie, bo najbezpieczniej wybrać osoby, które nie są w jakikolwiek sposób ze mną związane. Czemu? Łatwiej wtedy zerwać przywiązanie emocjonalne, a i te osoby nie odczują mojej męczącej obecności w swoim życiu. Oglądam więc koreańskie programy rozrywkowe, subskrybuję vlogi ludzi, których lubię słuchać, śledzę życie idoli lub ludzi zwykłych, którzy są szczęśliwi, bo robią to, co kochają. Przy czym cały czas próbuję dojść do tego, jakim cudem jestem tak bardzo emocjonalnie w coś zaangażowana, a jednocześnie odcięta od swoich uczuć. Nie chcę wyciągać pochopnych wniosków, ale miałam taki moment w życiu, kiedy pomyślałam, że coś się we mnie zmienia na lepsze i wreszcie wychodzę z mroku, przez co teraz boję się pomyśleć, że nie stało się nic więcej, jak tylko depresja przybrała inną formę, i tak oto z zapłakanego, nadwrażliwego i umierającego co dnia dziecka, stałam się pustą, bezuczuciową dziewczyną, która i tak musi umrzeć. Nawet nie wiem, czy naprawdę tak myślę. Chcę wierzyć, że nie jest to prawda opisująca mnie, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że w którymś momencie coś mnie przerosło i zwyczajnie zamiast się rozpłakać i zacząć cykl płaczy daremnych, doznałam tak wielkiego szoku, że życie we mnie zamarło i czekam aż ktoś mnie odczaruje, przy czym wiem, że nic takiego nie nastąpi, bo nic się nie zmienia od tak, od ręki.


(Jestem w szoku, że można przejść od wpisu na temat koncertu do wpisu o osobistym nieprzystosowaniu do życia.)

15.10.2017

953.

Chciałam napisać, od miesięcy próbuję pisać częściej, ale gdy jestem gotowa, aby zabrać się za tę czynność, okazuje się, że jest wiele ciekawszych rzeczy, które mogę robić akurat przed komputerem. Wczorajszego wieczoru postanowiłam zrobić przerwę od koreańskich programów rozrywkowych, które nagle stały się jedyną rzeczą sprawiającą, że śmieję się głośno i szczerze. To sprawia, że popadam w pewnego rodzaju uzależnienie, bo każdy lubi czuć się dobrze, zwłaszcza, gdy realna rzeczywistość nie dostarcza ani jednego powodu do uśmiechu. Wczoraj postanowiłam skosztować innego rodzaju emocji i po raz drugi w życiu, po trzech latach od seansu, obejrzałam “Posępną noc”. To zdecydowanie była posępna noc również dla mnie. Wraz z pojawieniem się napisów końcowych miałam ochotę rozpłakać się jak dziecko. Filmy o przyjaźni z prostym, cichym, ale łamiącym zakończeniem zawsze są dla mnie wyjątkowo bolesne.
Chciałam płakać, ale nie pozwoliłam sobie na to. Nie pozwalam sobie płakać od dawna. Niesamowite, że jeszcze kilka lat temu byłam największą beksą, jaką spotkałam. Płakałam nad życiem swoim i każdego swojego znajomego, z którym łączyła mnie emocjonalna, czasem tylko internetowa znajomość. Może to był tylko okres dojrzewania, który zajął mi wyjątkowo długo, lub nie zdiagnozowana przez specjalistę nadwrażliwość, a może byłam głupia, że wylałam tyle daremnych łez, bo ostatecznie nikt się do mnie nie odzywa. Prawda, płakaniem nie da się udowodnić swojej przyjaźni, ani szczerymi słowami, bo podobno czyny są ważniejsze niż słowa. Człowiek czasem ma wrażenie, że robi wszystko, aby utrzymać z daną osobą kontakt, a na końcu, kiedy zostaje z ciszą, i tak obwinia siebie. Myślę, że gdybym była kimś innym, bardziej otwartym, czyli lepszym według standardów kontaktów międzyludzkich, miałabym przy sobie ludzi, na których zależy mi od lat. Tymczasem mam na co zasłużyłam. Może to “wykrakałam”? Miałam taki okres w życiu, że nie opuszczało mnie wrażenie, że każda ucieczka, która wiązała się ze strachem, czasem panicznym, w przyszłości zaowocuje tym, że zostanę sama. To nie tak, że jestem sama. Są osoby, które od lat utrzymują ze mną kontakt, nawet jeśli wraz z nadejściem dorosłości widujemy się rzadko i jestem wdzięczna za ich obecność w swoim małym marnym życiu, ale nie mogę pogodzić się z tym, że reszta rozpłynęła się jak we mgle. Nie pozwalałam sobie jednak na tęsknoty, nie za często, bo wiem, że prędko by mnie to zniszczyło, zwłaszcza, że pewnie tęsknię za przeszłością, której już nie ma. Mam tylko nadzieję, że moi znajomi radzą sobie lepiej niż ja.
Wysłuchałam piosenki lecącej podczas napisów końcowych i włączyłam okienko. Potem zaczęłam oglądać koreańskie programy rozrywkowe, aby pozbyć się tego nieprzyjemnego uczucia straty, przez co znowu poszłam spać po północy. Kiedyś gdzieś usłyszałam, że jak człowiek położy się spać po północy, to niezależnie od tego jak długo będzie później spał i tak obudzi się niewyspany. Jest to prawda, która sprawdza się w moim przypadku. Oczywiście uczucie niewyspania mija po jakimś czasie od przebudzenia i spokojnie po dziewięciu godzinach snu (śpię jak królowa, a raczej jak osoba bezrobotna), może funkcjonować cały dzień bez potrzeby drzemki.

Zapowiadają ładną pogodę przez kilka dni, więc skuszę się na niejedną długą rowerową przejażdżkę. Brakuje mi tego, przecież podczas lata jeździłam tak często. Poza tym nic się nie zmieniło. Gdyby nie zmieniający się krajobraz za oknem, miałabym wrażenie, że czas zatrzymał się w miejscu. Utknęłam w sytuacji, z której nie potrafię się wydostać i tylko koreański nierealny świat oraz modlitwa sprawiają, że trwam, choć to głupie, zestawiać ze sobą tak dwa odmienne światy, a jednak w jakiś sposób to u mnie działa. Czasem zastanawiam się, co zrobiłabym będąc osobą niewierzącą. Dawniej, ze swoją skłonnością do autodestrukcji, teraz mogłabym zrobić coś naprawdę głupiego, jeszcze głupszego niż kiedyś, ale jak zawsze nie zauważalnie. Teraz albo jestem spokojniejsza, właśnie dzięki modlitwie, albo coś we mnie zamarło. Nawet nie potrafię wprowadzić diety aka niejedzenie, choć dawno temu byłam w tym mistrzem. Pewnie dlatego że obiecałam sobie - nigdy więcej - i jestem okropna, że dotrzymuję obietnic. Ostatnio natrafiłam na wideo o derealizacji i depersonalizacji. Stwierdziłam naukowo, że żadna z dolegliwości mi nie dolega, a właściwie są to choroby, które realnie utrudniają życie i które można, a nawet należy leczyć. Potem znalazłam odpowiedź na jakimś forum, że derealizacja paradoksalnie może pomagać przetrwać. Bywa, że jest wynikiem reakcji obronnej organizmu na taki czynnik jak długo utrzymujący stres czy załamanie i pomaga oderwać się od problemów. Moja realna wiedza na temat obu zagadnień jest tak naprawdę znikoma, ale nie pozwala mi to zapomnieć o ciężkich momentach, po których powinnam się zwyczajnie załamać na dobre (co kiedyś by nastąpiło). Tymczasem z zaskoczenia dostałam jakby cios w tył głowy. Wtedy nie opuszczało mnie wrażenie, że śnię i to co się dzieje nie jest prawdą. Uczucie strachu zastępowała pustka i poczucie odrealnienia. Wiedziałam, że to przydarza się właśnie mi i że taka sytuacja nie powinna mieć miejsca w niczyim życiu, ale byłam jej świadkiem i żeby przetrwać, musiałam się od niej odciąć. Nie wiem, czy mój mózg sam opanował tę sztuczkę, czy nauczyłam się odpychać od siebie złe momenty tak bardzo, że oddzieliłam swoje życie od siebie. Czasem mam wrażenie, że jestem widzem życia, choć sama w nim nie uczestniczę. Mimo to wiem, że nie mam derealizacji i żaden lekarz nie zdiagnozowałby tego u mnie. Od wielu lat próbuję dojść co ze mną nie tak i choć sama doszłam do niektórych wniosków, nadal brak fachowego potwierdzenia sprawia, że jestem zagubiona między tym, co jest prawdą, a co jedynie moim domysłem. Teraz jednak próbuję dojść do tego, czego nie mam pracy i co zrobić, aby to zmienić, skoro wysyłanie dokumentów nic nie daje.

4.10.2017

952.

Próbuję napisać, ale pierwsze zdanie zawsze wydaje się najtrudniejsze, tym bardziej, że staję się coraz bardziej uboga w słowa. Od ostatniego wpisu wydarzyło się trochę, ale nie na tyle, abym zmieniła swoją opłakaną sytuację, w której się znajduję; oczywiście na własne życzenie. Byłam na jednej rozmowie kwalifikacyjnej, w końcu udało mi się znaleźć godną ofertę w okolicy, ale nie oddzwonili. Złożyłam więc życiorys w odzieży używanej - nie zadzwonili, co wydaje się oczywiste, gdy spojrzy się na moje CV. Pewnie uznali, że moje wykształcenie i doświadczenie zawodowe za nic nie uczyni ze mnie dobrego pracownika w takim miejscu. Nie pomylili się zbytnio, choć liczyłam, że klimatyzacja mnie uratuje. Moją ostatnią szansą okazał się inny punkt odzieży używanej, gdzie ogłoszenie widziałam od kilku tygodni. Sprzedawca, tak, tego poszukiwali, co szybko okazało się nieprawdą. Przyjęli mnie z otwartymi ramionami, z dnia na dzień, na próbę. Lista zasad, jakie mi przedstawiono wydała się nierealna, ale jeśli chciałam zarobić, nie miałam wyjścia. Pierwszą rzeczą, jaką usłyszałam, było to, że osoby rezygnują po dniu próbnym, a nawet chyba uciekają, bo w trakcie przerwy można wyjść do sklepu, ale tylko osobiście (nie można złożyć zamówienia koleżance) i tylko z portfelem, zostawiając resztę rzeczy w miejscu pracy, bo wiadomo, po torebkę z zawartością wrócisz. Od razu zrozumiałam, że to praca na czarno, w której i tak nie zarobię dużo, ale każdy grosz jest lepszy niż puste kieszenie. Dopiero, gdyby udało mi się wykazać, dostałabym umowę o pracę, lecz na pół etatu. Oczywiście pracowałabym na cały, przez sześć dni w tygodniu, a po miesiącu mogłabym odebrać przysługujący dzień wolnego. Jako że praca na czarno, nie muszę tłumaczyć z czym to się wiąże - z udawaniem podczas ewentualnej kontroli, że nie jesteś pracownikiem, a jak jesteś, to i tak udajesz, że np. zapomniałaś wziąć odzież ochronną z domu, podczas gdy naprawdę taka nie istnieje. O byciu sprzedawczynią nie było nawet mowy, wydaje mi się, że to stanowisko dla osób uprzywilejowanych. Nie mogli dopuścić kogoś całkiem obcego do obracania pieniędzmi. Tak oto wylądowałam na magazynie pełnym kurzu i stosów ubrań, gdzie zamknięto na zawsze okna, bo z zewnątrz przysłonięte zostały banerem. Nie uciekłam pierwszego dnia, nie jestem z tych osób, które uciekają od czegokolwiek bez próby. Trafiłam na sympatyczną grupę młodych dziewczyn, więc szybko poczułam się komfortowo i z nadzieją pomyślałam, że ostatni kwartał roku zakończę całkiem pomyślnie. Pracowałam na magazynie przy metkowaniu, oczywiście pokłułam palce tym śmiesznym pistoletem zakończonym igłą. Jako osoba nowa, biegałam też z góry na dół, na sklep, gdzie porządkowałam pozrzucane z wieszaków ubrania i zamiatałam. Reszta wyciągała i układała lub wyceniała "ometkowane" już ubrania. Osiem godzin minęło szybko. Ogromnym plusem takiego zajęcia jest to, że odbywa się w regularnych godzinach i czasie, które pozwalają na swobodny dojazd transportem publicznym, a że monotonne i powtarzalne zajęcia pozwalają odciąć mi się od rozbieganych myśli, poczułam, że to jest to. Wróciłam do domu zmęczona jak jeszcze nigdy w całym swoim życiu. Nawet codzienna jedenastogodzinna praca w muzeum podczas sezonu nigdy nie wymęczyła mnie aż tak. Kolejny dzień minął jeszcze szybciej, a ja wróciłam jeszcze bardziej zmęczona, choć prawdą jest, że dzięki długim rowerowym wycieczkom podczas lata, moje nogi stały się mocniejsze i są w stanie utrzymać mnie dłużej w pionie. W niedzielę ból karku nie minął, ale po nocnym spotkaniu z przyjaciółką i długiej przejażdżce samochodem pełnej rozmów, życie wydało się lepsze i wstałam z optymistycznym nastawieniem do świata.  poniedziałek wysłali mnie na inny sklep, co nie stanowiło dla mnie różnicy. Nie wiem, czy miałam szczęście do ludzi, czy może nagle sama stałam się bardziej otwarta, ale odnalezienie się w kolejnej obcej grupie nie sprawiło mi trudności. Tego dnia trudność sprawiła mi za to inna rzecz. Normą jest wyciągnięcie trzech dużych worów - "big bagów", które mieszczą w sobie ponad dziesięciokilogramowe worki, ale wiadomo, wszystko zależy od tego, co jest w nich upchane. Nie wiem, ile dokładnie mieści się ich w tym jednym worze, ale wiem, że taki wór musiał ważyć 160 kilogramów. Oczywiście normy przy przenoszeniu tych worków są przekraczane, bo kobiety pracujące na stałe w ten sposób, nie mogą dźwigać aż tyle, a przecież najpierw do tego wora trzeba było włożyć te spakowane ubrania, a potem je wyjąć i przenieść na stół, aby tam zająć się segregacją. Najlepsze jednak było to, że te 160 kilogramów musiała pokazać waga, więc trzeba było ciężki wór z magazynu przeciągnąć do pomieszczenia obok, a potem położyć go na wagę. Podczas przeciągania wór jeszcze nie mieścił w sobie tych 160 kilogramów; miał ich około stu, ale to nadal drastyczne przekroczenie normy, bo przy pracy stałej kobieta może podnosić 12 kilogramów, a zespołowo 20. Taki wór z magazynu ledwo ciągnęliśmy we dwie, a potem we dwie musiałyśmy unieść go na wagę i donieść resztę worków, aby wyświetliła się ta magiczna liczba. Tego dnia robiłam to aż pięć razy, w tym zaraz po przerwie na obiad i szczerze, myślałam, że zwymiotuję. Do tego segregowałam ubrania, układałam na kupki i jako ta nowa, co jakiś czas dbałam o porządek na sklepie. Wszystko w unoszących się pyłach kurzu, z których zdajesz sobie sprawę dopiero wtedy, gdy do pomieszczenia wpadają promienie słońca, albo chcesz oczyścić nos. Na warunki pracy nie wypłynął nawet fakt, że w przeciwieństwie do poprzedniego magazynu w tym otwierano okna. Smarkałam krwią i brudem. Szczypały mnie oczy. Pod koniec dnia piekący ból pleców był nie do zniesienia, co odbiło się na tym, że nie wyrobiłam normy, pracując wolniej, choć ani razu nie dałam po sobie poznać, że czuję się słabo i ani razu nie usiadłam, aby odpocząć (nie licząc przysługującej przerwy). Z pracy wyszłam z tak ogromnym bólem głowy, który nasiliła zmiana temperatur otoczenia i moja skłonność do bólu zatok, że do domu ledwo doszłam. Ugryzłam kawałek bułki, aby nie brać tabletki na pusty żołądek i w ciemności położyłam się w swoim pokoju. Miałam wrażenie, że zwymiotuję, zmarnuję lek i nic mi już nie pomoże. Jestem w stanie znieść wiele rodzajów bólu, nie raz się o tym przekonałam podczas różnych zabiegów czy badań, ale ból głowy to coś, co ścina mnie z nóg, zwłaszcza, że przy obecności szumów usznych, nigdy nie przebywam w kojącej ciszy. Po godzinie tabletka zaczęła działać, ból głowy a nawet pleców osłabł, odżyłam, choć może lepiej było zejść do innego świata. Spojrzałam na moje połamane paznokcie, każdy innej długości, na zasmarkaną krwią chusteczkę, pomyślałam o tym, że nawet, jeśli po tabletce poczułam się prawie jak nowo narodzona i mogłam nastawić się, że dam radę, to nie oszukam swojego ciała. Następnego dnia nie czekało mnie tam nic lepszego, nie mogłam być traktowana z taryfą ulgową tylko dlatego, że potrzebują pracowników. (Teraz nie dziwię się, że jest tam większa rotacja niż w innych miejscach pracy i że internetowe fora tak straszą.) Pomyślałam, że z każdym dniem plecy i oczy nie będą boleć mniej, a będzie wręcz odwrotnie; powietrze nie będzie lepszej jakości, nie będę dźwigać mniej, ani nie będę łykać mniej tabletek od bólu głowy. Nie po to człowiek idzie do pracy, aby tracić tam zdrowie i potem wydawać pieniądze na leczenie. W moim przypadku byłby to kolejny raz, bo jak na razie chodziłam do pracy głównie po to, aby mieć na leki. W odzieży używanej są łamane wszystkie przepisy BHP. Nie powiem, że jest tak wszędzie, bo nie chcę uogólniać, ale na pewno w sieci sklepów, w której się znalazłam, z pewnością tak jest, czyli w całym województwie. Nie jestem w stanie zrozumieć, jakim cudem pozostałe dziewczyny tam wytrzymują, a wiem, że to nie miesiące pracy, a lata. Albo są tak silne, co wydaje się nierealne, bo spotkałam niższe i szczuplejsze ode mnie istoty, a przecież moje 165 centymetrów i 52 kilogramy to nie tak dużo, albo ja jestem wyjątkowo słaba. Jeśli nie nadaję się do obsługi klienta, ani do pracy fizycznej, a tam gdzie chciałabym się dostać, nie mam szans, co w takim razie mam ze sobą zrobić? Wieczorem napisałam smsa do kierowniczki, że rezygnuję. Brak umowy pozwolił zrobić mi to od razu. Miałam realne podstawy, aby zrezygnować z tak nieludzkich warunków, a jednak nie pozwala mi to pozbyć się poczucia winy. Przegrałam swoją szansę na jakąkolwiek pracę; odzież używana była moją ostatnią deską ratunku w miejscu, w którym się znajduję. Czy za szybko się poddałam? Powinnam brać przykład z ciężko pracujących koreańskich idoli. Ten, kto choć trochę orientuje się w tym, jak działa tamtejszy show biznes i ilu trudnościom - zarówno psychicznym, jak i fizycznym - muszą stawić czoła naprawdę młode osoby, powinnam pójść obolała do pracy i dać z siebie wszystko aż do momentu, w którym bym nie zemdlała. Nie miałam prawa zrezygnować. Nie miałam prawa pozbawiać się tej szansy, a jednak pierwszy raz w życiu zwyczajnie odpuściłam, przede wszystkim sobie, nie tkwiąc w sytuacji, która była przede wszystkim nielegalna. Mimo to nie opuszcza mnie wrażenie, że niezależnie od tego, jakie usprawiedliwienie podam, nikt, kto nie pracował w takim miejscu, nie uwierzy mi, że było to ponad moje możliwości. Wszyscy wiemy, że ludzie mają różne granice wytrzymałości, ale tyle razy usłyszałam, że gdybym chciała pracować, to miałabym pracę, że teraz znowu mogę zostać tak zwyczajnie oceniona, choć nikt nie wie, że każdy dzień to dla mnie osobista walka o to, aby nadać sens swojemu oddechowi i odnaleźć się w życiu, którego nie chcę. Nic nigdy nie jest czarne albo białe. Nikt nie ma tak prostego i oczywistego życia i wiem, że każdy zmaga się ze swoimi największymi trudnościami w ciszy, bo przyznanie się do nich, to jak stanie nago przed osobami, dla których ta nagość jest niewygodna. Próbuję nie dopuścić do siebie tej oczywistej myśli, że gdyby mnie nie było, nie byłoby problemu, zarówno dla mnie, jak i dla innych, bo wbrew pozorom moje istnienie ma jeszcze jakieś oddziaływanie na otoczenie, choćby domowników. Jednak to prosta i logiczna myśl, jeśli przyjąć ją na chłodno, bez wiary, nadziei i miłości, gdyby mnie już nie było, zniknąłby problem.