Wdech wydech. Będzie bolało. Znowu wszystko poszło nie tak jak zakładałam. Dzień, w którym przyszło mi udać się do psychiatry był jedynym deszczowym dniem w ciągu dwóch tygodni, bo przecież muszę mieć pod górkę. Wstałam przed budzikiem, o 4:39 nad ciemnym ranem, bo przełożyli mi wizytę na nie dogodną godzinę, a ja się zgodziłam, bo przecież nic nie robię, tak, bo jestem bezrobotna. Nie jest to do końca prawdą, ale oficjalnie tak wygląda rzeczywistość. Dzień przywitał mnie ponuro, ale chmury z deszczem przeszły gdzieś obok. Wzięłam małą parasolkę, użyłam jej potem tylko raz na pięć minut. Wsiadam w busa, bo nie miałam wyjścia, jak zwykle nic nie jedząc, aby do tych zakrętów i dołów na trasie nie puścić pawia. Wystarczyła mi raz taka przygoda pięć lat temu podczas podróży, aby unikać jedzenia przed korzystaniem z komunikacji publicznej. Dawno nie jechałam nigdzie tak rano i już zapomniałam, że tak wiele osób zaczyna dzień o nieludzkiej porze, aby inni mogli spać dłużej. Jechałam i nie myślałam o niczym, tylko tym gorącym powietrzu, bo kierowca uznał, że skoro temperatura gwałtownie spadła z dwudziestu pięciu do piętnastu stopni to trzeba rozpalić piec, to znaczy włączyć ogrzewanie, aby wszyscy jeszcze poczuli ciepło. Przeczekałam w galerii handlowej do godziny wizyty, bo miałam to szczęście, że przychodnia znajdowała się pięć minut drogi od, a nieszczęście miałam takie, że musiałam wejść na siódme piętro po schodach, bo nie ma mowy, abym jechała windą sama, a tym bardziej z obcymi osobami. Weszłam do środka niczym do domu, ale i tak poczułam się tam obco, mimo że panie w rejestracji, dużo młodsze ode mnie dziewczyny były bardzo sympatyczne. Wypełniłam dokumentację i zaczęłam odpowiadać na pytania zadawane przez drobną blondynkę. Pani psychiatra też musiała być ode mnie młodsza. Dzisiaj, będąc kilka dni po tej wizycie myślę, że będzie dobrym specjalistą, jeśli nigdy nie dotknie jej wypalenie zawodowe. Okazuje się jednak, że jestem zbyt słaba, aby brać jakiekolwiek leki, które mają dziesięć stron skutków ubocznych. Nic nie przeraża mnie w życiu tak jak krwotok z dróg rodnych, a przyjmowanie trzech leków wpływających na rozrzedzenie krwi to zdecydowanie za dużo. Choć tak naprawdę odstawiłam te leki ponieważ moje szumy w uszach przerodziły się w piski, a do tego doszło mrowienie i drganie całego ciała. Nie ma rzeczy gorszej, gdy nie możesz wytrzymać samemu ze sobą. Nie po to te jedenaście lat temu, gdy ktoś rzucił mi za plecami petardę przekonałam siebie, że dam radę, aby teraz z powodu tego samego się wykończyć. Wdech wydech. Gdy usłyszałam o pobycie na oddziale dziennym, takim, gdzie przychodzisz i wracasz na noc do domu, obudziły się we mnie wszystkie reakcje obronne. Nie chodzi tutaj o sam fakt znalezienia się w takim miejscu, ale o fakt, że znowu musiałabym wstawać o nieludzkiej godzinie i jechać i jechać i jechać. Mimo to doceniam, że zaproponowano mi kilka rozwiązań, już nie mówiąc o poradni leczenia bólu, tylko kto miałby mi wystawić to skierowanie, znowu mój lekarz rodzinny, który zaraz będzie musiał wystawić mi skierowanie do każdej poradni w tym kraju. Dziwnie mi z tym wszystkim. Żyję z przewlekłym bólem, ale żeby pozbyć się tego bólu muszę brać tabletki, które “niszczą” coś w moim ciele. Nie ma lekarstwa bez skutków ubocznych, więc zadecydowałam, że te, które wystąpiły to dla mnie za wiele. Łatwiej męczyć się z czymś znanym od pięciu lat kolejny (i miejmy nadzieję ostatni) rok niż przyzwyczajać do nowych, wkurzających dolegliwości, które wpędzają mnie w nerwicę. Nie będę co miesiąc eksperymentować z lekami, aż znajdę ten idealny. Teraz czekam niecierpliwe aż mój organizm się wyciszy, bo teraz wszystko we mnie drży i piszczy, jestem tym zmęczona. Zanim wzięłam pierwsze tabletki przepłakałam cały poranek, a potem zdziwiłam się, że zawroty głowy trwały tylko jeden dzień, a nie tydzień jak mnie uprzedzono. Kilka dni później przepłakałam wieczór nie wiedząc co mam robić, a na drugi dzień wstałam z rana, przełknęłam kolejne gorzkie łzy myśląc o wyrzuconych w błoto niemałych pieniądzach i nie wzięłam żadnej tabletki. Pozostało mi skierowanie do poradni na NFZ. Może skuszę się na tę terapię, jeśli trafię w tej loterii państwowej służby zdrowia na odpowiedniego psychoterapeutę. Jeśli nie, znowu zmarnuję kolejną szansę, bo taki papierek wystawia się tylko raz. Tak, i znowu napiszę to co zawsze, gdybym tylko miała pieniądze, moje życie nawet bez zdrowia byłoby bardziej zdrowsze niż moje życie bez zdrowia i pieniędzy.
28.09.2025
20.09.2025
1791.
Nie doczekałam się wizyty u psychiatry. Myślałam, że dzisiaj będę już w innym miejscu. Wszyscy myśleliśmy, że ten wrzesień będzie wyglądał inaczej, prawda? Za to zdążyli wznowić moje leczenie ortodontyczne. Tego też się nie spodziewałam. Miałam czekać miesiąc na nakładki, a czekałam tylko dwa tygodnie. To były dwa tygodnie oddechu, ale silny ból znowu tu jest, nigdy się nie kończy. Mimo to jest nadzieja, że jest bliżej końca niż dalej. Dzień w którym zdejmą mi aparat będzie najpiękniejszym dniem mojego życia. Pewnie to nie prawda, ale warto mieć nadzieję na zmiany. Ostatnie dni lata są przyjemnie gorące. Zapomniałam kupić pieczarki, bo nie zaszłam dzisiaj do żadnego sklepu spożywczego, nie miałam po co. Dopiero, gdy wieczorem otworzyłem notatnik na telefonie zobaczyłam, że jednak miałam. Wsiadłam na rower, obowiązkowo w kamizelce odblaskowej i pojechałam. Ciepły wiatr wiał w moją twarz i zrobiło mi się szkoda, że letnie noce w tym roku nie były właśnie takie, przyjemnie ciepłe i że nie wracałam do domu później, bo nie miałam gdzie, za co i z kim wyjść. Zamykałam się w domu na długo przed zmrokiem, z powodu zmęczenia i fizycznego bólu. Obecnie wszystko pozostaje bez zmian. Może następny tydzień będzie lepszy, a wiem, że nie będzie, bo ten remont w mieszkaniu szkodzi nam wszystkim. Z tego wszystkiego zapomniałam, że 18 września minęło pięć lat od mojego udaru.
10.09.2025
1790.
6.09.2025
1789.
Wdech wydech. Chciałam napisać tutaj wczoraj, ale burza odebrała nam prąd na cztery godziny, a potem nastała noc i położyłam się spać zmęczona tym wszystkim, co wydarzyło się w przeciągu dwóch dni. Dzisiaj powinnam już leżeć w łóżku, ale nie jestem senna. Wszystko nagle potoczyło się innym torem, ale nie jestem przekonana co do tego, czy podoba mi się ta droga. Coś się we mnie zmieniło, jeszcze nie potrafię tego określić, ale chwyta mnie to za gardło i sprawia, że nie mogę się na niczym skupić. U ortodonty okazało się, że moje leczenie wcale nie miało dobiegać końca, cóż, zwykłe niezrozumienie, a raczej rozbieżność z rozpiską na kartce, którą otrzymałam trzy lata temu. Jest to szczęście w nieszczęściu, bo nagle nie muszę mieć w portfelu tej ogromnej sumy pieniędzy, ale jest to nieszczęście w szczęściu, bo nadal jestem w procesie, który mnie dobija rzutując negatywnie na każdy obszar moje życia. Chciałam, aby kolejny zestaw nakładek trwał krócej niż trzy lata, ale nie nastawiam się na optymistyczną wersję, a najgorszą z możliwych - dwa lat. Jak będzie, czas pokaże. Dalszy plan leczenia otrzymam za miesiąc. Teraz czekam, ale sama nie wiem na co. Już nawet nie na cud. Dolegliwości bólowe przerosły mnie tak bardzo, że po wizycie u ortodonty poszłam do lekarza rodzinnego. Dotarło do mnie, że powinnam zrobić to już dawno, ale przekonana, że jestem bliżej końca leczenia niż dalej uznałam, że dam radę i okazuje się, że wszystko poszło nie po mojej myśli. Dzień za dniem, ból i ból i zmęczenie, co (po udarze?) popsuło się we mnie tak naprawdę? Trochę ponad tydzień i wyląduję w nowej, nieznanej przychodni w gabinecie nowego lekarza. Wybrałam kogoś innego niż polecał fizjoterapeuta, którego też powinnam odwiedzić, ale chyba muszę go zmienić na kogoś tańszego, bo jestem biedna. Niesamowite, że nie wiem kim jestem, ale wiem, że jestem biedna i obolała i mogę być za chwilę nadal biedna, ale może mniej obolała. Boję się leków, wszystkich, bo boję się tego, że nigdy nie wiem, czy mój stan to stan w którym niezwłocznie należy się ratować, bo potem będzie za późno i zrobi się z tego poważny, nieodwracalny problem, czy to stan "samo minie, najważniejsze to przetrwać". Nie wiem, nigdy nie wiem. Skutki uboczne są nieprzewidywalne i ciężkie do zniesienia. Panie u ortodonty powiedziały, że mam ładną linię szczęki, gdy się uśmiecham. Dowiedziałam się też, że mam niesymetryczne dziurki od nosa i zrozumiałam, dlaczego mój prawy profil różni się od lewego i czemu czasem wyglądam na zdjęciach jak inna osoba. Niby zawsze to widziałam, bo fotografuję się tylko z jednej strony, tej lepszej, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że ktoś kiedyś spojrzy na moją twarz tak dokładnie.
3.09.2025
1788.
Boję się tego, co czeka mnie jutro. Boję się tego, że nie mam skąd wziąć tej ogromnej sumy pieniędzy. Boję się, że padnie jeszcze wyższa kwota niż zakładam. Boję się, że nie dam rady przetrwać kolejnego dnia w tym stanie…bólu. Boję się, że znowu zacznie się ta męcząca wędrówka od lekarza do lekarza, czekanie dniami, miesiącami, a może latami na wizyty, badania, diagnozę. Boję się, że nigdy nie odzyskam siły, że będę tak już zawsze, że będę czekać tylko na to, aż stanie się coś, co wybawi mnie z obecnego stanu. Boję się, że będę musiała latami spłacać długi godząc się na niegodną i wyczerpującą pracę, która ostatecznie uczyni ze mnie zombie (och, ale czy już nie jestem martwa za życia?). Boli mnie, dzień po dniu, godzina po godzinie, minuta po minucie. Oszukiwanie się i wmawiania, że nie boli jest śmieszne. To jak ta scena z “Miodowych lat”, gdzie Karol Krawczyk wmawia sobie, że ząb go nie boli, aby potem wydrzeć się na cały głos, że jest inaczej. To ja, ale nie unikam lekarzy ze strachu, unikam z braku pieniędzy. Boję się jutra. To już nawet nie obawa, to strach, że nie otrzymam pomocy, bo mnie na nią nie stać. Siedzę i myślę tylko o tym. Chciałabym, aby było już po wszystkim. Chciałabym, aby powiedzieli mi, że za miesiąc zdejmą ten aparat i od teraz będzie inaczej, mniej boleśnie, ale nie powiedzą tego, bo mam te zęby w szczęce i wiem, że nadal są ułożone nieprawidłowo. Tak samo nieprawidłowo ułożone jak to co w mojej głowie.
W takich mementach myślę o wszystkich osobach, które kiedykolwiek weszły na ścieżkę mojego życia i zrobiły dla mnie coś ważnego, choć nawet o tym nie wiedzą. Kładę zmęczoną głowę na poduszce i zamykam oczyma do snu i jest mi przykro, że żadna z tych osób nie uwierzyłaby jak bardzo pomogła mi przetrwać na różnych etapach życia. Jest mi też żal, bo ostatecznie ich wysiłek doprowadził donikąd, bo najtrudniej wygrać z samym sobą.