27.03.2015

852. Praca, a jednak tak.



Formalności zostały dopełnione i tak oto mogę podzielić się dobrą nowiną, zostałam przyjęta na pięciomiesięczny płatny staż; milionerem nie zostanę, ale w tym przypadku to zupełnie nieważne. Potem dostanę do podpisania umowę o pracę na trzy miesiące, chyba, że stwierdzą, iż jestem słabym pracownikiem, albo sama uznam się za takowego. Następnie czeka mnie kolejna przygnębiająca zima, proszę, nie w domu. Tak czy inaczej, wychodzi na to, że na najbliższe miesiące mam jakąś przyszłość, no i swoją małą przygodę, bo tak traktuję każde niespodziewane zmiany w rzeczywistości. Trudno przewidzieć, jak będzie wyglądało moje życie przez najbliższe miesiące. Wiem jedynie, że zapowiada się męczące lato, oby nie upalne, ale na pewno będzie to czas lepszy od ostatnich sześciu miesięcy w depresji, stresie i bez grosza przy duszy. Może w końcu zobaczę przyjaciół, a może niekoniecznie, bo kiedy wszyscy będą cieszyć się wakacjami, długimi weekendami i świątecznymi dniami, ja będę pracować, więc organizacja może być trudna, ale mam już za sobą najdłuższe przymusowe wakacje w życiu, osiem miesięcy domowego aresztu i nie chcę do tego wracać, najlepiej nigdy. Nie mogę uwierzyć, że w końcu coś ruszyło do przodu po tych wszystkich trudnych dniach i nieprzespanych nocach. Na wiadomość o tym, że mam szansę na pracę, rozpłakałam się jak dziecko, choć ostatecznie nie potrafiłam odgadnąć, czemu naprawdę po moich policzkach poleciały łzy. Czy to dlatego że nagle spadł mi kamień z serca (ach, chociaż jeden), czy to dlatego że nagle otworzyło się przede mną nieznane, czy może to dlatego, że na kolejne miesiące pozostanę w domu, nadal w tym samym pokoju, z którego chciałam zniknąć latem? Nie wiem. To chyba nieważne. Łzy wysychają szybko. Ważne, że życie w jednej chwili zaczęło się zmieniać i w tej sytuacji pozostaje mi podpisać się pod słowami Marka Hłaski: Czasami nie chodzi o to, aby się zmieniło na lepsze. Najczęściej chodzi o to, aby zmieniło się cokolwiek. Zaczynam pierwszego kwietnia.

23.03.2015

851. Zanim zaczniesz nowy etap życia odwiedź sympatycznego lekarza.

Po tym jak obeszłam dookoła budynek i zdecydowałam się na jedne z drzwi wejściowych, które okazały się tymi właściwymi, moim oczom ukazało się pomieszczenie pełne ludzi, a właściwie dwa, przedsionek i poczekalnia. Nie napiszę, że ustawiłam się na końcu kolejki, bo ludzie byli rozproszeni, ale wiadomo, że przypadło mi ostatnie miejsce. Znalazłam więc trochę wolnej przestrzeni i oparłam plecy o ścianę, podziwiając brud i pajęczyny wijące się wkoło oświetlenia nad drzwiami. Zerkałam też ukradkiem na zgromadzone osoby i próbowałam rozeznać się w planie wnętrza budynku. Moje oczy wypatrzyły drzwi wejściowe do gabinetu, lecz lekarz jeszcze się nie zjawił. Stałam tak oparta o ścianę dopóki stojąca obok mnie dziewczyna nie zauważyła, że mój płaszcz i włosy pokryły się białym pyłkiem, którym, jak się okazało, był tynk sypiący się z nierówno zaszpachlowanej ściany. Kiepsko, ale z drugiej strony miałam pretekst, aby zdjąć odzienie, w którym zaczynało robić mi się gorąco, i pozwolić sobie na większą aktywność ruchową, która spada przy zbyt wielu potencjalnie wpatrujących się we mnie parach oczu. Kilka minut później lekarz wkroczył do środka (na pierwszy rzut oka wydał się w porządku, więc odetchnęłam w myślach z ulgą) i zrobiło się luźniej. Kolejka posuwała się zadziwiająco szybko, choć z drugiej strony nie było się czemu dziwić przy tego typu usługach. Nagle okazało się, że mamy pierwszeństwo, bo jesteśmy młode i podobno mamy mniej czasu niż starsi, a do tego potrzebujemy szybkiego dopełnienia formalności w pokojach miejskiego urzędu. Weszłam jako pierwsza przedstawicielka płci żeńskiej i zostałam przywitana uściskiem dłoni oraz uśmiechem. Wręczyłam skierowanie i ukradkiem rzuciłam okiem na cały gabinet – moją uwagę przykuł oprawiony w ramkę portret doktora wykonany ołówkiem, zdjęcie USG leżące na biurku i liczby wyświetlające się na ciśnieniomierzu, choć nie potrafiłam ocenić prawidłowości (lub jej braku) pomiaru. Lekarz milczał wypisując dokumenty. Potem nastąpiło ekspresowe (jako że moje oczy są w dobrym stanie) sprawdzanie wzroku za pomocą odczytywania liter z tablicy i dwa wdechy z przyłożonym do piersi stetoskopem. Nawet nie musiałam ściągać sweterka. Kilka konkretnych pytań, kilka ruchów długopisem po kartce i kolejny uścisk dłoni, tym razem na pożegnanie. W międzyczasie jeszcze miła wymiana zdań, a na koniec szczere życzenia powodzenia. Nigdy nie przypuszczałam, że wizyta u lekarza może być tak sympatyczna. Czy to się nazywa powołanie do zawodu? Potem skierowałam swoje kroki prosto do urzędu, by odbyć tam część mniej przyjemną, z kobietami konkretnymi, mówiącymi jedynie to co należy powiedzieć, podsuwającymi dokumenty do podpisania. Jak dobrze, że po drodze spotkałam kilka (nowych???) koleżanek, które w podobny sposób spędziły przedpołudnie, dzięki czemu czułam się pewniej, a może po prostu zapomniałam czym jest niepewność, choć chyba po prostu było mi dobrze z myślą, że nagle sytuacja stała się optymistyczna. W przeciągu najbliższych pięciu miesięcy będziemy widywać się nawet sześć razy w tygodniu, a ja zastanawiam się kim będzie druga połowa, która do nas dołączy, i co przyniesie tegoroczne lato bez wakacji, ale sześć miesięcy przymusowego urlopu zdecydowanie było tragiczne, więc teraz, tak, teraz musi być inaczej. Na razie powiedziałam o tym tylko jednej osobie, bo czekam aż pierwszy dzień będzie za mną.

16.03.2015

850.

Obowiązkowe wyjścia z domu ostatnimi czasy są dla mnie błogosławieństwem. Moment bycia w podróży niewytłumaczalnie nadaje sens wszystkiemu, co mnie otacza, nawet jeśli przemieszczam się z głową pełną zmartwień, które nie znikają wraz z zamknięciem drzwi mieszkania, mimo to zostają za mną, w innej czasoprzestrzeni. Podróż jest dla mnie jak moment przejścia, niezależnie od tego, czy idę tylko do sklepu, czy wsiadam do autobusu, jestem poza domem, lecz jeszcze docieram do u celu, po prostu trwam w ruchu, zmierzając do wyznaczonego punktu i tylko to się liczy.
Od roku średnio raz na miesiąc pojawiam się u dermatologa i choć nie przypuszczałam, że leczenie potrwa tak długo (i nadal nie widać końca), w pewien sposób przyzwyczaiłam się do wizyt, a może nawet je polubiłam, bo nie czuję wielkiego ciężaru z powodu przymusu pojawiania się w przychodni, choć wiadomo, zawsze lepiej byłoby być już zdrowym. Wczoraj pan od pogody oznajmił na wstępie: „jutro będzie dobry dzień”, więc pomyślałam, że to bardzo miło z jego strony, iż zapowiada pomyślny dla polskiego społeczeństwa poniedziałek, choć zapewne miał na myśli wyłącznie warunki atmosferyczne, a nie moje pozytywne załatwienie spraw wyznaczonych na ten dzień, ale mimo to pomyślałam, że skoro pan oficjalnie zapewnia, więc nie powinnam się niczym stresować.
Zanim dotarłam na wyznaczoną wizytę, musiałam zajść do Urzędu Pracy, w którym zarejestrowałam się tydzień wcześniej. Do ponownych odwiedzin zmusił mnie wypatrzony błąd na karcie rejestracyjnej, oczywiście dopiero po rejestracji i opuszczeniu przeze mnie pokoju. Uroczo. Zawsze staram się po kilka razy sprawdzać papiery i z góry przewidzieć nieprzychylność losu, ale tym razem nie pomyślałam, że ktoś moje „v” w mailu odczyta jako „w”. Ostatecznie drobny błąd nie miał większego znaczenia, gdyż moja ponowna wizyta w krótkim odstępie czasowym była nieunikniona, ponieważ i tak chciałam jak najszybciej donieść zaległe dokumenty, ale mimo to nie lubię zawracać głowy ludziom, co jest głupie, bo przecież panie siedzą w pokoju po to, aby zawracać im głowę, zwłaszcza, że jest to ich praca, za którą dostają wynagrodzenie. Pewnie znaleźliby się tacy, których ogarnęłoby zdenerwowanie na myśl o ponownej wizycie i marnowaniu czasu tylko po to, aby poprawić jeden malutki błąd, w dodatku nie wynikający z ich winy, ale oczywiście ja, wiecznie zestresowane dziecko, które nie chce robić nikomu kłopotu, jest nawet w stanie przeprosić za wszystko, ale nie, tym razem nie musiałam nikogo przepraszać, pani siedząca za biurkiem była bardzo miła i raz dwa naniosła poprawki oraz przyjęła pozostałe dokumenty. Natomiast w samym urzędzie na korytarzu spotkałam brata moich przyjaciółek (starszego od nas o pięć lat), który załatwiał papierkowe sprawy w imieniu jednej z nich.
Nie mieliśmy nigdy dobrego kontaktu, pewnie dlatego że był oni znikomy, czyli zły też nie był. Kiedy odwidziałam bliźniaczki, czasem otwierał mi drzwi; pojawiał się w kuchni czy pokoju (w końcu to był też jego dom, więc to naturalne, że się po nim przemieszczał), czasem siedział nieopodal nas, czasem w pokoju za ścianą wraz z kolegami; widywałam go to tu, to tam; zawsze witał się ze mną jak to miewa w zwyczaju rodzeństwo twoich znajomych; a potem przez pewien czas go nie było, zniknął z pola widzenia, bo życie ułożyło się trochę niefortunnie i pesymistycznie, a potem stałyśmy się dorosłe. Zabawne, że nigdy wcześniej nie zastanawiałam się nad tym, kim mogę być dla brata swoich najlepszych przyjaciółek. Normalnie nie prowadzę analiz dotyczących tego, jak ktoś mnie postrzega i jaki wpływ wywiera moja obecność na innych. Byłam jedną z koleżanek jego sióstr, nie ma w tym nic nadzwyczajnego, sama również nie zastanawiałam się zbytnio nad jego istnieniem. Spora różnica wieku oraz różnica płci naturalnie mnie krępowała, tak samo jak krępuje mnie przebywanie wśród osób, z którymi nie wiem, o czym powinnam rozmawiać. Zabawne w tym wszystkim jest jednak to, że dla porównania, mój brat, młodszy od nas o dwa lata, swego czasu miał bardzo dobry kontakt z bliźniaczkami, a nawet dostąpił zaszczytu bycia chłopakiem jednej z nich, a były to czasy podstawówki i dziecięcych dziwnych zabaw w „chodzenie ze sobą”, już nie mówiąc o tym, że robiłam za doręczyciela wszystkich prezentów z okazji Walentynek czy Dnia Kobiet. Niewiarygodne, a jednak prawdziwe, aż nie sposób nie uśmiechnąć się na wspomnienie tej dziwnej przeszłości.
Brat moich przyjaciółek usiadł na ławce obok mnie, gdyż było to jedyne(?) wolne miejsce w pobliżu. Nie będę ukrywać, że od razu mój umysł uznał to za sytuację stresową, choć nie poczułam się niekomfortowo, co więcej, pierwsza wydobyłam z siebie głos. Wiem, że to naturalne i normalne, iż zamieniasz ze znajomym kilka słów, a jednak u mnie nie do końca tak jest, zwłaszcza, że wtedy nagle uświadomiłam sobie, że nigdy nie siedziałam z bratem moich przyjaciółek w nieznanej przestrzeni, a tym bardziej nie rozmawiałam z nim jak ze swoim znajomym (a nie znajomy stającym się twoim znajomym z racji tego, że należy do rodziny twojego znajomego, czy jakoś tak). Może to dziwne, że zwracam uwagę na takie drobne rzeczy, a jednak robię to nieustannie; lubię wyłapywać sytuacje prawie magiczne, których magia polega na tym, że są zjawiskami niecodziennymi i rzadko występującymi w przyrodzie. Nawet, jeśli jest w tym więcej mojej wyobraźni (wypchanej zbyt dużą ilością scenariuszy filmowych i opowieści z książek), lubię nadawać zwykłym chwilom trochę wyjątkowej aury. Ucieszona pozytywnym załatwieniem sprawy w urzędzie i swobodą przy rozmowie, poczułam czystą radość, choć możliwe, że moje nagłe pozytywne samopoczucie było tylko skutkiem uwolnienia się stresu, gromadzącego się w moim ciele przez cały weekend. Mimo to szczery uśmiech skierowany w naszą stronę, zawsze sprawia, że i my sami również uśmiechamy się szczerze. W tamtej chwili byłam wdzięczna właśnie za ten szczery uśmiech, a gdy wychodząc z budynku, zamykałam za sobą główne drzwi, nadal nie schodził on z moich ust, aż do zakończenia dzisiejszego dnia, nawet jeśli przykre myśli nieustannie zakłócały prawidłowy odbiór świata.
Tego samego dnia usłyszałam od pani doktor, że mam jasną karnację (nie da się ukryć), i choć jak sama przyznała, jej jest również jasna, to jednak wpada w ciepły odcień, pewnie od spożywanych w dużych ilościach warzyw i owoców, ze wskazaniem na marchewkę, podczas gdy moja jest bardzo blada, ale w żadnym wypadku to nie powinien być to powód do kompleksów, bo jej podoba się właśnie taka. Wtedy ponownie na mojej twarzy zagościł uśmiech, po czym szczerze odpowiedziałam, że naprawdę lubię bladość swojej skóry, choć oczywiście nie dodałam, że kiedyś było zupełnie odwrotnie.
Uśmiechałam się również podczas kłopotliwej sytuacji, która nastąpiła w trakcie wrzucania przez ze mnie śmieci do kosza. Otóż, gdy cisnęłam tam woreczek, z palca zsunął mi się pierścionek (który już od początku był na mnie ciut za luźny, ale nagle zupełnie nie rozumiem jak to możliwe, że moje palce chudną szybciej niż mój tyłek!). Uśmiech na mojej twarzy był wtedy wyrazem niedowierzania i rozbawienia, gdyż za chwilę miałam włożyć ręką do kosza na śmieci i przy wszystkich ludziach mijających mnie chodnikiem, zgrabnie wyciągnąć pierścionek tak, aby nie wpadł głębiej, a tym bardziej, aby nie zsunął się na samo dno. Oczywiście zakłopotanie i myśl o skupieniu na sobie zbyt dużej uwagi obcych osób skutecznie mogło przyczynić się do tego, że na zawsze rozstałabym się z moją własnością, ale że był to pierścionek nastroju otrzymany w prezencie od P., nawet nie przeszła mi przez myśl sytuacja, w której pozwoliłabym mu zginąć marnie w śmieciach. Nie lubię gubić ani niszczyć prezentów. Pamiętam, jak kiedyś straciłam dwie bransoletki od A.; jedna rozerwała się, gdy rzuciłam nią o ścianę (nie wnikajmy), a drugą zostawiłam gdzieś przez nieuwagę i przepadła na zawsze (za to kolczyki ciągle mam). Ogólnie nie przywiązują dużej wagi do przedmiotów i łatwo pozbywam się zalegających na półkach czy w półkach rzeczy, ale te otrzymane w prezencie są dla mnie ważne, więc pogodzenie się ze stratą jest trochę trudniejsze. Podarunki od ważnych dla mnie osób, nawet pocztówki z wakacji, czy kartki wysyłane z okazji urodzin, przypominają mi o tym, że ktoś, kiedyś o mnie pamiętał. W tym jednym momencie wyboru wszystkie myśli danej osoby należały tylko do mnie i wiem, że byliśmy wtedy szczęśliwi; ona, gdy miała nadzieję, że że sprawi mi radość podarunkiem, i ja, kiedy otrzymywałam prezent.

14.03.2015

849.

Denerwuje mnie, że chcę stworzyć sensowny wpis, a zupełnie tego nie potrafię, choć mam głowę pełną tematów, lecz wszystkie nagle przygrywają z tymi realnymi sytuacjami, które dzieją się tu i teraz, a o których nie wolni mi pisać. Męczy mnie to. Nie mogę dzielić się swoim życiem nawet ukradkiem, bo już widzę, jak któregoś dnia wszystko obraca się przeciwko mnie i zdycham pod ciężarem poczucia winy. Zdecydowanie lepiej było zadręczać się wszystkimi sprawami napływającymi do mnie z czterech stron świata, niż wszystkim tym, co dzieje się tuż obok. Czasem zastanawiam się nad swoim limitem, by po chwili stwierdzić, że pewnie będę mogła tak całe życie. Niesamowite, jak wiele rzeczy tak po prostu zignorowałam i tylko dzięki temu udało mi się przetrwać. Ostatecznie każdy będzie spoglądał w moją stronę z niezrozumieniem i wyrzutem, a mi pozostanie tylko żal do siebie, że nie robiąc nic, pozwoliłam na to wszystko. Macie racje, moja wina. Ale nie martwcie się, odpokutuję za to porządnie. Cieszy mnie tylko ta jedna nabyta umiejętność, której pożądałam od zawsze, lecz nie mogę zdradzić czym ona jest, bo to zepsułoby zupełnie wszystko. Ach, uwielbiam tworzyć wpisy, które bez odniesienia do konkretnych przykładów jawią się jako stos bzdur. Czy nie zaznaczyłam w pierwszym zdaniu, że nie potrafię obecnie napisać nic sensownego? ㅋㅋㅋ

6.03.2015

848.

Wczoraj spojrzałam na swoje dłonie i uśmiechnęłam się z wdzięcznością, że po kilku miesiącach odzyskały spokój, a potem nastała noc i znowu nie mogłam zasnąć, a po północy do domu wrócił brat, zaś mama znowu poczuła się gorzej, więc leżałam na plecach, wpatrując się w sufit, niezdolna do żadnego ruchu, z ich głosami w głowie, z pustką w myślach, niedowierzaniem w sercu i strachem w duszy, a potem bezwiednie po moich policzkach pociekły łzy. Ze strachu i zimna poczułam dreszcze w ciele i nie mogłam zmrużyć oczu jeszcze długo tej nocy, obawiając się, że to się nigdy nie skończy lub skończy krwawo, choć przecież to niedorzeczne, w końcu kiedyś będę musiała umrzeć, a krew i tak nie będzie na moich rękach. Dzisiaj z rana spojrzałam na swoje dłonie i uśmiechnęłam się smutno, bo nawet nie minęła dobra mojego zwycięstwa, a one znowu drżą.

Chciałabym przejmować się mniej, ale od zawsze taka byłam, pełna nic nie wartego przygnębienia i bezradności,  które skrywałam pod uśmiechem albo milczeniem.