27.12.2024

1157.

Chciałabym napisać o minionych czterech latach, ale nie mam w sobie właściwych słów. Chciałabym wrócić do pisania, ale wydaje mi się, że potrafię opublikować kilka zdań pełnych desperacji i nic poza tym. Chciałabym opisać jak trudne jest leczenie ortodontyczne, choć to nierealne, aby coś takiego zrujnowało codzienne życie, a nawet życie ogólnie pojęte. Wysłali mnie do neurologopedy. Poszłam nie mając wyjścia, bo zęby przestały się przesuwać. Nagle okazuje się, że prawidłowe ustawienie języka ma ogromny wpływ na zęby, zgryz, jedzenie, oddychanie, całą twarz, czyli wszystko. Czemu nie uczą takich rzeczy w szkole? I wielu innych potrzebnych do tego, aby przeżyć to życie w zdrowiu? Po czterech latach zaczęłam od nowa płakać, to chyba przez zmęczenie. Męczą mnie sąsiedzi, ból i demony przeszłości. Płakałam po wyjściu z gabinetu ortodontycznego po tym jak mnie wysłali do neurologopedy. Oczywiście płakałam z braku pieniędzy i zmęczenia. Płakałam stojąc na nowo wybudowanym osiedlu, przed drzwiami klatki z telefonem w ręku. Nie dodzwoniłam się, a potem telefon zadzwonił w najgorszym momencie, gdy stałam na przystanku autobusowym i ledwo co słyszałam przez jadące sznurkiem samochody. Dwie wizyty za mną, zadanie zaliczone. Patrzę w lustro, uśmiecham się, chyba zadziałało, zęby zmieniły położenie. Górne jedynki, które kiedyś się stykały teraz są od siebie oddzielone niewielką przestrzenią. Płaczę z bezsilności przez sąsiadów, gdy leżę w łóżku zmęczona hałasem i tym, że nie ma rozwiązania tej sytuacji poza jednym - wyeliminowanie ich lub siebie. Płaczę, gdy z Tobą “rozmawiam”, bo muszę od nowa przerabiać rzeczy, które są dla mnie sprawą zamkniętą. Nie musisz tego rozumiesz, wystarczy, że pogodzisz się z tym, że to życie było nie dla mnie. Chciałabym, aby opuścił mnie ból fizyczny, a potem wyjdę znów do ludzi, znów poświęcę się czemuś i komuś, albo wyjadę jak najdalej. Tymczasem zbliża się kolejny ciężki rok, nic nie zapowiada inaczej.  


16.12.2024

1156.

Ta jedna rzecz będzie nas zawsze dzielić, dlatego nigdy nie zechcę, abyś poznał mnie naprawdę. Znowu zacznę spać spokojnie, bo oddzieliłam się od wszystkiego grubą kreską. Możecie myśleć, co chcecie. Chciałabym mieszkać z Bogiem w niebie...

11.12.2024

1155.

 Tak, przegrałam wszystko. Chcę stąd zniknąć zanim zacznę znowu chorować. Proszę.


ps. I znowu płaczę przez Ciebie? Po co pisałeś do mnie po tylu latach? Powinnam zostać w przeszłości, nigdy nieodnaleziona. Nie zrozum mnie źle, to nie Twoja wina, ona zawsze leży po mojej stronie i dobija.

7.12.2024

1154.

Nawet gdybyś był najwspanialszym mężczyzną pod słońce, ja zawsze pozostanę najgorszą kobietą na świecie. 

12.11.2024

1153.

Przyjedź do mnie. Nie. Lepiej gdzieś wyjedźmy. Chciałabym pójść na spacer w zimowy słoneczny dzień i oślepnąć od blasku białych pól. Kobiety z mojej rodzinie żyją dłużej od mężczyzn, żyją za długo, nie dam rady tu być kolejnych kilkadziesiąt lat. Babcia chyba umrze w tym roku.

4.11.2024

1151.

 Jest sierpień, a może to już wrzesień, nie wiem, nie pamiętam, dlaczego ciągle mam dziury w pamięci, są dożynki, sprawdziłam to był jednak sierpień, jest ciepło, jest noc, rodzinny wypad we dwie. Dopiero po czasie rozumiem, czemu miałaś ochotę na przegryzienie czegoś, bo byłaś głodna za dwóch. Mi ciągle jedzenie w plenerze i poza domem i wszędzie utrudnia ten cholerny aparat ortodontyczny. Czekałam na gwiazdę wieczoru, nie byłam na żadnej imprezie miliony lat świetlnych, a te plenerowe to jedyne, które mogę jeszcze odwiedzić po tym, jak ktoś dziesięć lat temu urządził sobie wcześniej Sylwestra i zniszczył mi słuch na zawsze. Chciałam posłuchać kogokolwiek i czegokolwiek, ale nagle spod sceny przeniosłyśmy się na ławkę i zaczęłyśmy rozmawiać. Dopiero po kilku dniach było mi szkoda, że moja okazja, jedna na rok, przepadła. To nic, co roku są dożynki, co roku ziemia wydaje plon, co roku… Nie chciałam o tym pisać, nawet nie miało być o tych dożynkach. Denerwuje mnie, że nie potrafię wydobyć z siebie tego, co tłucze się mi się w głowie, w sercu, a może w kościach. Nie wiem. Wróciłam z tych dożynek, było późno i na drugi dzień musiałam wstać o szóstej rano. Siedziałam na podłodze swojego pokoju przejęta wiadomością o ciąży, nie swojej, tej wymodlonej, tej która nigdy miała się już nie zdarzyć, tej która może jeszcze nie zakończyć się pomyślnie. Nie lubię nosić cudzych sekretów, ciążą mi niemiłosiernie. Obawiam się, że ludzie przeceniają moje możliwości, moją umiejętność współtowarzyszenia w radościach i cierpieniach, bo nie wiedzą, że mnie tu już nie ma. Patrzyłam w telefon, przepłakałam kilka minut, a potem jeszcze Ty, wysłałeś mi kilka zdjęć, o które prosiłam. A może nie prosiłam? Nie pamiętam. Pewnie dlatego że nie rozumiem po co to wszystko. Na pewno napisałam coś o moim życiu za życie tego dziecka i znowu usłyszałam, że tak łatwo nie da się umrzeć. Wiesz, pewnie gdybym nie straciła swojego życia już dawno, gdybym z roku na rok nie była coraz bardziej zmęczona, zniechęcona, zagubiona, gdybym nie postawiła na sobie krzyżyka, to wszystko wyglądałoby inaczej. Wszyscy dają mi do zrozumienia, że każdy problem leży we mnie, a ja, niezależnie jak bardzo się staram, nie, jak bardzo się starałam, to musi zostać użyty czas przeszły, zawsze była winna. Nie wiem kim byłam, nie wiem kim jestem, a przede mną nadal najważniejsza moment na tym świecie - śmierć. Chciałabym przygotować się do niego, ale i w tym jestem nieudolna, w tych próbach nawrócenia. Czasem mi żal, siebie też, ale i tego wszystkiego, co powinno wydarzyć się już dawno. Cierpiałam jako dziecko, dorosłam za szybko, a potem przestałam rosnąć, zatrzymałam się na zawsze w wieku swoich traum. Ale nie mogę tam wracać. Nie mam siły, choć przede wszystkim jeszcze pieniędzy, na przepracowanie całego swojego życia od nowa dla jednego małego światełka w tunelu. To jest odpowiedź na każde pytanie, które mi zadasz, o ile będziesz miał odwagę, podejrzewam, że niekoniecznie. Kiedyś obiecałam sobie, że nie będę krzywdzić innych ludzi, tak jak inni, których krzywdzące czyny widziałam, dlatego nigdy, przenigdy nie powiem TAK. Jeśli przed udarem miałam nadzieję, że coś mnie zmieni, po udarze to dla mnie rozdział zamknięty.

3.11.2024

1150.

Próbujesz mnie rozgryźć, uważaj, abyś nie stracił na mnie zębów.

_

Chciałabym wrócić do pisania tutaj, ale nie potrafię. Czytam swoje wpisy sprzed lat, są takie o czymś, takie ważne, takie mogące coś przekazać, takie moje, byłam kimś, aż w końcu udało mi się zostać nikim. Teraz chciałabym zniknąć i stać się nicością. Kiedy to nadejdzie?

23.10.2024

1149.

Niesamowite, że pierwsze badania USG pokazały dziewczynę, a ja nie wiedząc o tym, modliłam się za chłopca. Kolejna wizyta potwierdziła, że będzie to jednak chłopiec. Nie zrozumcie mnie źle, nie uważam, abym przyczyniłam się do tego w jakiś sposób, ale miło mieć w sobie tę myśl, że Opatrzność czuwa, że to plan i tak miało być, dziecko urodzi się zdrowe, a jego matka nie umrze, że wszystko będzie dobrze, wszyscy będą zdrowi, bo to cud i błogosławieństwo.


24.09.2024

1148.

Znowu jestem w sytuacji bez wyjścia. Cholera jasna. Kiedy spadnie na mnie deszcze pieniędzy? Albo deszcz meteorytów? 

18.09.2024

1147.

To już cztery lata, od kiedy miałam udar niedokrwienny mózgu. Codziennie mierzę się z tamtym dniem. Choć nie o sam udar chodzi, ale stres po udarowy, który mnie popsuł, a dokładnie moją szczękę. Niesamowite, że przeżyłam cztery lata w przewlekłym bólu. Jestem zmęczona tak po ludzku. Gdybym jednak miała wybierać, chciałabym, aby to już się skończyło. 

23.08.2024

1146.

Mam trzydzieści cztery lata, to o trzydzieści za dużo. Chciałabym znowu mieć cztery lata i zacząć całe życie od nowa. Nie cierpię tu mieszkać. Nie cierpię tej imprezowej muzyki dorosłych ludzi, którzy nie nadają się do mieszkania w bloku; walących w biurko rozemocjonowanych nocnych komputerowych graczy; palących papierosy starych ludzi na balkonach, szczekających znerwicowanych psów i siebie również. Nie mam rozwiązania tej sytuacji. Minęło już tyle lat. Minęły cztery ciężkie i bolesne (fizycznie) lata. Gdybym mogła wybrać, wybrałabym śmierć. Nie mam wyboru, bo obiecałam, kiedyś, więc znowu patrzę na życie, które nie będzie mi dane, bo jest o te, co najmniej, dwadzieścia lata za późno. Myślę o rzeczach, o których miałam nie myśleć już nigdy. Próbuję umieścić siebie przy Tobie, kimkolwiek jesteś, ale wiem, że w moim umyśle nie jesteś sobą, jesteś kimś, kto realnie nie istnieje. Nawet nie wiem, czy Cię lubię, po prostu jesteś i wypełniasz pustkę, która naprawdę nie zostanie nigdy wypełniona, nie na tym świecie, nie za mojego życia. Chciałabym być kimś innym, całe życie tego pragnę, pragnę rzeczy, które nigdy nie będą w zasięgu mojej ręki. Musiałabym cofnąć się o całe życie i przejść tę samą drogę od nowa, ale z przewodnikiem, aby nauczyć się, jak żyć w społeczeństwie, z kimś, obok kogoś. Tymczasem uwielbiam ciszę, samotność, pustkę. Ostatecznie to życie nie było dla mnie, przykro mi, ale taka jest prawda. Jedyna siła, która mogłaby to zmienić to sam Bóg, ale nawet On nie miesza się w sprawy ludzi bez ich zezwolenia. Chyba. Nie wiem, ale jestem zmęczona. Chciałabym, żebyś był kimś innym. Chciałabym być kimś innym.

17.08.2024

1145.

Chciałabym napisać o tym wszystkim, co wydarzyło się przez ostatnie cztery lata, ale tak bardzo nie potrafię wrócić do siebie tamtej, siebie piszącej, siebie czującej, siebie widzącej sens w słowie pisanym, siebie sprzed udaru. Czasem myślę o słowach wykładowcy, który mówił, że aby nie zapisać w innych osobach złych słów warto je przelewać na “papier”. Nie potrafię tego, dlatego milczę. Milczę przed wszystkimi, których znam, a właściwie znałam. Nie pamiętam kim byliśmy, tak wiele rzeczy gdzieś zniknęło, a zastąpił je ból. Ból fizyczny, ból, który nieustannie towarzyszy mi każdego dnia. Boli mnie. Raz lżej, raz nie do zniesienia. Raz mówię sobie, że dam radę i jeszcze tylko dwanaście miesięcy, a potem może pojawi się światełko w tunelu, innym razem robię wszystko, aby nie zauważać bólu, żeby jakoś się trzymać, ale nie trzymam się wcale. Jak wiele osób poza mną nie trzyma się już niczego?

2.08.2024

1144.

Wiesz, miałam nie wracać, ale zaczęłam czytać maile, zaczynając od 2011 roku, i przepłakałam cały wieczór. Jest mi tak okropnie źle ze sobą i tym życiem, którego nie potrafię zmienić. Jesteś - to znaczy byłeś, bo Ciebie tamtego już nie ma, minęło ponad dziesięć lat - podobny do mnie. Mnie tej obecnej, którą nie chcę być. Nie chcę tu być.

20.07.2024

1143.

Nie wiem, czemu się spotkaliśmy. Czasem robię rzeczy na przekór sobie, bo nie wbrew sobie, ale próbuję zmienić bieg rzeczywistości, a potem z rozczarowaniem stwierdzam, że nie zmienia się nic. Jestem zmęczona swoją sytuacją, niekończącym się bólem i brakiem pieniędzy, brakiem życia w życiu. Chciałabym pójść do lekarza, który mnie uzdrowi, ale nie mam siły. Chciałabym być kimś, jeszcze, ale wszystko mnie boli, dzisiaj szczególnie, bo jestem kobietą. Grzegorz Musiał napisał, że “wygrywają ci którzy pogodzili się z przegraną”. Dlaczego więc czuję się tak źle? Gdzie moja nagroda?

27.06.2024

1142.

Mija już pół tego roku. Jest tyle rzeczy, o których chciałam napisać, ale dni mijają w nieustannym bólu, oczywiście mięśni twarzy, który zabiera mi wszystko. Czasem leżę w łóżku nocą i rozmyślam o tym, jak po udarze rozjechało się wszystko i już nigdy tego nie złożę. Tymczasem czerwiec przyniósł mi wygraną w piłce nożnej. Oczywiście nie na boisku, ale w hazardzie. Brat spontanicznie zaproponował obstawianie meczu Polska-Austria i równie spontanicznie, prasując ubrania, rzekłam 3-1 dla Austrii. Dziesięć złotych po dziewięćdziesięciu minutach i doliczonym czasie stało się stu sześćdziesięcioma. Moja biedna osoba przez chwilę poczuła się bogata i szczęśliwa. A potem wrócił ból.

18.06.2024

1141.

Nigdy nie zrozumiem, czemu to wszystko przydarzyło się naszej rodzinie. Czemu to byliśmy my i czemu w taki sposób targał nami los. Ile było w tym naszej winy, a ile planu Bożego? Wiem, że nie muszę tego rozumieć, ale gdybym wiedziała po co to wszystko, byłoby odrobinę łatwiej. Tymczasem pozostają bezsensowne łzy. 

4.06.2024

1140.

Wczoraj stało się coś dziwnego, coś trwało chwilę, coś miało sens, pomyślałam, że napiszę do Ciebie (kimkolwiek teraz jesteś), abyś dał znać, jeśli zechcesz uciec z tej całej firmowej imprezy. Wyobraziłam sobie życie, którego nie mam i nigdy mieć nie będę. Życie, które obserwuję jak za szklanej szyby. Za każdym razem, gdy wyciągam rękę w jego stronę napotykam na ścianę. Zapominam, że choć coś jest w moim zasięgu, na zawsze będę od tego oddzielona tą właśnie szybą. Potem śnił mi się jakiś koszmar, a z rana obudził znany ból i codzienna, niekończąca się męczarnia ku chwale prostych zębów i prawidłowego w przyszłości zgryzu. 

12.05.2024

1139.

Miesiąc maj, miesiąc nadziei, którą nie wiem, czy jeszcze mam. Śniło mi się, że byłam w ciąży i rodziłam, wiadomo, dziecko, choć w snach wszystko jest możliwe. Był to jeden z tych realnych snów, gdzie czułam cały poród, łącznie z bólem. To chyba przez te dolegliwości bólowe po fizjoterapii przyśnił mi się ból, choć w rzeczywistości bolą mnie inne części ciała. Właśnie, na mojej drodze pojawił się kolejny Michał, który również nie będzie moim Aniołem Stróżem. Znalazł już swoją rodzinę, którą musi chronić, ale niesamowite, jak to imię za mną podąża. Nie wiem, może wszyscy zajmujący się zdrowiem noszą to imię. Długa droga przede mną, ale nie mam już siły dalej iść. Może czas się znowu zatrzymać?

18.04.2024

1138.

Jeśli mnie tu znalazłeś, to bez znaczenia. Nie mam nic do ukrycia. To co najważniejsze nigdy nie zostanie tutaj zapisane, bo pewne rzeczy zabiera się aż do grobu. Jestem zmęczona bólem. W poniedziałek wizyta u fizjoterapeuty, która pocieszy mnie na kilka chwil. Potrzebuję realnego rozwiązania, ale do takiego potrzebne są realne pieniądze. Gdybym je miała, już dawno byłabym zdrowa na umyśle i ciele. Moja jedyna nadzieja w Bogu. Nie mam nic więcej, a może mam najwięcej dzięki Niemu.

25.03.2024

1136.

Czy znalazłbyś mnie tu używając swoich "informatycznych zdolności"? Czy ktokolwiek kiedykolwiek mnie znajdzie i uratuje?

8.03.2024

1135.

Uratuj mnie, bo siebie już nie potrafię. Choć może lepiej nie. To zawsze odbywa się jakimś kosztem. 

2.03.2024

1134.

Nastał marzec, nie wiem, co tutaj robię. Od grudnia, przez styczeń i jeszcze kilka dni lutego męczyłam się z alergią na kosmetyki. Z własnej winy. Wyleczyłam się sama, łykając tabletki bez recepty na alergię oraz smarując zmiany maścią ze sterydem, którą miałam przepisaną w zeszłym roku na identyczne problemy. Dobrze, że takie leki mają długą datę ważności. Kosztowało mnie to za dużo stresu i niejedną łzę bezsilności. Za każdym razem, gdy coś dzieje się z moim ciałem pytam siebie “ileż można?”, a potem uświadamiam sobie, że już nigdy nie będzie lepiej, bo z każdym rokiem ciało zaczyna się starzeć. Męczyłam się jeszcze z opryszczką, bo zaraz po miesiące poczułam wiosnę i zmarzłam idąc chłodnym miastem w za cienkich spodniach po piątej rano. Ostatni raz opryszczkę miałam jakieś 3,5 roku temu, też zimą i wyglądałam jakby mnie ktoś pobił. Potem napisałeś Ty, kimkolwiek jesteś i chyba nigdy nie dowiem się kim byłeś. Całą energię wysysa ze mnie bieda i bolesne leczenie ortodontyczne, łączące się z przewlekłym stresem, na który nie potrafię znaleźć rozwiązania. Nie wiem, czemu mój mózg nocą chce, abym zaciskała zęby i budziła się z bólem, który nie mija. Żałuję, że zgodziłam się na cały proces i podpisałam umowę. Nie ma już odwrotu. Pocieszam się prostym “inni mają gorzej”, bo to prawda, a jednak to jedno z głupszych pocieszeń, bo nie daje ukojenia. Raz na osiem lat to za często?