28.10.2019

1053.

Zawsze wydawało mi się, że opanowanie się jest czymś łatwym. Masz ochotę na słodycze, ale nie możesz ich jeść, więc omijasz ten dział w sklepie. Masz ochotę komuś przywalić, ale nie możesz, więc zaciskasz pięści i odchodzisz. Niestety przekonuję się, że trądzik neuropatyczny jest czymś realny i nie przypuszczałam, że na starość moje wszystkie “problemy psychiczne” odbiją się w ten sposób. Męczy mnie to, ale nie mam pojęcia jak z tym wygrać. Wiecie, jestem jak zaleczony alkoholik, jakoś udaje się od dnia do dnia, a potem jedna sytuacja i cały ciąg upadków.  Patrzę w lustro i pytam, co Cię tak stresuje dziecko moja i chyba wiem - wszystko.

22.10.2019

1052.

Lubię wracać do siebie, do tego racjonalnego stanu, w którym emocje opadają. Nie lubię jednak mieć świadomości, że znowu, ZNOWU, zamiast myśleć logicznie pozwoliłam opętać się nieuporządkowanym emocjom i przeszłości. Lubię być uspokojona przez proste wiadomości. Lubię jak ktoś, z kim od dawna próbowałam złapać kontakt nagle ten kontakt nawiązuje. Lubię mieć wrażenie, że nic się nie stało, że wcale nie dręczyło mnie to wszystko i znowu jesteśmy całkiem normalnymi znajomymi, którzy owszem, mają swoje niezależne życia, ale nadal potrafią zboczyć z własnych ścieżek, aby spotkać się w połowie drogi. Tutaj rodzi się jednak poważny dylemat. Podczas takiego spotkania wszystko to, co mnie męczyło i o czym chciałam porozmawiać zniknie. Zawsze cieszę się tak bardzo ze spotkań, że nie mam serca psuć ich swoimi rozterkami. Bo tak naprawdę bardziej rozumiem tę ciszę niż może się wydawać i wiem, że ona nie ma ze mną nic wspólnego. To tylko mój smutny umysł pogrąża się jeszcze bardziej w przykrych myślach. Mimo tego mam świadomość, że jeśli nie poruszę choć części tematów, które dręczą mnie od dawna, to gdy rozejdziemy się do własnych żyć, a moja radość z samego faktu spotkania rozpłynie się wraz z kolejnym urojeniem, znowu to mnie dopadnie. Niewypowiedziane nigdy słowa znowu zaczną wracać i po raz kolejny w swojej głowie będę przerabiać ten sam scenariusz. Czy jest jakiś inny sposób na odcięcie się od czegoś niż całkowita dożywotnia ucieczka lub podzielenie się przemyśleniami z nadzieją, że wypowiedziane słowa już nie będą tak zaprzątać myśli? Mimo wszystko na końcu uważam, że nikt nie zasługuje na to, aby dźwigać cudze problemy, jeśli dwóch osób nie łączy nic poza znajomością. Od naprawiania problemów są specjaliści. Nie mogę wyrzucić z siebie wszystkiego, a potem zostawić kogoś z moimi problemem, bo wiem, że to będzie też problem dla drugiej osoby. Masz za dużo na głowie, starasz się zmienić swoje życie...Chcę wspierać moich znajomych w zmianach i przemianach, jeśli wiodą ku dobremu. Więc co powinnam zrobić? Jak to rozegrać? Ile powiedzieć, a ile przemilczeć dla dobra wszystkich? Jak mam mówić ludziom o tym, że mam problem jednocześnie nie brzmiąc, jakby byli moją ostatnią deską ratunku? To wszystko jest trudne i głupie, dlatego trudno mi i głupio.

18.10.2019

1051.

Całkiem niedawno, bo kilka dni temu obwieściłam, że chciałabym zniknąć z tego miejsca, ale już dzisiaj pomyślałam, że nie mogę, bo to jedyne miejsce, gdzie mogę być obrzydliwie szczera, mając wrażenie, że obędzie się to bez przypadkowych ofiar. To jak mój mały gabinet, gdzie leżę na kozetce i piszę o wszystkim, co wpadnie do myśli, nawet jeśli nie ma odzwierciedlenia w rzeczywistości, bo te myśli plączą się ze sobą. Mimo to dopiszę ten historię do końca, bo jej koniec kiedyś nastąpi. Opiszę tutaj, aby to była przestroga dla innych, aby próbowali szukać rozwiązania, aby mówili o sprawach dręczących, aby nie bali się szukać pomocy. Czasem jest za późno i nie chodzi wcale o śmierć tej młodej dziewczyny. Chodzi o to, że czasem tak zaplączemy się w sobie, że nie widzimy możliwości wyjścia. Do jej śmierci przyłożyło rękę społeczeństwo. Moje problemy są wyłącznie wymysłem wyobraźni. To był ciężki tydzień. Nie potrafiłam położyć się spać o przyzwoitej godzinie, a potem nie mogłam pozbyć się senności w ciągu dnia. We wtorek wróciłam z pracy, rzuciłam wszystko i wybrałam się przejażdżkę rowerową. Bardzo mi to pomogło, ale nie na długo. Kiedy włączyłam wi-fi, rozbrzmiała informacja o nowych wiadomościach. Oprócz stały imion zauważalnym “nowe”, choć znajome. W pierwszej chwili nie wiedziałam co ze sobą zrobić, teraz przypomina mi się głupi cytat, że Bóg wysłuchuje nasze prośby, ale nie zawsze tak, jakbyśmy tego chcieli. Wychodzi na to, że ani ja Tobie nie pomogę, ani Ty mi. Czekałam tak długo na podobną wiadomość, że teraz poddaje wątpliwości każde jej zdanie. Niezależnie jak na to spojrzę, nie potrafię zdrowo i racjonalne oceni tej całej sytuacji. Jeśli to burzy mój spokój i miesza aż tak w głowie, to gorączkowo myślę o tym jak zrobić, aby znaleźć się w świecie, w którym to wszystko nigdy się nie wydarzyło. Ale taki świat nie istnieje. Mógłby zaistnieć tylko wtedy, gdybym mnie na nim nie było. Przecież to ja wprawiałam w ruch świat te dziesięć lat temu. Nie wiem, czemu zależy mi na tym spotkaniu, jeśli myśl o nim wpędza mnie w “chorobę”. Może mam w sobie dziwne przekonanie, że powinnam przeprosić, osobiście, za to wszystko, a potem... Potem niech dzieje się co chce.

14.10.2019

1050.

Wczoraj pomyślałam o tym, że czas zakończyć to wszystko i usunąć to miejsce raz na zawsze. Nigdy nie myślałam, że księżyc może mieć realny wpływ na człowieka i nawet jeśli to sobie wmówiłam, to nie mogę spać już tydzień przed pełnią. Wczoraj była pełnia i nie mogłam długo zasnąć. Do tego dołączę kończący okres i wiecie rozumiecie, mam już wytłumaczone wszystko. To, że zebrało mi się na wspomnienia, a potem zaczęłam przewijać nie swój instagram aż do trzech lat wstecz i z każdym kolejnym postem płakałam gorzej, czując się okropnie zagubiona. Moja racjonalna część wie, że robię to sobie sama, na własne życzenie wracam do świata, który nie istnieje, ale w tamtym świecie miałam uczucia, w tym wszystko jest albo pustką albo zagubieniem. Czasem pod wpływem impulsu przychodzi mi do głowy szalony pomysł, że się zakocham, o tak, to dopiero byłaby rewolucja, a potem okazuje się, że nie ma we mnie żadnych uczuć, a myśl o wpuszczeniu kogoś obcego w moje niepoukładane życie jest męcząca. Jestem przekonana, że nie ma ani jednej osoby stąpającej po kuli Ziemskiej, która byłaby w stanie wytrzymać z tą wersją mnie, którą jestem obecnie, a stanie się wersją inną to droga długa, już wszyscy o tym wiemy, jak trudno mi nią iść, tak trudno, że wlekę się jakimiś poboczami. A w miniony tydzień okropnie zabłądziłam. Za każdym razem, gdy dopada mnie ta myśl, że może, wszystko wypada mi z rąk i nie wierzę, że kiedykolwiek się z tego wyleczę. Jak mam zapomnieć, bo chcę, naprawdę chcę.

6.10.2019

1049.

“Cierpienie neurotyczne, czyli takie, które sami sobie zadajemy. Osoba cierpi na własne życzenie i o tym nie wie. Myśli o tym (o danej sytuacji) codziennie z premedytacją po wielokroć, to jest cierpienie, które ona sobie tworzy.” Wyrwane słowa z konferencji "Mądre życie" na temat psychoterapii. Uderza mnie, że mój blog to zapis właśnie tego, co sobie robię. Od lat dręczę się też cierpieniem wymyślonym. Czasem chciałabym wiedzieć, czy to, co mnie dopada wymaga też leczenia farmakologicznego, ale jeśli kiedyś myślałam, że tak jest, to tamta ja nie jest teraźniejszą mną, więc częściej wydaje mi się, że poza typowym spadkiem nastrój w dni kobiece i nieumiejętnością reagowania na sytuacje trudne, dawałam sobie na własne życzenie. Dzisiaj myślę o tym szczególnie, zwłaszcza, że historia się powtarza. Tym razem nie moja. Z biegiem lat w jakiś sposób przyzwyczaiłam się, że niektórzy są po prostu nieszczęśliwi i nie można wiele z tym zrobić, kiedy nie otrzymają pomocy, ani nie nauczą się o nią prosić, albo samemu zatroszczyć. Tymczasem męska część mojej rodziny ma w sobie silną chęć ucieczki przed trudnościami. Kiedy ja siedzę w czymś i cierpię, bo choć bardzo chcę zmiany sytuacji to nie potrafię jej zmienić, mężczyźni od razu muszą tu i teraz zrezygnować. Czy dlatego mój ojciec wybrał życie bez nas, bo w tamtym momencie myśl o przyszłości z nami wydała się tak okropnie unieszczęśliwiająca? Czy dlatego mój brat po miesiącu zrezygnował kiedyś z pracy z zagranicą, bo nie mógł tam wytrzymać i nawet fakt, że potrzebuje pieniędzy go nie przekonał? Czy dlatego mój najmłodszy brat po tygodniu chce rzucić studia, choć realnie nie dzieje mu się tam żadna krzywda ? Czy to jest w nas, przekazywane z pokolenia na pokolenie, irracjonalne cierpienie związane z myśleniem o przyszłości? I właściwie czemu moja matka nigdy nie zrezygnowała, choć miała realne powody, aby poddać się. I dlaczego ja jeszcze nie zrezygnowałam, choć mój pogrzeb odbywa się raz na tydzień? Ciężkie to wszystkie. Czasem chciałabym, aby ktoś naprawił naszą rodzinę, od podstaw nauczył nas jak żyć, aby mniej bolało. Często myślę o słowach z pewnego filmu “Mam nadzieję, że rośnie wolny i szczęśliwy, bo on jeden może cieszyć się życiem, moja Giuliano. Choć jeden musi…” i wiem, że u nas nawet ten jeden nie będzie, choć chciałabym się pomylić.

5.10.2019

1048. Fikcyjne podsumowanie roku.

Myślę już o zakończeniu roku. Cały rok myślę o zakończeniu roku. Wypatruję zakończenia, jakby to miało zmienić cokolwiek; jakbym pierwszego stycznia miała zostać magicznie przeniesiona do innej czasoprzestrzeni. Nie potrafię policzyć, jak długo już czekam, choć nie czekam zawsze, czasem myślę wręcz gorączkowo nad rozwiązaniem tej jednej zagadki. W tym roku chyba najbardziej szkoda było mi mijającego lata, bo pomyślałam, och, ostatni raz w letniej sukience widzieliście mnie tak dawno, wtedy na pewno byłam kimś innym; szkoda, że i w tym widzieliście mnie tylko na zdjęciach. Można powiedzieć, że nie wydarzyło się nic wielkiego i przez to ten rok był ciężki. Ciężko było mieć świadomość, że jest tyle rzeczy, na które nie mam wpływu, że od myślenia rozbolała mnie głowa, zbyt wiele razy. Okropnie mieć świadomość, że tylko czas jest naszym sprzymierzeńcem, a potem dowiedzieć się, że czas działa na naszą niekorzyść. Ilość tabletek przeciwbólowych, jaką wzięłam w tym roku przekracza moje dotychczasowe normy. Myślę, że w pewnym momencie głowa bolała mnie już od stresu. Nie potrafiłam zmienić w tym roku pracy, więc idąc za myślą, że lepiej być nieszczęśliwym z pieniędzmi, niż nieszczęśliwym bez grosza przy duszy, postanowiłam zostać w tej, mimo że bycie tam jest dla mnie trudne, a czasem nawet trochę niszczące. Nie chcę tego wyliczać na palcach. Ostatecznie to tylko i wyłącznie moja wina, i tego, jakie mam problemy ze sobą. Normalni ludzie normalnie tam funkcjonują. Moim celem, który ciągle jest daleko, jest nie tyle chęć stania się lepszym człowiekiem, ale stanie się tą wersją siebie, którą powinnam być zanim spotykało mnie wszystko to, co spotkać nie powinno, a zmieniło na gorsze. Godzę się jednak z faktem, że niektóre rzeczy zawsze będą mnie dręczyć, ponieważ wsiąknęły we mnie tak bardzo, że nie potrafię nawet wyobrazić sobie siebie, że myślę inaczej. Wydaje mi się to wręcz nierealne, jakby mój umysł nie potrafił zobrazować innego scenariusza. Wiele osób dało mi do zrozumienia, że jestem winna temu, że jestem tu gdzie jestem i nie potrafię nic z tym zrobić. I wiecie co, święta prawda, przecież gdybym wiedziała co zrobić, to bym to zrobiła. Nikt nie widzi, że mam gdzieś poważny problem, który sprawiał, że w tym roku ciągnęłam się nad przepaść zbyt często. Zbyt często też narzucałam się innym osobom. I nawiedzę słyszeć, że nikt nie lubi nie uśmiechniętych osób, więc przykładowo moje konto na instagramie zawiera tylko uśmiechnięte zdjęcie mnie. Im większy uśmiech, tym bardziej mnie boli, że ludzie w realnym świecie pojawiają się przede mną wtedy, gdy mam ciężki czas. A przecież nie mam ciężkiego nieustannie, to oni źle trafiają i rozumie, ja to rozumiem, czemu nie szukają ze mną kontaktu. Często myślałam, że nie dożyję trzydziestu lat i wprawdzie jeszcze trzy miesiące tego roku, a do moich urodzin aż dziewięć, to i tak myślę, że prędzej może umrzeć mój ojciec niż ja. Jest to oczywiście spojrzenie czysto ludzkie, zakładające, że ludzie chorzy umierają szybciej od zdrowych, co prawdą nie jest. Śmiałam się z K., że najlepsza rzecz w tym roku to “wspólne” oglądanie chińskiej dramy i właściwie to chyba nic więcej nie dało mi tyle dziecięcej radości. Nie wiem, czemu zebrało mi się na podsumowanie roku tak wcześnie. Może dlatego, że oznaczyłam cię jako sprawę przegraną i nie chcę już czekać te trzy miesiące, jestem zmęczona myśleniem o tym i wkurza mnie, że nie przestanę myślę o tym jeszcze długo, a może nawet nigdy. I tylko czasem, gdy zmuszam się do snu (moja fikcyjna ucieczka w bezsenność trwa cały czas), zdarza się, że zaczynam płakać przed snem nad całym swoim życiem, by za dnia ze spokojem stwierdzić, że może jeszcze trochę chce mi się żyć. Tylko nie pamiętam jak być żywą wśród ludzi. Czasem ogarnia mnie ogromna chęć poproszenia kogoś o spotkanie, nawet obcą osobę, tylko żebym wróciła do życia. Chcę być jak inni ludzie, żyć bez tych wszystkich irracjonalnych lęków, spędzić z kimś miło czas bez poważnych rozmów o życiu, ale nie, nie mam odwagi zabierać komuś cennego czasu. Nie mam odwagi rozmawiać z ludźmi. Proszę, zabierz mnie nad morze, może to mnie uzdrowi.