8.09.2020

1101

 Próbuję zasiąść do tego wpisu od ponad tygodnia, ale nie potrafię znaleźć czasu. Od miesięcy nie potrafię usiąść na spokojnie i wybrać głośników do komputera. Dni mijają, stare głośniki raz łączą, raz głos daje tylko jeden, i tak płyną mi dni. Nie wiem, co się dzieje z moim czasem. Nie potrafię się na niczym skupić. Bezskutecznie łapię rozbiegane myśli. Czy to zaczęło się dwa lata temu, gdy moja cera zwariowała, moje relacje z ludźmi się popsuły, a mojemu ojcu postawiono diagnozę skazane na śmierć? A może wielki wybuch przy moim uchu nakręcił maszynę nie skupienia? Nie wiem, nie wiem nic. Mój ojciec nie żyje. Byłam nastawiona bojowo w dzień pogrzebu, aby walczyć ze wszystkimi zarzutami jako że byłam złą córką i nie odwiedziłam go przed śmiercią, mimo że nikt nie wiedział kiedy umrze, ani on nie prosił o tłumy pielgrzymów, wręcz przeciwnie, chciał cierpieć w spokoju. Myślę, że nie było mu to potrzebne. Ostatecznie śmieć to sprawa między nim a Bogiem, a jeśli wszystko w co wierzę jest najprawdziwszą prawdą, po śmierci zobaczymy się znowu. Czy czeka nas kolejne niezręczne spotkanie? Czy tak usprawiedliwiam swoje poczucie winy? Moje bojowe nastawienie było niepotrzebne. Nikogo nie obchodziło kim jestem. Grabarze patrzyli na nas bez emocji, panowie niosący trumnę (czy też nazywa się ich grabarzami? raczej nie) nie pokazali żadnych emocji. Widziałam jak zerkali na mnie, ale najprawdopodobniej skakali wzrokiem po wszystkich, aby dostosować się do sytuacji i wiedzieć, co w którym momencie robić. Nie chciało mi się płakać ale nie mogłam znieść płaczu sióstr ojca, więc kilka razy powstrzymywałam łzy Wiecie, płakanie na pogrzebie własnego ojca byłoby czymś niezrozumiałym. Płakanie jest czymś złym, jeśli płaczę ja, nigdy nie wolno pokazać pokazać mi prawdy, więc całe życie skrzętnie ukrywam swoje realne emocje, a przede wszystkim stan umysły, aby nie mierzyć się z bezradnością innych na mój widok. Inni płakali bez skrępowania, przytuliła mnie zapłakana siostra cioteczna, starsza ode mnie o kilka lat, która pomogła mojemu ojcu w ostatnich dniach. Dziwne uczucie, bo ona przytuliła mnie na pocieszenia, a przecież osobą wymagająca pocieszenia była ona. Śmierć mojego ojca nie była czymś złym, wręcz przeciwnie, szczęśliwy on. Jego cierpienie dobiegło końca, fizyczne i psychiczne; nie musiał mierzyć się z trudnościami dnia codziennego, z nie jedzeniem, niemówieniem, z niczym,  szczęśliwy koniec. Umarł ktoś, kogo nie znałam i to bardziej rozbija moje myśli. Trzydzieści lat bycia czyjąś córką. Tylko czyją? Kim naprawdę był mój ojciec? Nagle uderza mnie, że dwadzieścia lat nie miałam ojca i już nigdy nie będę mieć. Koniec. Coś się skończyło. Pustka minionych dwudziestu lat pozostanie już na zawsze niewypełnioną pustką. Dziwnie mi z myślą, że wraz ze śmiercią pewne rzeczy stają się nieodwracalne. Nie można nic naprawić, zmienić, powiedzieć. Koniec to koniec. Koniec na zawsze. Co gorsza, nagle śmierć stała się bardziej realna. Do tej pory zawsze czułam jej oddech na karku, co gorsza, biegłam też w jej ramiona, ale teraz wiem, że nie jestem na nią w żaden sposób gotowa. Za to mój ojciec, on był gotowy, wiedział, że jego dni są policzone, mógł się przygotować, o ile da się przygotować na taki tajemniczy moment. Zazdroszczę mu, że wie jak to wygląda. Gdzie teraz jesteś tato, wróć tu i powiedz mi, bo inaczej nawet po śmierci będę błądzić tak jak za życia.