21.05.2020

1088.

Największą radość sprawia mi widok gojących się ran na mojej twarzy, ale taki widok nie występuje. Mój okres trwał jeden dzień, zaczął się wieczorem, skończył rano. Bezboleśnie, prawie bez krwi. Wspominam tutaj o tym, bo nie używam kalendarzy, a tak będę mieć zapisek kiedy po raz kolejny mój okres postanowił stracić na mocy. Nie ukrywam, dobrze jest go nie mieć, ale jego brak oraz wygląd mojej twarzy być może reprezentują to, jak wiele nieuświadomionego stresu mnie zjada. Nieuświadomionego, bo codzienność nagle stała się dla powtarzalnymi mechanizmami. Robię wszystko jak zaprogramowana, odcinam się od wszystkiego co trudne i niewygodne, ale i tak potrafię nie wysikać się przez siedem godzin w tym miejscu, którego nie lubię. Za każdym razem, gdy wspominam o tym problemie czuję się bardzo nienormalna i chora. Nie chcę taka być, ale taka jestem. Nie odpowiedziałam na propozycję spotkania z przyjaciółmi. Minęły dwa tygodnie, nie wiem, nie ma mnie, nie istnieję. Dopóki moja twarz nie stanie się wyjściowa nie chcę nikogo widzieć.

6.05.2020

1087.

Maj, ach, maj. Jeszcze trochę do mojej trzydziestki, której mam szczerą nadzieję nie dożyć. Nienawidzę siebie za to kim jestem. Inni uważają, że to moja wina, że jestem jaka jestem. Zamiast mi pomóc, najlepiej zrzucić winę na mnie. To jaka jestem, jest sumą moich wyborów. Urodziłam się taka, jaka miałam, wymyśliłam siebie od początku. W zeszłym tygodniu byłam na przejażdżce rowerowej, drogami polnymi i mniej polnymi i szosą. Stałam oko w oko z psem. Im bliżej domu byłam, tym bliżej on był mnie. Nie rozumiem, czemu ludzie nie zostawili psa za płotem, tylko dobiegał aż do drogi przejezdnej. Może prześlizgnął się przez dziurę? Nie wiem. Nie było nikogo w domu. Mój krzyk nikogo nie przywołał. Darłam się ze złości jak wariatka, głupi pies. Nienawidzę zwierząt. Tego dnia nie miałam nic, tylko tę przejażdżkę, a nawet nie mogłam spokojnie przejechać drogą. Mogłam przekonać się, jak daleko jest w stanie posunąć się kundel, może wbiłby we mnie swoje kły i byłoby po wszystkich problemach. Dzisiaj zaczęło się od głupiej obsesji mojego brata na punkcie samochodu. Zawsze myślałam, że pojazdy są po to, aby ułatwiać ludziom funkcjonowanie, niż na pokaz, a nawet najmniejsza rysa, którą mogłabym zrobić (a nie zrobiłam), jest zapalnikiem wszystkich nieszczęść świata. Nie rozumiem, czemu wszyscy mówią mi, że to moja wina. Myślę nie tak, zachowuję się nie tak, nie jestem tym kim powinnam być, mając to co mam, w przekonaniu innych. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Może będę wstawać o trzeciej nad ranem i udawać się do pracy pieszą, a potem wracać pieszą, myć się, kłaść się spać i wstawać o trzeciej nad ranem. Wirus nie zniszczył nikomu życia, to my zniszczyliśmy sobie życie dawno temu, teraz otwierają nam się oczy. Nie jestem ani trochę zdziwiona, że odsunęli mnie na bok. Tak, na to też wszyscy znajdują nazwę "użalanie się nad sobą". Och, jaka "użalona" (nie ma takie wyrazu w słowniku polskim?) jestem. Ale to nie jestem ja. Chciałabym, żeby wszyscy, którzy będą mnie pamiętali zrozumieli, że to nie była ja, nigdy. To zżerało mnie od środka,od zawsze, choć nigdy nie rozumiałam dlaczego i jak to zatrzymać, a każda próba znalezienia przyczyn to obarczanie winą innych, a obarczać winą nie mogę, bo to grzech i kara, a nie próba ratowania siebie. Ratowania? Po co, na co i dlaczego? Czekam aż umrze mój ojciec, a potem moja babka, jedna i druga, a potem ja... Czekam, zawsze czekam na zakończenia ostateczne, inaczej to nigdy się nie skończy.