31.10.2018

1012

Jeszcze nie kupiłam biletów (to znaczy bilety już się kupiły, bo wpis zaczęłam produkować kilka dni temu, więc do tego czasu decyzja zapadła), a już jadę, już stoję w sali wypełnionej po brzegi i nie mogę uwierzyć, że zasłużyłam jeszcze na coś dobrego w tym życiu. Nie wierzę, że przez 25 dni będę pijana szczęściem. Już zachowuję się irracjonalnie, jakby życie nie polegało na niczym innym, niż na czekaniu na usłyszeniu czyjegoś przejmującego głosu i ujrzeniu twarzy tak znajomej, że po przyjrzeniu jej się z bliska wyda się obca na zawsze. Stracenie słuchu dla takiego wokalisty i osobowości scenicznej, jaką jest Nam Taehyun to nie powód do smutku. Czy martwię się tym, że mogę sobie zaszkodzić? Może gdzieś z tyłu głowy mam tę myśl, że powinnam na zawsze pozostać w domu, ale nie chcę. Tak naprawdę, gdy o tym pomyślę, to nie raz naraziłam się na utratę słuchu po pechowym incydencie. Trzy miesiące później byłam na koncercie zespołu Hurts, który grał  na Torwarze. Nawet nie przyszło mi do głowy, że powinnam wtedy wcisnąć dla ochrony zatyczki w uszy. Czułam dyskomfort, wiedziałam, że jest dla mnie za głośno i miałam ochotę zatkać uszy palcami, ale chyba bardziej bolały mnie nogi od niewygodnych butów i jakoś o tym zapomniałam. Gdy w hostelu kładłam się spać, szumy nasiliły się, ale to normalne zjawisko po godzinie w głośnym otoczeniu. Ludzie wychodzący z koncertu zawsze czują ogłuszenie, które mija. I u mnie wszystko zniknęło wraz z nastaniem nowego dnia. Półtora roku później wybrałam się w to samo miejsce na koncert, ale już ze specjalnymi zatyczkami na koncerty. Nie powiem, nadal miałam obawy, ale z racji tego, że koleżanka, z którą byłam na drugi dzień bardzo rano wyjeżdżała z rodzicami za granicę, nie uczestniczyłyśmy w wydarzeniu do końca. Wtedy też mój słuch przetrwał. Nie da się uciec od dźwięku, miasta są głośne, życie jest głośne, a mój słuch zmienia się nawet przy wysiłku fizycznym, gdy ciśnienie rośnie, gdy jestem osłabiona przeziębieniem i słyszę jak pisk wyrywa się ponad inne dźwięki. Tym razem też będzie dobrze. Mniejszy klub to nie ogromna hala, z drugiej strony małe pomieszczenie dźwięk może wypełnić gęściej, ale nie chcę się martwić. Wierzę w moc instrumentów i przerwy w postaci wolniejszych piosenek. To nie będzie impreza techno, nie huknie mi w twarz dźwiękiem, a moje ciało nie będzie drżeć w rytm muzyki. Nie powinnam tego pisać, ale jestem szczęśliwa. Nie wierzę, że dla tej chwili postanowiłam odsunąć wszystkich znajomych na bok i nie w głowie mi odwiedziny z prezentami, które już dawno powinnam mieć za sobą. Może dlatego uparcie śnią mi się znajome twarze w snach trochę smutnych, bo zawsze w nich coś tracę i tak już od miesiąca. Ale to nagle nieważne, bo za dwadzieścia pięć dni będę płakać, tak jak płakałam dzisiaj, ze szczęścia. To dziwne mieć w sobie tę myśl, że ktoś młodszy ode mnie (znowu młodszy?) ratuje mi dni, ale wiek naprawdę nie ma znaczenia, gdy wszyscy i tak kwalifikujemy się do grupy dorosłych. Myślę o tym, że już raz przydarzyła mi się taka historia. Widziałam kogoś po raz pierwszy, myśląc, że ostatni, a potem kolejne spotkanie nadeszło niespodziewanie szybko i to w dniu koncertu. Miałam ogromną nadzieję, że to zapowiedź czegoś dobrego, a potem wszystko rozsypało się jak domek z kart i od tamtej chwili ani razu nie czułam się prawdziwie szczęśliwa. Moje szczęście wynikało wiele razy już tylko z ulgi, że coś bolesnego dobiegło końca. Teraz myślę o tym, że znowu spotkam kogoś po raz drugi i że to będzie na koncercie i nie chcę, żeby początek był też końcem znajomości. Tak bardzo cieszę się na myśl o listopadzie, a jest to radość tak nieracjonalna, że z przestrachem spoglądam na swój uśmiech w lustrze i nie mogę położyć się spać. Niesamowite, że tak ogromne szczęście, które sprawia, iż unoszę się ponad ziemię, jest w stanie wywołać tylko myśl o spotkaniu ulubionego zespołu lub spotkaniu znajomej osoby, którą lubię. Możliwe, że kiedyś będę umierać również z uśmiechem na ustach. Ale na tym moje szczęście się kończy. Nic więcej nie sprawia mi radości. Cieszę się, że właśnie z Tobą będę miała okazję posłuchać South Club. Nie mogłam wymarzyć sobie lepszego towarzystwa. Będziesz musiała podtrzymywać mnie na duchu, gdy będę przechodzić załamanie nerwowe na chwilę przed tym, jak moja dłoń na kilka sekund dotnie dłoni wokalisty. Bywam niewdzięczna i gorzkie słowa wypełniają to miejsce, ale dzisiaj na dwadzieścia pięć dni przed koncertem wypełnia mnie wdzięczność tak ogromna, że jestem w stanie stwierdzić, że moja nienawiść do świata jest miłością. Jestem szczęśliwa, słyszycie, jestem po raz kolejny i to mały cud w mojej codzienności. Proszę, niech listopad będzie dla nas łaskawy.

27.10.2018

1011.

Przyszłam do pracy, gdzie na dzień dobry poczęstowano mnie tortem. Przez miesiąc odbywał u nas praktyki chłopak z technikum i w ramach podziękowania przyniósł tort, którego nie miałam okazji zejść dzień wcześniej, ponieważ jako pierwsza skończyłam pracę tego dnia. Nie miałam ochoty na tort. Nie mam ostatnio apetytu; chyba od wyjazdu do Wrocławia, a może wmówiłam sobie tylko, że ten wyjazd będzie czymś przełomowym w moim życiu, więc przypisuję mu dziwne znaczenie, nawet jeśli już wróciłam do domu. Oczywiście z grzeczności wcisnęłam w siebie kawałek, który i tak dla mnie zostawiono. Mogłam zjeść później, ale skoro szefowa niosła też przydział sympatycznym paniom ze sklepu nad nami, który od dzisiaj przestał istnieć, wolałam zjeść swój kawałek w spokoju. Nie był za słodki, podejrzewam, że był kupiony, a jednak pomyślałam, że już nigdy nie wezmę nic słodkiego do ust. Wiem, że wczoraj dodałam notkę, ale dzisiaj obudziłam się z przekonaniem, że chyba oszalałam ryzykując takimi wpisami. Mogłabym usunąć i byłoby po sprawie, ale zawsze wolę napisać o czymś innym i zepchnąć do archiwum wspomnień zakazane słowa niż wymazywać. Czemu? Nie jestem pewna - jak zawsze zresztą - więc może chodzi o to, aby od czasu do czasu przypominać sobie (i innym), że jednak jestem niestabilna emocjonalnie. Jednego dnia coś jest dla mnie boleśnie ważne, a drugiego nawet nie rozumiem, czemu tak było i co mnie w ogóle obchodzi życie innych. Chciałabym napisać tutaj o wielu rzeczach i mieć spokój ze sobą, ale tego nie zrobię. Po przebudzeniu mogłabym usiąść i wypisać z siebie wszystko, ale idę do pracy, w której przez osiem godzin wypala mi mózg od siedzenia przed komputerem (sezon się skończył, więc pozostaje praca głównie biurowa), dlatego po przyjściu do domu nie mam ochoty na nic i moje ambitne plany snute przez cały dzień i tak kończą się w Korei, czyli znowu przed komputerem. Nie znam już innego świata, może dlatego coraz trudniej odnaleźć mi się wśród ludzi żywych. Kto wie, jak to się skończy. Na razie piszczy mi gorzej w uszach ze zamęczania, więc zakończę to snem. Dobranoc.

26.10.2018

1010.

Większość moich wpisów, to wymysł mojej wyobraźni, nie mogę przestać o tym myśleć w ten sposób. Nie wiem, czy moje słowa obrazują mój realny punkt widzenia, czy są tylko czymś, co ma brzmieć ciekawie na potrzeby tego miejsca. Nie ważne więc, czy czuję i myślę w ten właśnie sposób, ważne, że mam ochotę o tym napisać w taki właśnie sposób. Może dlatego, gdy stąd wychodzę, wydaje mi się, że znowu okłamałam świat i trochę siebie, bo wraz z zamknięciem strony, zamyka się też mój umysł.To o czym tutaj piszę nie ma większego znaczenia, bo nie do końca łączy się z rzeczywistością. Czemu? Wersja mnie z mojego bloga jest nie do przyjęcia przez innych, bo jest zwyczajnie niewygodna. Nikt nie zniósłby mnie takiej pełnej wątpliwości, samooskarżania, z załzawionymi oczami ze złości. I to nie tak, że targają mną takie emocje 24 h na dobę, ale czasem mam dość. Nie wiem, czemu życie nauczyło mnie, że gdy za duszę chwyta zwątpienie, ostatnią rzeczą jaką mogę zrobić, jest przyznanie się do tego publicznie. Najlepiej nie myśleć wiele, więc na tym polega moje życie, od dawna, blokuję siebie jak tylko mogę i nie chcę mieć czegoś takiego jak serce. Mówią, że im człowiek mniej wie, tym spokojniej śpi, więc najlepiej być jak ryba. Czemu akurat uważa się, że ryba ma krótką pamięć i czy to prawda? Gdy o tym myślę przypomina mi się Jooheon, który zapominając tekstu śmiał się, że ma pamięć ryby. Ostatnio myślałam o tym, że nigdy nie potrafię zapamiętać dźwięku czyjegoś głosu. Czy to w ogóle możliwe? Przez to mam wrażenie, że ktoś widziany wczoraj, dzisiaj wydaje się istnieć gdzieś w innej galaktyce. Denerwuje mnie to. Czasem. Ten długi wstęp pewnie nie będzie miał wielkiego powiązania z tym, o czym napiszę tutaj później, ale postanowiłam przypomnieć sobie, czemu moje bolesne wpisy ostatecznie nie równają się codzienności, ponieważ ból skutecznie znieczulany jest rozrywką a Półwyspu Koreańskiego. Namjoon powiedział kiedyś, że jeśli ich działalność, muzyka, występy, nagrania czy zdjęcia mogą choć trochę pomóc w zmniejszeniu bólu fanów, jeśli ze 100 procent zmniejszy się on do 99 to wystarczająca ilość, aby nadać wartość ich istnieniu. Spełniając swoje marzenia o byciu na scenie, sprawiają, że ja ze sceny swojego życia jeszcze nie zeszłam. Niesamowite, prawda? Podążanie za marzeniami to jednak turd ogromny. Wonho, który śpi tylko dwie godziny na dobę to przegięcie. Już nie wiem dokąd prowadzi ten wpis. Chciałam tylko przypomnieć o moich literackich zapędach i o tym, że tak jak w każdym żarcie kryje się odrobina prawdy, tak w moich notkach odrobina kłamstwa związanego z subiektywnym postrzeganiem rzeczy, ale nie wiem, gdzie doszłam z tym wstępem. Najprawdopodobniej donikąd. Sama nie potrafię dojść do tego, czy naprawdę o czymś myślę w dany sposób, czy może to fajnie tak myśleć, ale realnie nie chciałabym dojść do punktu, w którym muszę muszę zmierzyć się z rzeczywistością ze swych małych pragnień. Przykładowo, czasem myślę “jak bardzo chciałabym cię spotkać”, tak bardzo, że idę miastem i z przejęciem spoglądam na rejestracje przejeżdżających samochodów, wiedząc, że i tak w żadnym nie ujrzę twojej twarzy, bo fizycznie nie możliwe. Ostatecznie, gdy tak siądę na spokojnie i użyję swojego umęczonego mózgu, stwierdzam, że naprawdę mi to niepotrzebne, bo łatwiej jest nie konfrontować się z realną sytuacją. Fajnie umierać w wyobraźni, i kłaść wieniec na swój grób, ale trudniej wziąć odpowiedzialność za swoje czyny i realnie zrobić sobie krzywdę. Rozumiecie? Wszystko co w mojej wyobraźni ma minimalne odzwierciedlenie w mojej codzienności, a jednak to właśnie moja wyobraźni ciągle rządzi moimi dniami. Może dlatego wracam myślami do informacji o tym jak codziennie notujesz kilka słów w małym kalendarzu, aby coś ci nie umknęło. Oczami swojej wyobraźni widzę jak zmęczony pochylasz się na koniec dnia nad otwartą stroną i szukasz odpowiednich słów, aby określić to co ważne. Nie patrzę na twoją twarz, obserwuję cię z dystansu, jakbym stała w drzwiach twojego pokoju. Prawda jest jednak inna. Coraz bardziej przekonuję się o tym, że lepiej byłoby nie zobaczyć cię już nigdy, a patrząc na obecną sytuację, nie muszę się nawet starać.

22.10.2018

1009.

Dotarło mnie, że spotkałam się z Tobą tak, jakbyśmy spotykały się co tydzień, jakby to było zwykłe spotkanie, jakbym nie musiała nic mówić, bo przecież będę mogła powiedzieć Ci to za tydzień, gdy spotkamy się znowu, ale tydzień już minął i nie zobaczę Cię prędko. Nie wiem, co ze mną nie tak. Czekam na te spotkania tak długo, a gdy nadchodzą nagle jestem nieobecna, bo przygniata mnie świat. Czy nigdy nie przeproszę Cię za to, za co w swym przekonaniu powinnam? Nigdy nie dowiesz się, jak ciężko mi było, gdy nie mogłam złapać z Tobą kontaktu, więc się odsunęłam i obawiam się, że mogło Cię to zranić. A Ty nadal witasz mnie z uśmiechem, lecz nie wiem, co się za nim kryje. Nie mam odwagi zapytać. Słuchałam każdego Twojego słowa z uwagą, bo chciałam to wszystko zrozumieć, ale nie rozumiem, nadal uważam, że zasługujesz na lepsze życie, choć sama pewnie nie myślisz, że żyjesz złym. Nie żyjesz, ale powinnaś mniej męczyć się z tym, z czym musisz codziennie. Ktoś powinien nosić Cię na rękach i opiekować się jak największym skarbem. Powinnaś wiedzieć, że przeszłość Twojej rodziny nie jest Twoją przyszłością. Czasem chciałabym, żeby wszyscy, o których tutaj piszę, choć raz przeczytali wpisy o sobie, bo tak bardzo dociera do mnie, że nie nauczę się mówić nigdy wprost. Czasem płaczę ze złości nad każdą zmarnowaną szansą, ale wiem, że wtedy nie mogłabym wydusić z siebie słowa. Mam wrażenie, że gdy tylko powiem prawdę o swoich uczuciach, zaraz świat wokół mnie runie. Czasem czuję się tak bardzo oderwana od świata rzeczywistego, że nie wiem, co się dzieje. Od dłuższego czasu myślę o tym, że nie wierzę już nic. Wierzę tylko w Boga, ale nie wierząc w nic poza Nim, nie wierzę w to, co powinnam wierzyć, wierząc w Boga. Czy rozumiecie o co mi chodzi? Pytam siebie, czemu jestem tak uboga w uczucia, ale nie znajduję odpowiedzi. Czasem wydaje mi się, że potrafię, a tymczasem to tylko moje marzenie, że mogłabym tak jak inni kochać, kogoś, przyjaciół, rodzinę, świat. “Kochać” to takie ważne słowo. Zbyt wielkie, żebym mogła dźwigać jego ciężar. Jestem wdzięczna, że oprowadziłaś mnie po mieście i zabrałaś tam, gdzie chciałam; że wstawałaś dla mnie rano, choć nie mogłaś spać do późnych godzin nocnych. Nawet to, że jadłaś razem ze mną wydaje mi się czymś wspaniałym, choć podejrzewam, że to nadal nie wygląda tak optymistycznie, nawet jeśli wyglądasz zdrowiej niż ostatnim razem. Szokiem było dla mnie to, że spotkałam Twoją mamę. Wpadłyśmy na nią przypadkiem na mieście i już myślałam, że mówiąc “to ta koleżanka która pisała” odnosi się to tego mojego marnego maila, którego napisałam do niej za Twoją zgodą mając lat naście. Myślę, że to był jeden z moich błędów młodości. Tak bardzo chciałam być przy Tobie w tamtym czasie i przepraszam, że nie mogłam. Czemu zapomniałam przeprosić Cię tydzień temu? Nie wiem, wydawałaś się taka szczęśliwa, a tyle razy pisałam tutaj, że nie ma sensu wracać do przykrej przeszłości. Na pewno bardziej boli Cię przeszłość inna, do której nie mam dostępu, bardziej niż moje poczucie winy, które jest czymś należącym tylko do mnie, bo wymyślonym przeze mnie. Uderza mnie jednak fakt, że niezależnie jak na to spojrzę, Ty ciągle masz w sobie życie i masz przy sobie kogoś, kto podtrzymuje w Tobie ten płomień, a mi tutaj coraz chłodniej i ciemniej, ale proszę, chciałabym zobaczyć Cię jeszcze raz zanim zgasnę.   

18.10.2018

1008.

Wróciłam do pracy po tygodniu przerwy i pierwsze, co mnie uderzyło, to nie zamykające się drzwi od łazienki. Wcześniej należało użyć siły do ich zamknięcia i otworzenia, co było dobre przy braku zasuwki. Gdy ktoś nieproszony chciał wejść, musiał mocno szarpnąć, więc do tego czasu można było krzyknąć w proteście. Tymczasem nie zamykające się drzwi do miejsca tak intymnego jak łazienka to problem ogromny. Nie rozumiem, czemu muszę manifestować swoje wyjścia do toalety i obwieszczać, że mam pełny pęcherz tylko po to, aby uniknąć żenująco-traumatycznej sytuacji. A wszystko przez włączone ogrzewanie - od ciepła napęczniały drzwi. Wyjście do toalety staje się więc grą, z czasem, miejscem i ludźmi. Ktoś puknąłby się w głowę, że tak bardzo utrudniam sobie życie, ale co poradzę na to, że stres w moim organizmie wytwarza się niezależnie od moich prób jego opanowania. Poza tym przeszłam pierwsze w tym roku przeziębienie, czyli nie tak źle biorąc pod uwagę, że mamy już dziesiąty miesiąc. Osłabiła mnie podróż i zbliżający się okres i właściwe to dobrze, że gorączka i katar, który odciął mi dopływ tlenu do mózgu, zmniejszyły ilość myśli w mojej głowie. Przez ostatni dni spałam po osiem godzin, a i tak budziłam się zmęczona. Za każdym gdy agresywnie wybudza mnie alarm i nie mam siły podnieść się z łóżka, aby rozpocząć kolejny niepotrzebny dzień, myślę o tych wszystkich koreańskich zespołach, które w trakcie promocji śpią po 4 godziny na dobę i dochodzę do wniosku, że moja trudności dnia codziennego są niczym w porównaniu z ich chronicznym zmęczeniem już pod koniec promocji, zwłaszcza, że oni tańczą i śpiewają i ćwiczą, a ja, co robię ja. Obecnie w pracy siedzę nieustannie przez osiem godzin przed komputerem, a potem w domu przez cztery, więc można powiedzieć, że zima zapowiada się ciężko, jeśli tak to będzie wyglądać, ale w porównaniu z koreańskim zespołem to bardzo komfortowe i leniwe móc snuć się bez celu w półśnie. To bardzo korzystna sytuacja móc nie żyć już za życia. Chciałabym wyjść na spacer, skorzystać ze słońca i porobić zdjęcia w jesiennej scenerii, ale w mój jedyny wolny dzień - niedzielę będzie już zimno, więc pewnie będę wolała siedzieć w domu pod kocem. W poprzedniej notce napisałam, że odetnę się od wszystkich. Od razu po opublikowaniu wyłączyłam komputer i zaśmiałam się gorzko z własnej głupoty. Przecież to inni zniknęli z mojego życia i nie wiem czemu. Ostatnio słuchałam czegoś w internecie i podobno życzliwością, zamartwianiem się o innych lub/i chęcią pomocy można zamęczyć innych. Można, owszem. Jestem tego doskonałym przykładem. Upierdliwa znajoma, która chce pomóc, bo ma wrażenie, że ktoś rozpadnie się tak jak ona, jeśli pomoc nie przyjdzie wystarczająco szybko. Ale nie, moi wszyscy znajomi ze mną czy beze mnie radzą sobie równie świetnie i to nie moich dobrych słów potrzebują. Tymczasem ja potrzebuję dużo dobrych słów. Czemu więc świat milczy?

15.10.2018

1007.

To będzie ciężki wpis, zarówno do tworzenia, jak i czytania. Wstałam przed piątą po ciężkiej nocy i ruszyłam w podróż chłodnym porankiem. Wszystkie obawy, które nosiłam tygodniami, a potem wiozłam tego dnia ze sobą, okazały się niesłuszne, ponieważ ku mojemu zaskoczeniu odkryłam, że nie czuję nic poza stresem. Mój zamrożony umysł nie wytworzył żadnej myśli i cały ten czas, który miał być czymś tak oczekiwanym i wspaniałym okazał się czasem może nie tyle co zmarnowanym, ale zawiedzionym. Znowu zawiodłam siebie. Czy ktoś jest jeszcze zaskoczony? Ani razu nie otworzyłam ust i nie powiedziałam tego, co było najważniejsze, bo nagle to, co najważniejsze przestało mieć znaczenie. Teraz, gdy o tym myślę, miałam rację milcząc - nie mogłam powiedzieć nic sensownego. Spotkania po latach są jak próba nadrobienia czegoś, czego nigdy nie da się już uchwycić. Spotkanie, które jest oderwaniem od prywatnej rzeczywistości każdej z osób, aby na kilka chwil stworzyć wspólną, jest tylko momentem w obliczu wieczności, który ostatecznie nie znaczy nic, bo nie jest sytuacją naturalną. Chciałam uczestniczyć w codzienności moich znajomych, ale nie mam już takich znajomych, codziennych. Podczas naszego pożegnania obiecałaś przesłać mi wspólne zdjęcia, ale tego nie zrobiłaś, a mi głupio o to prosić. Mówiłam, że dopomnę się o tytuł filmu, o którym opowiadałaś, ale tego nie zrobię. Moje znajomości działają dobrze tylko na odległość, w wyobraźni, ale kiedy staję realnie przed drugą osobą, odrębność jej życia uderza mnie tak mocno, że nie wiem, po co się zbliżałam. Pierwszą herbatę jaśminową piłam w 2011 roku we Wrocławiu. Potem kupiłam taką raz, firmy Lipton, która nie umywała się do tej z herbaciarni. Kolejną wypiłam w Opolu kilka dni temu i nie mogłam po niej spać, budząc się z pełnym pęcherzem koło pierwszej, przez co musiałam stresować się nocnym wyjściem do toalety, gdy w pokoju spały obce osoby. Teraz z żalem piję trzecią, bo stojąc dzisiaj w kolejce w Biedronce, rzuciła mi się w oczy biała herbata jaśminowa. Jest pyszna, a mi coraz smutniej. Mam mnóstwo pourywanych myśli z podróży, ale nie wiem, czy kiedykolwiek je tutaj spiszę Jestem okropnie zmęczona.. Pojechałam spotkać ludzi i odpocząć, a tymczasem nogi bolały mnie od chodzenia tak, że w pewnym momencie miałam niedowład. Moje najwygodniejsze buty mnie zawiodły i w pewnym momencie stawiałam kroki w ogromnym bólu, ale co mogłam zrobić, jeśli każdy chciał mnie gdzieś zabrać, a mi było głupio zrezygnować z jedynej szansy na spacery po obcej ziemi w towarzystwie. Wiecie, naprawdę chciałam nie wrócić z tej podróży. Chciałam gdzieś po cichu umrzeć i nie rozumiem, czemu na to nadal nie zasłużyłam. W niedzielę nie potrafiłam poradzić sobie z rzeczywistością, poniedziałek nie okazał się lepszy. Stresuje mnie sytuacja z pracą i z tym, że muszę podejmować decyzje, czego nie potrafię, odkąd tylko dano mi możliwość samodzielnego decydowania o sobie. Szefowa powiedziała “jeśli tylko będziesz chciała” w domyśle zostać dalej. Moje serce nie chce, nie chce tu żyć i ma dość wszystkiego wkoło, ale mój rozsądek mówi, że lepiej mieć pracę i pieniądze niż zostać tutaj bez pieniędzy, bo przecież magicznie nie znajdę się gdzieś indziej. Żal ściska mi gardło na myśl o tym, że kolejny rok spędzę tutaj i spróbuję pocieszyć się czymś materialnym oraz niezawodnym koreańskim popem. Nie znam innego życia. Mój mózg nie potrafi już wyjść poza ramy, które stworzył, bo wszystko poza to jeszcze większy ból niż tłumienie w sobie nieszczęścia bycia tu i teraz. Zażartowałam gorzko, że to moja kara, bycie tutaj, gdy przedstawiłam mamie logiczny wywód o tym, dlaczego lepiej płakać z pieniędzmi w kieszeni niż bez. Wiecie, który raz jestem w tej samej sytuacji? Piąty i jest coraz trudniej zachować jakąkolwiek pozytywną myśl. Moja mama powiedziała, że to kara, którą nałożyłam sama na siebie. Prawda. Czy nie od lat trąbię na tym blogu, że moje życie jest tylko i wyłącznie moją winą i wypadkową moich błędnych decyzji? A ludzie nadal mi pieprzą o niskiej samoocenie i o tym, że zmiana myślenia naprawi moją rzeczywistość, jakby tylko myśli rządziły wyłącznie ludzkimi dziejami i jakbym jeszcze tę niską samoocenę wymyśliłam sobie sama. Oczywiście, że sama, bo nie mogę zwalić winy na innych, więc czemu ksiądz na kazaniu czyta jakiś nudny list o tym, że brak ojca w rodzinie wyrządza takie, a inne szkody w dziecku, ale nie, wszystko to moja wina i użalanie się nad sobą. I wiecie co? Zrobię to tak, jak dziecko użalające się nad sobą, którym jestem. Odetnę się od wszystkich, a na końcu od siebie. Dobranoc.

6.10.2018

1006.

Prawdopodobnie to mój ostatni wpis przed wyjazdem. Sobota dobiega końca, więc może to za wcześnie, aby decydować o jakiś ostatkach na trzy dni przed wyruszeniem w podróż, ale właśnie to robię - decyduję - choć nie mam do napisa nic ważnego. Mogę nieustannie dążyć te same tematy, czyli o mojej kapryśnej cerze, problemach ze spakowaniem się, milczących znajomych, ojcu w szpitalu i pracy. Moja cera jaka jest każdy widzi. Napisałabym, że jest równie smutna jak ja, ale to nieprawda; nie jestem smutna. Jestem zmęczona tym, co dzieje się na mojej twarzy. Mówię sobie, że to nieważne jak wyglądam, ważne, abym miała w sobie tę pozytywną energię, która rozpromieni mnie od środka, ale trochę przygasam z każdy dniem. Nie chciałabym, aby coś tak głupiego jak moja nie promienna cera popsuła cały wyjazd, ale pewnie trochę tak będzie. Czekałam na ten wyjazd tak długo (mam wrażenie, że powtarzam to bez końca), że nie wiem, jak odnaleźć się w tej sytuacji, a chciałabym, aby wyszło idealnie. Zamykam oczy i jedyne co widzę to nasze powitanie. Na tym moja wyobraźnia się kończy. Nie chcę niczego zakładać z góry, czy bawić się we wróżkę przewidującą przyszłość. Nie chcę narzucać swoich myśli na rzeczywistość, chcę rzeczywistość przyjąć taką, jaka mnie czeka. Może dlatego stresuję się tym, że za mało myślę o wyjeździe, choć nie uwierzycie, mam już spakowane część rzeczy. Przy okazji różnych podróży zawsze pakowałam się na ostatnią chwilę (wieczorem przed wyjazdem) i nigdy nie wychodziło mi to na dobre, więc tym razem postanowiła zrobić inaczej. Z samym wyjazdem mam ten problem, że czasem tak robię, wpadam na jakiś pomysł, mówię sobie “zróbmy to”, a potem, gdy “to” nadchodzi, ogarnia mnie mnóstwo wątpliwości. Jedną z nich jest sam cel wyjazdu. Kiedy myślałam o tym dniu, choć nigdy nie byłam przekonana, że tak naprawdę nadejdzie, miała przygotowane przemowy - tak, potrafiłam w myślach mówić i mówić, dokładnie wiedziałam za co chcę przeprosi, o co wypytać, o czym opowiedzieć. Teraz wydaje mi się, że dotykanie przeszłości w jakikolwiek sposób nie ma sensu, gdy obie poświęciliśmy tyle czasu, aby oswoić się z myślą, że życie nie będzie lepsze. Nie chciałabym też rozdrapywać starych ran, czy brzmieć ckliwie, bo po co to komu; sama nie lubię siebie takiej. Niezręczne jest słuchanie takich wywodów, a co dopiero znalezienie na nie odpowiedzi, więc nie chcę stwarzać sytuacji, gdzie milczenie będzie jedyną słuszną opcją. Z drugiej strony nie chcę wrócić nie powiedziawszy nic, bo to oznaczałoby zmarnowaną szansę, bo najlepiej mówić o ważnych rzeczach twarzą w twarz. Może w tym wszystkim dużym utrudnieniem jest fakt, że nie wiem, kim teraz jesteś, a niewiedza zawsze wzbudza obawy. Tak oto jadę spotkać się z koleżanką, której przeszłość znam zbyt dobrze, lecz nie wiem, kim jest obecnie, natomiast, aby zachować równowagę, spotkam się z kimś, kogo przeszłości nie znam, za to orientuję w teraźniejszości. Czy moje życie nie jest zabawne? Jednak, gdy myślę o tym wszystkim, najbardziej chciałabym wsiąść w odpowiedni pociąg. I to nie tak, że byłby to wielki problem sam w sobie, gdybym jednak nie wsiadła we właściwy, ale oznaczałoby to utratę przeznaczonych już na ten cel pieniędzy. Naprawdę, gdy myślę o wyjeździe ściska mnie w żołądku na myśl, że wsiądę do niewłaściwego pociągu, już nie mówiąc o tym, że we właściwym będę siedzieć obok kogoś obcego. Mimo to lubię być w podróży, pisałam już o tym nie raz. Lubię nie być już w domu, a nie być jeszcze u celu. Lubię  w sobie to oczekiwanie i naiwną nadzieję, że taka niecodzienna sytuacja będzie szansą na przełom w życiu, tzn. oczekuję, że wyjadę i po drodze wydarzy się coś, co zmieni moje życie. To bardzo naiwne myślenie i tak naprawdę w głębi serca wiem, że nic takiego nie będzie miało miejsca (bo nigdy nie miało), ale lubię być w podróży, choć potem wracam do domu trochę zawiedziona. Z drugiej strony sytuacja wygląda tak, że dzisiaj wróciłam z pracy i pomyślałam, że mogę nie jechać, tylko przesiedzieć cały tydzień w domu, jak całe dotychczasowe życie. Zawsze reaguję w taki sposób na większość wydarzeń, na które oczekiwałam z radością - zwyczajnie chcę z nich zrezygnować, jakbym nie potrafiła się cieszyć. Chyba najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że cały wyjazd minie tak szybko w porównaniu z moim siedmioletnim oczekiwaniem, że chyba ze smutku zgubię się w drodze powrotnej. Jakby to było nie wrócić i zrezygnować z resztek stabilizacji? Obawiam się, że wszystko wypłynie ze mnie podczas tej podróży, a gdy już obejmę moją małą A., będę płakać łzami siedmiu lat. Widzicie, to jedna z tych historii, którą stworzyłam w swoim umyśle i tak silnie we mnie tkwi, że nawet jeśli nie jest prawdziwa, jest moją prawdą, z którą jak widać nie potrafię się rozstać, a powinnam. Już dawno powinnam wyrzucić niektórych ludzi ze swoim myśli, tak jak oni zrobili to ze mną. Nie piszę tego w żalu, piszę to z myślą polepszenia swojego stanu.Im dłużej myślę o tej jednej sprawie (nie związanej z wyjazdem, swoją drogą, czy wiecie ile razy użyłam w tym wpisie wyrazu “wyjazd” i “podróż” - chyba ze sto), tym bardziej dociera do mnie, że to już nie ważne, to znaczy ja straciłam na ważności. Może niektóre znajomości naprawdę zostają przeterminowane i dla własnego zdrowia lepiej wyrzucić je do śmieci. Mam wrażenie, że nigdy nie poradzę sobie z tą jedną znajomością i tak do końca życia będzie przeszkadzać mi jak drzazga w palcu. Wiecie, że to miał być optymistyczny wpis przed wyjazdem, a tymczasem wszystko zmierza w niedozwolonym kierunku. Zmienię więc temat, ale tylko na chwilę, bo wstałam o piątej i jestem już senna,a tu za pół godziny północ. Mój ojciec jest w szpitalu na drugiej chemii. Podłączają go do kroplówki na kilka dni i tak bez przerwy do krwiobiegu toczy się trucizna, która ma go cudownie uzdrowić. Ostatnio wrócił zmizerniały i osłabiony; może tym razem wróci łysy. Nie zmienia się jedno, nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Czemu nagle muszę mieć ojca, jeśli nie miałam go przez 28 lat? O pracy nie napiszę nic, bo mam tydzień wolnego, bo wyjazd, bo podróż, bo my. Będzie dobre, podobno, nie wiem, czemu miałabym nie uwierzyć w to po raz ostatni. Obiecuję spakować się rozsądnie i wysypiać przez ostatnie dni. Chociaż tyle mogę zrobić dla siebie.