9.05.2026

1824.

Od czego zacząć? Na początku był ból i bólem wszystko było. Kto by się spodziewał, że wstanę z tak wielkim bólem, akurat wtedy, gdy musiałam i chciałam wyjść z domu. I wyszłam, bo chciałam. Zrobiłam sobie długi spacer, trochę dla przyjemności, a trochę z przymusu, bo spaceriada. Pomieszały mi się kierunki i miejsca i jak dobrze, że żyjemy w czasach telefonów z mapami. Towarzyszył mi ból, mój niechciany przyjaciel. Przedłużam moment wzięcia tabletki, aby jej działanie trwało jak najdłużej od godziny zero, ale potem tego pożałowałam. Siedząc na przystanku przez moment pomyślałam, że po prostu nie wstanę, gdy spóźniony miejski podjedzie. Potem wysiadłam na niewłaściwym przystanku i musiałam się wrócić. Wtedy stało się coś, czego nie spodziewałabym się nigdy. Do tej pory nie mogę uwierzyć, że po 10-ciu latach spotkałam kogoś, kogo spotkać już nie miałam w założeniu Wszechświata. Spotkałam swoją pierwszą i ostatnią “miłość”, tą dziecinną i naiwną, ale też nieprawdziwą, tę z mojej (chorej) wyobraźni. Stałam w autobusie, aby podjechać dosłownie dwa przystanki i spoglądałam przez okno, aby dobrze policzyć odległość i nie przegapić już niczego, aż zobaczyłam Ciebie,, tak po prostu wsiadłeś przez drzwi tego samego autobusu, w którym byłam. Nie wahałam się. Autobus był długi i pusty, bo ludzie zajęli miejsca siedzące, a ja szłam przez całą jego długość, jak w jakimś filmie (ale nie romantycznym), ku Tobie, ku mojemu przeznaczeniu owego dnia i czekałam, aż złapiemy ze sobą kontakt wzrokowy. Byłeś zaskoczony. Dzieliły nas przemilczane lata. Ile można powiedzieć sobie nawzajem w ciągu dosłownie pięciu minut? Wyobrażałam sobie to spotkanie milion razy, aż w końcu pogodziłam się, że nie spotkamy się już nigdy. Byłam przekonana, że taki dzień nie może nastąpić dla dobra wszystkich, a jednak Los znowu uznał inaczej. Usiedliśmy naprzeciw siebie. Uśmiechnięci. Wiem jednak, że dorośliśmy przez ten dziesięć lat i znaleźliśmy się w całkiem innej rzeczywistości, dorosłej, bolesnej, z bagażem doświadczeń, często tych przemilczanych. Dowiedziałam się tego, czego sama się domyśliłam. Nie trzeba być wielkim detektywem, wystarczy być obserwatorem mediów społecznościowych. Wracałeś z pracy, narzekając na zmęczenie, o którym też wiem. Zapytałeś gdzie mieszkam i po co tu jestem. Zasugerowałeś spotkanie w przyszłości, że może kiedyś nadrobimy ten czas, ale jeśli ktoś przelotnie spotkany mówi, że trzeba się umówić to znaczy, że takie spotkanie nigdy się nie odbędzie. Dorosłość. Siedziałeś na przeciwko mnie i co widziałeś - to co wszyscy - mój uśmiech. Nie było po mnie widać, że tego dnia wyjątkowo ciężko mi przez ten ból, który znieść coraz ciężej. Chciałam zapytać o wiele rzeczy, ale wiedziałam, że nie dostanę odpowiedzi. Zbliżał się mój przystanek. Dotknęłam Twojego kolana przerywając Twoją opowieść. Musiałam wysiąść, bo moje przeznaczenie tego dnia było inne. Pożegnaliśmy się uśmiechami i wyszłam nie oglądając się za siebie. Poczułam ulgę. Wystarczyło mi pięć minut, aby pozbyć się ciężaru, który nosiłam latami. Ale zaraz dotarło do mnie, że będę nosić ciężar inny - ciężar spóźnialstwa. Nie wiem, jak bardzo nietrafnie poczyniłam obliczenia, ale to pierwszy raz, gdzie mojej opóźnienie wyniosło tak wiele minut. Byłam coraz bliżej znajomej okolicy i kręciłam głową z niedowierzania nad własnym nieogarnięciem dnia owego, bolesnego, ale radosnego. Nie pomagał mi nawet GPS. Cudem trafiłam do miejsca swojego przeznaczenia. Usiadłam na ławce przed klatką i zaczęłam się śmiać. Czasem nie wierzę jakim cudem jeszcze funkcjonuję w tym świecie. Po kontakcie z domofonem weszłam do klatki i błądziłam wzrokiem po numerach na drzwiach, aż w końcu zapomniałam wszystkie liczby jakie znałam. Kiedy dotarło do mnie, że weszłam za wysoko i że idę zdecydowanie za wolno, wiedziałam, że zaraz zorientujesz się, że moje droga na górę trwa za długo. Nawet przez chwilę pomyślałam, że usiądę na tych schodach i będę płakać śmiejąc się jednocześnie, bo wiedziałam, że znowu pomyślisz, że jestem po prostu głupia. Może i jestem, czasem bywam, ale czasem udaję specjalnie, aby nie ponosić odpowiedzialności za bycie zbyt mądrą. Nie wiem, jak to się stało, że zgodziłam się na spotkanie. Wiesz, coś się we mnie zmieniło, tak pomyślałam, ale nie jestem pewna. Chciałabym zapamiętać jak najwięcej z tamtego spotkania, ale umysł często mnie zawodzi. Zamykam oczy i czuję zapach roślin, lasu, świeżości, widzę Twoje rysunki, śmieszne ustawiony ekran komputera i mnie na początku listy. Pierwszy raz jestem u kogoś na podium, choć to tylko przypadek. Widzę wielki słoik z kwasem i kubek w pieski w moich dłoniach. Cieszę się, że mogłam zobaczyć coś, co istniało do tej pory w mojej wyobraźni na postawie zdjęć. Obserwuję Cię na tyle, na ile mogę, bo chcę zapamiętać coś, co pewnie i tak uleci z mojej głowy. Cieszę się, że mogliśmy porozmawiać przez chwilę o wszystkim i o niczym. Cieszę się, że po prostu Cię mam, choć tego nie rozumiesz. Jest mi głupio, że dałeś mi taki drogi prezent, wiem, to przecież dla Ciebie “nic” i tak byś wyrzucił, ale w moim świecie to nieodpowiedzialne przyjmować takie prezenty. Czy kiedyś nasze drogi się rozejdą i pozostanie mi po Tobie tylko ten aparat i kilka łez wylanych nad przeszłością? Nie wiem. Nic już nie wiem. Wyszłam z kwiatkiem wsadzonym w siatkę, o którego los się martwię. Od razu zagniotłam jeden listek, niechcący, tylko wyszłam i potem całą długą drogę niosłam go jak cenny skarb. W samochodzie siedziałam cicho, byłam zmęczona długim dniem. Czasem nie wierzę, że to jest moje życie. Nie wiem, co zrobię z tym wszystkim. Czy naprawdę nie ma dla mnie prostszego rozwiązania?

4.05.2026

1823.

Legenda głosi, że nie ma dla mnie rozwiązania. Pamiętam jak po długiej rozmowie, nagle dostałam pytanie, co mogłabym powiedzieć o sobie, ale wydało mi się to już nieważne po wszystkich słowach, które padły. Zamknęłam się w momencie, w którym zakwestionowano moją wizytę, a przecież to nie ja wybrałam psychiatrę, zasugerował to fizjoterapeuta. Nie rozumiem jak osobę cierpiącą szósty rok z powodu przewlekłych dolegliwości bólowych  można zostawić z niczym. Nie rozumiem czemu nie dostałam skierowania do Poradni Leczenia Bólu w ramach NFZ, jeśli lekarz psychiatra takowe może wystawić. Przecież lekarz sam uznał, że to lepsze rozwiązanie, więc o co chodzi? Jak długa jest jeszcze ta tułaczka po gabinetach lekarskich? Co mi jest, Panie, czy to tylko ten aparat na zębach, czy coś głębiej, czego nie widzi nikt, już nawet ja sama? Dlaczego proszenie o pomoc jest czymś tak ciężkim i kosztownym, że mnie na to nie stać? Mówią, że dobro wraca. Czy naprawdę nie zrobiłam nigdy nic dobrego, szczerego i wynikającego z porywu serca, aby to do mnie wróciło? Wyszłam z tamtego miejsca z ulgą, ale też z zawodem. Płakałam siedząc przy windach, idąc w dół schodami i korytarzem, płakałam nie kryjąc się z tym wcale, ale nikogo to nie obchodziło i słusznie. Nie jestem najgorszym przypadkiem na świecie, ale bez pieniędzy nie mam nic. Tak samo jak bez zdrowia. Zupełnie nie wiem, jak mogłam zapomnieć, że nie chce mi się żyć. Gdyby dano mi wybór, odeszłabym stąd nie oglądając się za niczym. Nie jestem osobą samo diagnozującą się, ale ten obrazek będący mną nie tworzy spójnej całości. Trudno. Na wszystko za trudno i za późno. Jak dobrze, że w końcu wyszedł mi piękny rudy kolor włosów. Chociaż tyle w życiu mam, pam, pam, pam.

23.04.2026

1822.

Moim celem jest przejść tych 10 tysięcy kroków dziennie, które prowadzą mnie donikąd. Nic już nie ma sensu. Nie chcę iść do lekarza. Nie chcę leków. Nie chcę tego bólu. Nie chcę rozwiązania tego problemu w ten sposób. Nie chcę być w procesie. Nie chcę tłumaczyć się obcym ludziom ze swoich decyzji. Nie chcę być kimś innym. Nie chcę tego, co mnie czeka i tego co mnie nie czeka. Nie chcę. Czemu zawsze muszę robić rzeczy, których nie chcę. Czemu inny są na mnie źli, gdy nie robię rzeczy, których nie chcę? Czemu nie mam tego czego naprawdę chcę? Uwolnij mnie, Boże, od tej udręki.

17.04.2026

1821.

Oto otworzył się przede mną świat 30+, a właściwie 18+. Znowu dotarło do mnie, że mam tylko 10 lat i jestem małą dziewczynką, córką ojca, który dla seksu z kochanką zostawił rodzinę. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła i zawsze na nim staję, a potem spadam z niego upadając na kolana. Wiem, że dorośli mężczyźni wyśmiewają takie kobiety jak ja; widzę to wszędzie, dlatego milczę i trzymam z dala od świata dorosłych. Zostałabym po prostu wyśmiana, nazwana kłamcą, bo przecież takich kobiet jak ja już nie ma. Więc kim w takim razie jestem? Wymysłem własnej wyobraźni? Uśmiecham się lekko, bo wiem jak będzie wyglądać reszta mojego życia. Czasem dobrze dołączyć do większej grupy nieznajomych osób, aby dowiedzieć się, jak wygląda prawdziwy świat, z którym nie chce się mieć nic wspólnego. Wdech, wydech. Zawsze widzę ludzi lepszymi niż są w rzeczywistości, a potem jestem zwyczajnie rozczarowana. Dzisiejszy świat nie jest miejscem dla mnie. Nie mogę się doczekać, aż z niego zniknę.

15.04.2026

1820.

Znowu nie zdążyłam wepchnąć się w kolejkę odpowiedzi na discordzie, więc sama sobie odpowiem na pytanie “Myślisz czasem, że można było inaczej podjąć jakąś decyzje w życiu?” Tak, czasem myślę o tym, że żałuję, że napisałam do tego jednego znajomego, który pracuje w służbie zdrowia, gdy po udarze, w trakcie pandemii, szukałam bezskutecznie lekarza kardiologa i miejsca, gdzie zrobiliby mi przezprzełykowe badanie serca. Zaoszczędziłoby mi to dużo stresu, który niszczył mnie po cichu jeszcze bardziej, ale było mi głupio odezwać się za potrzebą, bo byliśmy tylko znajomymi z dawnej pracy i nie mieliśmy kontaktu od lat. Myślałam o tym nawet kilka dni temu, leżąc w łóżku przed snem. A potem zaczęłam płakać, nie wiem czy bardziej przez ten udar czy przez tamtego znajomego-nieznanego, a może ze zmęczenia życiem. Dawno tak nie płakałam, już z miesiąc, ale minął miesiąc i znowu te cholerne hormony uderzyły w czułe miejsce.

11.04.2026

1819.

Siedziałam w kinie i coś we mnie pękło. Ale od początku. Kiedy miałam 19 lat otworzył się przede mną nieznany świat koreańskiego świata. Przez wiele lat nie było nikogo z kim mogłabym dzielić swoje zainteresowanie. Nie miałam możliwości, aby nauczyć się języka, bo nikt go wtedy nie uczył w tym miejscu, na końcu świata gdzie przyszło mi żyć. Pamiętam jak próbowałam uczyć się sama i jak wydało mi się to bezsensowne. Dzisiaj mam 35 lat, lada chwila 36, oglądam programy po koreańsku bez tłumaczenia, ale nadal nie potrafiłabym powiedzieć czegoś sama, a tym bardziej napisać. Dzisiaj siedziałam w kinie na seansie koncertu koreańskiego zespołu i myślałam o tym, że jestem uczestniczą zjawiska, które nie jest już tak nadzwyczajne jak dawniej. Pamiętam jak “katowałam” kilkuletnią S. teledyskami, a dzisiaj siedziałyśmy razem, ona lat 13, wielka fanka, której mama kupuje albumy. Moja wina, bycie fanem koreańskiego zespołu nigdy nie było tanie. Siedziałyśmy w kinie razem, ona, ja i mama, jej mama, nie moja, moja chyba nigdy nie była nawet w kinie. Sala nie była pełna, ale o dziwo można było wypatrzeć też osoby pod pięćdziesiątkę. Muzyka łączy pokolenia. Muzyka nie zna granic. Muzyka jest dla każdego. Banał. Ludzie nadal się śmieją  ze starszych osób słuchających muzyki, którą lubią, bo mogą, bo mają wybór, ale tylko w Polsce warto wyśmiać każdego, bo słucha jakiejś tam muzyki. Wracając, siedziałam w kinie, z koncertowymi zatyczkami do uszu, aby nie zniszczyć słuchu bardziej niż mam i patrzyłam myśląc o całym swoim życiu. Zespół jest w zbliżonym do mnie wieku, można powiedzieć, że dorastałam razem z nimi, ale przecież nie dorosłam. Pamiętam jak byli nikim na koreańskim rynku muzycznym, a teraz mają wszystko, choć to nie do końca prawda, bo nie znam im prywatnie, może im czegoś brakować, czegoś niematerialnego, nienamacalnego, nie wiem, ale dopuszczam taką sytuację. Siedziałam w tym kinie i przepłynęło mi przed oczami całe życie. Dotarły wszystkie straty i fakt, że straciłam wszystko. Ludzie przyszli się tu bawić, a do mnie dotarło, że nie mam nic w tym życiu i cudem uzbierałam to 80 złotych na koncert. Szaleństwo. A potem zrobiło mi się tak bardzo przykro, bo chciałabym pójść do teatru, do którego nie chodzę, ale dla Macieja Musiałowskiego warto, tak bardzo chciałabym zobaczyć kogoś ulubionego na żywo, ale jestem za biedna. Grają nawet w moje urodziny ale to nie musiałby być ten dzień. Bilet nie jest szalenie drogi, ale takie wyjście to nie tylko cena wstępu, to dojazd i posiłek, to może i nocleg albo noc na dworcu. I pytanie ważne, na które nikt nie zna odpowiedzi - czy nie ogarnie mnie wtedy ból fizyczny tak wielki, że będę musiała zrezygnować i przepadną pieniądze? Nie zrozumcie mnie źle. Dzisiaj świat był dla mnie łaskawy. Wstałam z minimalnym bólem. Nie miałam mdłości ani jadąc do, ani wracając szybko pędzącym samochodem. To był jak na razie jeden z najlepszych dni w tym roku, ale to nadal za mało, aby żyć. Jestem zepchnięta na margines społeczny przez swoją niemoc fizyczną. Jestem zepchnięta gdzieś na szary koniec i nie wiem, co zrobić, aby zrobić kilka kroków do przodu. Siedziałam w tym kinie i prawie zaczęłam płakać. Prawie, bo duże dziewczynki nie płaczą, nie w miejscach publicznych. Płakać już miałam ochotę jadąc szynobusem. Było tak dużo ludzi, że musiałam siedzieć obok starszej pani i naprzeciwko pary zakochanych nastolatków. Chłopak nosił aparat taki jak mój - nakładkowy. Mówił jej, że go podrażnia, więc ściągnął przy wszystkich widzach, a ona owinęła go w chusteczkę i schowała go do torebki. Obrzydliwe, a jednak czułe. Nie napiszę, gdzie moja dziewczyna z chusteczką, bo przecież mam orientację jedną, prawidłową, heteroseksualną, a jednak okazuje się, że nie ma we mnie nic, tym bardziej tego seksu. Płakać chciało mi się z zupełnie innego powodu, że nie mogę mieć takiego zwykłego życia, bo ono już przepadło w przeszłości. Jestem zbyt chora na takie coś, co w rzeczywistości mnie fascynuje, ale odpycha skutecznie. Nie płakałam w szynobusie, ani w kinie, ani teraz, gdy słucham piosenki, która wylosowała się automatycznie. Nie będę płakać, bo to nie ma sensu. I tak nie dorosnę do rzeczy tak wielkich jak życie.

17.03.2026

1818.

Piszę, choć miałam robić coś innego, coś pożytecznego, ale muszę, bo się uduszę. Już trzecia osoba powiedziała mi, że za szybko odstawiłam leki od psychiatry, jakby wszyscy znali historię mojego życia i samopoczucie tamtego dnia, gdy się na to zdecydowałam. Znowu miałam dzień krytyczny' łapie mnie taki co miesiąc, taki, gdzie bólu nie uśmierzają leki bez recepty, taki, gdzie chciałabym, aby mnie dobito. Bycie kobietą to najgorsze co mnie spotkało, a nawet nie o ból miesiączkowy chodzi, bo takiego nie doświadczam, doświadczam rzeczy gorszych. Zegar przesuwa się do przodu, już końcówka marca, a jednak czas wlecze się okropnie i nic się nie zmienia. Myślę sobie, zostało tylko pięć miesięcy (jeśli zęby przesuną się prawidłowo), to naprawdę mało, to nic w porównaniu z pięcioma minionymi latami w bólu, a jednak to o te pięć miesięcy za dużo. Znalazłam tę cholerną przychodnię, a potem okazało się, że jej nie znalazłam. Nie wiem, czemu przy drzwiach stał ksiądz i zasłaniał mi napis na drzwiach, a może go nie zasłaniał, może po prostu nie chciałam patrzeć w tamtą stronę. Usiadłam na krześle z dala od tłumu, bo było mi gorąco od wchodzenia na trzecie piętro. Nie wiedziałam po co tu jestem i czemu muszę się tak męczyć. Rozwiązanie tej zagadki było właśnie na korytarzu przy tłumie ludzi, tego jeszcze nie wiedziałam, więc wyszłam, bo nie było nikogo z personelu, abym mogła zapytać. Wróciłam do domu zła, że nie mam pieniędzy, aby móc wybierać. Nie chciałam tam wracać na drugi dzień, ale wróciłam o innej godzinie. Na korytarzu pustka. Uczyniłam znak krzyża i weszłam do rejestracji, która wyłoniła się przede mną magicznie. Nie wiem, czy jestem zadowolona. Ludzie znają tylko strzępki mojej historii, czasem boję się, że gdyby poznali prawdę, chcieliby mnie wysłać na przymusowego układanie siebie i życia od nowa. A przecież chciałabym tylko żyć bez bólu zwalającego z nóg. Odrobić długi w pocie czoła i zniknąć, jak wszyscy przechodnie z tej Ziemi. Nie wierzę w to, że mogę być kim innym, jeśli całe życie jestem tylko sobą - zlepkiem historii obcych, przytłoczeniem cudzych spraw, błędów i problemów. Mnie tu już nie ma. Na wizytę muszę czekać ponad miesiąc. Nie jestem przypadkiem pilnym, wiadomo.

13.03.2026

1817.

Chyba wczoraj umarłam z bólu. Wisiała nade mną wizja szpitala albo śmierci i nie wiem, jak przetrwałam wczorajszy dzień. Ból zmienia bezpowrotnie, jeśli po bólu nastaje ból. Znowu zaczęłam przeglądać listy lekarzy, którzy mogliby mi pomóc, ale wszystko jest poza moimi możliwościami. Osoby biedne nigdy nie otrzymują pomocy od razu. Wszystko to szarpanie się ze służbą zdrowia i loteria - albo trafisz na dobrego lekarza albo odejdziesz z niczym po roku czekania na wizytę. Boże, dokąd mam iść, bo na razie idę tylko do piekła. 

8.03.2026

1816. szkło

Pojechałam rowerem, nie swoim bo mój stoi bezużyteczny, od tygodnia nie znalazł się nikt, kto wymieniłby mi przebitą oponę, aż zastanawiam się, czemu nie nauczyłam się tego sama i znam odpowiedź - wujek ma narzędzia, które nam pożycza, ale zamknięte są w garażu, a wujka czasem trudno złapać. Wracając, pojechałam rowerem zamieść to cholerne szkło, a szło mi bardzo ciężko z tą małą zmiotką. Męczyłam się tak, gdy mijali mnie samochodami zdezorientowani kierowcy, aż wyszedł do mnie mężczyzna z głupim pytaniem, czemu zamiata to na jego posesję. Odpowiedziałam, że chodnik jest publiczny. Poza tym, nawet nie zamiatałam na chodnik, a na pobocze szosy, na chodnik się nie dało, bo był za wysoki. Przy chodniku był rów, wjazd na posesję, brama i dopiero dom. Nie potrafię bronić się w takich sytuacjach i jestem zła na siebie. Po co obcy ludzie się do mnie odzywają, gdy po prostu sobie oddycham i zajmuję się swoimi sprawami nikomu nie szkodząc. Od miesięcy to szkło tam leży i jakoś panu nie przeszkadzało mieć je przed swoją posesją, a teraz przeszkadza mu ktoś, kto przyjechał tu specjalnie w niedzielne popołudnie (aby uniknąć sznurków samochodów na tygodniu), pięć kilometrów od własnego domu i robi z siebie idiotę, bo nie chce zatrzymywać się za każdym razem, aby minąć to miejsce prowadząc rower chodnikiem. (Nie, nie będę wjeżdżać na ruchliwą ulicę za każdym razem, gdy mam idealnie wyznaczoną ścieżkę rowerową.) Patrzył się tak na mnie starszy pan z do połowy pełną butelką coca-coli i widocznie mu przeszkadzał. Dał mi dobrą radę, o którą nie prosiłam, abym zmiotła szkło na szufelkę i wyrzuciła do rowu. Odparłam, że nie mam na to czasu, że się ściemnia i nie będę tu stać do rana (tak, to szkło po butelce wódki było dosłownie rozbryzgane na dużym obszarze), że to nawet nie moje szkło, od tego są służby, ale nie będę też co tydzień wymieniać opony. Żałuję, że nie powiedziałam mu, aby dał mi po prostu spokój, a jeszcze bardziej żałuję, że w ogóle się odezwałam. Mogłam udać głuchoniemą. Czemu obchodziła go tam moja obecność. Nie byłam nawet blisko jego domu. Gdyby ktoś srał na środku drogi, nawet nie zwróciłabym na to uwagi. Co mnie obchodzą inni ludzie. Za dawanie dobrych rad można dostać w zęby od nie jednej osoby i jaka szkoda, że nie mogłam wymierzyć ciosu, ale wszyscy wiemy, że byłam na przegranej pozycji. Jeśli o zęby chodzi, ten obcy mężczyzna tak mnie zdenerwował, że z pewnością odczuję to po dzisiejszej nocy, właśnie na swoich zębach i stawie skroniowo-żuchwowym. I to chyba przygnębiło mnie najbardziej, Ci wszyscy ludzie nie mają pojęcia jak to jest przegrywać z samą sobą codziennie. Kładziesz się spać i nie masz kontroli i przegrywasz co noc, by żyć w nieustannym fizycznym bólu. Dla mnie to sprawa już dawno przegrana. Nigdy nie wrócę do normalnego życia nie mając nic więcej poza bólem. Już nawet nie pamiętam jak to jest być zdrowym. Każdy dzień jest czekaniem na wybawiający koniec. Niech to już się skończy. Im szybciej tym lepiej, dla wszystkich.

3.03.2026

1815.

Sezon rowerowy rozpoczęty. Pierwszy długo wyjazd i opona przebita. Zamiast patrzeć przed siebie, jadę z głową spuszczoną patrząc na drogę i omijam te szklane przeszkody, ale jak widać (dosłownie!) nie da się przewidzieć wszystkiego. Dziękuję alkoholikom za niecelne rzucanie butelek w rowy. Również firmom wywożącym śmieci dziękuję, bo jakimś trafem po zbiórce szkła to szło tam zostaje. Podziękowania powinny też otrzymać służby odśnieżające, które zawsze odgarniają śnieg na ścieżki rowerowe, a nie z nich i to szkło jak leżało od jesieni, tak po zimie nadal tam jest. Widziałam o tym dobrze, a mimo to od razu pech. Człowiek się stara, a wychodzi jak zwykle, bo ktoś lubi tłuc szkło na jezdni.

24.02.2026

1814.

Będzie bolało. Jak zawsze. Boli mnie codziennie, coś, ale nie serce. Zbieram się i zebrać nie mogę, aby przelać myśli na wirtualny papier. Podejmuję nieustannie błędne decyzje, trudne do przełknięcia, a najgorzej, że nie ma odwrotu. Zastanawiam się, czy kiedykolwiek otrzymam pomoc, której potrzebuję i na którą zasługuję, czy może moje życie zamknie się w pewnym momencie i napiszą tylko na nagrobku “bezsensowne cierpienie wygrało”. Niesamowite, że podczas jednego z tych dni, gdy myślałam, że oszaleję i złamię wszystkie swoje przyrzeczenia trzymające mnie przy życiu, napisała się do mnie znajoma z przeszłości. Długa, ciepła i szczera wiadomość całkowicie mną wstrząsnęła. Niesamowite, że są na tym świecie osoby, które nie chciały nigdy ode mnie nic, nie miały oczekiwań i nie były ani razu złe za to jaka jestem i jaka nie jestem i postanowiły do mnie wrócić, tak po prostu, choć na to nie zasłużyłam. Chwilowa ulga w walce z własnym ciałem jest zawsze błogosławieństwem. Pozostało mi tylko pół roku z aparatem na zębach, ale możliwe, że całe życie z zaburzeniami stawu skroniowo żuchwowego. Czasem nie dowierzam, że nie potrafię przespać ani jednej nocy od lat bez zaciskania zębów. Niezależnie co zrobię przed snem i tak nie mam kontroli nad tym co robię śpiąc. Zaczęły ruszać mi się dolne jedynki oraz dwójki, a przecież dół zakończył swoją wędrówkę. Boję się, że jeszcze chwila, a zostanę bez zębów. Owszem, współczesna stomatologia poradzi sobie i z tym, ale mój portfel niekoniecznie. Nie potrafię zmusić się do terapii, bo nie ma u mnie w okolicy psychologa na NFZ, a tegoroczna zima trwa zbyt długo. Niesamowite, że mimo wszystko nie jestem tak zdesperowana, aby zadzwonić na całodobową, co najważniejsze - darmową, linię i poprosić o rozwiązanie moich problemów za mnie, bo nie mam już pomysłu jak uwolnić się z tego błędnego koła cierpienia. Pół roku, jeszcze pół roku. A potem kolejny miesiąc i pewnie jeszcze jeden i będę odwiedzać stomatologa tylko na corocznej wizycie kontrolnej. Boże, niech to już się skończy w tym roku, chcę znowu poczuć się człowiekiem, albo trupem. Nigdy nie ma dla mnie nic po środku, ze skrajności w skrajność. Do wiosny jeszcze daleko, ale już lada dzień planuję wyciągnąć rower. W końcu. Brakuje mi tych kilometrów. Chciałabym być lżejsza, również o te ciążące myśli. Na pewno chciałam tu o czymś jeszcze napisać, ale nie potrafię sobie tego przypomnieć.

31.01.2026

1813.

Ciężko mi. Zbyt często. Męcząca jest ta trwająca już sto lat zima, która zamyka mnie w domu, gdzie nienawidzę przebywać. Będąc odciętą od świata odcięłam się też od reszty ludzi, tylko K. musi wysłuchiwać moich jęków boleści, choć i to mało, od kiedy znalazła kolejnego wybranka serca i oby tym razem ostatniego i na zawsze, bo ile razy można wchodzić do tej samej rzeki, lepiej wejść do innej i dobrej. Siedzę i zastanawiam się, jak doszło do tego, że straciłam wszystko i nie mam nic. Przyszłam na świat bez niczego i mogłabym już z niego odejść, bo nie mam nic swojego, czasem myślę, że nawet mnie prawdziwej nie ma we mnie, rozmyłam się gdzieś przez te lata w problemach swoich i cudzych. Myślę o tym, że córka koleżanki mojej mamy, którą znam, bo przecież wszyscy chodziliśmy do tej samej szkoły w podstawówce, straciła dziecko w piątym miesiąc ciąży z powodu przedwczesnego porodu. Każda z jej sióstr ma problemy z nie byciem w ciąży. Znalezienie partnera życiowego nie daje wiele, bo więcej tego złego z “na dobre i na złe”, to przykre i bolesne, że ktoś traci coś najcenniejszego w życiu, gdy inni bawią się w najlepsze mając za nic cierpienia innych ludzi. Znowu miałam sen na jawie. Przekręcałam się na bok i czułam w tym samym momencie jak ktoś przesuwa rękę wzdłuż moich ramion, a potem znika wraz z otworzeniem przeze mnie oczu. Jeden tydzień bez kolegów u sąsiad i czuję się znowu bardziej jak człowiek, a nie zlepek bólu i chorób. Jednak nie chwalmy weekendu przed jego zakończeniem, bo nadal wszystko się może zdarzyć. Bolą mnie mięśnie całego ciała, zmuszam się do ćwiczeń, ale jestem po prostu gruba. Chciałabym mieć formę życia raz w życiu, ale wszystko nie ma sensu. Staram się nie myśleć o nikim, udawać, że nie miałam nigdy znajomych. Ale jesteś w mojej głowie, jak niedokończona historia. Dzięki Tobie dowiedziałam się, że jestem chora bardziej niż myślałam, a może wiedziałam, ale nie potrafiłam tego przyznać. Teraz, gdy nie mam nic, rozumiem więcej, nawet to, że nigdy nie otrzymam pomocy, którą powinnam dostać ta 10letnia ja. Wiedziałam, że nigdy nie będę taka jak reszta świata, w którym przyszło mi żyć. Gdy kończę to pisać, słyszę już kolegów i sąsiada, którzy przyszli zafundować mi bezsenną noc. 

24.01.2026

1812.

Miałam sen, dziwny sen, śniło mi się, że małoletni sąsiad z samej góry wstaje w nocy do łazienki. Słyszałam tupanie stóp o posadzkę, słyszałam jak przechodzi z pomieszczenia do pomieszczenia. Pomyślałam sobie, no tak, wybudziło mnie coś tak błahego, bo ból nie pozwolił mi głęboko zasnąć. Odetchnęłam z ulgą, bo był sam. Jak dobrze, pomyślałam, to tylko chwilowe wybudzenie, żadnych rozmów, krzyków, imprezy, za chwilę znowu zapanuje cisza. Ale tak naprawdę cicho było od początku. Zrozumiałam, że na górze nikt się nie poruszył, woda w łazience się nie spuściła, nie było słychać żadnych dźwięków. Uświadomiłam sobie, że to był tylko sen. W tym samym momencie poczułam jak obok mnie - leżałam na wznak - przechodzi ktoś po łóżku w te i z powrotem, a potem zniknął. Pierwszy raz w życiu leżąc w łóżku miałam uczucie realnej obecność kogoś obok siebie. To był sen na jawie, nic więcej, a jednak uświadomił mi, że za dużo tego gówniarza w moich myślach. Nie chcę tu mieszkać. Nie chcę tych ludzi widzieć, słyszeć, nie chcę tu być. Dlaczego mój święty spokój równa się nieszczęściu innych? Dlaczego nie mogę mieć czegoś tak po prostu, bo mi się należy? Czy nie należy mi się spokojny sen, przesypianie nocy bez pobudki z bólem? Widocznie nie. Moje dolegliwości bólowe są tak duże, że po pięciu latach przerwy zaczęłam brać, na własną rękę, zakazany dla osób takich jak ja - czyli przyjmujących na stałe kwas acetylosalicylowy - ibuprofen. Poczułam się cudownie uzdrowiona na chwilę, na jeden dzień, bo nie mogę tego brać codziennie przez rok. Płaczę więc z bólu i beznadziejności swojej sytuacji. Dokąd iść, gdzie szukać pomocy bez pieniędzy, gdzie znaleźć lekarza, który by mi pomógł? Wiem, że uratowałaby mnie Poradnia leczenia bólu, ale to poza moim zasięgiem. Wszystko jest poza moim zasięgiem. Wszystko to walka z wiatrakami. Może, gdy po stu latach dojdzie do mnie kolejka w diagnozowaniu choroby genetycznej, otrzymam jakąkolwiek pomoc. Nawet jeśli w mojej krwi nie płynie choroba przekazywana z pokolenia na pokolenie, to może znajdzie się ktoś, kto spojrzy na mnie całościowo i zabierze ten ból.