26.01.2019

1019.

Dzisiejszy wpis będzie dedykowany moim rozbieganym myślom. W kolejce czeka mnóstwo tematów, ale prawda jest taka, że to trochę bez sensu. Niedawno uderzyło mnie, że moje chęci napisania o rzeczach naprawdę trudnych mogą się nie zmaterializować, bo lepiej milczeć do końca, zwłaszcza, jeśli wiele spraw nie dotyczy tylko mnie. Może nie potrafię być obrzydliwie szczera? Ale w tej chwili będę, muszę komuś wygarnąć, właśnie tutaj, mimo, że jedyna osoba, która czyta na bieżąco, i tak już słyszała tę historię. Mam wrażenie, że wymaganie toalety zamykanej na klucz to wymaganie cudu, więc tego nie wymagam. Rozumiem, że zarządzający miejscem nie widzą potrzeby, aby wstawiać nowe drzwi, które się nie zamykają, bo są napęczniałe od ciepła kaloryferów. Latem to się trochę zmieni, ale nadal to nie będą drzwi zamykane, tym bardziej na klucz. Jest nas tylko trójka, czasem nawet dwójka, więc jak ślepym trzeba być, aby nie widzieć, że jedna z osób poszła skorzystać z toalety? Rozumiem, że czasem jestem tam, ale jakby mnie nie było, ale bez przesady. Może gdyby ten ktoś sam gasił światło, gdy wychodzi z toalety, wiedziałby, że zapalone światło oznacza czyjąś obecność w środku, ale wygląda na to, że niektórzy nie potrafią myśleć. To nie zdarzyło się pierwszy raz, takie niekontrolowane wejście do środka. Wyobraźcie sobie, że przez taką żenującą sytuacją od roku mam problem z chodzeniem do toalety w tym miejscu? Więc co mam powiedzieć teraz, gdy moja trauma została pogłębiona drugim razem? Łazienka kojarzy się z miejscem, gdzie możesz się zamknąć i w spokoju odetchnąć, albo sobie popłakać, a potem wyjść, jakby nigdy nic. Dla mnie ta jedna jedna łazienka pozostanie miejscem przykrym i jak bardzo nienawidzę siebie za to, że nie potrafię podejść do tego inaczej. Mnie to już nie bawi. Nie potrafię się zaśmiać z myślą “och, jaki pech, hahaha, znowu otworzyłeś drzwi jak byłam w środku”. Jestem realnie zestresowana na każdą myśl o tym, że muszę pójść zrobić siku. Już nie wspominając o tym, że jestem kobietą i raz na miesiąc krwawię i naprawdę przeraża mnie, że nie mogę wejść, zamknąć się i zawyć z bólu. Nie mogę, bo łazienka jest połączona z pomieszczeniem tak, że słychać wszystko, a przecież te drzwi się nie zamykają. Pamiętam jak dziś te dni, gdy przez te cholerne spuszczane rybki toaleta zapychała się co jakiś czas. Wyobrażacie sobie w jakiej panice byłam, gdy woda nie chciała opaść wtedy, gdy miałam okres? Naprawdę nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać. Naprawdę czuję się jak świr. Czy wymagam za wiele? Co jest źródłem problemu - moje bijące serce, nad którym nie potrafię zapanować, czy niekomfortowe warunki? Tak jak wtedy, tak i teraz nogi ugięły się pode mną. Nie jestem facetem, który stanie tyłem i nawet nie zsunie porządnie spodni z tyłka, aby załatwić swoją potrzebę. Jestem kobietą. Nie stanę przodem do murku, gdzie przechodzą ludzie, i nie zacznę sikać. Moje każde wyjście do łazienki od roku jest jak strategiczna gra, musisz wykorzystać odpowiedni moment, aby mieć spokój. Kilka dni temu wiedziałam, że coś jest nie tak, więc czemu nie czekałam tam z założonymi na piersi rękami aż otworzą się nagle drzwi, aby powiedzieć mu, że wiedziałam, że to zrobi, że w ogóle nie myśli o tym, co się wokół niego dzieje i że nie mogę dłużej znieść,że w pierwszej kolejności robi to, co on musi, bo zwyczajnie nie myśli o innych. Nigdy nie myślałam o tym, że będę kogoś lubić coraz mniej z czasem. Zawsze obecność kogoś nowego w moim życiu sprawiała, że jeszcze bardziej moje serce lgnęło do tej osoby, a tymczasem jestem już okropnie uprzedzona i mam cichą nadzieję, że on też mnie nie lubi. Oczywiście się popłakałam. Jak mogłabym inaczej zareagować na tak żenującą sytuację, jak zobaczenie mnie korzystającą z toalety? Raz przyjaciółka wspomniała mi o tym, że gdy jej mąż korzysta z toalety, ona w tym czasie chce umyć zęby, albo zrobić coś przed lustrem, i to robi, dopóki mąż nie wygania jej w momencie, w którym potrzebuje się bardziej skupić. Pamiętam, jak mnie to uderzyło, że tak można, wpuścić kogoś do łazienki, gdy ty musisz z niej skorzystać. Jak ludzie osiągają z kimś taki rodzaj bliskości? To jeden z powodów, dla którego zdecydowałam nie mieć męża, o którym napiszę kiedyś, gdy wystarczy mi sił na te sto stron smutku. Dzisiaj słuchałam tak piękniej konferencji na temat związków (sama nie wiem, czemu czasem się tak torturuję), że aż mnie coś ścisnęło w żołądku i pomyślałam, że właśnie dlatego to nigdy ze mną nie zadziała, bo jestem już zmęczona, a mam jeszcze tyle do naprawienia w sobie, że nie starczy mi życia na odnalezienie siebie, aby być czyjąś wymarzoną kobietą. Tymczasem jestem kobietą, która nie może spać w nocy, bo ktoś wlazł jej do kibla i ostatecznie ta kobieta jest zła na siebie, że nie umie tego rozegrać inaczej niż kolejną traumą. (Zawsze marzy mi się bycie osobą, do której lgną inne osoby, bo jest tak pozytywna i zabawna i ma wszystko w nosie, tymczasem mój umysł reaguje inaczej, więc jestem sobą zawiedziona, bo tak trudno być sobą i tak trudno żyć poza sobą, w realnym świecie, tak trudno być dla innych, kiedy chce się uciec od świata.)

17.01.2019

1018.

Schudłam trzy kilogramy. Czy to wystarczająco ciekawy temat na wpis? Zrobiłam to bez diety, chyba, że moją dietą można nazwać pracę, ale nie nad ciałem. Nie znam nikogo, kto chociaż raz w życiu nie próbowałby zrzucić wagi. Odchudzała się moja mama i moje ciocie, moje siostry cioteczne i koleżanki, aż w końcu musiałam odchudzać się i ja. Musiałam, bo nawet jeśli nie miałam nadwagi według licznika BMI, moje ciało chudego dzieciaka zaczęło nabierać kształtów nastolatki. Niestety kształty oznaczały, że moje ciało zaczynać pokrywać tkanka tłuszczowa. Kilka razy dano mi odczuć, że moja waga się zmieniła, więc postanowiłam przejąć nad nią kontrolę. Moja mama wiedziała, że jestem na diecie. Co mogło być groźnego w tym, że dziecko przestanie na jakiś czas jeść słodycze, albo zastosuje przez tydzień znaną dietę i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwe, zamykając na zawsze rozdział pod tytułem dieta. Dokładnie pamiętam pierwszą dietę, jaką przeszłam. Później nie mogłam długo patrzeć na kapustę. Właściwie do tej pory jej nie jem, chyba, że jest to postny bigos ugotowany przez kogoś, kogo dań nie jem na co dzień. Schudłam na tyle, aby być zadowoloną z rezultatu, ale stracenie około dziesięciu kilogramów w dwa tygodnie to zdecydowanie niezdrowe dla piętnastolatki, która co dopiero weszła w okres dojrzewania. Swoją drogą, w porównaniu z rówieśniczkami, dość późno zaczęłam dojrzewać fizycznie. Pamiętam, jak raz zapytałam mamę, czy już nigdy nie będę mogła jeść słodyczy. Odpowiedziała, że nie wie, a może tak zapamiętałam tamten czas. Wraz z moją pierwszą dietą zrozumiałam, że nic nie będzie już przyjemne. W tamtym czasie stałam się też niezależna. Odcięłam swój żołądek od domowego jedzenia i zaczęłam rządzić sobą w pełni. Nie dość, że straciłam tkankę tłuszczową, to rozum, a do tego dość szybko przestałam miesiączkować. Pamiętam, jak ciocia moich przyjaciółek chwaliła mnie za utratę wagi. Nikt nie wiedział, z jak wieloma wyrzeczeniami wiązał się dla mnie tamten czas. Ale w formie nie byłam wcale, zarówno fizycznej, jak i psychicznej. Po czasie przyjaciółki opowiadały mi, że gdy przyszłam do nich pewnego razu ubrana w dopasowane spodnie i obcisłą koszulkę (a zdarzało mi się ubierać w ten sposób rzadko, bo wolałam zakryć swoje ciało), dopiero wtedy zwróciły uwagę, jak bardzo jestem chuda, za chuda. Gdy myślę o tym z perspektywy czasu uderza mnie, jak bardzo mózg potrafi nas oszukać, bo przy swojej najniższej wadze (50 kilogramów), nigdy nie widziałam chudego odbicia w lustrze. Zdjęcie swojej sylwetki z tamtego okresu wykasowałam, po tym jak moja siostra cioteczna przejrzała (za moim głupim pozwoleniem) folder ze zdjęciami i skrytykowała, że jestem za chuda i nie tak powinna wyglądać kobieta. Nie zrobiła tego w złośliwy sposób. Bardziej przestraszył mnie fakt, że ktoś realnie może zabronić mi tracić kilogramy. Na innych zdjęciach wyglądam jak drobna dziewczyna, której wygląd nie wskazuje nic niepokojącego. Moja mama nigdy nie widziała mojej drastycznej zmiany, dla niej byłam zawsze taka sama, więc może matki inaczej patrzą na swoje dzieci. W mojej miejscowości jest dziewczyna, która nagle stała się jak patyczek, a jednak jej mama nie zauważyła nic niepokojącego, dopiero, gdy inni zaczęli się tym przejmować, a może bardziej wtykać nosa w nieswoje sprawy, jak to bywa w małych miejscowościach, zrozumiała, że coś jest nie tak. Pamiętam, że w tamtym czasie jadłam dużo jabłek i chrupkiego pieczywa. Potrafiłam z jednej zupki chińskiej zrobić dwa posiłki. Miałam bardzo chwiejne nastroje jako nastolatka, a moje niedożywienie, czyli brak odpowiednich witamin i mikroelementów potrzebnych do prawidłowego rozwoju, sprawił, że byłam jędzą i zołzą. Potrafiłam naprzemiennie wybuchać płaczem i złością. Mój umysł nie funkcjonował poprawnie, miałam zaburzony obraz siebie i rzeczywistości, nic nie miało sensu i życie było trudne jak zawsze. Potrafiłam przesypiać dnie. Byłam chronicznie zmęczona. Spędzałam dużo czasu pochylona nad książkami, a i tak rezultaty były średnie. Czasem myślę o tym, że gdybym nie niszczyła siebie w okresie gimnazjalno-licealnym (a nawet na studiach), prawdopodobnie miałabym nieprzeciętne wyniki w nauce i teraz moje życie wyglądałoby inaczej. Niestety nie zależało mi na niczym poza tym, aby być chudą i ładną, a im bardziej się starałam, tym bardziej wszystko się sypało. Poza odchudzaniem w moim nastoletnim życiu toczyły się też inne sprawy, jak szkoła, przyjaźnie, separacja rodziców, ciągły brak pieniędzy, milion zmartwień, czego wynikiem był cały bałagan, który nosiłam w głowie. Czasem nadal miewam takie dziwne momenty, w których przypominam sobie kim byłam, a kim jestem, i że to nie ma sensu, że oddycham, a nic nie chcę. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek byłam beztroskim dzieckiem. To znaczy na pewno takim byłam, ale tego nie pamiętam, bo byłam zbyt mała. Której nocy coś we mnie pękło. Do tej pory próbuję zrozumieć coś, co miało miejsca, a co nie ma racjonalnego wytłumaczenia. Moje myśli przez długi czas wypełnione były tabelami kaloryczności produktów spożywczych i ciągłym strachem, że przytyję. Nie myślałam racjonalnie i byłam wyczerpana przebywaniem z sobą samą. Nie byłam zadowolona ze swojego wyglądu, ani z tego kim jestem jako człowiek. Byłam nieszczęśliwa, ale musiałam udawać szczęśliwą. Czasem mam wrażenie, że tak długo okłamywałam świat w tej kwestii, że przez to do tej pory czuję się winna, gdy miewam gorsze dni, więc staram się to ukryć. Myślę, że również przez to mam problem z wyrażaniem siebie i byciem sobą przy innych, bo mam wrażenie, że muszę grać, aby świat mnie zaakceptował, bo nikt nie jest w stanie lubić mnie taką, jaką jestem. I to nie tak, że nieustannie o tym myślę. Weszło mi to tak bardzo w nawyk, że jestem po prostu zestresowana, gdy muszę z kimś obcym (a nawet i znajomym) wejść w najprostszą rozmowę o pogodzie. Jako nastolatka z jednej strony pragnęłam  odrobiny uwagi i pomocy, z drugiej brzydziłam się swoją słabością i potrzebą obecności innych. Wiedziałam, że fachowa terapia wiązałaby się z jeszcze większym bólem mojej rodziny, która i tak dużo cierpiała. Mój skryty problem nie mógł stać się problemem innych, bo moje poczucie winy zostałoby wtedy podwojone. Jest to rzecz, która została we mnie po dzień dzisiejszy. Za każdym razem, gdy własnym głosem opowiadam innym o swoich problemach, mam wrażenie, że wbijam im nóż w serce. Może dlatego łatwiej puścić mi słowa pisane w świat, bo wtedy nie muszę zderzać się ze spojrzeniem oczu innych. Moim jedynym ratunkiem w tamtym czasie była nie tyle co modlitwa, a sam Bóg. Pamiętam jak wyczerpana klęczałam zalana łzami. Nie pamiętam swoich słów, ale pamiętam, że prosiłam, aby moje cierpienie dobiegło końca. Byłam zrujnowanym dzieckiem. Zrobiłam to sobie sama. Nie wiem, czy bez terapii można pozbyć się zaburzeń odżywiania. Nie wiem, jak mój mózg nagle wyrzucił z pamięci te wszystkie dietetyczne zasady, ale został oczyszczony. Nie wiem, czy stało się to z dnia na dzień. Przecież to niemożliwe, abym obudziła się na drugi dzień jaki inny człowiek. Nie pamiętam, jak zaczęłam jeść. Nie pamiętam, jak przestałam patrzeć w lustro bez złości. Mam wrażenie, że to, co miało miejsce, było bardzo dziwne, a jednak prawdziwe. Niestety moja modlitwa nie była końcem moich problemów ze sobą, ale otworzyła drzwi, za którymi czekał na mnie inny świat. W tamtym czasie nie potrafiłam jednak jeszcze przez nie wejść. Po świetlnym okresie chudości przez kilka lat męczyłam się z efektem jojo i ponownym traceniem na wadze. Dopiero od trzech lata moja waga jest na mniej więcej stałym poziomie, co nie znaczy, że oponowałam jakąś magiczną sztukę kontrolowania swojego ciała. Pamiętam, że gdy przytyłam, bałam się natrafić na znajomych, którzy zapamiętali mnie chudą. Właściwie to bałam się spotkania z tą jedną osobą, ale nie sądzę, aby to był mój główny powód uników. Przecież toczyło się we mnie bardzo dużo rzeczy. Kiedy myślę o tym, jak bardzo chuda była, sama w to nie wierzę, bo nie potrafiłam obiektywnie ocenić sytuacji. Czasem myślę, o tym, że nikt poza mną nie pamięta tamtego czasu. Czasem sama zaczynam wątpić w to, że naprawdę miałam zaburzenia odżywiania, jeśli nie posiadam pieczątki od lekarza przybitej na kartce z diagnozą. Możliwe, że nadal pozostało we mnie trochę zachowań z tamtego okresu i dziwnie mieć w sobie myśl, że może to prawda - to co mówią w tych wszystkich filmach dokumentalnych, których obejrzałam setki - że anorektyczką zostaje się na całe życie. Nawet będąc wyleczonym, to zawsze jest w tobie i może wrócić przy odpowiednich złych warunkach rozwojowych. Nie potrafię jeść przy ludziach, choć może to wiąże się z tym, że nie lubię być obserwowana, jakbym bała się, że ktoś zbyt długi patrząc zauważy, że tak naprawdę nie ma we mnie nic pięknego i jestem odpychająca. Nadal nie akceptuję swojego ciała, choć z obecną utratą kilogramów, opakowania, czyli w ubraniu, czuję się całkiem komfortowo. Niestety, nie potrafię zaakceptować tego, co kryje się pod spodem. Myślę, że w wieku piętnastu lat zniszczyłam swoje ciało. Moja skóra straciła dość szybko jędrność jak na tak młody wiek, a teraz, gdy mam już o połowę więcej, jędrniejsza nie będzie. Samodyscyplina jaka towarzyszyła mi przy trzymaniu diety, uświadamia mi, że potrafię być twarda. Właściwie moje uparcie sprawia, że potrafię starać się nawet ze sznurem wokół szyi. Może ktoś spyta, czemu więc nie zrobię tego dla siebie i nie stanę się jedną z tych pięknych pań z instagramu, z idealnie wyrzeźbionym brzuchem i pośladkami? Czy moja wymówka, że szkoda pieniędzy na siłownię z trenerem personalnym (gdy marzniemy kolejny rok przez stare okna w mieszkaniu), a może wstyd i przebywanie z obcymi ludźmi, mnie zniechęcają? Te rzeczy wcale nie są problem. Wiem, że zaangażowałbym się w to całą sobą do tego stopnia, że wpakowałabym się w kolejne zaburzenia odżywiania, a obiecałam sobie, i może Bogu, że jeśli przetrwam, nie będę już wracać na tę drogę. A może i to jest wymówką? A może i tak to zrobię, ale po cichu, bez narzucania się innym, tak aby ktoś podszedł do mnie i przytulił i szepnął w ucho, że wyglądam ślicznie, a ja wtedy zarumienię się mocno, bo przecież nikt nigdy nie powiedział mi, że jestem piękna. Aż przeszedł mnie dreszcz obrzydzenia i nie wierzę, że to napisałam. Moje myśli czasem wydają się nie moje. Naprawdę nie lubię takich sytuacji, które sprawiają, że nie wiem, jak się zachować, a gdybym usłyszała w czyimś głosie prawdę, że uważa mnie za piękną osobę, to chyba umarłabym jednocześnie ze wstydu i szczęścia. Wiem jednak, że to się nie wydarzy, bo unikam jak ognia takich sytuacji. Pewnie długo chorowałabym po takim wyznaniu. Schudłam trzy kilogramy i cieszy mnie tak bardzo, jakbym wygrała milion. Jem normalnie, mogłabym nawet rzec, że momentami niezdrowo. Ćwiczę, ale to raczej skakanie do ulubionych piosenek niż trening z prawdziwego zdarzenia. Tęsknię za rowerowymi przejażdżkami, a może za myślą, że gdybym teraz spędzała do ośmiu godzin na rowerze w tygodniu to schudłabym więcej niż te trzy kilogramy. Czasem nawiedza mnie irracjonalny lekki strach. Za każdym razem, gdy wspominam tutaj nawet o kilogramie w dół, mam wrażenie, że gdyby ktoś znajomy przeczytał taką informację i porównał z rzeczywistością, uznałby, że i tak jestem gruba i brzydka, i właściwie kogo to obchodzi, ile jem i jak to ma wpływ na cokolwiek. To prawda, że umysł osoby z zaburzeniami odżywiania mierzy swoje porażki i sukcesy kilogramami, i to prawda, że miewam w sobie złudne przekonanie, że jeśli potrafię kontrolować swoją wagę, to znaczy, że mam kontrolę nad swoim życiem, lub chociaż nad jedną rzeczą, kiedy reszta nie trzyma się niczego. Czasem mam wrażenie, że moje ciało nie pasuje do tego, kim jestem w środku; jakby nie łączyło się z moją duszą i przeszkadzało w wyrażaniu siebie. Moje ciało czasem nie istnieje. Czasem mam wrażenie, że aby wyrwać się z kręgu samo nienawiści, musiałam odciąć się od ciała. Pamiętam, jak to jest nosić w sobie nienawiść tak wielką, że jesteś nieustannie zmęczonym, ale nie pamiętam samego uczucia nienawiści. Przeszłam długą drogę, aby wyzbyć się tak skrajnych uczuć, ale nie nauczyłam się kochać siebie. Jeszcze nie przekroczyłam progu otwartych na oścież drzwi. Na razie nauczyłam się nie zauważać siebie i nie myśleć o tym, jak wyglądam zbyt często. Skupianie się na sobie wychodzi mi bardzo nie na zdrowie. Mimo wszystko myślenie o tamtych latach z perspektywy dnia dzisiejszego sprawia, że mam wrażenie, że jestem inną osobą. Może po to piszę o przeszłości, aby przypomnieć sobie, że przetrwałam coś, co wtedy wydało mi się nie do pokonania. Mimo to powinnam bardziej żyć tu i teraz, a nie odcinać się czymś, np. filmami, od dnia dzisiejszego. Ktoś mi o tym znowu przypomniał, a ja nie wiem, jak mam to zrobić. Zima jest w tym roku ciężka. Natomiast, jeśli chodzi o mojego przyszłego męża, o którym napiszę, gdy będę mieć siłę na te kilkadziesiąt stron, wyobraźcie sobie mnie jako żonę, która nigdy nie odkrywa swojego ciała przed mężczyzną swojego życia. Zbyt dobrze wiem, że żaden związek tak nie działa i brak samoakceptacji jednej ze stron nie buduje żadnego związku. Moja wizja jest taka, że aby dwie osoby były ze sobą szczęśliwą, każda z nich musi być szczęśliwa sama ze sobą, co dotyczy akceptacji swojego ciała, jak i umiejętności spędzania czasu w samotności, a nie zakrywania swoich kompleksów ciągłą potrzebą słyszenia komplementów, aby się upewni, że jest się wystarczająco dobrym. Wiecie kiedy ostatni raz miałam na sobie strój kąpielowy? Gdy chodziłam do podstawówki. Moje trzy kilogramy nic nie znaczą. Tu nigdy nie chodziło o liczby na wadze. Moje ciało nie istnieje nawet dla mojego przyszłego męża. Nie wydaje mi się, abym kiedykolwiek osiągnęła tak wysoki poziom emocjonalnego rozwoju, aby pozwolić dotknąć komukolwiek swojego nagiego ciała. Bo tu chodzi o to, że nie jestem w stanie uwierzyć nikomu w nic. Czasem nawet sobie nie wierzę. Dorosłe życie mnie nie bawi. Pisanie, a nawet mówienie o tym wszystkim co powyżej wydaje się proste, bo przerabiałam to już tyle raz, nie tylko ze sobą, ale w rozmowach z innymi, że mam wrażenie, iż ten cały wpis jest niepotrzebny. Myślę, że moment, w którym stanęłam na wadze kilka dni temu sprawił, że chciałam napisać o tym wszystkim, bo nie spodziewałam się, że ważę tak mało, a przecież czuję po wszystkich ubraniach, że coś się zmieniło. W święta nałożyłam spódniczkę, które rok temu była dopasowana, a teraz okazała się za szeroka w talii. Nie ukrywam, ucieszyło mnie to, nie różnie się pod tym względem od innych. Ale zastanawiam się, czy kiedykolwiek nastąpi taki moment, w którym spojrzę na swoje ciało i ludzką nagość łaskawszym okiem. Jak myślicie, moi nieistniejący czytelnicy, czy nadejdzie taka wiekopomna chwila?

11.01.2019

1017.

Pierwszy wpis w tym roku. Naprawdę chciałam zacząć pozytywnie, ale widocznie nie potrafię inaczej, albo nie potrafię się postarać lepiej. Nie sypiam dobrze, a moje uszy chłoną wszystkie denerwujące dźwięki z otoczenia, więc kładę się spać przygnębiona, jakbym wypatrywała momentu, w którym już nie dam rady. Chciałabym, aby moje wpisy były sensowne, poukładane tematycznie, nawet wiem, o czym chciałabym napisać, o tych wszystkich rzeczach, które siedzą we mnie, a o których nie wspomniałam  nigdy wprost. Chciałabym przejść przez to ostatni raz i na zawsze zamknąć pewne sprawy; szczególnie jedną. Tylko czy potrafię? Pytam siebie, jakbym nie znała odpowiedzi. Chciałabym też zrozumieć siebie. Choć nie wiem, czy naprawdę potrzebuję być obrzydliwie szczera, tutaj, gdzie moje słowa będę krążyć na zawsze w obiegu, kiedy mnie już nie będzie. To duża odpowiedzialność zostawiać po sobie coś na zawsze; z tego zawsze może wyjść dużo nieporozumień. Chciałabym, aby ten rok był rokiem ostatecznym, choć jeszcze nie wiem, w jakim sensie. Tak naprawdę planowałam już w pierwszym wpisie poruszyć konkretny temat, ale wchodzi na to, że wszystkie inne muszą poczekać, bo oto prawie codziennie mam załamanie nerwowe z powodu szumów usznych. Nie mogłam gorzej zacząć tego roku, to znaczy mogłam, tak jak większość świata - kacem - tymczasem męczę się sama ze sobą, tylko dlatego, że ktoś trzy lata temu postanowił mnie zaskoczyć wybuchem. Ile razy będę wracać do tego momentu z sercem pełnym żalu? Nieszczęśliwe wypadki zdarzają się codziennie. Nie pytam dlaczego ja, pytam czemu nie potrafię się z tym pogodzić. Mój wyrzut nie jest jednak złością jest smutkiem. Smutno mi Boże, wiesz? Wcale nie chodzi o to, aby zdarzył się cud i to zniknęło, chcę być po prostu silna, aby moja wiara przenosiła góry. Tak bardzo pragnę stać się osobą, która potrafi z tym żyć, a tak bardzo mi nie wychodzi, aż po moich policzkach ciekną wodospady łez i zaraz przypominają mi się wszystkie bolące miejsca w mym sercu, i czuję się zmęczona, bo ile można upadać, a przecież to nie tak miało być. Jeden krok do przodu, dwa do tyłu - czemu tak to wygląda? Przez wiele lat kładłam się spać z myślą, że tylko sen przynosi ukojenie. Był oddechem od tego, co za dnia mnie dobijało. Był ucieczką od problemów; był tym, czego najbardziej pragnęłam - namiastką nieistnienia. Pamiętam lata, gdy zasypiałam zapłakana i wyczerpana, ale pamiętam też noce, gdy leżałam rozbudzona i bałam się, sama nie wiem czego, ale towarzyszyło mi wrażenie, że zaraz umrę, jeśli coś nie zmieni się w moim życiu. To dziwne kłaść się spać teraz, mając w pamięci tamte noce. Owszem, sen jest dla mnie ukojeniem jak dawniej, ale obecnie jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wiem, że nie rozwiąże moich problemów. Budzę się z rana do świata bez ciszy. Najbardziej brakuje mi ciszy. Nie pamiętam, co to cisza i jak wielkie przynosi ukojenie myślom. Zawsze jestem otoczona dźwiękami; jeśli nie dobiegają ze świata, to brzęczą w mojej głowie. Gdy zamykam oczy mam wrażenie, że moją głowę ściska obręcz szumu i pisku. Bywam przez to rozdrażniona. Czasem nie jestem w stanie włączyć ulubionej piosenki, bo melodia wwierca mi się w głowę. Nie muszę już wspominać o tym, że zdarza mi się płakać na myśl o tym, że omija mnie życie rozrywkowe, głównie koncerty, bo na tym zależało mi najbardziej. Jestem też na siebie zła, że coś tak nieważnego w odniesieniu do ostatecznego przeznaczenia każdego człowieka sprawia, że mój nastrój spada. W ogóle wyobrażacie sobie mnie na swoim własnym weselu bez muzyki, bo przecież huczne wesele byłoby za głośne? Wyobrażacie sobie mojego męża, który musiałby poświęcić się dla mnie aż tak? Ale o moim przyszłym mężu też będzie, poczekajcie tylko aż znajdę w sobie siłę do napisania tych kilkudziesięciu stron. Nie ma lekarstwa na szumy uszne. Niezależnie od tego, ile wydałabym na to pieniędzy, i jakich specjalistów bym odwiedziła, nikt nie został wyleczony z tej nieprzyjemnej dolegliwości. Nie chcę też, aby opętało mnie dążenie do celu po trupach. Nie chcę poświęcić całego życia na szukanie lekarstwa, aby na końcu stwierdzić, że przegrałam, a do tego zamiast żyć próbowałam dążyć do czegoś, co pochłonęło moją energię, czas i pieniądze (których i tak nie mam na specjalistyczne próby leczenia), a w rezultacie okazało się marnością i gonitwą za wiatrem. Poza tym nie jestem w stanie czytać więcej wypowiedzi na różnych forach, bo robi mi się bardziej przykro. Podczas takich wędrówek dowiedziałam się, że ktoś żyje z tym dwadzieścia lat, i od razu zbiera mi się na płacz, bo w normalnych warunkach dwadzieścia lat życia to dla mnie za dużo życia, a co dopiero w wiecznym hałasie. Wiecie, że po śmierci choroby nie istnieją? Wiecie, jak to miło będzie umierać ze świadomością, że wszystko minie. Wiecie, że nie ma przypadków wyleczenia szumów usznych, ale są przypadki uzdrowień. Wiecie, że niezależnie od tego, czy wierzycie w cuda, lub nie wierzycie w nic, cuda się zdarzają. Chyba piszę to bardziej do siebie, bo nie liczę na cud, nawet nie wiem, czemu miałabym zasłużyć, i jak potem miałabym z wdzięczności podzielić się z nim całym światem, jeśli żyję z dala od świata. Uzdrowienie w moim przypadku byłoby tylko wspieraniem mojego egoistycznego istnienia. Prawdopodobnie nie wydarzy się cud, ale liczę, że wszystkie przemodlone dni przyniosą mi siłę, aby przetrwać. Gdy myślę o swoim życiu, to naprawdę przykre, ale w większej części opierało się na przetrwaniu i teraz znowu takie się staje. Przetrwać każdy dzień, aby nie zwariować. Boję się stracić kontrolę nad sobą. Jak to jest, że jednego dnia wiedziesz normalne nudne życia, a drugiego mówią o tobie w głównym wydaniu wiadomości, bo rozlała się krew? Przerażają mnie takie historie, zwłaszcza, że wiem, jak to jest nie poznawać siebie. Nie chcę nigdy wracać do tamtych czasów, zwłaszcza, że bycie samemu z ciężarem, gdy wiesz, że nikt cię nie zrozumie. A nawet jeśli znajdziesz odwagę, aby wydukać kilka słów wyjaśnienia, to niczego nie zmieni, bo na końcu zostaniesz tylko ty i bezradni, którzy nie wiedzą jak ci pomóc. Miałam kilka dobrych dni. Może dlatego, że usilnie próbuję nie pamiętać, że coś mi dolega i wzywam wszystkich świętych w Niebie, aby wstawiali się za mną.. Próbuję oszukać siebie, swój mózg, próbuję się samouzdrowić, udawać, że nic mi nie jest. Aby potem przejść załamanie wewnętrzne, gdy ktoś naprawia przy mnie stolik i używa do tego wiertarki, a ja zamiast wyjść z pomieszczenia, siedzę w panice i wstyd mi zasłonić uszy, bo nie chcę tłumaczyć każdemu z osobna, co mi dolega. Nawet dźwięk upadającej na podłogę łyżeczki to dla mnie za dużo. Pytam też siebie, czy brak szumów usznych sprawiłby, że wiodłabym lepsze życie? Pytam siebie, czy szumy uszne są przyczyną, która sprawia, że nie będę już szczęśliwa? Pytam siebie, co mam robić i Ty dobrze wiesz, Boże, że nie mam pojęcie. To jest niezmienne od lat. Nie wiem, co mam zrobić z tym, co zwie się moim życiem.