Zaczęłam częściej słuchać Hurts, jakby z nadzieją na
przyszłość, bo jeden z ostatnich dni wakacji zespół spędzi gając na festiwalu w
Polsce. Codziennie nucę „Lights”, więcej, tańczę przemieszczając się od pokoju
do pokoju, tak bardzo związana z pierwszą zwrotką, jakby jej słowa zostały
napisane specjalnie dla mnie. Gdy pojawiają się okazje, gdzie taniec jest wręcz
wskazany, poruszam się samotnie w rytm muzyki. Zdaję sobie sprawę, że wyróżniam
się z tłumu, tym bardziej, gdy zgromadzeni niechętni są do zabawy, nie licząc
kilku wstawionych starszych panów, o me nieszczęście, jakże łatwym celem jestem
dla ich rozbieganych oczu. Nie obchodzi mnie, że według nich ruszam się dobrze,
to kłamstwo, moje poczucie rytmu również, na pewno nie jestem dobrą tancerką,
nie do pary, nie do obcych rąk, nie dotykajcie mnie bez mojej zgody. Nie uważam
się za osobę przewrażliwioną i tragicznie zamkniętą, myślę, że niechęć
zakłócania moich bezpiecznych dwóch metrów przez osoby obce jest na porządku
dziennym, w końcu nie jestem wychowana w kulturze, gdzie ściskasz się ze
wszystkimi bez wyjątku na powitanie. Nie lubię być niemiła, właściwie moją wadą
jest to, że nie potrafię być niemiła, nawet gdy nie jest mi miło. Zdarza się,
że miewam poczucie winy, okłamując innych swoim uśmiechem. Tamtego dnia
uratowała mnie obecność mamy. Moje codzienne samotne plątanie się tu i tam bywa
niebezpieczne. Potem znajomi dziwią się, że niechętnie wychodzę z domu.
Uwierzcie, nie ukrywam się specjalnie, po prostu bywam zmęczona niechcianymi
spotkaniami, które znowu zmuszają mnie do grania nieprawdziwej wersji siebie. I
tak oto dzień później, spacerując po swej niewielkiej miejscowości zostałam
zaczepiona przez kogoś obcego, na rowerze, kogoś kto zechciał się ze mną
zapoznać, tak po prostu, bo przejeżdżał akurat wtedy, kiedy przechodziłam ja. Niesamowity
zbieg okoliczności. Kogoś trafiła strzała Amora. Od razu włączyła mi się
ostrzegawcza czerwona lampka w głowie. Jak uwolnić się od osoby, aby nie
sprawić jej przykrości, no jak, przecież mój towarzysz spaceru był sympatyczny,
a ja nie byłam w nastroju do psucia sobie reszty dnia przez niefortunne
spotkanie. Och nie, to na pewno nie przeznaczenie, nawet nie wiecie ile takich
przeznaczeń spotkało mnie już w życiu. Dla mnie to zakłócanie świętego spokoju
przez obcych. Czy naprawdę tak to działa? Podchodzisz do obcej osoby, którą
widzisz po raz pierwszy i wierzysz, że da ci swój numer telefonu, tak po
prostu, albo od razu zaprosi do domu na herbatę. Mam pecha do adoratorów.
Rozumiem, że nie zasługuję na to, czego bym chciała, gdybym chciała
czegokolwiek i gdybym miała warunki i prawo chcieć, ale człowiekowi zawsze
milej porozmawiać z kimś obcym i normalnym, niż znowu bronić się przed
nachalnością osoby pod wpływem alkoholu lub obecnością szukającego
jakiejkolwiek okazji na podryw chłopaka. Już nawet nie pociesza mnie fakt, że
kolejna osoba pomyślała, iż jestem uczennicą liceum, ale co mi po młodym wyglądzie,
kiedy nie posiadam urody gwiazdy filmowej. Wiecznie młoda, wiecznie niewinna,
wiecznie naiwna. (Podejrzewam, że życia da mi jeszcze w kość i zdążę zestarzeć
się w tydzień.) Dla wielu celem życia jest znalezienie drugiej połówki (nie
lubię tego określenia, bo nie czuję się wybrakowana bez kogoś u mojego boku),
bycie w związku czy po prostu założenie rodziny i obiektywnie uważam to za
całkiem normalną kolej rzeczy, tak funkcjonuje ludzkie życie, od zawsze, więc
tym bardziej dziwnie mi z faktem, że nie pasuję do tego schematu, jakby coś
kiedyś nie zadziałało i wypadłam z koła życia. Szukam czegoś zupełnie innego,
najprędzej zbawienia, i wybawienia mnie od tych wszystkich trudnych sytuacji,
które każą być mi kobietą, obiektem westchnień, czasem mam nadzieję, że nikt
nigdy nie patrzył na mnie tęsknym wzrokiem, bo przecież to tylko zmarnowany
czas i bolące na darmo serce. Wiem, dawno nie marudziłam o tych wszystkich
przypadkowych adoratorach, choć z czasem zaczyna mnie to bardziej bawić niż
denerwować. Zaczęłam od tego, że chciałam potańczyć, od kilku dni nie mogłam pozbyć
się tej chęci ze swoje ciała, ale natychmiastowo odechciało mi się po tym, jak odebrałam
wyniki badań mówiące jasno i wyraźnie, że mój organizm nadal nie chce się
naprawić, ani troszeczkę. Przykro mi. Jutro idę skonsultować wyniki z lekarzem,
a potem wrócę do pisania poematów o cierpieniu bezsensownym i o tym, jak mnie
to już denerwuje. Brak zdrowia, brak pracy, brak funduszy na nowe prochy.
28.06.2016
15.06.2016
888.
Znalazłam
ogłoszenie o pracę, które wiodłoby mnie ku marzeniom; z dala od domu, z darmowym
zakwaterowaniem, w miejscowości, której nazwy nie śmiem wymienić, bo chyba boli
mnie serce, ale obawiam się tak wielu rzeczy; aż nie wierzę, że chodzę aż z tyloma duchami. Półroczne chorowanie, które i tak dalej trwa, ale przecież jest
niegroźne, sprawiło, że boję się wyjechać na głupie dwa miesiące i nieplanowanie
stać się dla kogoś problemem. Nie planuję swoich chorób, przecież zwykłe
przeziębienie dopada ludzi niespostrzeżenie, a jednak mój organizm jest w
stanie podatności. Powinnam być młodą, zdrową osobą, pełną życia, uśmiechu, z przyszłością
otwierającą ku mnie ramiona. Tymczasem mam żal do swojego organizmu za całe pół
roku dziwnych chorób, smutku i utraty oszczędności. Pozostały mi tylko obawy i
strach, a w połączeniu z moją nieustanną nieumiejętnością podejmowania decyzji –
bo podjęłam już tyle złych i byłam za nie ostro karcona, że nie zniosę więcej
porażek – to mieszanka tragizmu. Czy kiedykolwiek uda mi się cokolwiek? Jak
żałośnie wygląda moja sytuacja z samą sobą i moim światem w głowie. Wczoraj
miałam urodziny, dwudzieste szóste, a przecież miałam nie dożyć tego wieku,
jednak ciągle jestem i ciągle nie wiem po co. Czekam na olśnienie, które nigdy
nie nastąpi. Przeszłość nawiedza mnie we snach. Miałam być kimś zupełnie innym,
wiązano ze mną nadzieję, którą odebrano mi na wiele różnych sposobów. Szkoda, że o
tym nikt nie pamięta. Mój naiwny „ojciec od święta’, który myśli ciut lepiej po
kolejnym odwyku, wierzy, że powinnam pracować w biurze na dobrze płatnym stanowisku,
może nawet dyrektorskim, podczas gdy ja widzę siebie jedynie jako osobę
sprzątającą, choć nie jestem przekonana czy i to potrafię dobrze robić. Patrzę
na ogłoszenie, które mogłoby uratować mnie na chwilę, ale jakże piękna byłaby
to chwila, gdybym mogła znowu ujrzeć Ciebie, tym bardziej teraz, gdy cierpisz,
choć zapewne inaczej niż ja. Gdybym była zdrowa... Nie. Gdybym nie wiedziała,
że jestem nie najlepszego zdrowia, pojechałabym w ciemno, postarałabym się, aby
spośród mnóstwa aplikujących wybrali właśnie mnie. Moje morze. Lecz bycie
kłopotem dla innych to najgorsze z moich wyobrażeń. Jak nieelegancko byłoby
zachorować na obcym lądzie, jak niestosownie byłoby umrzeć w cudzym łóżku.
10.06.2016
887.
Lubię zapach kawy, choć jej nie piję, ale ostatnio wypiłam
całą, pyszną, słodką, mrożoną, z cichym podziękowaniem i niezręcznością.
Momentami mam wrażenie, że będzie to moja jedyna kawa w życiu, abym nie
wypłukiwała z siebie żelaza i nie prowokowała nałogów, aby tamten dzień
pozostał na zawsze wyjątkowy, choć może taki nie był. Nie lubię siedzieć na
wprost drugiej osoby, bywam onieśmielona, czuję jakbym musiała pilnować każdego
ruchu swego niezgrabnego ciała. Zupełnie nie przeszkadza mi siedzenie obok
kogoś, gdzie zawsze mogę uciec wzrokiem, gdzie tylko pół mnie jest na pokaz.
Swoją drogą, nie pojmuję jak ludzie mogą jeść posiłki siedząc naprzeciw siebie,
może rozumiałabym bez problemu, gdybym nie mała w sobie skazy problemów z
odżywianiem. Chowam się przed wzrokiem ciekawskich, centrum uwagi jest nie dla
mnie, zupełnie nie rozumiem, czemu nie urodziłam się w kręgu kulturowym, gdzie
kobiety odsłaniają jedynie swoje oczy. Choć nie, mnie szybko zdradziłyby
właśnie oczy. Nie przeszkadza mi to jednak bezwstydnie (ale ukradkiem?)
obserwować kogoś od stóp do głowy, bo wszystko w drugim człowieku jest
niezwykle fascynujące. W pewnym momencie obserwowałam tylko niebo, ale nie
widziałam nic, nawet siebie na tym dachu. Słońce świeciło mocno, wiał silny
wiatr, a przed moimi oczami zafalowała przestrzeń, jakby drzwi do innego
portalu, co sprawiło, że znowu byłam na miejscu. Nie wiem, ile siedzieliśmy owiani
gorącym majowym powietrzem, być może za długo. Moja nagrzana promieniami słońca
skóra była ciepła jeszcze następnego dnia. Nie jestem opalona (anemia ciągle
maluje mą skórę blado), mam tylko więcej drobnych piegów na ciele, bo
codziennie staram się wychodzić na spacer, aby zerwać z przyzwyczajeniami przeszłości,
kiedy w podobnym stanie wychodziłam tylko na niedzielną mszę. Moje zwyczajnie
życie, w które zaplątanych jest mnóstwo niezwyczajnych historii. Bylibyśmy
fantastycznymi przyjaciółmi, takim z prawdziwego zdarzenia, jak z filmów,
niezniszczalni, zabawni, troskliwi, i mielibyśmy dobre życie, i ciągle bylibyśmy
młodzi. Oni, porozrzucani po czterech stronach świata, a na środku tęskniąca ja,
centrum niczego. Czasem mam wrażenie, że wymyśliłam to wszystko, moje tęskniące
serce również, bo jestem poza tym wszystkim, zagubiona w pustce, wypchana
cudzymi emocjami ze szklanego ekranu. Stresuję się waszym widokiem, reszta jest
grą mojej wyobraźni. Nie jestem zmęczona. Jestem czymś zawiedziona, tylko czym,
próbuję bezskutecznie odgadnąć. Myślę, że bylibyśmy dobrymi przyjaciółmi, gdyby
było mnie na to stać, lecz moje puste kieszenie znów karzą mi zapomnieć o marzeniach.
Zresztą, po co mi marzenia. Tak sobie leżę i milczę i nie wiem, znowu nie chcę
nic, zupełnie nic, tylko to nieuleczalne(?) dzwonienie w uszach, chciałabym,
aby ktoś je ode mnie zabrał zanim zrobię sobie krzywdę z bezsilności, ale
obawiam się, że może uczynić to tylko Bóg i tylko wraz z moim życiem. Nie chcę
oszaleć przez ten nieustannie towarzyszący dźwięk, który niespodziewanie
przybiera na sile i od którego coraz trudniej odciągnąć mi myśli. Mam wrażenie,
że noszę w głowie zepsuty telewizor. Chciałabym walnąć nim o ścianę, aby wyłączył
się na zawsze. Moim kochani przyjaciele, proszę, miejcie mnie w swych myślach, polecajcie
w swych modlitwach, abym wytrwała w postanowieniu, abym przetrwała kolejną
ciężką zimę w swoim życiu, nawet jeśli ma ona trwać aż do mojego ostatniego
tchnienia.
5.06.2016
886.
Usłyszałam:
trudne dzisiaj, tajemnicze jutro. Czasem mam wrażenie, że to po prostu trudne życie,
któremu ciągle nie potrafię stawić czoła. Chciałabym mieć ten błysk radości w
oczach przyciągający ludzi. Czasem mam wrażenie, że z mojej spalonej w piekielnym
ogniu duszy ulatania się już tylko dym, więc nie powinnam się dziwić, że odpycham
ludzi, mniej lub bardziej świadomie. Ludzie nie wiedzą jak się przy mnie
zachować, bo sama nie wiem, jak zachować się przy nich, kiedy wszystko jest
takie niekomfortowe. Zdrowie nie wraca, ale nie umieram, bo nie mam tego na
papierku. Nie wiem, czemu żadne z objawów nie mijają mimo leczenia. Nie
potrafię dogadać się ze swoim organizmem, ani odgadnąć czego mu potrzeba. Znalezienie
pracy jest jeszcze trudniejszym zadaniem. Czasem mam wrażenie, że uratuje mnie
tylko zmiana płci albo niepełnosprawność, bo nawet ofert pracy dla
niepełnosprawnych jest więcej. Bez znajomości i pieniędzy ani rusz w lepszą
przyszłość. Przykre to wszystko. Jednak coś sprawia, że jestem spokojniejsza
niż dawniej, mniej nerwowa, mniej przejęta, jakbym była już poza tym wszystkim,
jakbym nie musiała już żyć tym życiem, które mi ciąży. Czasem mam wrażenie, że
mój spokój to pustka, jakbym emocjonalny huragan sprzed lat pozostawił po sobie
puste pole, na którym każda zasadzona z nadzieją roślina więdnie z powodu
nieurodzajnej ziemi. Daj znać, jeśli
zechcesz mi pomóc.
Subskrybuj:
Posty (Atom)