28.06.2016

889.


Zaczęłam częściej słuchać Hurts, jakby z nadzieją na przyszłość, bo jeden z ostatnich dni wakacji zespół spędzi gając na festiwalu w Polsce. Codziennie nucę „Lights”, więcej, tańczę przemieszczając się od pokoju do pokoju, tak bardzo związana z pierwszą zwrotką, jakby jej słowa zostały napisane specjalnie dla mnie. Gdy pojawiają się okazje, gdzie taniec jest wręcz wskazany, poruszam się samotnie w rytm muzyki. Zdaję sobie sprawę, że wyróżniam się z tłumu, tym bardziej, gdy zgromadzeni niechętni są do zabawy, nie licząc kilku wstawionych starszych panów, o me nieszczęście, jakże łatwym celem jestem dla ich rozbieganych oczu. Nie obchodzi mnie, że według nich ruszam się dobrze, to kłamstwo, moje poczucie rytmu również, na pewno nie jestem dobrą tancerką, nie do pary, nie do obcych rąk, nie dotykajcie mnie bez mojej zgody. Nie uważam się za osobę przewrażliwioną i tragicznie zamkniętą, myślę, że niechęć zakłócania moich bezpiecznych dwóch metrów przez osoby obce jest na porządku dziennym, w końcu nie jestem wychowana w kulturze, gdzie ściskasz się ze wszystkimi bez wyjątku na powitanie. Nie lubię być niemiła, właściwie moją wadą jest to, że nie potrafię być niemiła, nawet gdy nie jest mi miło. Zdarza się, że miewam poczucie winy, okłamując innych swoim uśmiechem. Tamtego dnia uratowała mnie obecność mamy. Moje codzienne samotne plątanie się tu i tam bywa niebezpieczne. Potem znajomi dziwią się, że niechętnie wychodzę z domu. Uwierzcie, nie ukrywam się specjalnie, po prostu bywam zmęczona niechcianymi spotkaniami, które znowu zmuszają mnie do grania nieprawdziwej wersji siebie. I tak oto dzień później, spacerując po swej niewielkiej miejscowości zostałam zaczepiona przez kogoś obcego, na rowerze, kogoś kto zechciał się ze mną zapoznać, tak po prostu, bo przejeżdżał akurat wtedy, kiedy przechodziłam ja. Niesamowity zbieg okoliczności. Kogoś trafiła strzała Amora. Od razu włączyła mi się ostrzegawcza czerwona lampka w głowie. Jak uwolnić się od osoby, aby nie sprawić jej przykrości, no jak, przecież mój towarzysz spaceru był sympatyczny, a ja nie byłam w nastroju do psucia sobie reszty dnia przez niefortunne spotkanie. Och nie, to na pewno nie przeznaczenie, nawet nie wiecie ile takich przeznaczeń spotkało mnie już w życiu. Dla mnie to zakłócanie świętego spokoju przez obcych. Czy naprawdę tak to działa? Podchodzisz do obcej osoby, którą widzisz po raz pierwszy i wierzysz, że da ci swój numer telefonu, tak po prostu, albo od razu zaprosi do domu na herbatę. Mam pecha do adoratorów. Rozumiem, że nie zasługuję na to, czego bym chciała, gdybym chciała czegokolwiek i gdybym miała warunki i prawo chcieć, ale człowiekowi zawsze milej porozmawiać z kimś obcym i normalnym, niż znowu bronić się przed nachalnością osoby pod wpływem alkoholu lub obecnością szukającego jakiejkolwiek okazji na podryw chłopaka. Już nawet nie pociesza mnie fakt, że kolejna osoba pomyślała, iż jestem uczennicą liceum, ale co mi po młodym wyglądzie, kiedy nie posiadam urody gwiazdy filmowej. Wiecznie młoda, wiecznie niewinna, wiecznie naiwna. (Podejrzewam, że życia da mi jeszcze w kość i zdążę zestarzeć się w tydzień.) Dla wielu celem życia jest znalezienie drugiej połówki (nie lubię tego określenia, bo nie czuję się wybrakowana bez kogoś u mojego boku), bycie w związku czy po prostu założenie rodziny i obiektywnie uważam to za całkiem normalną kolej rzeczy, tak funkcjonuje ludzkie życie, od zawsze, więc tym bardziej dziwnie mi z faktem, że nie pasuję do tego schematu, jakby coś kiedyś nie zadziałało i wypadłam z koła życia. Szukam czegoś zupełnie innego, najprędzej zbawienia, i wybawienia mnie od tych wszystkich trudnych sytuacji, które każą być mi kobietą, obiektem westchnień, czasem mam nadzieję, że nikt nigdy nie patrzył na mnie tęsknym wzrokiem, bo przecież to tylko zmarnowany czas i bolące na darmo serce. Wiem, dawno nie marudziłam o tych wszystkich przypadkowych adoratorach, choć z czasem zaczyna mnie to bardziej bawić niż denerwować. Zaczęłam od tego, że chciałam potańczyć, od kilku dni nie mogłam pozbyć się tej chęci ze swoje ciała, ale natychmiastowo odechciało mi się po tym, jak odebrałam wyniki badań mówiące jasno i wyraźnie, że mój organizm nadal nie chce się naprawić, ani troszeczkę. Przykro mi. Jutro idę skonsultować wyniki z lekarzem, a potem wrócę do pisania poematów o cierpieniu bezsensownym i o tym, jak mnie to już denerwuje. Brak zdrowia, brak pracy, brak funduszy na nowe prochy.

15.06.2016

888.

Znalazłam ogłoszenie o pracę, które wiodłoby mnie ku marzeniom; z dala od domu, z darmowym zakwaterowaniem, w miejscowości, której nazwy nie śmiem wymienić, bo chyba boli mnie serce, ale obawiam się tak wielu rzeczy; aż nie wierzę, że chodzę aż z tyloma duchami. Półroczne chorowanie, które i tak dalej trwa, ale przecież jest niegroźne, sprawiło, że boję się wyjechać na głupie dwa miesiące i nieplanowanie stać się dla kogoś problemem. Nie planuję swoich chorób, przecież zwykłe przeziębienie dopada ludzi niespostrzeżenie, a jednak mój organizm jest w stanie podatności. Powinnam być młodą, zdrową osobą, pełną życia, uśmiechu, z przyszłością otwierającą ku mnie ramiona. Tymczasem mam żal do swojego organizmu za całe pół roku dziwnych chorób, smutku i utraty oszczędności. Pozostały mi tylko obawy i strach, a w połączeniu z moją nieustanną nieumiejętnością podejmowania decyzji – bo podjęłam już tyle złych i byłam za nie ostro karcona, że nie zniosę więcej porażek – to mieszanka tragizmu. Czy kiedykolwiek uda mi się cokolwiek? Jak żałośnie wygląda moja sytuacja z samą sobą i moim światem w głowie. Wczoraj miałam urodziny, dwudzieste szóste, a przecież miałam nie dożyć tego wieku, jednak ciągle jestem i ciągle nie wiem po co. Czekam na olśnienie, które nigdy nie nastąpi. Przeszłość nawiedza mnie we snach. Miałam być kimś zupełnie innym, wiązano ze mną nadzieję, którą odebrano mi na wiele różnych sposobów. Szkoda, że o tym nikt nie pamięta. Mój naiwny „ojciec od święta’, który myśli ciut lepiej po kolejnym odwyku, wierzy, że powinnam pracować w biurze na dobrze płatnym stanowisku, może nawet dyrektorskim, podczas gdy ja widzę siebie jedynie jako osobę sprzątającą, choć nie jestem przekonana czy i to potrafię dobrze robić. Patrzę na ogłoszenie, które mogłoby uratować mnie na chwilę, ale jakże piękna byłaby to chwila, gdybym mogła znowu ujrzeć Ciebie, tym bardziej teraz, gdy cierpisz, choć zapewne inaczej niż ja. Gdybym była zdrowa... Nie. Gdybym nie wiedziała, że jestem nie najlepszego zdrowia, pojechałabym w ciemno, postarałabym się, aby spośród mnóstwa aplikujących wybrali właśnie mnie. Moje morze. Lecz bycie kłopotem dla innych to najgorsze z moich wyobrażeń. Jak nieelegancko byłoby zachorować na obcym lądzie, jak niestosownie byłoby umrzeć w cudzym łóżku.  

10.06.2016

887.



Lubię zapach kawy, choć jej nie piję, ale ostatnio wypiłam całą, pyszną, słodką, mrożoną, z cichym podziękowaniem i niezręcznością. Momentami mam wrażenie, że będzie to moja jedyna kawa w życiu, abym nie wypłukiwała z siebie żelaza i nie prowokowała nałogów, aby tamten dzień pozostał na zawsze wyjątkowy, choć może taki nie był. Nie lubię siedzieć na wprost drugiej osoby, bywam onieśmielona, czuję jakbym musiała pilnować każdego ruchu swego niezgrabnego ciała. Zupełnie nie przeszkadza mi siedzenie obok kogoś, gdzie zawsze mogę uciec wzrokiem, gdzie tylko pół mnie jest na pokaz. Swoją drogą, nie pojmuję jak ludzie mogą jeść posiłki siedząc naprzeciw siebie, może rozumiałabym bez problemu, gdybym nie mała w sobie skazy problemów z odżywianiem. Chowam się przed wzrokiem ciekawskich, centrum uwagi jest nie dla mnie, zupełnie nie rozumiem, czemu nie urodziłam się w kręgu kulturowym, gdzie kobiety odsłaniają jedynie swoje oczy. Choć nie, mnie szybko zdradziłyby właśnie oczy. Nie przeszkadza mi to jednak bezwstydnie (ale ukradkiem?) obserwować kogoś od stóp do głowy, bo wszystko w drugim człowieku jest niezwykle fascynujące. W pewnym momencie obserwowałam tylko niebo, ale nie widziałam nic, nawet siebie na tym dachu. Słońce świeciło mocno, wiał silny wiatr, a przed moimi oczami zafalowała przestrzeń, jakby drzwi do innego portalu, co sprawiło, że znowu byłam na miejscu. Nie wiem, ile siedzieliśmy owiani gorącym majowym powietrzem, być może za długo. Moja nagrzana promieniami słońca skóra była ciepła jeszcze następnego dnia. Nie jestem opalona (anemia ciągle maluje mą skórę blado), mam tylko więcej drobnych piegów na ciele, bo codziennie staram się wychodzić na spacer, aby zerwać z przyzwyczajeniami przeszłości, kiedy w podobnym stanie wychodziłam tylko na niedzielną mszę. Moje zwyczajnie życie, w które zaplątanych jest mnóstwo niezwyczajnych historii. Bylibyśmy fantastycznymi przyjaciółmi, takim z prawdziwego zdarzenia, jak z filmów, niezniszczalni, zabawni, troskliwi, i mielibyśmy dobre życie, i ciągle bylibyśmy młodzi. Oni, porozrzucani po czterech stronach świata, a na środku tęskniąca ja, centrum niczego. Czasem mam wrażenie, że wymyśliłam to wszystko, moje tęskniące serce również, bo jestem poza tym wszystkim, zagubiona w pustce, wypchana cudzymi emocjami ze szklanego ekranu. Stresuję się waszym widokiem, reszta jest grą mojej wyobraźni. Nie jestem zmęczona. Jestem czymś zawiedziona, tylko czym, próbuję bezskutecznie odgadnąć. Myślę, że bylibyśmy dobrymi przyjaciółmi, gdyby było mnie na to stać, lecz moje puste kieszenie znów karzą mi zapomnieć o marzeniach. Zresztą, po co mi marzenia. Tak sobie leżę i milczę i nie wiem, znowu nie chcę nic, zupełnie nic, tylko to nieuleczalne(?) dzwonienie w uszach, chciałabym, aby ktoś je ode mnie zabrał zanim zrobię sobie krzywdę z bezsilności, ale obawiam się, że może uczynić to tylko Bóg i tylko wraz z moim życiem. Nie chcę oszaleć przez ten nieustannie towarzyszący dźwięk, który niespodziewanie przybiera na sile i od którego coraz trudniej odciągnąć mi myśli. Mam wrażenie, że noszę w głowie zepsuty telewizor. Chciałabym walnąć nim o ścianę, aby wyłączył się na zawsze. Moim kochani przyjaciele, proszę, miejcie mnie w swych myślach, polecajcie w swych modlitwach, abym wytrwała w postanowieniu, abym przetrwała kolejną ciężką zimę w swoim życiu, nawet jeśli ma ona trwać aż do mojego ostatniego tchnienia.    

5.06.2016

886.



Usłyszałam: trudne dzisiaj, tajemnicze jutro. Czasem mam wrażenie, że to po prostu trudne życie, któremu ciągle nie potrafię stawić czoła. Chciałabym mieć ten błysk radości w oczach przyciągający ludzi. Czasem mam wrażenie, że z mojej spalonej w piekielnym ogniu duszy ulatania się już tylko dym, więc nie powinnam się dziwić, że odpycham ludzi, mniej lub bardziej świadomie. Ludzie nie wiedzą jak się przy mnie zachować, bo sama nie wiem, jak zachować się przy nich, kiedy wszystko jest takie niekomfortowe. Zdrowie nie wraca, ale nie umieram, bo nie mam tego na papierku. Nie wiem, czemu żadne z objawów nie mijają mimo leczenia. Nie potrafię dogadać się ze swoim organizmem, ani odgadnąć czego mu potrzeba. Znalezienie pracy jest jeszcze trudniejszym zadaniem. Czasem mam wrażenie, że uratuje mnie tylko zmiana płci albo niepełnosprawność, bo nawet ofert pracy dla niepełnosprawnych jest więcej. Bez znajomości i pieniędzy ani rusz w lepszą przyszłość. Przykre to wszystko. Jednak coś sprawia, że jestem spokojniejsza niż dawniej, mniej nerwowa, mniej przejęta, jakbym była już poza tym wszystkim, jakbym nie musiała już żyć tym życiem, które mi ciąży. Czasem mam wrażenie, że mój spokój to pustka, jakbym emocjonalny huragan sprzed lat pozostawił po sobie puste pole, na którym każda zasadzona z nadzieją roślina więdnie z powodu nieurodzajnej ziemi.  Daj znać, jeśli zechcesz mi pomóc.