Drogi pamiętniczku, dzisiaj bolało mnie mało, tak mało, że byłam w szoku i nie wiedziałam co ze sobą zrobić, więc chciałam zarobić to co zawsze, zniknąć. Jestem zmęczona i zła, że tyle pieniędzy poszło na marne, w dodatku nie moich i kiedy ja to odpracuję, nigdy, bo już nigdy nic nie będzie takie same. Te mijające pięć lat zmieniło mnie bardzo, więc nie wiem kim jestem, ale jestem kimś nieakceptowanym przez nikogo, a tym bardziej przez siebie. Nie chcę tu być, bo bycie tutaj sprawia, że jestem chora, coraz bardziej. Niesamowite, że to miejsce mnie ukształtowało, miejsce w którym nie chciałam dorastać, otoczona zachowaniami, których nie chciałam widzieć, a tym bardziej wchłonąć w siebie. To wszystko zadziało się poza moją kontrolą, tak jak to nieszczęsne zaciskanie zębów przez sen. Niezależnie co zrobię, efekt końcowy nie jest pozytywny. Porażka. Starałam się, Bóg mi świadkiem, że starałam się nie raz, ani nie dwa, a jednak nie była w stanie naprawić tych trzydziestu pięciu lat w żaden sposób sama, a tym bardziej z kimś. Wydaje mi się nierealne, aby obcy ludzie mogli mi pomóc, więc nie ma dla mnie ratunku. Chyba, że Bóg istnieje.
20.07.2025
13.07.2025
1798.
Jak mam o tym wszystkim napisać, żeby nie zostało zrozumiane źle? Może nie napiszę nic. Może zostało napisane już wystarczająco, a słowa ostatecznie nie znaczą wiele, a może nie znaczą nic. Jak to się stało, że przeszliśmy od “no może w ogóle nie powinniśmy utrzymywać ze sobą kontaktu i widzieć się raz na rok” do spontanicznego spotkania? Jak to się stało, że miałam wrócić do umierania z bólu w czterech ścianach, a zgodziłam się na spotkanie, a nawet mam wrażenie, że trochę je zasugerowałam swoimi oczekiwaniami? Nie wiem, stało się, naprawdę możemy być znajomymi na zawsze, jak ci wszyscy moi znajomi, którzy są ze mną zawsze, we mnie, nawet gdy na nich nie patrzę. Może te kilkanaście lat temu było mi bez różnicy, czy jesteś, czy znikasz, na studiach walczyłam o przetrwanie, choć nie chodziło o same studia, ale o wszystko co działo się we mnie i dookoła mnie. Nieważne. Jesteśmy znajomymi, a jednak ciągle nie jestem pewna, czy to nie skończy się źle dla którejś ze stron. Mimo to ucieszyłam się, choć bałam się, że mogę wstać w najgorszym wypadku z zawrotami i mdłościami i będę musiała napisać “sorry, dzisiaj się nie spotkamy”. Jechałam szynobusem, bo miało być wygodniej, a okazało się, że byłam sardynką w puszcze. Naprawdę nielimitowana sprzedaż biletów na tej trasie w wakacje to największy błąd przewoźnika. Stałam w przejściu, obok siedzenia z nastolatkiem, którym całą podróż scrollował media społecznościowe. Trzymałam się barierki, a przez szybę moje plecy grzało słońce. Myślałam o tym, że powinnam wybrać inny kolor sukienki i że może powinnam zostać w domu tak jak mi doradziłeś, że może powinnam już nigdy nikogo nie zapraszać do swojego życia. Tymczasem zwrot akcji. Najzabawniejsze jest to, dla mnie najzabawniejsze, że naprawdę nie byłam pewna, czy Ty to Ty, gdy stałam na przejściu. Gdybym była, pomachałabym Ci już z oddali, tak aby wszyscy zobaczyli, że ktoś jeszcze na mnie czeka. I znowu skarciłam się w myślach, że nie przegadaliśmy wcześniej, jak mamy się witać i żegnać i sama nie wiem, czy chcesz mnie nie dotykać, czy wolisz trzymać dystans. Lato, każde lato jest dziwne, ale to letnie dni najbardziej pamiętam. Też jestem dziwna i pełna sprzeczności. Nawet taki spacer po mieście wydaje mi się trochę nienormalny. Patrzę na ludzi dookoła, na życie innych, na biegające głośne dzieci i ich spokojnych, lub nie, rodziców, na modnie ubrane nastolatki, na ich odważny krok i pewność siebie, patrzę na spieszących się gdzieś ludzi i siedzących spokojnie jedzących lody turystów; patrzę i czuję się oddzielona od tego wszystkiego, bo nie ma dla mnie miejsca w takim świecie, jeśli najpierw nie naprawię siebie, a wiemy, och, wszyscy to wiedzą, że mnie na to po prostu nie stać. Życie. To teraz będzie najciekawszy moment, bo przecież od kiedy noszę aparat ortodontyczny, jedzenie poza domem to dla mnie jeszcze większa udręka. Ty wiesz, a może nie, ale robię to dla Ciebie, choć nawet tego nie potrzebujesz, ale chcę mieć normalne relacje z osobami, które wiedzą o mnie trochę więcej niż przeciętny mieszkaniec tej okolicy, czyli więcej niż imię i nazwisko. Dobrze, że mnie nakarmiłeś, bo wiesz, “głodnych nakarmić, spragnionych napoić”. Rozbawiła mnie ta cała sytuacja, ale pozytywnie. Naprawdę nienawidzę siedzieć naprzeciwko kogoś i jeść, to ta część moich nieleczonych zaburzeń odżywiania, która zostanie we mnie na zawsze. I jeszcze te problemy ze zgryzem. To wszystko jest żałosne, a jednak na tyle zabawne, że potrafię śmiać się z siebie i swojej sytuacji. Nie chciałam się oceniać surowo. Jeśli zjemy ze sobą sto takich posiłków nic już nie będzie trudne, choć nie sądzę, że uda nam się tak długo ze sobą wytrzymać. Mam jednak nadzieję, że kiedyś to ja zabiorę Cię na obiad, bo będzie mnie na to stać. Albo upiekę Ci ciasto i przywiozę, ale porą mniej roztapiającą słodkie wypieki, chyba, że byłoby to ciasto drożdżowe. Lato. Grzaliśmy się na dachu galerii handlowej, my starzy, zmęczeni życiem ludzie, gdzie głównie otaczała nas młodzież. Nie napiszę, że chciałabym mieć znowu te naście lat, ani nawet dwadzieścia parę, bo nie chciałabym bez gwarancji tego, że byłabym kimś zupełnie innym. Nie leżałam nigdy z nikim na dachu i pewnie na długo zapamiętam to leniwe, słoneczne popołudnie. Wiesz, że nie mówię wszystkiego co mam na myśli; nie jestem w stanie mówić o pewnych rzeczach głośno, słyszeć swój własny głos w przestrzeni publicznej, ale czasem nie mam w głowie nic i to najlepszy moment, jaki może mi się przydarzyć. Mam w sobie spokój i pustkę, jestem tu i teraz, nie dręczy mnie parszywa przeszłość, która zrobiła ze mnie osobę niezdolną do wielu rzeczy, ani ponura wizja przyszłości oparta na przesłankach, leżę i jest mi dobrze, spokojnie, niebo jest błękitne, a demony uśpione. A potem pojawia się myśl, że nadejdzie kolejny dzień i trzeba będzie zaczynać wszystko od nowa ze sobą samą, swym największym przeciwnikiem. Leżeliśmy. Nie chciałeś spać, a mogłabym wyciągnąć rękę w Twoją stronę i pogłaskać Cię po głowie jak własne dziecko. Wiem, nie chciałbyś być moim dzieckiem, a jednak tak mam, że chciałabym się troszczyć o swoich znajomych, choć ostatecznie nie potrafię zaopiekować się nawet sobą.
5.07.2025
1797.
Mój mężczyzna wrócił na wojnę. Ja wróciłam na swoją. I tak oddzielnie toczymy bitwy w życiu realnym lub wirtualnym. Piszę tutaj tak często, aby nie oszaleć, ale chyba oszalałam, o czym świadczy już pierwsze zdanie tego wpisu. Chciałabym, aby wszystko zniknęło. Chciałabym już nie być.
4.07.2025
1796.
Będzie bolało. Zwolnili moją mamę z pracy. Wprawdzie za trzy miesiące odejdzie oficjalnie, ale to już postanowione. Dyrektor z bólem serca wręczył jej papier do podpisania, ale szkołą zarządza burmistrz, więc pierwsza w kolejce do odstrzału była moja mama, która po prostu przejdzie już na ubogą emeryturę. Jak ona teraz będzie ratować te nieszczęśliwe rodziny, a właściwie na razie tę jedną, bo oto znowu nad ciotką wisi widmo więzienia. Na szczęście sprawy w polskich sądach ciągną się latami, więc może to jeszcze nie tego lata ją zamkną. Jeśli stałoby się to teraz, mama chce “adoptować” najmłodszego potomka tej rodziny, tego, którego ojciec się wyrzekł, a były mąż ciotki nie przyjmie, bo przecież to nie jego. Uwielbiam jak moja matka ratuje wszystkich, tylko nigdy nie potrafiła uratować własnej rodziny, ale nie ma co się dziwić, w końcu rodzinę tworzy mężczyzna i kobieta, więc dźwigając samej ten ciężar ratowała się jak umiała na tamten czas. Boli mnie, wszystko. Jeszcze trzy miesiące, a może trzy lata. Mam wrażenie, że to nie skończy się nigdy, ten ból i to nieudolne leczenie. Bez pieniędzy nie mam gdzie szukać pomocy. Pieniądze dają możliwości, ich brak spycha na margines. Chciałabym, żeby to wszystko wyglądało inaczej. Zbiera mi się na płacz w przypadkowych momentach dnia. Robię coś, aby odciągnąć uwagę od bólu, ale czuję ten ból i zaczynam płakać z obawy, że to nigdy się nie skończy. Jestem tak potwornie zmęczona, jestem cała zmęczeniem, już nawet nie jestem człowiekiem. Przeraża mnie to. Wyrosłam z płakania dawno, ale jeśli płaczę, to znaczy, że coś się we mnie rozpada i nie złoży się w całość już nigdy. Napiszę to co zawsze, moje małe pocieszenie, to wszystko kiedyś się kończy, jak dobrze, że to jedna prawda dla wszystkich. Może ktoś kiedyś weźmie mnie jeszcze za rękę i pociągnie gdzieś, tylko nie w ciemną ulicę, najlepiej w stronę światła.