30.12.2019

1065.

Oto jestem, aby zamieścić ostatni w tym roku, na przekór wszystkiemu, pozytywny wpis. Kiedy myślę o dobrych rzeczach, myślę o warszawskim spotkaniu z K., o spotkaniu z dziewczynami ze studiów, o przepisanych wieczorach z M. i K., które pomniejszają moją pustkę, o spotkaniach z bliźniaczkami, które tyle lat znoszą moje towarzystwo, bezinteresownych wypadach z siostrą cioteczną i jej córeczką, za które jestem wdzięczna, choć nie potrafię tej wdzięczności wyrazić, o A. i E., które choć zajęte swoim życiem i wielkimi przemianami znajdowały czas, aby ponarzekać ze mną na los. Mogę być też wdzięczna za coś tak oczywistego jak zdrowie (fizyczne) i pracę, która mnie niszczy mnie w cichy podstępny sposób, ale to szczegół, bo miło mieć grosz przy duszy. Nie potrafię jednak zapomnieć o tych wszystkich zawodach, o tym, że nie było dnia, w którym nie zastanawiałabym się po co to wszystko i zasypiała bez żalu, że nie potrafię dojść do tego, po co to wszystko. Pamiętam Drogę Krzyżową na Majdanku, Noc Kultury, może był jeszcze Festiwal Cydru, o którym przed chwilą przypomniała mi K. i niewinnej wycieczce do kościoła Mariawitów. Czy naprawdę byłam tam w innym celu, niż powinnam? Sama już nie wiem. Jestem zawiedziona tym, kim byłam w tym roku. Widzicie, nie potrafię napisać pozytywnego wpisu. Nigdy nie potrafiłam. Nigdy nie zrozumiem, czemu w te ostatnie dni roku dopada mnie parszywy nastrój. Może dlatego że z każdym rokiem naprawdę dociera do mnie, że to nie ma sensu. Przykro mi. Czy kiedykolwiek zmienię siebie?

p.s. No i oczywiście w tym roku zniszczyłam sobie twarz. (:

28.12.2019

1064.

O  czym myślę? Czy jeszcze myślę? Przyzwyczaiłam się do tego, w czym tkwię tyle lat, że każda próba oczyszczenia wydaje się próbą na pokaz. Pokaz ode mnie dla mnie, bo realne życie mnie kiedyś przygniotło, za dużo przykrych emocji, więc wolę żyć, jakby nigdy nic się nie stało. Może moja cera nie wygląda tak jak wygląda, może nigdy nic mi się nie stało. Może mój ojciec nigdy nas nie zostawił i byłam najszczęśliwszym dzieckiem na świecie a wraz ze wsparciem rodziny wyrosłam na mądrą, pewną siebie kobietę, która zbuduje z kimś zdrową relację, przyjacielską czy narzeczeńską, bez różnicy. Może nie widzieliśmy się ostatni raz  tak dawno, może jeszcze wczoraj ktoś machał mi na pożegnanie. To nie tak, że myślę o tym wszystkim codziennie i obsesyjnie, ale łapię się na tym, że nie potrafię żyć właśnie przez te wszystkie przykre rzeczy, które mi się przytrafiły. One zawsze ze mną są, nawet jeśli o nich nie myślę, są w moich ruchach, zachowaniu, postawie mojego ciała, spojrzeniu oczu, moim głosie. Dni płyną do przodu nie wiadomo po co. Dzisiaj przybył do nas ksiądz po kolędzie. Nikt już nie pyta o mojego przyszłego męża, nikt, ale ksiądz musi zrobić aluzję. Potem przez cały dzień zastanawiam się, dlaczego nie czuję tego co kilka miliardów ludzi. Wyobrażam sobie siebie w tych wszystkich naturalnych sytuacjach, przez które musiałbym przejść będą w związku i widzę tylko ciąg niekończących się ataków paniki, załamań, przykrych sprzeczek i bezsensownego tłumaczenia, czemu wszystko sprawia mi trudność. A potem, jak kilkanaście minut temu, zaczynam płakać, bo nie wiem, co mam zrobić. Czasem chciałabym, żeby ktoś mnie odczarował, pokazał, że można żyć inaczej, ale nie ma tu nikogo. Mój jedyny sposób na zatrzymanie tego bólu to odrzucenie wszystkiego. Udawanie, że mnie już nie ma. Czasem słucham jakiś konferencji, ludzi mądrzejszych, bardziej doświadczonych, widzę, że można inaczej, ale jednak nie można. Nie rozumiem tego. Czemu moje życie to ratowanie siebie, ale nigdy nie ocalenie? A gdy mówię sobie “niech się dzieje co chce”, to nie dzieje się zupełnie nic. Tylko ja i moje bezsensowne codziennie zmaganie się z tym kim jestem, z tym co czuję i z tym czego nie czuję. Nie dziwię się, że tak bardzo uczepiłam się naszej historii. To jedyna rzecz, która przypomina mi o czymś realnym, a potem łapię się za głowę, bo wiem, że realność dawno wygasła i noszę w sobie obraz czegoś, co już nie istnieje. Próbuję usilnie się tego pozbyć. Nie chcę chorować tak zawsze. Niech to zniknie. Nic nie sprawi, że życie magicznie naprawi się z dnia na dzień i nie oczekuję tego, ale nie potrafię nawet stworzyć naprawczego planu działania, w mojej głowie taki nie istnieje, nie potrafię sama do tego dojść. A zegar tyka, codziennie.

22.12.2019

1063.

Minęły prawie dwa tygodnie, a moim ulubionym niezmiennym tematem jest moja twarz. Czasem myślę, że jestem ponad tym, ale jest mi właściwie przykro codziennie, tym bardziej, jeśli uświadamiam sobie ile pieniędzy wydałam w ciągu tego roku na ratowanie mojej cery i jak marne efekty to przyniosło. Za tę kwotę mogłabym teraz udać się na jakiś profesjonalny zabieg do kliniki - a nie do zwykłej kosmetyczki - ale przecież nie mam tych pieniędzy. Czasem moje myślenie jest bardzo nieracjonalne, mówię sobie, że dopóki moja cera nie spełni moich oczekiwań wycofuję się z życia. Ale to nieprawda, i bez tego jestem wycofana. Co chwilę próbuję wrócić, ale to trudne. Trudno jest istnieć, gdy głowę zaprzątają same zmartwienia, błahe, ale i te przerażająco realne. Czasem w ogóle nie myślę, nie analizuję, nic, tylko tak z dnia na dzień, jeśli jestem zmęczona fizycznie i psychicznie. Naprawdę trudno pogodzić mi się z faktem, że straciłam twarz. Stres sprawił i sprawia, że mam rany, które pewnie nie zniknął, a to świadczy o tym, że ten rok był za ciężki. Rok zaraz się skończy, ale stare nawyki nie zniknął. Czy stworzę w końcu choć jedyny pozytywny wpis w tym roku, pytam siebie, mam jeszcze kilka dni, ale nie wiem, nawet tego wpisu nie chce mi się kończyć.

11.12.2019

1062.

Chciałabym napisać o tym, jak mój ojciec umiera (realnie, bo już się nie leczy), jak mój brat rzucił studia, jak kolejna osoba jest zmęczona toksyczną rodziną, jak nie potrafię odezwać się do znajomych, choć śnią mi się co drugi dzień, jak nie mogę pogodzić się z niesprawiedliwością, która dotknęła Wonho, jak próbuję przekonać siebie, że jestem poza czymś choć to nie prawda, bo nie ma dnia, w którym o tym nie pomyślę. Nie mam jednak czasu, aby usiąść i pisać. Nie robię nic, a raczej wykonywanie zwykłych codziennych obowiązków zajmuje mi niewyobrażalnie dużo czasu. Za dużo zawieszeń, za dużo rozbieganych myśli, za dużo do zrobienia, więc w rezultacie nie robienie niczego.

7.12.2019

1061.

Całkiem niedawno wspominałam tutaj o jakimś pozytywnym wpisie. Tak, to jeszcze nie ta pora i nie ten czas moi drodzy nieistniejący czytelnicy. Zastanawiam się, czy znajdę czas w tym roku na napisanie tych kilku zdań wdzięczności. Tymczasem mam otwartych dwadzieścia kart w przeglądarce i próbuję zrobić to co zawsze - wybrać krem, ale zmęczyło mnie czytanie składników kremów, bo w każdym jest ten sam syf. Ciężko mi się skupić na czymkolwiek. Poza tym lada chwila wybije dwudziesta trzecia. Myślę sobie, że potrzebuję tygodnia w odosobnieniu i ciszy, a potem przypominam sobie, że mój świat od kilku lat nie jest cichy. Jeśli chodzi o ciebie, najbardziej obawiam się w weekendów, że to co na tygodniu zagłuszają codziennie obowiązki, w sobotę i niedzielę wypłynie ze mnie w najgorszym ze sposób, że stanę przed lustrem i zniszczę twarz, wiedząc, że nie szukasz ze mną kontaktu. Ale naprawdę, ostatni tydzień był dobry jeśli chodzi o moją samokontrolę. Martwi mnie tak dużo rzeczy, ale to nie tak, że się zamartwiam. Mam świadomość gdzieś z tyłu głowy, że są rzeczy, które powinnam zrobić, ale ich nie robię ich, bo nie potrafię, bo nie wiem jak zacząć, bo skończyły mi się pomysły na rozwiązania. Za to dotarło do mnie, że tak dużo czasu i energii życiowej poświęciłam na rozwikłanie zagadki jednej znajomości, że zaniedbałam innych znajomych, a co gorsza zagadka nie została rozwiązana. Jestem tak zagubiona, gdy próbuję o tym myśleć, że postanowiłam poddać się na dobre, może to przyniesie jakieś rozwiązanie, rzucenie tego wszystkiego w niebyt.

3.12.2019

1060

Jestem w pracy, jestem bardzo bardzo zmęczona, miesiączka wysysa ze mnie resztki życiowej energii, która i tak jest na wyczerpaniu. Wzięłam tabletkę przeciwbólową, więc boli mniej, ale jestem senna, mogłaby paść na biurko i nie obudzić się już dzisiaj. Jestem nieszczęśliwa. Moja cera wygląda jak sto nieszczęść. Nie mogę patrzeć na zaczerwieniania, a jednak patrzę w lustro obsesyjnie i ze strachem po kilkadziesiąt razy w ciągu dnia, jakby samo patrzenie miało mnie uchronić przed pojawieniem się kolejnych nieprzyjaciół. Boję się pomyśleć, ile wydałam pieniędzy na pielęgnację twarzy, która mi nie pomogła. Spędziłam wiele godzin na czytaniu opinii i składów kosmetyków, a ostatecznie wszystko wsmarowuję w ciało, bo twarz nie lubi się z tym, co kupiłam. Jestem zmęczona, bo ciągle szukam głupiego kremu nawilżającego, pęka mi głowa od myślenia o tym, jak sobie pomóc. Czasem przejmuję się tym za bardzo, czasem ogarnia mnie chłodna obojętność. Żaden z tych stanów nie wskazuje na to, że jest dobrze.  
Jestem w domu, nadal czuję się kiepsko. Wróciłam z pracy i pozwoliłam sobie na godzinną drzemkę, które nie przyniosła odpoczynku. Jestem zmęczona i senna, umyłam się i niedługo położę się spać. Znowu myślę o kremie i o tym, że kolejny wieczór został zmarnowany, bo nie miałam czasu na poszukiwania tego idealnego, choć taki nie istnieje.
Cały czas myślę o tym, że jeszcze kilka tygodni temu pojawiłabym się tam jakby nigdy nic, w swojej najlepsze sukience, ale wreszcie dotarło do mnie, jak bezsensowny byłby to pomysł. Zrozumiałam, że nie chcesz mnie widzieć i nie ma miejsca dla kogoś takiego jak ja w twoim wielkim świecie sukcesu. Przez jakiś czas będzie mi jeszcze trochę przykro, ale niedługo, bo w odniesieniu do faktu, że i tak wszyscy umrzemy, to nie będzie miało najmniejszego znaczenia.