30.12.2017

961. Podsumowanie roku.

Byłabym niewdzięczna pisząc, że nie spotkało mnie nic dobrego w mającym roku, prawda? Oczywiście chciałam to zrobić, chciałam napisać jak bardzo zawiodłam się na tym roku, ale prawda jest taka, że zawiodłam samą siebie, bo ostatecznie zawsze jestem winna, ale pomyślałam, że powspominam dobre rzeczy, aby na końcu stwierdzić, że były chwilą, która i tak przeminęła.
Najpierw był styczeń. Od razu przed oczami maluje mi się obraz imprezy integracyjnej z osobami z byłej już pracy. Bawiliśmy się w domku pośrodku ciemnego lasu, bez świadków i zasięgu. Mieliśmy nawet ognisko i ciepłe kiełbaski jedzone na mrozie. Nigdy nie spędziłam tak fantastycznie czasu z obcymi ludźmi jak podczas tamtej zimowej nocy. Boże, jak bardzo chciałabym kiedyś znowu przetańczyć noc bez obawy uszkodzenia słuchu, poczucia, że muszę na siłę być bardziej towarzyszką, bo wymaga tego ode mnie otoczenie i z ludźmi, którzy bez obaw potrafią się bawić na całego, choć nie staczają się do nieprzyzwoitego poziomu.
Zima nigdy nie wydawała mi się tak przyjemna jak tamtej nocy. Byłam więc naiwnie przekonana, że tak pomyślnie rozpoczęty rok w końcu przyniesie równie pomyślne rozwiązania. Niestety, zapomniałam, że Sylwestra spędziłam w domu naćpana antybiotykami, a może już wtedy byłam po ostatniej dawce, czyli sto dwudziestej tabletce, co nie zmienia tego, że nie mogłam czuć się dobrze, bo przykładowo flora bakteryjna po antybiotykoterapi odbudowuje się nawet przez rok czasu. Nadal nie wierzę, że wepchnęłam w siebie tyle leków w ciągu dziesięciu dni i cierpiałam z powodu skutków ubocznych, a jak to mówi stare powiedzenie, jaki nowy rok taki cały rok. Wprawdzie udało mi się zwalczyć bakterię w żołądku i pozbyć anemii, choć nie stosowałam się potem do zaleceń lekarza i zrezygnowałam zarówno z wizyt kontrolnych u gastrologa jak i hematologa. Nie przeszkodziło mi w uznaniu siebie za osobę zdrową na ciele. Resztę roku przetrwałam bez wizyt u lekarzy i mam się dobrze. Mój najmłodszy brat obecnie choruje, ksiądz na ambonie wspominał o krążących wirusach, a kobiety w sklepie rozmawiały o przechorowanych świętach, więc moja odporność naprawdę się poprawiła i nie licząc dożywotnich szumów usznych i mętów/muszek w oczach, jestem zdrowa, więc mogę przyznać, ten rok dał mi siłę fizyczną (nie licząc porażki w odzieży używanej), więc mogę być wdzięczna za to, że moje dwuletnie wycieczki po gabinetach lekarskich w tym roku dobiegły końca.
Zima była wyjątkowo wypełniona miłymi wspomnieniami. Pamiętam, że udało mi się kilka razy wyjść na piwo i pizzę ze znajomi, mi, osobie, która sporadycznie pije alkohol i nie ma znajomych na wieczorne wyjścia. Po zimie nastała wiosna, a ja nadal wychodziłam na piwo i miałam znajomych. Nigdy nie zapomnę tego jednego wieczornego spotkania w marcu, kiedy obcy ludzie stali mi się wyjątkowo bliscy, ale nie zapomnę szczególnie jednego momentu. Kiedy wyszłam odebrać dzwoniący telefon, młodszy kolega wyszedł za mną do łazienki (choć nie wiem, czy mógł zrobić to specjalnie). Tak spotkaliśmy się w przejściu i nie wróciliśmy już do towarzystwa. Trochę szkoda, że nasz rozmowa trwała zaledwie dziesięć minut, bo jak zwykle musiałam być pierwszą, która wychodzi ze względu na brak powrotnego transportu do domu. (Czy naprawdę muszę być Kopciuszkiem i wychodzić przed północą z każdego “balu”?) Mimo to moment, gdy siedzieliśmy na schodach rozmawiając, a on spontanicznie pokazał mi swój tatuaż, wyjątkowo utkwił mi w pamięci. Potem widywaliśmy się przelotem w pracy. Czasem mogliśmy porozmawiać, gdy w biurze był mniejszy ruch. Jestem wdzięczna za wszystkie polecone filmy i seriale (naprawdę uwielbiam, gdy podsyła mi tytuły do obejrzenia, choć ostatnio oglądam więcej koreańskich programów rozrywkowych niż filmów) oraz późniejsze słowa otuchy, gdy oboje odeszliśmy z pracy i rozmawialiśmy na messengerze zarywając noc. Nie zapomnę też zaskakującego uścisku na pożegnanie po tamtej rozmowie na schodach oraz niezjedzonego pożegnalnego ciasta, które sama zrobiłam. Nie dziwę się, że masz tyle koleżanek, bo sprawiasz, że czują się przy Tobie komfortowo i szkoda, że nigdy nie zostanę jedną z nich, bo ile mogę mieć znajomych na odległość i przez internet, spotykanych raz na rok, a może nawet i nie. Mimo to cieszę, że mogłam słuchać Twoich żartów i tego jak potrafisz śmiać się z siebie, choć czasem miałam wrażenie, że gdzieś w tym pozytywnym i żartobliwym sposobie bycia musi być drobne oszustwo. Wygląda to tak, jakbym poświęciła Tobie dużo myśli w tym roku, ale to nieprawda, w tym roku myślałam więcej o kimś innym, prawdopodobnie o sobie samej. Myślę, że dzięki osobom ze swojej byłej pracy uwierzyłam, że mogę być całkiem normalna, a jednocześnie uświadomiłam sobie, że daleko mi do odnalezienia się w realnym świecie. Postanowiłam więc zmienić miejsce pracy i tak oto wielkie marzenia okazały się wielką porażką, bo w grudniu zaczęłam siódmy miesiąc bezrobocia.
Mogę powiedzieć, że brak pracy to największe rozczarowanie tego roku, które zafundowałam sobie przez własną naiwność i głupią wiarę w to, że mogę być kimś innym. Miałam jednak pisać o rzeczach, za które jestem wdzięczna, więc już wracam na odpowiedni tor. Bezrobocie dało mi lato wypełnione po brzegi samotnymi rowerowymi przejażdżkami, w otoczeniu natury, po terenach nigdy dotąd nieodkrytych miejsc. Zwiedziłam las, w którym znajdował się domek z zimowej imprezy wspomnianej na początku. Tak naprawdę zaczęłam jeździć po tamtejszych stronach, aby sprawdzić, czy odnajdę to miejsce w dziennej letniej scenerii i udało mi się dopiero przy kolejnym podejściu. Po odkryciu postanowiłam “zaliczyć” wszystkie oznaczone drogi w tamtych stronach, co dawało kilkadziesiąt kilometrów dziennie. Jeździłam całymi dniami we wszystkie strony świata od swojego miejsca zamieszkania, co prawdopodobnie było swego rodzaju syndromem ucieczki; pewnie dlatego niewiele się u mnie zmieniło, bo powinnam starać się bardziej zamiast jeździć tu i tam, jakby życie polegało tylko na tym. Musiałam jednak uciec od myśli, która sugerowała, że mam ochotę zarzucić na szyję sznur i pozbyć się wszystkich problemów za jednym zamachem. Co gorsza wiedziałam, że nigdy tego sznura nie zacisnę i byłam równie przerażona faktem, że w moim świecie nie istnieje prawdziwa ucieczka od problemów. Wyjeździłam rowerem trochę zmartwień, a do tego okryłam nieznane okolice, których poznawać nie miałam nigdy potrzeby, a które teraz trochę polubiłam, czując się jak turystka odkrywająca magiczne miejsca. Sprawiało mi to dużo dziecięcej frajdy, zwłaszcza, że będąc w drodze zawsze czuję tę wolność, a ruch sprawia wrażenie, jakby wszystko mogło się wydarzyć.Oczywiście po drodze nie wydarzyło się zupełnie nic, co mogłoby zmienić moją rzeczywistość, ale dzięki tak dużej ilości duchu moje poczucie winy z powodu jedzenia wynosiło zero. Chciałabym udać się do “zaczarowanego” lasu także zimą; zdjęcia wyszłyby tam bardzo ładnie, zwłaszcza nad zamarzniętym stawem, ale choć mamy kalendarzową zimę, nie mamy śniegu ani mrozu, a nawet gdybyśmy mieli, nie mam pojęcia, kto mnie by tam zawiózł, bo na pewno nie rower.
Tegoroczne lato pozwoliło mi również na dwa wyjazdy do dużych miast: Warszawy i Poznania. W Warszawie po dziesięciu latach internetowej znajomości spotkałam E. Aż chce się krzyknąć - w końcu! Ten sierpniowy upalny dzień był niesamowity, nie tylko dlatego, że poszłyśmy razem na koncert, a przecież nie mogę chodzić na koncerty, ale dlatego, że poczułam dawno zagubioną swobodę przy obecności drugiej osoby. Miałam wrażenie, że spędzam czas z kimś, kogo widuję na co dzień, co do końca nie było kłamstwem, bo ostatnie dwa lata pisałyśmy ze sobą codziennie. Brzmi nierealnie, nawet dla mnie, ale jest faktem. Szkoda tylko, że nie opuszcza mnie wrażenie, iż było to nasze jedyne spotkanie w realnym świecie. W tym niemożliwym przekonaniu utwierdza mnie doświadczenie, które pokazało mi, że czekam latami na pierwsze spotkanie, a gdy już następuje, jest krótkie i intensywne, po czym blednie, a czekanie na kolejne nie dobiega końca. Czasem zastanawiam się, czy mam takiego pecha, czy naprawdę niektóre osoby dane mi jest spotkać tylko raz.
W Poznaniu byłam po raz pierwszy i spędziłam tam kilka dni w odwiedzinach u przyjaciółki. Od lat nie spędziłyśmy ze sobą tylu dni we dwie, ale stało się tak tylko dzięki temu, że mąż pojechał na szkolenie. W dodatku jak za dawnych czasów spałyśmy w jednym łóżku, choć właściwie nie do końca jak za dawnych, bo spałyśmy teraz we trójkę. Przyjaciółka była wtedy w ciąży, więc oprócz dotrzymywania jej towarzystwa, mogłam trochę pomóc. Najbardziej z tamtych dni pamiętam wizytę w palmiarni i mogłabym pracować w takim miejscu, gdyby istniała taka możliwość, a jak wiemy, taka możliwość nie istnieje.
Skanuję w pamięci resztę roku i dociera do mnie, że w tym roku po raz pierwszy w życiu nie odpisałam na czyjąś wiadomość. Czasem dziwnie mi z tym faktem, bo nawet jeśli nie daję sobie rady z jakąś relacją, piszę o tym drugiej osobie wprost, tymczasem całkowicie zignorowałam próbę kontaktu ze mną i wyszło mi to na dobre. Trudno uwierzyć, że obudził się we mnie zdrowy egoizm, ale jestem przekonana o słuszności swojej decyzji. Nie powinnam odpisywać na wiadomość napisaną po północy przez wtedy podobno zaręczoną osobę, teraz jak się okazało odręczoną i będącą w związku z kimś innym. Ktoś, kto wcześniej wykorzystał moje zaufanie i dobre chęci, mieszając mi w głowie nieprawdziwymi historiami, nie powinien oczekiwać ode mnie wiele. Pozostawione bez odpowiedzi wiadomości ciążą, więc to najlepiej wymierzona przy okazji kara.  Jestem wdzięczna, że ta historia, choć przyniosła mi dużo stresu ciągnąc się od ubiegłego roku, w tym dobiegła wreszcie końca. Niestety, karma wraca, więc pewnie dlatego po raz pierwszy ktoś nie odpisał na moją wiadomość, choć “niebawem” brzmiało obiecująco, a po ośmiu miesiącach brzmi jak zwykłe zbycie. Myślę, że jest w tym trochę mojej winy, “mówiłam” dużo dziwnych rzeczy, w tym roku chyba trochę mi odbiło; nie lubię siebie takiej zaangażowanej. To znaczy, chyba nie ma nic złego, gdy zależy nam na utrzymywaniu z kimś kontaktu, jeśli znamy się od kilku lat, ale moi kiedyś bliscy znajomi zawsze prędzej czy później znikają, bo albo mylnie odbierają moje intencje, albo zwyczajnie nie jestem im potrzeba. Czasem mi trochę przykro, choć wiem, że wina nie może leżeć tylko po jednej stronie. Ostatecznie zawsze myślę o tym, że rzeczywistość mało kogo rozpieszcza i każdy walczy ze swoimi demonami, więc jeśli ktoś znika z mojego życia i wychodzi mu to na dobre, nie mogę czuć się źle z tego powodu.
Byłabym niewdzięczna pisząc, że nie spotkało mnie nic dobrego w mającym roku i jak widać udowodniłam, chyba głównie samej sobie, że mam też miłe wspomnienia. Wiecie, że nigdy wcześniej nie napisałam tak obszernego podsumowania. Poprzednie sprowadzały się do jednego zdania nienawiści. Można powiedzieć, że w tym roku coś się zmieniło, chyba moje podejście do różnych sytuacji. Niestety, nie przemieniłam się w niepoprawną optymistkę, choć udało mi się cierpieć mniej bez potrzeby. Postanowiłam przemilczeć te wszystkie niewyobrażalnie przykre sytuacje, przez co wydaje się, że mój rok był lepszy i może był, ale najważniejsze dla mnie rzeczy okazały się porażką, więc podsumowanie, które powinno odnosić się do całości roku, wypada smutno w moim sercu. Jednak to nie ma znaczenia, bo mój smutek znika pod obojętnością przerywaną strachem. Zawsze w styczniu jestem okropnie spięta i przerażona myślą, że oto mamy nowy roku, a moje dni wyglądają tak samo żałośnie. Chcę zmian, od lat pali mnie ta potrzeba, ale nigdy nie udało mi się dojść do tego, jak to zrobić. Jutro, w ostatni dzień roku, najsilniej odczuję potrzebę zniknięcia z Ziemi. Nigdy nie było inaczej. Kolejny już rok (chyba ósmy) spędzę Sylwestra sama oglądając powtórkę występów z koreańskiej sceny muzycznej. Wysiedzę do północy, poczekam aż dźwięk fajerwerków ucichnie i położę się spać. Już teraz wiem, że gdy będę próbowała zasnąć, zacznę płakać, ale tym razem nie nad swoim życiem. Powiedzcie mi, czy mogę uznać ten rok za dobry, jeśli ktoś tak wspaniały jak Kim Jonghyun postanowił zniknąć z tego świata. Jeśli jemu nie udało się odnaleźć w sobie siły, aby dalej żyć, jak ja mam przeżyć resztę swoich dni. Porównanie naszych istnień jest zupełnie nie na miejscu i wcale nie chcę tego robić, ale jak, jak mamy żyć, gdy zamiast dążyć do prawdy i szczęścia musimy plątać się w kłamstwach, bo wydaje nam się (często słusznie), że nie zostaniemy zaakceptowani ani przez bliskich, ani przez społeczeństwo. Wolność to samotna droga, jak śpiewa Theo Hutchcraft w jednej z piosenek.

Żegnam ten rok bez żalu.

25.12.2017

960.

Dla pewności przejrzałam kilka wpisów z poprzednich lat, ale naprawdę nie musiałam tego robić, aby wiedzieć, że żaden grudniowy wpis na tym blogu nigdy nie był optymistyczny. Nie wiem, czemu Święta Bożego Narodzenia zawsze były dla mnie grą, w której zawsze przegrywam. Tylko czas spędzony w kościele w te dni zawsze wydawał mi się wyjątkowy i pożyteczny, i to przygnębiało mnie równie mocno, bo przecież nie powinnam być radosną tylko w murach świątyni, powinnam nieść radość w świat. Niestety, wtedy czułam się dobrze wszędzie tylko nie we własnym domu. Może dlatego nadal echa tamtych dni ciągle we mnie tkwią i tak bardzo chcę się z tą wyrwać, a im bardziej chcę, tym bardziej mi nie wychodzi. W tym roku wyjątkowo obyło się bez dramatów, bez kłótni rodzinnych, bez poczucia przegranej, choć miałam jeden gorszy moment jako osoba bezrobotna w gronie osób, które mają określone, stabilne życie lub chociaż wiedzą, co chcą robić w życiu. Mimo to z wdzięcznością pomyślałam o tym, że od tragicznego 2012 roku moja dusza stała się naprawdę lżejsza. To jedyna rzecz, na której zależało mi bardzo mocno, wtedy, gdy pięć lat temu postanowiłam sobie, że muszę się ratować, choć nie wiedziałam jeszcze jak. Nie dobrnęłam jeszcze do celu. Moje wpisy świadczą o tym, jak wiele jeszcze przede mną pracy i jak bardzo bywa zagubiona, gdy daję ponieść się emocjom lub głupim myślom, albo gdy wyrasta przede mną sytuacja, która wydaje się nie do przebrnięcia. Mimo to ten błogi spokój i możliwość zaśnięcia bez ciężkiego serca, które szepcze, że nic nie jest już warte, aby bić dalej, jest czymś pięknym. Można by przypuszczać, że naprawdę tegoroczny grudzień jest trochę szczęśliwszy, ale to nie do końca prawda. Jest bardzo smutny. Mija tydzień, a ja codziennie zasypiam z obrazem Jonghyuna i próbuję zrozumieć coś, czego nie da się zrozumieć. Co z tego, że wiem, jak to jest nie móc dłużej, do tego stopnia, że desperacko próbujesz oszukać wszystkich, nawet siebie i dzięki temu nikt nie wie, że twój wesoły chód to czołganie się ostatkiem sił, ku przepaści. Co z tego, że wiem, jeśli świat, kultura, otoczenie, ludzie i rzeczy, którym trzeba stawić czoła, nic, zupełnie nic nie jest podobne, dlatego nigdy nie mogłabym stwierdzić, że wiem, jak się czuł, bo za pomocą jakiej miary miałabym porównać skalę jego uczuć z moimi. Tego nie da się nigdy zmierzy. Dzisiaj pisałam z koleżanką, mieszkającą na drugim końcu Polski. Ostatni raz widziałyśmy się na koncercie VIXX w 2014 roku, a w sumie widziałyśmy się dwa razy w życiu, po tym jak poznałyśmy się na tumblrze. Jej życie zmieniło się bardzo przez ostatnie lata, w tym roku została mamą, i nagle podczas naszej rozmowy dotarło do mnie, że może nie wiedzieć. Miałam rację, nie wiedziała. Zanim przekazałam jej tę smutną wiadomość, ogarnął mnie niespodziewany nawet dla mnie strach i smutek, bo jak można przekazać coś tak tragicznego drugiej osobie, która zawsze tak ciepło wypowiadała się o zespołach i pokochała na równi z tobą ten sam świat. Wtedy zaczęłam  bardzo mocno płakać, bo choć przez większość czasu odtwarzam tę informację jak wspomnienie złego snu, to tym razem dotarł do mnie realizm tej sytuacji, cały tragizm jednego ludzkiego życia, które nie powinno się tak zakończyć.

18.12.2017

959.

Wstałam dzisiaj za późno. Kiedy wszyscy wychodzą z domu z rana poza mną, najpierw wybudzają mnie swoim hałasem za wcześnie, a gdy zasypiam ponownie, potem wstaję później niż planowałam; nawet dzwoniący w międzyczasie budzik nie pomaga. Czasem wyłączam go przez sen. Podczas śniadania zetknęłam na instagram, gdzie powitał mnie radosny news o ślubie pewnej pary, a potem zrobiło mi się ciepło na sercu, że fani akceptują ten związek, bo kto nie wie, ten wiedzieć musi, że koreańscy fani akceptują mało rzeczy, a związki idoli najtrudniej. Termometr wskazał dzisiaj minusową temperaturę. Tylko dwa stopnie poniżej zera, więc zdecydowałam się na jazdę rowerem, bo uznałam, że jestem spóźniona, i jeśli chcę wysłać kartki świąteczne najtaniej jak mogę, to muszę zrobić to o jak najwcześniejszej porze. Nie zrozumcie mnie źle, nie szkoda mi przeznaczać pieniędzy na takie rzeczy, ale jako osoba, której dochód wynosi zero, liczę każdy grosz, który mi pozostał, jakby to było jedyne odniesienie tego, że czuję się troszeczkę niezależna. Pojechałam, nie zmarzłam, wysłałam kartki, wróciłam do domu, zalogowałam się do swojego konta na twitterze i wybuchłam płaczem. Od tamtej pory nie mogłam przestać płakać, choć momentami udało mi się złapać oddech i powstrzymać łzy. Dopiero, gdy odłączyłam się od internetu, przestałam płakać. Teraz trochę pobolewa mnie głowa, a ociężałe powieki sygnalizują, abym położyła się już spać, ale chcę pisać. Jedyna radość, jaką przyniósł mi domowy areszt dnia dzisiejszego to fakt, że mogłam płakać w spokoju, bez pytających oczu współpracowników, nauczycieli, przechodniów, bo przecież byłam sama, w dodatku bez zajęcia, które musiałabym wykonać natychmiast. Nie zrobiłam więc dzisiaj nic poza wizytą na poczcie i czytaniem mediów społecznościowych. Nie wiem, od czego zacząć, aby przekazać to, co teraz czuję. Koreański przemysł muzyczny bywa bezlitosny, koreańskiej społeczeństwo i tak wywiera dużą presję, zwłaszcza na osoby młode,  a będąc osobą publiczną musisz być jak święty, który nie może mieć żadnej skazy. Jeden “skandal”, który czasem jest niesprawiedliwie oceniany przez opinię publiczną, może przekreślić czyjeś istnienie na rynku muzycznym. A już na pewno musisz odpokutować, nawet jeśli nie zawiniłeś, musisz publicznie przeprosić. Jesteś idolem, musisz reprezentować godnie kraj. Jesteś synem lub córką, musisz godnie reprezentować rodzinę, bo jesteś odbiciem swoich rodziców. Jesteś osobą publiczną, nie możesz być sobą. Jesteś częścią koreańskiego społeczeństwa, gdzie depresja i inne choroby psychiczne to temat tabu, więc nie możesz tego mieć, to zbyt duży problem. Jesteś człowiekiem cierpiącym, ale nie możesz cierpieć, musisz się ciągle uśmiechać, przecież robią ci codziennie zdjęcia, tysiące fanów, śledzą twój ruch, są dla ciebie, ale mogą też wystąpić przeciwko tobie, bo ostatecznie i tak jesteś ich własnością, skoro istniejesz dzięki ich zainteresowaniu. Jesteś osobą publiczną, więc można napisać o tobie wszystko, przychylne, jak i pełne nienawiści komentarze, bo w sieci jest się anonimowym. Na pewno wygląda to bardziej skomplikowanie niż opisuję i ma duże powiązania z koreańską kulturą i innymi aspektami. Chcę też dodać, że nie wszyscy fani są tak trudni i niewyrozumiali i nie każdy traktuje idola, jak swoją własność. Można powiedzieć, że idole, kiedy już po trudach okresu trainee (gdzie właściwie przygotowują ich też do bycia idolem, więc i do odgrywania zawodu jaki wybrali) i walki o popularność (bo debiut nie równa się z sukcesem) mają wszystko, w końcu zyskują lepszy status społeczny, robią to, co zawsze było ich marzeniem i na co ciężko pracowali, ale prawda jest taka, że nie mają czasu na nic poza pracą, a ich życiem rządzi wytwórnia, w mniejszym lub większym stopniu. Mają wszystko, ale nie mają wolności; nie mogą być do końca sobą, bo nie wiedzą, czy ludzie zaakceptują ich takich, jakimi są poza sceną. Iluż z nas udaje i skrywa niewygodne tajemnice, których nie zaakceptowałaby rodzina, czy najbliżsi przyjaciele? Wszyscy jesteśmy w pewnym stopniu kłamcami, przez co cierpimy, nie dając sobie rady w różnych momentach życia, bo boimy się nawet prosić o pomoc. Czemu o tym wszystkim piszę? Nigdy nie potrafiłam wyobrazić sobie, jak zareagowałbym, gdyby jedna z osób, które podziwiam i które wniosły dużo radości do mojego życia, nagle zniknęła. Zawsze bałam się tej myśli, gdy widziałam kolejny smutny nagłówek, który mnie bolał, ale jeszcze nie wyrywał serca. Teraz wyrwano mi serce i czuję ogromną pustkę. “Znaliśmy się” osiem lat. To długi okres czasu, aby  przywiązać się do czyjejś obecności, nawet na odległość, do czyjegoś głosu, śmiechu, gestów. Można kogoś tak zwyczajnie polubić, za to kim jest i co sobą reprezentuje, za piękne piosenki, przenikliwy wokal, za wrażliwość, za dzielenie się tym co dobre, za wspieranie innych i za uśmiech mimo głębokiego zmęczenia. Niestety, czasem ciemność, która pochłania nas od środka, bywa bezlitosna i silniejsza. Nawet, jeśli potrafimy dzielić się przykrymi i trudnymi sprawami, nawet jeśli mamy odwagę, aby wspierać innych i poruszać tematy trudne i dawać słowa otuchy zmęczonym życiem osobom, sami często nie potrafimy uratować siebie i poprosić o pomoc. Dla mnie taki właśnie był, wspierał ciepłym słowem i radami wiele osób podczas swoich audycji, pisał wzruszające piosenki, dzielił się swoim talentem,  był życzliwy i uśmiechnięty, troszczył się o bliskich, dawał z siebie wszystko, ciężko pracował, osiągnął sukces, spełnił marzenia… Niestety, depresja jest bezlitosna, zniekształca świat, w którym żyjesz i wysysa siły każdego dnia. Dzisiaj śmiercią samobójczą zakończył swoje życie koreański piosenkarz Kim Jonghyun. To ciągle wydaje się złym snem, z którego chciałabym się obudzić, ale nie chodzi tu o mnie, jego rodzina, pozostali członkowie zespołu i przyjaciele muszą cierpieć milion razy bardziej i mogą nigdy nie pogodzić się ze stratą, bo nawet jeśli zdawali sobie sprawę z tego, jak cierpi, nigdy nie mogli przewidzieć tego, że tak to się skończy, dlatego mam nadzieję, że nie będą się obwiniać.

9.12.2017

958.

Myślę sobie, może napiszę coś jeszcze zanim zamieszczę podsumowanie roku, które mogłyby okazać się podsumowaniem mojego życia, abym mogłabym odejść na wieki, żeby stać się smutnym duchem nie mającym nawet siły nękać ludzi, ale wiem, że tak się nie stanie i jeszcze bardziej się spinam, bo nie potrafię tak po prostu umrzeć. Noszę w sobie naiwne pragnienie zaśnięcia na wieki, bo choć radość sprawia mi tak wiele rzeczy, nawet tak drobnych, że to niepojęte umierać z radości na widok jednego zdjęcia lub smaku ulubionej herbaty, a jednak ta radość wydaje się pusta i nic nie znacząca, bo trwa krótko, przez co musi być ciągle uzupełniana. Myślę sobie, może coś napiszę, nieustannie kręci mi się w głowie mnóstwo myśli, ale jak już piszę, właśnie teraz, to ogarnia mnie strach, że moja uporządkowana rzeczywistość, wypełniona nawet sensownymi zajęciami, to tylko ucieczka przed ciosem, który powali mnie znowu na kolana. W końcu kładę się spać o przyzwoitej porze, wstaję nie za późno, czasem pójdę na roraty, codziennie ćwiczę, jem mniej, nadal oglądam dużo koreańskich programów rozrywkowych, dzięki czemu ciągle chodzę uśmiechnięta, przeglądam ogłoszenia o pracę, choć wiem, że w ten sposób nie znajdę tutaj pracy, ale robię to, aby nie zarzucić sobie, że siedzę bezczynnie. Robię te wszystkie rzeczy tylko po to, aby oszukać się, że jeszcze żyję jak normalny przeciętny mieszkaniec tego kraju i właściwie nic mi nie dolega, ani bezrobocie, ani brak życia towarzyskiego, ani pozamykane w klatkach na cztery spusty uczucia, które tłuką się jak szalone, bo chcą stamtąd wyjść, a może tak mi się tylko wydaje, bo czasem mam wrażenie, że jeśli nie nakarmię się emocjami innych, nie czuję nic. Trudno mi rozgryźć siebie samą, choć łatwo mi określić, czego chcę, a czego nie chcę. Pewnie fakt, że mam to czego nie chcę i chcę tego, czego nie mogę mieć lub nie potrafię tego zdobyć, sprawia, że jestem strasznie rozbita. Wtedy próbuję uświadomić sobie, że to czego chcę może nie być tym, co będzie dla mnie dobre, a to czego nie chcę, może okazać się cenną lekcją. Zamykam oczy w poniedziałkową noc, a otwieram w niedzielny poranek. Oczywiście to nieprawda, a jednak takie mam wrażenie. Dni pędzą tak szybko, a moja sytuacja pozostaje bez zmian, że nie wiem już, co myśleć o sobie i swoim życiu. Jedyny postęp to moje nastawienie i trzymanie się kupy, czyli nie panikowanie, nie ryczenie w poduszkę i nie stresowanie się, gdy nie dzieje mi się realna krzywda, choć fakt, że przez cały tydzień nie udało mi się dodać jednego ogłoszenia, więcej, napisać go do końca, uświadamia mi, że uciekam od rzeczy trudnych. Całe życie to robię. Nie ma sensu zaprzeczać temu odkryciu. Uciekam od rzeczy trudnych, jeśli nie muszę ich robić, prawdopodobnie dlatego, że za długo tkwiłam w trudnych sytuacjach, które prowadziły mnie na skraj załamania, co w konsekwencji sprawia, że teraz nie chcę stawiać czoła niczemu, bo wydaje mi się, że nie dam już rady albo wpakuję się w kolejną przygniatającą sytuację. Oczywiście bez spróbowania nie dowiem się, czy dam radę. Jednak należę do podobno tych mądrych osób, które uświadamiają sobie, że pewne wybory pociągają za sobą określone konsekwencje, a skoro konsekwencje mogę też dotyczyć innych osób, tym pewniejsze jest moje wycofanie. Nawet nie wiecie, ile raz patrzyłam jak bliskie mi osoby ranią siebie i innych swoimi wyborami, i nawet jeśli mieli świadomość jakie to niesie konsekwencje, nadal w to brnęli. Były to najsmutniejsze historie, które słyszałam i nawet teraz widzę, jakie echo odbija się od tamtych decyzji. Oczywiście sama wybierałam nie raz źle, ale jest jedna decyzja, która odróżnia mnie od wszystkich moich znajomych, jedna jedyna, która sprawia, że wygrywam chociaż “świętość” w tej dziedzinie życia. Myślę sobie, może coś napiszę, i tak piszę i piszę, a przestać nie mogę, choć nie wiem, czy napisałam prawdę czy same bzdury. Gdybym w trakcie pisania nie miała dodatkowego bodźca jakim jest youtube, który resetuje moje negatywne myśli, ten wpis by nie powstał. Czemu? Gdy zaczynałam pierwsze zdanie, już dopadało mnie wrażenie, że wariuję wraz z tym jak docierało do mnie, w jakiej sytuacji jestem i że tak będzie już zawsze, skoro po raz trzeci w przeciągu trzech lat przerabiam ten sam okropny scenariusz. Może obawiam się wielu rzeczy, ale poza swoją bezużytecznością, która cały czas mówi mi, że moje życie nie ma najmniejszego sensu, bo nawet jak coś robię to przecież nie robię nic, ani dla siebie, ani dla innych, obawiam się tego, że przestanę wierzyć w Boga, bo coś przygniecie mnie tak bardzo. Nie wyobrażam sobie siebie jako osoby niewierzącej, choć też nie uważam się za osobę o silnej wierze. Czasem zastanawiam się, co musiałby się wydarzyć, abym utraciła wiarę. Co by się stało, gdyby Boga nie było, gdybym nie składała codziennie rąk do modlitwy, gdyby nie istniała Wyższa Siła, która nadaje sens światu, nawet jeśli mój prosty rozum tego nie dostrzega. Pewnie niektórzy stwierdziliby, że zyskałabym wolność i wyzwoliła się od zabobonów. Może tak, może nie. Wiecie, co bym zrobiło, gdyby utraciła punkt odniesienia mojego życia, moich zasad, moich działań i myśli? Jak myślicie, co bym zrobiła, gdyby Boga nie było?  

27.11.2017

957.

To takie głupie, że jedno i to samo wydarzenie z czasem nabiera odmiennego znaczenia. Pamiętam ten moment, który miał być zapowiedzią dobrej przyszłość. Miałam nadzieję, Boże, miałam nadzieję, te słowa brzmią tak nierealnie z moich ust, ale miałam nadzieję.  Kto by pomyślał, że każdy kolejny miesiąc będzie utwierdzał mnie w przekonaniu, że podjęłam jedną z najgorszych decyzji w swoim życiu. Nie mogę wyjść z podziwu jak bardzo się pomyliłam, nigdy nie pomyliłam się tak bardzo, bo nigdy nie uwierzyłam tak bardzo, że mogę coś zmienić tak drastycznie. Ile miesięcy przyjdzie mi jeszcze płacić za jeden błędny ruch? Myślę, że bieżący rok okazał się równie ciężki jak siedem ostatnich lat. Trudno mi uwierzyć, że grudzień przyniesie zmiany na lepsze. Myślę, że może być tylko gorzej, patrząc na to, że od zawsze w grudniu wszystko chrzaniło się najbardziej, a święta to dla mnie tak stresujący czas, że mam ochotę ukryć się gdzieś pośrodku lasu i wrócić jak będzie po wszystkim. Dzisiaj okazało się, znowu zresztą, że bez znajomości nie możesz mieć nic, nawet czegoś tak marnego jak staż za gówniane pieniądze, bo ogłoszenia zamieszczane przez podobno poważne instytucje publiczne, są przeznaczone dla wybranych, czytaj znajomych pracujących tam ludzi. Czemu więc ogłoszenia pojawiają się na stronach? Aby zmylić takich naiwnych ludzi jak ja. Grudzień powinien być czasem nadziei, tymczasem nie opuszcza mnie wrażenie, że w grudniu skończy się wszystko, bo nie zniosę siebie w styczniu z wisielczym nastrojem, podwyższonym poziomem stresu i słusznym przekonaniem, że jestem bezużytecznym dorosłym dzieckiem na utrzymaniu już nie wiadomo czyim. Czasem wracam do domu, bo jeszcze zdarza mi się wychodzić z domu, i przypływa do mnie ta myśl, że wtedy musiałam być kimś innym, skoro zdecydowałam się podjąć taką a nie inną decyzję. Uderza mnie ten moment, bo pamiętam swoją reakcję, pamiętam jak prawie rozpłakałam się z radości, bo uzyskałam coś, czego nikt wcześniej nie otrzymał, a potem, Boże, powinnam tam zostać, nie straciłabym nic, a na pewno nie tak wiele, a tak, straciłam wszystko, na czym mi zależało. Jak to możliwe, że tamta radość tak naprawdę była tylko żałosnym śmiechem.

23.11.2017

956.

Nie pamiętam, o czym był poprzedni wpis, choć mam wrażenie, że opublikowałam go wczoraj. Nie zerknę, aby sobie przypomnieć, bo to nie ważne. Chciałabym tak samo nie pamiętać o tym wszystkim, co czyni mnie niezdolną do normalnego i prostego, ale pożytecznego i dającego satysfakcję życia prowadzącego ku wieczności. Chciałabym uwolnić się od tego, co od lat ciągnie mnie w dół, ale to jak zły urok, którego nikt nie jest w stanie ze mnie zdjąć. Nie radzę sobie od lat, choć wiedzą o tym może dwie osoby, w sensie uświadamiają sobie po jak cienkim gruncie stąpam (z momentami polepszenia i wracania na właściwy tor). Moja rodzina lubi żyć w nieświadomości i nie mam im tego za złe, każdy stara się chronić swoją poszarpaną przez czas i złe zbiegi okoliczności duszę. Niestety, nie mogę pogodzić się z tym, że moja rodzina nie daje mi prawa do określenia się jako osoba nie odczuwająca szczęścia, choć nie kwalifikuję się do osób nieszczęśliwych. W moim półrocznym, comiesięcznym spadaniu w dół radzę sobie całkiem dobrze. Dawniej, w podobnej sytuacji nie trzymałam się na poziomie. Nadal trudno zmusić mi się do położenia spać o wcześniejszej porze, choć padam ze zmęczenia, a potem trudno podnieść mi się z łóżka mimo, że moje ciało dostało odpowiednią ilość godzin - mózg jednak nie wie po co wstawać - ale miewam się lepiej niż kiedyś na bezrobociu. Nieustannie (od wielu lat)  próbuję dojść do tego, czemu dzieje się ze mną to, co się dzieje. Czemu jestem tak poblokowana i niezdolna do wielu rzeczy, niesprawiających innym trudności. Szukam prawdy, która mnie wyzwoli, ale obawiam się, że jeśli prawda mnie wyzwoli, to zabije moją rodzinę, więc i mnie późniejsze poczucie winy. Niestety rzeczywistość nie dostosuje się magicznie pod wpływem mojego działania, o czym przekonuję się nieustannie w ostatnim czasie. W dodatku podejmowanie konkretnej decyzji zajmuje mi tydzień, więc moje szanse w każdym przypadku spadają o siedem dni. Nie powinnam obwiniać się za to, że robię postępy w wolniejszym tempie. Niestety, świat pędzi nieubłaganie i ten kto nie potrafię się dostosować, odpada z gry na starcie. Ludzie nie szukają odpowiedzi na wiele pytań, tylko po prostu żyją, ale kiedy zaczynam po prostu żyć, poczucie winy nie daje mi spokoju, bo moje po prostu żyć to egoistyczne nic nie robienie. Łatwo jest żyć, gdy nie musisz martwić się o brak pieniędzy, bo pieniądze odciążają połowę zmartwień wiążących się z podstawowym codziennym funkcjonowaniem i nikt mnie nie przekona, że nie mam racji. Jeszcze gorzej jest żyć nic nie robiąc, ani dla innych, ani dla siebie. Mam w sobie tyle chęci, które niespożytkowane, tylko mnie zasmucają, bo nikt nie chce dać mi szansy. Ostatnio najbardziej męczy mnie jednak to, że codziennie jestem kimś innym. Moje otoczenie jest identyczne, moje czynności monotonne i powtarzalne, ale sama przechodzę przez kilka różnych osobowości i znowu przeszkadza mi to, że nie wiem kim jestem. Od tego bezsensu uaktywniło się nieracjonalne myślenie, przez co nieustannie muszę sobie tłumaczyć kim jestem, co jest dla mnie ważne i jedyne co mogę zrobić to oszukać się, że jestem odważna i mogę znieść jeszcze więcej przykrych rzeczy niż do tej pory przetrwałam i że dam radę ze wszystkim, nawet jeśli przez kolejne lata nic nie ułoży się po mojej myśli. Dam radę, bo ostatecznie wierzę w Anioła Stróża, który będzie strzegł mnie do ostatniej chwili. Tak jak to tej pory. Jestem więc niedoszłą samobójczynią, umieram raz na kilka dni i piszę pożegnalne listy, aby na końcu nie pozostawić żadnej odpowiedzi, robiąc wszystkim na złość. Potem kocham życie tak bardzo, że wzruszam się jadąc z uśmiechem rowerem, jakby to był największy luksus. Jestem najgorszą przyjaciółką, która nie jest w stanie odezwać się już do nikogo, bo nie ogarnę ani swojego “co u mnie” ani innych, tak pogmatwane życie się stało, a potem zostaję najlepszą internetową pomocą. Jestem nikim dla znajomych i wszystkim dla kogoś nieistniejącego. Jestem nastoletnią fanką koreańskiej popkultury i dorosłą kobietą zainteresowaną koreańską kulturą. Jednego dnia nie jestem w stanie zmusić się do wejścia do sklepu, bo mijanie znajomych ludzi lub mówienie “dzień dobry” tym, którzy zaraz będą chcieli w czymś pomóc, jest wkurzające, aby innego dnia wejść z uśmiechem i wydać ponad zaplanowaną normę. Jestem zła na swoją przeszłość i przerabiam ją na nowo nocami i dniami, co zwiększa moją nienawiść do samej siebie, aby potem z wdzięcznością spojrzeć na wszystko co mnie spotkało i w jednej chwili odciąć się drastycznie od tamtych wydarzeń, jakby nic nigdy złego się nie stało. To głupie, że jednego dnia wydaje nam się, że nie damy rady, a drugiego jakoś trwamy, choć nie zmienia się zupełnie nic, i mija pół roku, dziesięć lat i ciągle nic. Nikt nie jest gotowy na prawdę, którą w sobie noszę, nawet ja sama, więc może nigdy nie odkryję prawdy, której poszukuję. Pewne rzeczy na zawsze pozostają milczeniem. Zawsze wolałam poświęcić siebie niż krzywdzić innych, choć inni mogą nie rozumieć, skąd bierze się u mnie takie myślenie i czemu twierdzę, że to nie tylko wymysł mojej wyobraźni. Ostatnio miałam ochotę na błyskawiczną zupkę chińską. Wszyscy wiemy, że to niezdrowe i śmieciowe jedzenie, ale raz na jakiś czas można. Kiedyś jedną taką zupkę dzieliłam na pół i jadłam jako dwa różne dania w ciągu dnia. Jadłam tak tygodniami. Myślę, że od tamtego czasu moje życie zgubiło resztkę normalności.

29.10.2017

955.

Tydzień temu sąsiad z góry zalał nam mieszkanie. Czasem można odnieść wrażenie, że mieszkamy w przeklętym miejscu. Nie wierzę w to, ale tak to właśnie wygląda, regularnie spotykają nas nieszczęścia, choć naturalną rzeczą jest, że stare rzeczy się psują a wypadki zdarzają. Po dwudziestej drugiej pękł kaloryfer w jego łazience i momentalnie zaczęła przeciekać do nas woda, najpierw wąskim strumyczkiem z sufitu w przedpokoju, a potem po ścianach, a nawet po żyrandolu i żarówce, więc musieliśmy wyłączyć światło. Dopiero gdy mój brat zastukał do drzwi sąsiada, ten zorientował się, że problem jest dość poważny, bo nasz blok, zresztą jedyny w okolicy, ma podłączone ogrzewanie centralne do szkoły znajdującej się obok, a zatrzymanie obiegu wody o tej porze mogło być problemem. Gdyby nie nasz wujek złota rączka, który pomaga w każdej kryzysowej sytuacji, moglibyśmy mieć problem do rana. (Czasem mu - wujkowi - szczerze współczuje, naprawiał już u nas niemal wszystko, choć nigdy nie daje po sobie poznać, że mu to przeszkadza, jest bardzo pozytywną i obrotną osobą). Zatkać dziurę w pękniętym kaloryferze ciężko, a dojść do tego, którą rurę w piwnicy zakręcić też niełatwo, ale sytuację udało się opanować. Może gdyby sąsiad nie był w tak wielkim szoku, wpadłby na to, że skoro nie da się podstawić miski pod cieknący kaloryfer (nie byłam na miejscu, bo ścierałam wodę u nas, ale wygląda na to, że woda tryskała w różne strony), mógłby zacząć chociaż ścierać potop ze swojej podłogi, przez którą przeciekała do nas woda. Wzięła się za to moja mama, aby ratować nasze ściany. “Proszę nie ścierać, sam potem zetrę wodę.” To właśnie usłyszała, co świadczy o tym, że szok sąsiada był ogromny, tak ogromny, że był w stanie palić jedynie papierosa. Mogłoby się wydawać, że mamy wielkiego pecha, ale za poniesione szkody dostaniemy odszkodowanie, choć patrząc na to, że nikt u nas nie lubi załatwiać takich papierkowo-urzędowych spraw (bo od zawsze włóczymy się po urzędach, więcej niż przeciętna rodzina), mogliśmy zwyczajnie odpuścić. Dostaniemy jednak odszkodowanie i tak oto całe zalanie nagle okazało się błogosławieństwem, bo dzięki temu będziemy mogli zapłacić rachunki. Odkąd jestem bezrobotna, spędzam dużą ilość czasu w internecie, w sumie dwanaście godzin na dobę (o zgrozo), wiadomo przeglądam ogłoszenia o pracę, albo błądzę po social mediach i youtube, co albo wymaga włączonego komputera albo częstego ładowania telefonu. Mam dwóch braci, którzy również korzystają z komputera, telefonów, oglądają telewizję, a przecież do prądu są podłączone inne urządzenia w domu oraz zapadający szybko zmrok wymaga rozświetlenia żarówkami. Latem zużywamy zdecydowanie mniej prądu, bo i mnie spędzamy czasu w domu, więc teraz rachunek będzie ogromny. Do tego należy doliczyć wodę, bo nagle mój brat, któremu przedłużono umowę, poczuł się jak król i bierze prawie codziennie kąpiele, przy czym ja od dwóch lat korzystam tylko z prysznica. Tak to nasze życie rodzinne się toczy, każdy żyje swoim odmiennym życiem w zależności od wypłaty lub jej braku, swoich przyzwyczajeń i zajęć, które pozwalają odciąć się od  rzeczywistości lub w niej zatonąć.
(Chciałam poświęcić wpis NamTae, ale mam wrażenie, że pojawiło się we mnie tak dużo przemyśleń, które przeskakują od jednego do drugiego, że chyba nigdy nie będę w stanie zebrać tego w całość i stworzyć wpis o tym, jak to jest jednego dnia być otoczonym ludźmi 24 godziny na dobę siedem dni w tygodniu przez lata, z całym nadzorem wytwórni i ograniczeniami, a drugiego poczuć smak wolności, ale i samotności oraz pustki. Posiadam tę okropną umiejętność wczuwania się w sytuację innych i mnie to męczy. Powinnam przestać rozmyślać o życiu ludzi, którzy nie istnieją w mojej czasoprzestrzenni, o tym, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami wytwórni, o tym jacy ludzie są, gdy kamera nie patrzy. NamTae pokazał mi odrobinę tej prawdy i pewnie dlatego o tym myślę, bo rozbraja mnie każda szczerość, która wynika ze słabości, będąc jednocześnie siłą do mówienia o tym, co prawdziwe. Powiem tylko, że najbardziej utkwił mi w pamięci fragment wywiadu, który pozwolę sobie przytoczyć. "I tried hard to be happy but I have given up. I don't know when I'm happy. I do want to feel happiness but to be honest, I don't know when I'm happy. I really don't know what happiness is. But I hope that someday I would realize what is like to be happy. I'm really counting down to the day when I finally know it." Też na to cierpię, właściwie od zawsze, nigdy nie potrafiłam określić, kiedy jestem szczęśliwa. Nigdy nie wiem, czy odczuwam szczęście, czy tylko udaję. Moje szczęście to pewnie tylko ulga, że nie odczuwam strachu i smutku, ale to nie ma nic wspólnego z cieszeniem się z bycia tu i teraz. On ma nadzieję, że uda mu się odnaleźć brakujące uczucie, a wiem, że nad tym pracuje, tymczasem ja poddałam się całkowicie, zwyczajnie nie wierzę, że można być szczęśliwym człowiekiem, bez wątpliwości i nieustannej walki z samym sobą. Wierzę, że niektórzy osiągają wyższy poziom wtajemniczenia i realnie mogą odnaleźć w sobie to coś, co będzie dla nich uczuciem szczęścia, bo będą mieć warunki ku rozwojowi. Ja nie mam siły na szukanie szczęścia, nie mam do tego warunków, głowy i pomocnika. Muszę znaleźć pracę, a i tak wiem, że to nie sprawi, że będę szczęśliwa. Zostanę "tylko" wyrwana z koła rozpaczy, choć obawiam się, że jeśli do końca roku nic się nie zmieni, to sytuacja stanie się czymś ponad moje siły. Nie będę w stanie przeżyć kolejnego Sylwestra sama, bez nadziei na lepszy rok. Ósmy raz pod rząd to nawet dla mnie może być za wiele.)

23.10.2017

954.

Jutro w Polsce będzie miał miejsce koncert koreańskiego zespółu, od którego zaczęła się moja przygoda z koreańską muzyką, choć naprawdę zaczęło się od dramy, czyli serialu, gdzie wystąpił wokalista jednego z koreańskich zespołów, grając również członka zespołu. Nie od razu wpadłam na to, że serialowy Jeremy to w rzeczywistości Lee Hongki, frontman realnie istniejącego zespołu FT Island. Minęło prawie osiem lat, moje zainteresowanie Koreą nie zmalało ani trochę przez ten czas, a sam zespół rozwinął skrzydła i jak widać, ciągle wydaje albumy i koncertuje, choć to ludzie w zbliżonym do mnie wieku. W 2009 roku nawet w najśmielszych marzeniach nie przypuszczałabym, że koreańskie zespoły na swojej koncertowej mapie będą tak często wybierać Polskę. W swoich najśmielszych koszmarach, nie przypuszczałabym, że będę mieć szumy uszne. Dopiero po fakcie dowiedziałam się, że można mieć coś takiego, w dodatku utrudniającego nie tylko życie, ale też przekreślającego uczęszczanie na głośne wydarzenia. Niby mam specjalne tłumiące zatyczki do uszu, które wypróbowałam raz, ryzykując, i fakt, nie pogorszyło mi się, ale to nie daje mi gwarancji, że nie może się pogorszyć, gdybym często fundowała sobie taką rozrywkę. Z wielką chęcią usłyszałbym FT Island na żywo, zarówno ich bardzo stare piosenki, jak i te nowsze, nie wspominając o głosie Hongkiego, który jest dla mnie wyjątkowy i przejmujący w balladach (tak, nie raz ryczałam, tak bolało mnie serce, ale uwielbiam takie głosy, które sprawiają, że słucham ballad, których kiedyś nie lubiłam, uważając za zwykłe pianie), ale sytuacja jest jaka jest. Biletów na koncert nie miał mi kto zafundować, a sama jestem tak zestresowana tym, że pieniądze na bezrobociu ubywają, a nie przybywają, że nawet nie jest mi przykro, że ZNOWU nie mogę być na koncercie, o którym marzyłam. (Powiedziałam sobie, że na ten koncert pójdę, jeśli przyjadą do Polski, a tydzień później pojawiła się taka informacja, aż nie wierzyłam w ten zbieg okoliczności.) Przerabiałam taką sytuację pewnie z pięćdziesiąty raz, bo przecież od dziecka każdy posiada ulubiony zespół, który chciałby usłyszeć na żywo, a przypominam, że mam już 27 lat, więc takich zespołów miałam i mam wiele, co za tym idzie, tym więcej rozczarowań musiałam przełknąć, głównie z powodu braku pieniędzy, więc jestem przyzwyczajona i odporna. Mogę nawet kolokwialnie powiedzieć, już mnie to nie rusza. Jestem odcięta od swoich uczuć w tej kwestii i mogłabym powiedzieć, że nawet wypieram ze świadomości fakt, że takie wydarzenia miały miejsce tak blisko mnie, ale jest to sprzeczne z tym, że uwielbiam czytać wszystkie fanowskie relacje i oglądać nagrania, więc nie mogę zapomnieć, że wydarzenie miało miejsce. Siedzę przed komputerem, przeglądam media społecznościowe i jestem naprawdę szczęśliwa ze szczęścia innych. Nawet jeśli chciałabym być na czyimś miejscu, nigdy nie odczuwam niszczącej zazdrości. Nigdy nie byłam zazdrosna tak, że chciałam zniszczyć szczęście innych i zastanawiam się jak to możliwe, bo przecież nie raz znalazłam się w sytuacji, w której mogłaby pochłonąć mnie zazdrość. Jak to możliwe, że potrafię nastawić się pozytywnie, a nie negatywnie względem szczęścia innych przy swoich niekończących się niepowodzeniach? Nie wiem. Może dlatego, że przez większość czasu odczuwam tak wielką pustkę, że potrzebuję karmić się cudzym szczęściem, aby nie zapomnieć czym jest to uczucie. Zauważyłam, że robię to bardzo często. Spędzam mnóstwo czasu na oglądaniu cudzych żyć w internecie, bo najbezpieczniej wybrać osoby, które nie są w jakikolwiek sposób ze mną związane. Czemu? Łatwiej wtedy zerwać przywiązanie emocjonalne, a i te osoby nie odczują mojej męczącej obecności w swoim życiu. Oglądam więc koreańskie programy rozrywkowe, subskrybuję vlogi ludzi, których lubię słuchać, śledzę życie idoli lub ludzi zwykłych, którzy są szczęśliwi, bo robią to, co kochają. Przy czym cały czas próbuję dojść do tego, jakim cudem jestem tak bardzo emocjonalnie w coś zaangażowana, a jednocześnie odcięta od swoich uczuć. Nie chcę wyciągać pochopnych wniosków, ale miałam taki moment w życiu, kiedy pomyślałam, że coś się we mnie zmienia na lepsze i wreszcie wychodzę z mroku, przez co teraz boję się pomyśleć, że nie stało się nic więcej, jak tylko depresja przybrała inną formę, i tak oto z zapłakanego, nadwrażliwego i umierającego co dnia dziecka, stałam się pustą, bezuczuciową dziewczyną, która i tak musi umrzeć. Nawet nie wiem, czy naprawdę tak myślę. Chcę wierzyć, że nie jest to prawda opisująca mnie, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że w którymś momencie coś mnie przerosło i zwyczajnie zamiast się rozpłakać i zacząć cykl płaczy daremnych, doznałam tak wielkiego szoku, że życie we mnie zamarło i czekam aż ktoś mnie odczaruje, przy czym wiem, że nic takiego nie nastąpi, bo nic się nie zmienia od tak, od ręki.


(Jestem w szoku, że można przejść od wpisu na temat koncertu do wpisu o osobistym nieprzystosowaniu do życia.)

15.10.2017

953.

Chciałam napisać, od miesięcy próbuję pisać częściej, ale gdy jestem gotowa, aby zabrać się za tę czynność, okazuje się, że jest wiele ciekawszych rzeczy, które mogę robić akurat przed komputerem. Wczorajszego wieczoru postanowiłam zrobić przerwę od koreańskich programów rozrywkowych, które nagle stały się jedyną rzeczą sprawiającą, że śmieję się głośno i szczerze. To sprawia, że popadam w pewnego rodzaju uzależnienie, bo każdy lubi czuć się dobrze, zwłaszcza, gdy realna rzeczywistość nie dostarcza ani jednego powodu do uśmiechu. Wczoraj postanowiłam skosztować innego rodzaju emocji i po raz drugi w życiu, po trzech latach od seansu, obejrzałam “Posępną noc”. To zdecydowanie była posępna noc również dla mnie. Wraz z pojawieniem się napisów końcowych miałam ochotę rozpłakać się jak dziecko. Filmy o przyjaźni z prostym, cichym, ale łamiącym zakończeniem zawsze są dla mnie wyjątkowo bolesne.
Chciałam płakać, ale nie pozwoliłam sobie na to. Nie pozwalam sobie płakać od dawna. Niesamowite, że jeszcze kilka lat temu byłam największą beksą, jaką spotkałam. Płakałam nad życiem swoim i każdego swojego znajomego, z którym łączyła mnie emocjonalna, czasem tylko internetowa znajomość. Może to był tylko okres dojrzewania, który zajął mi wyjątkowo długo, lub nie zdiagnozowana przez specjalistę nadwrażliwość, a może byłam głupia, że wylałam tyle daremnych łez, bo ostatecznie nikt się do mnie nie odzywa. Prawda, płakaniem nie da się udowodnić swojej przyjaźni, ani szczerymi słowami, bo podobno czyny są ważniejsze niż słowa. Człowiek czasem ma wrażenie, że robi wszystko, aby utrzymać z daną osobą kontakt, a na końcu, kiedy zostaje z ciszą, i tak obwinia siebie. Myślę, że gdybym była kimś innym, bardziej otwartym, czyli lepszym według standardów kontaktów międzyludzkich, miałabym przy sobie ludzi, na których zależy mi od lat. Tymczasem mam na co zasłużyłam. Może to “wykrakałam”? Miałam taki okres w życiu, że nie opuszczało mnie wrażenie, że każda ucieczka, która wiązała się ze strachem, czasem panicznym, w przyszłości zaowocuje tym, że zostanę sama. To nie tak, że jestem sama. Są osoby, które od lat utrzymują ze mną kontakt, nawet jeśli wraz z nadejściem dorosłości widujemy się rzadko i jestem wdzięczna za ich obecność w swoim małym marnym życiu, ale nie mogę pogodzić się z tym, że reszta rozpłynęła się jak we mgle. Nie pozwalałam sobie jednak na tęsknoty, nie za często, bo wiem, że prędko by mnie to zniszczyło, zwłaszcza, że pewnie tęsknię za przeszłością, której już nie ma. Mam tylko nadzieję, że moi znajomi radzą sobie lepiej niż ja.
Wysłuchałam piosenki lecącej podczas napisów końcowych i włączyłam okienko. Potem zaczęłam oglądać koreańskie programy rozrywkowe, aby pozbyć się tego nieprzyjemnego uczucia straty, przez co znowu poszłam spać po północy. Kiedyś gdzieś usłyszałam, że jak człowiek położy się spać po północy, to niezależnie od tego jak długo będzie później spał i tak obudzi się niewyspany. Jest to prawda, która sprawdza się w moim przypadku. Oczywiście uczucie niewyspania mija po jakimś czasie od przebudzenia i spokojnie po dziewięciu godzinach snu (śpię jak królowa, a raczej jak osoba bezrobotna), może funkcjonować cały dzień bez potrzeby drzemki.

Zapowiadają ładną pogodę przez kilka dni, więc skuszę się na niejedną długą rowerową przejażdżkę. Brakuje mi tego, przecież podczas lata jeździłam tak często. Poza tym nic się nie zmieniło. Gdyby nie zmieniający się krajobraz za oknem, miałabym wrażenie, że czas zatrzymał się w miejscu. Utknęłam w sytuacji, z której nie potrafię się wydostać i tylko koreański nierealny świat oraz modlitwa sprawiają, że trwam, choć to głupie, zestawiać ze sobą tak dwa odmienne światy, a jednak w jakiś sposób to u mnie działa. Czasem zastanawiam się, co zrobiłabym będąc osobą niewierzącą. Dawniej, ze swoją skłonnością do autodestrukcji, teraz mogłabym zrobić coś naprawdę głupiego, jeszcze głupszego niż kiedyś, ale jak zawsze nie zauważalnie. Teraz albo jestem spokojniejsza, właśnie dzięki modlitwie, albo coś we mnie zamarło. Nawet nie potrafię wprowadzić diety aka niejedzenie, choć dawno temu byłam w tym mistrzem. Pewnie dlatego że obiecałam sobie - nigdy więcej - i jestem okropna, że dotrzymuję obietnic. Ostatnio natrafiłam na wideo o derealizacji i depersonalizacji. Stwierdziłam naukowo, że żadna z dolegliwości mi nie dolega, a właściwie są to choroby, które realnie utrudniają życie i które można, a nawet należy leczyć. Potem znalazłam odpowiedź na jakimś forum, że derealizacja paradoksalnie może pomagać przetrwać. Bywa, że jest wynikiem reakcji obronnej organizmu na taki czynnik jak długo utrzymujący stres czy załamanie i pomaga oderwać się od problemów. Moja realna wiedza na temat obu zagadnień jest tak naprawdę znikoma, ale nie pozwala mi to zapomnieć o ciężkich momentach, po których powinnam się zwyczajnie załamać na dobre (co kiedyś by nastąpiło). Tymczasem z zaskoczenia dostałam jakby cios w tył głowy. Wtedy nie opuszczało mnie wrażenie, że śnię i to co się dzieje nie jest prawdą. Uczucie strachu zastępowała pustka i poczucie odrealnienia. Wiedziałam, że to przydarza się właśnie mi i że taka sytuacja nie powinna mieć miejsca w niczyim życiu, ale byłam jej świadkiem i żeby przetrwać, musiałam się od niej odciąć. Nie wiem, czy mój mózg sam opanował tę sztuczkę, czy nauczyłam się odpychać od siebie złe momenty tak bardzo, że oddzieliłam swoje życie od siebie. Czasem mam wrażenie, że jestem widzem życia, choć sama w nim nie uczestniczę. Mimo to wiem, że nie mam derealizacji i żaden lekarz nie zdiagnozowałby tego u mnie. Od wielu lat próbuję dojść co ze mną nie tak i choć sama doszłam do niektórych wniosków, nadal brak fachowego potwierdzenia sprawia, że jestem zagubiona między tym, co jest prawdą, a co jedynie moim domysłem. Teraz jednak próbuję dojść do tego, czego nie mam pracy i co zrobić, aby to zmienić, skoro wysyłanie dokumentów nic nie daje.

4.10.2017

952.

Próbuję napisać, ale pierwsze zdanie zawsze wydaje się najtrudniejsze, tym bardziej, że staję się coraz bardziej uboga w słowa. Od ostatniego wpisu wydarzyło się trochę, ale nie na tyle, abym zmieniła swoją opłakaną sytuację, w której się znajduję; oczywiście na własne życzenie. Byłam na jednej rozmowie kwalifikacyjnej, w końcu udało mi się znaleźć godną ofertę w okolicy, ale nie oddzwonili. Złożyłam więc życiorys w odzieży używanej - nie zadzwonili, co wydaje się oczywiste, gdy spojrzy się na moje CV. Pewnie uznali, że moje wykształcenie i doświadczenie zawodowe za nic nie uczyni ze mnie dobrego pracownika w takim miejscu. Nie pomylili się zbytnio, choć liczyłam, że klimatyzacja mnie uratuje. Moją ostatnią szansą okazał się inny punkt odzieży używanej, gdzie ogłoszenie widziałam od kilku tygodni. Sprzedawca, tak, tego poszukiwali, co szybko okazało się nieprawdą. Przyjęli mnie z otwartymi ramionami, z dnia na dzień, na próbę. Lista zasad, jakie mi przedstawiono wydała się nierealna, ale jeśli chciałam zarobić, nie miałam wyjścia. Pierwszą rzeczą, jaką usłyszałam, było to, że osoby rezygnują po dniu próbnym, a nawet chyba uciekają, bo w trakcie przerwy można wyjść do sklepu, ale tylko osobiście (nie można złożyć zamówienia koleżance) i tylko z portfelem, zostawiając resztę rzeczy w miejscu pracy, bo wiadomo, po torebkę z zawartością wrócisz. Od razu zrozumiałam, że to praca na czarno, w której i tak nie zarobię dużo, ale każdy grosz jest lepszy niż puste kieszenie. Dopiero, gdyby udało mi się wykazać, dostałabym umowę o pracę, lecz na pół etatu. Oczywiście pracowałabym na cały, przez sześć dni w tygodniu, a po miesiącu mogłabym odebrać przysługujący dzień wolnego. Jako że praca na czarno, nie muszę tłumaczyć z czym to się wiąże - z udawaniem podczas ewentualnej kontroli, że nie jesteś pracownikiem, a jak jesteś, to i tak udajesz, że np. zapomniałaś wziąć odzież ochronną z domu, podczas gdy naprawdę taka nie istnieje. O byciu sprzedawczynią nie było nawet mowy, wydaje mi się, że to stanowisko dla osób uprzywilejowanych. Nie mogli dopuścić kogoś całkiem obcego do obracania pieniędzmi. Tak oto wylądowałam na magazynie pełnym kurzu i stosów ubrań, gdzie zamknięto na zawsze okna, bo z zewnątrz przysłonięte zostały banerem. Nie uciekłam pierwszego dnia, nie jestem z tych osób, które uciekają od czegokolwiek bez próby. Trafiłam na sympatyczną grupę młodych dziewczyn, więc szybko poczułam się komfortowo i z nadzieją pomyślałam, że ostatni kwartał roku zakończę całkiem pomyślnie. Pracowałam na magazynie przy metkowaniu, oczywiście pokłułam palce tym śmiesznym pistoletem zakończonym igłą. Jako osoba nowa, biegałam też z góry na dół, na sklep, gdzie porządkowałam pozrzucane z wieszaków ubrania i zamiatałam. Reszta wyciągała i układała lub wyceniała "ometkowane" już ubrania. Osiem godzin minęło szybko. Ogromnym plusem takiego zajęcia jest to, że odbywa się w regularnych godzinach i czasie, które pozwalają na swobodny dojazd transportem publicznym, a że monotonne i powtarzalne zajęcia pozwalają odciąć mi się od rozbieganych myśli, poczułam, że to jest to. Wróciłam do domu zmęczona jak jeszcze nigdy w całym swoim życiu. Nawet codzienna jedenastogodzinna praca w muzeum podczas sezonu nigdy nie wymęczyła mnie aż tak. Kolejny dzień minął jeszcze szybciej, a ja wróciłam jeszcze bardziej zmęczona, choć prawdą jest, że dzięki długim rowerowym wycieczkom podczas lata, moje nogi stały się mocniejsze i są w stanie utrzymać mnie dłużej w pionie. W niedzielę ból karku nie minął, ale po nocnym spotkaniu z przyjaciółką i długiej przejażdżce samochodem pełnej rozmów, życie wydało się lepsze i wstałam z optymistycznym nastawieniem do świata.  poniedziałek wysłali mnie na inny sklep, co nie stanowiło dla mnie różnicy. Nie wiem, czy miałam szczęście do ludzi, czy może nagle sama stałam się bardziej otwarta, ale odnalezienie się w kolejnej obcej grupie nie sprawiło mi trudności. Tego dnia trudność sprawiła mi za to inna rzecz. Normą jest wyciągnięcie trzech dużych worów - "big bagów", które mieszczą w sobie ponad dziesięciokilogramowe worki, ale wiadomo, wszystko zależy od tego, co jest w nich upchane. Nie wiem, ile dokładnie mieści się ich w tym jednym worze, ale wiem, że taki wór musiał ważyć 160 kilogramów. Oczywiście normy przy przenoszeniu tych worków są przekraczane, bo kobiety pracujące na stałe w ten sposób, nie mogą dźwigać aż tyle, a przecież najpierw do tego wora trzeba było włożyć te spakowane ubrania, a potem je wyjąć i przenieść na stół, aby tam zająć się segregacją. Najlepsze jednak było to, że te 160 kilogramów musiała pokazać waga, więc trzeba było ciężki wór z magazynu przeciągnąć do pomieszczenia obok, a potem położyć go na wagę. Podczas przeciągania wór jeszcze nie mieścił w sobie tych 160 kilogramów; miał ich około stu, ale to nadal drastyczne przekroczenie normy, bo przy pracy stałej kobieta może podnosić 12 kilogramów, a zespołowo 20. Taki wór z magazynu ledwo ciągnęliśmy we dwie, a potem we dwie musiałyśmy unieść go na wagę i donieść resztę worków, aby wyświetliła się ta magiczna liczba. Tego dnia robiłam to aż pięć razy, w tym zaraz po przerwie na obiad i szczerze, myślałam, że zwymiotuję. Do tego segregowałam ubrania, układałam na kupki i jako ta nowa, co jakiś czas dbałam o porządek na sklepie. Wszystko w unoszących się pyłach kurzu, z których zdajesz sobie sprawę dopiero wtedy, gdy do pomieszczenia wpadają promienie słońca, albo chcesz oczyścić nos. Na warunki pracy nie wypłynął nawet fakt, że w przeciwieństwie do poprzedniego magazynu w tym otwierano okna. Smarkałam krwią i brudem. Szczypały mnie oczy. Pod koniec dnia piekący ból pleców był nie do zniesienia, co odbiło się na tym, że nie wyrobiłam normy, pracując wolniej, choć ani razu nie dałam po sobie poznać, że czuję się słabo i ani razu nie usiadłam, aby odpocząć (nie licząc przysługującej przerwy). Z pracy wyszłam z tak ogromnym bólem głowy, który nasiliła zmiana temperatur otoczenia i moja skłonność do bólu zatok, że do domu ledwo doszłam. Ugryzłam kawałek bułki, aby nie brać tabletki na pusty żołądek i w ciemności położyłam się w swoim pokoju. Miałam wrażenie, że zwymiotuję, zmarnuję lek i nic mi już nie pomoże. Jestem w stanie znieść wiele rodzajów bólu, nie raz się o tym przekonałam podczas różnych zabiegów czy badań, ale ból głowy to coś, co ścina mnie z nóg, zwłaszcza, że przy obecności szumów usznych, nigdy nie przebywam w kojącej ciszy. Po godzinie tabletka zaczęła działać, ból głowy a nawet pleców osłabł, odżyłam, choć może lepiej było zejść do innego świata. Spojrzałam na moje połamane paznokcie, każdy innej długości, na zasmarkaną krwią chusteczkę, pomyślałam o tym, że nawet, jeśli po tabletce poczułam się prawie jak nowo narodzona i mogłam nastawić się, że dam radę, to nie oszukam swojego ciała. Następnego dnia nie czekało mnie tam nic lepszego, nie mogłam być traktowana z taryfą ulgową tylko dlatego, że potrzebują pracowników. (Teraz nie dziwię się, że jest tam większa rotacja niż w innych miejscach pracy i że internetowe fora tak straszą.) Pomyślałam, że z każdym dniem plecy i oczy nie będą boleć mniej, a będzie wręcz odwrotnie; powietrze nie będzie lepszej jakości, nie będę dźwigać mniej, ani nie będę łykać mniej tabletek od bólu głowy. Nie po to człowiek idzie do pracy, aby tracić tam zdrowie i potem wydawać pieniądze na leczenie. W moim przypadku byłby to kolejny raz, bo jak na razie chodziłam do pracy głównie po to, aby mieć na leki. W odzieży używanej są łamane wszystkie przepisy BHP. Nie powiem, że jest tak wszędzie, bo nie chcę uogólniać, ale na pewno w sieci sklepów, w której się znalazłam, z pewnością tak jest, czyli w całym województwie. Nie jestem w stanie zrozumieć, jakim cudem pozostałe dziewczyny tam wytrzymują, a wiem, że to nie miesiące pracy, a lata. Albo są tak silne, co wydaje się nierealne, bo spotkałam niższe i szczuplejsze ode mnie istoty, a przecież moje 165 centymetrów i 52 kilogramy to nie tak dużo, albo ja jestem wyjątkowo słaba. Jeśli nie nadaję się do obsługi klienta, ani do pracy fizycznej, a tam gdzie chciałabym się dostać, nie mam szans, co w takim razie mam ze sobą zrobić? Wieczorem napisałam smsa do kierowniczki, że rezygnuję. Brak umowy pozwolił zrobić mi to od razu. Miałam realne podstawy, aby zrezygnować z tak nieludzkich warunków, a jednak nie pozwala mi to pozbyć się poczucia winy. Przegrałam swoją szansę na jakąkolwiek pracę; odzież używana była moją ostatnią deską ratunku w miejscu, w którym się znajduję. Czy za szybko się poddałam? Powinnam brać przykład z ciężko pracujących koreańskich idoli. Ten, kto choć trochę orientuje się w tym, jak działa tamtejszy show biznes i ilu trudnościom - zarówno psychicznym, jak i fizycznym - muszą stawić czoła naprawdę młode osoby, powinnam pójść obolała do pracy i dać z siebie wszystko aż do momentu, w którym bym nie zemdlała. Nie miałam prawa zrezygnować. Nie miałam prawa pozbawiać się tej szansy, a jednak pierwszy raz w życiu zwyczajnie odpuściłam, przede wszystkim sobie, nie tkwiąc w sytuacji, która była przede wszystkim nielegalna. Mimo to nie opuszcza mnie wrażenie, że niezależnie od tego, jakie usprawiedliwienie podam, nikt, kto nie pracował w takim miejscu, nie uwierzy mi, że było to ponad moje możliwości. Wszyscy wiemy, że ludzie mają różne granice wytrzymałości, ale tyle razy usłyszałam, że gdybym chciała pracować, to miałabym pracę, że teraz znowu mogę zostać tak zwyczajnie oceniona, choć nikt nie wie, że każdy dzień to dla mnie osobista walka o to, aby nadać sens swojemu oddechowi i odnaleźć się w życiu, którego nie chcę. Nic nigdy nie jest czarne albo białe. Nikt nie ma tak prostego i oczywistego życia i wiem, że każdy zmaga się ze swoimi największymi trudnościami w ciszy, bo przyznanie się do nich, to jak stanie nago przed osobami, dla których ta nagość jest niewygodna. Próbuję nie dopuścić do siebie tej oczywistej myśli, że gdyby mnie nie było, nie byłoby problemu, zarówno dla mnie, jak i dla innych, bo wbrew pozorom moje istnienie ma jeszcze jakieś oddziaływanie na otoczenie, choćby domowników. Jednak to prosta i logiczna myśl, jeśli przyjąć ją na chłodno, bez wiary, nadziei i miłości, gdyby mnie już nie było, zniknąłby problem.

25.09.2017

951.

Otrząśniecie się zajęło mi tydzień, tyle ile trwał mój okres. Wrócił po trzech miesiącach wraz z tym jak przestałam jeździć rowerem. Moje trzymiesięczne napięcie przedmiesiączkowe zbiegło się z telefonem z Zakopanego i wybuchem agresji w domu, co sprawia, że z perspektywy czasu, z dala od tych dni, które należą już do przeszłości, zastanawiam się, czy na moją negatywną decyzje wpłynął nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Wszystko ze mnie uszło wraz z krwią. Hormony odpuściły i w końcu jestem lżejsza bez tego nadmiaru wody w organizmie. Nagle wydaje mi się, że mogłabym zagrać tę recepcjonistkę. Wydaje mi się, bo naprawdę nie mam zamiaru unieszczęśliwić się w ten sposób, jeszcze nie, więc zastanawiam się, kiedy mój upór zmaleje i stanę się taka malutka, że z biedy pójdę gdziekolwiek. Nie wiem, czy pogodziłam się z tym, że tu zostaję. Pewnie gdybym miała być szczera, gdzieś płacze we mnie dziecko, ale patrząc na to, że bez pieniędzy nie mam szans na wyprowadzkę, których od maja zostało niewiele, nie mam za bardzo wyjścia. Zostaję i szukam zajęcia w okolicy, aby znowu odłożyć trochę pieniędzy i rozmyślać o innym życiu. Ten rok miał być inny, po tych wszystkich latach uwierzyłam, że w końcu mogę, tymczasem zostało trochę trzy miesiące, a już wiem, że nic się nie zmieni, zaś ostatni dzień roku spędzę tak jak zawsze, sama z pasmem porażek, choć przez ostatnie dwa lata w tym czasie chorowałam więc wszystko było mi obojętne, tak niedobrze się czułam. Wracając jednak do czasu teraźniejszego, podjęte przeze mnie próby na razie nie przyniosły efektów, choć udałam się osobiście do potencjalnych miejsc pracy. Poczekam jeszcze kilka dni i znowu wymyślę sobie inną pracą, choć mam niewiele opcji i prawdopodobnie niedługo zaliczkę kolejny “mental breakdown”, po którym będę z trudem wstawać z łóżka. Wrzesień mija mi jak jeden dziwny dzień, który zaraz się skończy. Prawdopodobnie wszyscy zauważyli już, że oficjalnie zaczęła się jesień, choć zimno jest już od dawna, w naszym mieszkaniu także, przez co trwa w permanentnym stanie chłodu i nieustannie wlewam w siebie ciepłe napoje, aby rozgrzać się na chwilę. Mimo to któregoś dnia było bezdeszczowo i wsiadłam nawet na rower, co poprawiło mi nastrój. Wysiłek fizyczny i głupkowaty, w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu, koreański program rozrywkowy to dla mnie ukojenie. Od ćwiczeń i śmiechu krąży we mnie hormon szczęścia i wtedy mogę siebie okłamywać, że wszystko jest w porządku, nic się nie dzieje i właściwie jestem całkiem normalna.

11.09.2017

950. I wish I could turn back the time, and I wish I wouldn't cry every night.

Po prawie dwóch tygodniach zadzwonił telefon. Na ekranie wyświetlił się nieznajomy numer, który w normalnych okolicznościach zostałby przeze mnie zignorowany. Tym razem musiałam odebrać, bo przecież ktoś miał oddzwonić. Myślałam, że przepadło, a gdy odebrałam, miałam wrażenie, że zemdleję ze stresu. Nie musiałam podjąć decyzji od razu, ale byłam rozczarowana już samym sposobem przeprowadzenia ze mną rozmowy. Żadnych pytań czy nadal jestem zainteresowana, brak informacji o ilości etapów do przejścia, nic, tylko cisza, po mojej stronie i po drugiej stronie słuchawki. Dwa miesiące ciągłej pracy przerywane dwutygodniowym powrotem do domu w zamian za zakwaterowanie (z innymi w pokoju), wyżywienie i wypłatę. Niestety, recepcja to miejsce, gdzie zbiegają się moje wszystkie zahamowania, lęki i stres. Wysyłając CV do jednego z zakopiańskich ośrodków wczasowych, liczyłam na pracę gdzieś na zapleczach, nie na widoku. Miałam zadzwonić, jeśli będę zdecydowana, ale tego nie zrobiłam. Może nawet nie pokonałabym tych dwudziestu osób, które razem ze mną ubiegały się o pracę. Bardzo możliwe, że przekreśliłam swoją wielką szansę na wyrwanie się stąd, ale jaki jest sens rezygnować z własnego łóżka na rzecz pokoju, może nawet koedukacyjnego, i pracy, która zniszczyłaby mnie dość szybko. Pewnie po tych dwóch miesiącach, jadąc do domu na dwa tygodnie urlopu, nic nie byłoby w stanie zmusić mnie do powrotu. Prawda jest jednak taka, że gdybym MUSIAŁA wytrzymać w takiej pracy, zrobiłabym to, grałabym wzorową recepcjonistkę uśmiechając się miło, podczas, gdy w środku umierałabym po trochu, a moje serce waliłoby jak szalone na widok każdego turysty i to nie z powodu motylków w brzuchu. Niestety, nie wyrzucili mnie jeszcze z domu, nie mam długów i mam trochę oszczędności na jedzenie i środki higieny. Oczywiście jako dorosły człowiek miewam te przebłyski świadomości, że nie tak powinna wyglądać moja dwudziestosiedmioletnia egzystencja i jedyne co mi pozostaje to wielki wstyd. Powinnam robić teraz to, co zawsze chciałam, czyli mieć stabilną pracę, własny dom, gdzie zapraszałabym wszystkich znajomych na sobotnie imprezy czy niedzielne obiady, ale przede wszystkim powinnam już być silną i niezależną kobietą, która co miesiąc wspomaga finansową swoją matkę w podzięce za wszystkie lata. Tymczasem jestem dzieckiem zamkniętym w dorosłym ciele, które błądzi jak we mgle. Za to jestem na tyle dorosła (inteligentna?), aby mieć świadomość tego, co jest ze mną nie tak i że normalni ludzie z takimi problemami idą na terapię. To okropne mieć świadomość, że latami walczysz o to, aby być normalną i gdy myślisz, że wszystko idzie w dobrym kierunku, nagle okazuje się, że jednak jesteś tak słaba, że zwykła codzienność cię przerasta i brak pracy nagle określa cię kim jesteś, czyli nikim, co sprawia, że wszystko wali się jak domek z kart. Niby jesteś na tyle inteligentną osobą, że wiesz, że głupio tak myśleć, z drugiej nie potrafisz myśleć inaczej, jakby coś w twoim mózgu było poprzestawiane. Panikujesz, bo nie potrafisz znaleźć pracy, boisz się nawet wysłać CV, boisz się podjąć jakąkolwiek decyzję, bo od dwunastu lat nie podjęłaś żadnej dobrej.
Zastanawiam się, czy to w ogóle możliwe, że we wszystkich kluczowych momentach podjęłam złe decyzje? Wszystko co miało mnie ratować było tylko chwilowym zatrzymaniem tego, co sprawiało, że miałam już dość, stąd wychodzi na to, że nadal mam dość. Nie jest to jednak zbuntowane “dość”, takie z przytupem, jest to zmęczone i wymemłane “dość”. Sama zapędziłam się w kozi róg. Może mój wpis byłby całkiem inny, gdybym stawiła czoła Zakopanemu. Zrobiłabym z siebie bohaterkę roku, opowiadając te cudowne historie w stylu kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Wiem, że nie jestem w stanie przewidzieć, jak naprawdę byłoby mi w polskich górach, które widziałabym głównie zza okna (bo przecież pojechałabym tam do pracy a nie na wycieczki), i to źle, że nawet nie spróbowałam, ale znam siebie na tyle, aby wiedzieć, że prędzej bym uciekła. Praca była całoroczna, więc nieodpowiedzialnie byłoby zrezygnować w trakcie i robić kłopot osobom, którym zależy na ludziach chcących pracować właśnie na recepcji. To była ofert dla ludzi zdecydowanych, a nie chcących spróbować czy przypadkiem poradzą sobie w sytuacji, w której normalnie sobie nie radzą. Ostatecznie, gdybyście dowiedzieli się, co było moim głównym motywem wysłania CV aż do Zakopanego, złapalibyście się za głowę, oddychając z ulgą, że mi nie wyszło, bo z taką motywacją z pewnością skończyłoby się to równie mało optymistycznie.
Myślę o tym, co mnie ominęło, a patrzę na to z perspektywy sobotniej domowej burzy. Za każdym razem, gdy patrzę na tak okropne rzeczy w swoim rodzinnym domu, coś we mnie umiera na zawsze. Zbyt wiele razy słyszałam, że coś się zmieni, a tak naprawdę nasza rodzina to tykająca od wieków bomba, która wybucha raz na jakiś czas, by potem zostać nastawioną od nowa. Jestem jedyną(?) osobą, która ma świadomość tego, że powinniśmy pójść na terapię rodzinną. Czy kiedykolwiek pójdziemy? Oczywiście, że nie. Pójdziemy co najwyżej do piekła. Chociaż w tym jesteśmy zgodni jako rodzina. Powinniśmy się ratować i przestać żyć w tych kłamstwach, a pierwsze z nich brzmi “będzie dobrze”, drugie “inni mają gorzej”, trzecie: “przecież nic takiego się nie stało”, ale nie przestaniemy.
W tym kontekście dobrze, że zrezygnowałam z Zakopanego, bo po tym, co się wydarzyło, nie byłabym w stanie nic zrobić. W sobotę myślałam, że już nigdy nie wyjdę z domu, ale jeśli po raz setny przerabiasz tę samą sytuację, szybciej otrząsasz się z szoku. W niedzielę już wyszłam i skorzystałam z ładnej pogody. Naprawdę jednak wyszłam na niedzielną mszę i pogoda nie miała tutaj znaczenia. W tej całej chorej sytuacji jestem w stanie przestać wierzyć we wszystko, ale nie w Boga. Zabawne, prawda? Zbyt wiele razy realnie doświadczyłam Jego działania w swoim życiu, aby zapomnieć. Czemu tym razem nie wierzę, że uratuje mnie z tego bagna, w które sama się wpakowałam? Pewnie dlatego że nadal jestem tak samo uparta i wiem lepiej jak powinno to wszystko działać i nawet jak się poddaję, to i tak wracam do postawy kontrolowania. Boże, jestem naprawdę zakłamaną osobą.
Tak oto źle, że zrezygnowałam z Zakopanego, bo po tym, co się wydarzyło, już dawno powinno mnie tu nie być. Przecież to zawsze był mój motor napędowy, chęć wyrwania się z kłamstw. Tymczasem sama od zawsze byłam największą kłamczuchą. Jeśli macie naście lat i z sukcesem uda się wam wmówić całemu światu, że jesteście szczęśliwi i wszystko gra, a przez następne dwanaście lat będzie musieli grać dalej, aby przetrwać, to nigdy nic nie będzie grało poprawnie. Nawet, gdy mam te dobre, spokojne momenty, które trwają długo, nawet miesiące, zawsze wracam do punktu wyjścia, zawsze wracam do nastoletniej siebie, która z uśmiechem okłamywała innych ze sobą na czele. Pewnie dlatego od zawsze chciałam się stąd wyprowadzić, aby odetchnąć, również od samej siebie. Chciałam spróbować być sobą, uwolnić się od ludzi, przed którymi muszę być taka, jaką mnie zapamiętali. Uciec od rodziny, która nie jest w stanie dopuścić do siebie myśli, że twój mózg realnie szwankuje i pewnie masz od lat depresję, tak jak twoja matka, której nawet do głowy nie przyjdzie, że może ją mieć, bo jest prostą kobietą, ale o równie zakłamanym myśleniu. Tak, tak, jaka matka taka córka, od tego uciekam całe życie i nawet udało mi się to w pewnym sensie. Brat natomiast myśli, że jesteście pojebane (nienawidzę tego słowa, bo jest najgorsze ze wszystkich wulgaryzmów, etymologicznie pochodzi od słowa "jebać") a najmłodszy, który miał być najnormalniejszy z bólem musi nasiąkać tym samym syfem. No a ojciec, ojciec jak zawsze nieobecny. Tak oto z pokolenia na pokolenie przechodzi całe zło, bo nikt nie ma na tyle siły, aby z nim wygrać.

Czy nadal chcę wyprowadzki, pracy, normalności? Nie, nie chcę już niczego. Koniec. Dobranoc.

2.09.2017

949.

Nie mieści mi się w głowie, że nastał już wrzesień. Do tego czasu miało mnie już tu nie być. W zeszłym roku też miało mnie tu nie być i w jeszcze poprzedni również, w ogóle od wielu lat miało mnie tu nie być, i mam tu na myśli zarówno miejsce zamieszkania jak i Ziemię. Czasem ogarnia mnie takie wielkie niepojęcie swojego losu, że brak odpowiedzi na pytanie “dlaczego nic nie działa tak jakbym chciała” staje się bezsensowne, bo wiem, że pewne rzeczy zawsze pozostaną bez odpowiedzi. Ciągle oswajam się z myślą, że mogę nigdy nie dojść do tego, czemu to wygląda jak wygląda lub wyglądało, a nawet jeśli na horyzoncie pojawia się odpowiedź, jest ona zawsze taka sama - to moja wina, moje błędne decyzje z przeszłości ciążą na teraźniejszości i za nic nie potrafię się od tego odciąć, a przecież to nie może być prawda, że wszystko jest wynikiem moich działań, bo nie jestem w centrum świata i nie tworzę każdej sytuacji. Podjęłam kilka skromnych prób w ciągu ostatnich trzech miesięcy, a nawet decyzji, gdzie musiałam przełamać swoje dotychczasowe bezpieczne myślenie, ale nie podziałało. Nie wiem już kim mam być, aby dopasować się do świata, w którym żyję, więc znowu to robię, oddalam się do niego, a za chwilę cierpię, gdy nie potrafię się w nim odnaleźć, a przecież muszę, jeśli chcę żyć jak dorosły, samodzielny, niezależny człowiek, którym chcę być od podstawówki. Czemu będąc dzieckiem wymyśliłam, że chcę być taka, podczas gdy wszystko co działo się w życiu rodzinnym i szkolnym przeczyło temu, że wyrosnę na taką osobę - nie wiem. To okropne mieć dwadzieścia siedem lat i zrozumieć swoją przeszłość w ciągu przyczynowo-skutkowym, ale nie pogodzić się z nią. Czy kiedykolwiek przestanę chcieć być kimś innym niż jestem teraz? Wierzę, że bycie bezrobotną nie określa mnie jako człowieka, tak jak wierzę, że wykonywany zawód nie określa człowieka, choć nadaje mu pewne cechy. Nie chodzi jednak o to. Przez ostatnie miesiące zaczęłam jeździć rowerem jak szalona, prawie codziennie, bo kiedyś z powodu przewlekle chorych zatok, a potem anemicznego braku siły, a na końcu z braku sprawnego roweru, zrezygnowałam z tego. Może dlatego tak wielką radość sprawiły mi te letnie przejażdżki, a może chciałam wyjeździć to co we mnie siedzi. Nie od dziś wiadomo, że sport to zdrowie, a wysiłek fizyczny poprawia samopoczucie. Miałam być pozytywnie zmęczona, tymczasem bywało, że po trzech godzinach jazdy w ciepły dzień, wracałam do domu naładowana energią, a że jeździłam głównie późnymi popołudniami czy wieczorami, nie mogłam zmusić się do położenia o przyzwoitej godzinie. Dodatkowo zaśnięcie utrudniało mi to wszystko, co miałam wyjeździć, a czego nie wyjeździłam. To okropne kłaść się spać codziennie z tymi samymi myślami, przerabiać ten sam scenariusz na nowo, tłumaczyć sobie jak dziecku, czemu tak musi być, i akurat tu nie chodzi tylko o brak pracy. Dzisiaj również położę się spać z ciężkim sercem wiedząc, że przegrałam w lato 2009 roku, a jednocześnie wygrałam tak dużo, że zdarza mi się płakać z powodu tych wszystkich wspomnień, choć tak naprawdę nie potrafię już nawet wypłakać tego, co mnie męczy, chyba przez te rowerowe endorfiny. Mieliście kiedyś tak, że znaleźliście się na przegranej pozycji i nie było nawet cienia szansy na zwycięstwo, bo każda próba byłaby tylko ranieniem innych, a na końcu i tak siebie. Co z tego, że przerabiam tę sytuację od ośmiu lat z przerwami. Przerwy są tylko dowodem na to, że można wieść życie, które pozwala zapomnieć (dlatego między innymi potrzebuję pracy, bo jak człowiek ma zajęcie to nie myśli o “głupotach”). Trzymam się więc dzielnie swojej rozsądnej strony, choć to trudne, ale nie mogę mieszać i wciągać w to niewinne osoby (stąd moje obawy z poprzedniego wpisu, ale chyba naoglądałam się za dużo programu “Catfish”), tylko dlatego że coś nie układa się po mojej myśli. Nie układa się, bo widocznie nie powinno, bo jest Ktoś mądrzejszy ode mnie, chcę w to wierzyć, i nie może pozwolić na to, abym wpakowała się w coś z tak smutnym zakończeniem. Nie potrzebuję kolejnych lat przeznaczonych na odchorowywanie zranień. Obecnie wystarczy mi, że z moim ciałem znowu dzieje się coś dziwnego, bo od trzech miesięcy (myślałam że tylko od dwóch, ale zerknęłam w kalendarzyk i przeżyłam lekki szok, czas tak pędzi) nie mam okresu. Pewnie każdy mądry zarzuciłby mi ciążę, ale żeby być w ciąży, trzeba prowadzić aktywne życie seksualne, a takie u mnie nigdy nie istniało. To chyba coś z hormonami, bo moja cera szwankowała przez ostatni czas, a może i nie, może to stres, nadmierny wysiłek fizyczny, może rak jajników, ale przecież nic mnie nie boli, fizycznie czuję się fantastycznie. Nie wiem, czemu nad tym rozmyślam, zamiast udać się do lekarza. Pewnie dlatego że to mój trzeci raz, kiedy brakuje mi okresu (choć tak naprawdę to mi go nie brakuje), raz jako nastolatka pozbyłam się go na prawie rok wraz z wyniszczająca dietą (wtedy nie byłam u lekarza, a wrócił, wraz z efektem jojo), drugi raz w 2015 roku odebrała mi go anemia (poszłam do lekarza i to był błąd, bo okres wrócił po 54 dniach, a ja nie przestałam chodzić do innych lekarzy). Poza tym, jaki jest sens iść do lekarza, jeśli mogą zrobić mi tylko USG i pobrać krew na poziom hormonów. No i mam dość lekarzy, dość badań i dość tego wszystkiego. Pora więc zebrać się do spania, bo już po północy. Snu nigdy dość.

29.08.2017

948.

Myślę o tym mniej, a jednak nie przestanę, dopóki nie zrozumiem, czemu znaleźliśmy się w takiej, a nie innej sytuacji, a to mój największy błąd, bo lepiej byłoby spróbować zapomnieć, tylko jak zapomnieć o czymś, o czym nie potrafisz przez lata. Czasem boję się, że ktoś wziąłby mnie za stalkera i nie piszę tego w żartach, mam na myśli całe niebezpieczeństwo i obsesje, jakie wiążą się z tym słowem. Czasem mam wrażenie, że jeden zły ruch i przekroczę tę cienką granicę, która do reszty sprawi, że ludzie znienawidzą mnie za to, że interesuję się ich życiem, nawet jeśli to moi prawdziwi realni znajomi od lat. Czasem boję się, że ktoś wytknie mi, abym zajęła się swoimi sprawami, a potem z hukiem zamknie przede mną drzwi do siebie i zabroni pukać, a mi będzie tak okropnie przykro, z czym sobie nie poradzę. Moich znajomych nie przy mnie ciałem, na co dzień są gdzieś tam, te kilkadziesiąt lub kilkaset kilometrów ode mnie, żyją swoim dorosłym życiem, pewnie dlatego gdy miewam gorsze momenty, kwestionuję łączące nas relacje. Dorastałam w pewnego rodzaju osamotnieniu, które nie polegało na tym, że nie miałam przy sobie ludzi, ale na tym, że zawsze byłam odcięta w tych najgorszych momentach, bo pokazywanie siebie w dołku zaczęło być niewygodne, głównie dla mnie samej. Nie potrafiłam wytłumaczyć, co się ze mną dzieje, więc zrezygnowałam z uzewnętrzniania się przed ludźmi, nawet jeśli były to osoby, które wiedziały o mnie niemal wszystko. Czasem przeszkadzało mi, że muszę przyjmować postawę “wszystko w porządku”, z drugiej strony nie potrafiłam mówić o tym, co jest nie w porządku, bo ledwo rozumiałam samą siebie i wiedziałam, że muszę przejść przez to sama, aby wygrać. Potem nastały czasy, gdy zaczęłam widywać znajomych tak rzadko, że każde spotkanie przynosiło mi tak wiele radości, iż zapomniałam o tym, co mnie dręczy, a nawet jeśli pamiętałam, to nie potrafiłam czuć się przybita, bo widok dawno niewidzianych twarzy był sto razy ważniejszy. Tak oto zaczęłam mieć problem, który polega na tym, że gdy jestem ze znajomymi, moja ekspresja siebie jest całkiem inna, niż gdy spędzam czas w pojedynkę. Czasem denerwuje mnie, że nie potrafię być przy kimś taka, jak wyobrażam sobie, że jestem, gdy tej osoby przy mnie nie ma. Czasem chcę z kimś zrobić coś, czego nie robiliśmy nigdy razem, ale nie widzimy się tak długo, że przy spotkaniu siedzimy i rozmawiamy i to po prostu najlepsze, aby dowiedzieć się, co u drugiej osoby, a potem znowu męczy mnie, że od wieków nie oglądaliśmy razem filmu, albo nie byliśmy na zakupach czy nie rozmawialiśmy o tym, że niebo jest niebieskie, albo o tym, że praca męczy i znowu nikt nas nie kocha. Prawda jest jednak taka, że nie o tym miał być ten wpis i nie wiem, jak to się stało, że napisałam już tyle, a nie napisałam nic o tym, co nie daje mi spać po nocach. Mógłbyś tu wróci i zwyczajnie oddać mi sen. Od marca nie potrafię spać normalnie, przyjacielu. Pewnie powiedziałbyś, że to nie Twoja wina i masz rację, zwariować mogę tylko na własne życzenie i uwierz, trzymam się dzielnie, ale ciągle zastanawiam się, czy kiedykolwiek to coś we mnie pęknie i nie będzie już odwrotu.

16.08.2017

947.

Czy ktoś pamięta moje zeszłoroczne letnie wpisy poza mną? Przeplatane były dziwną sytuacją, w której utknęłam (to ciągnie się dalej, ale trochę innym torem) oraz moim ubolewaniem nad szumami usznymi, które przekreśliły głośną rozrywkę. Moja bezradność była ogromna, a potem do niej przywykłam, a może bardziej do tego, co ją wywoływało. Ostatnie pół roku nie było łatwe, ale było lepsze niż poprzedni rok kalendarzowy. Za to ostatnie dwa miesiące po ludzku były wyczerpujące i jakże dobrym dniem był jedenasty sierpnia, najlepszym, nie wiem jak to się stało, że coś nierealnego nagle było rzeczywistością.
Ogłosili to całe K-Content Expo Central Europe, więc jedziemy, powiedziałyśmy sobie, i ten dzień stał się również dniem naszego pierwszego spotkania po dwunastu latach internetowej znajomości. Nasz kontakt wyglądał różnie, poznałyśmy się jako nastolatki, za naszych czasów komputery i internet to była jeszcze rzadkość. Moja babcia mieszkająca wtedy w Chicago zarabiała nielegalnie (bo po pewnym czasie wygasła jej wiza) dolary, za które mieliśmy jako jedni z pierwszych we wsi komputer. Trwała era czatów i gadu-gadu, ale my poznałyśmy się na blogu. Obie pisałyśmy, choć nie pamiętam, która znalazła którą. Internetowe znajomości mają to do siebie, że jesteśmy bardziej wylewni, kiedy nie widać naszych emocji wymalowanych na twarzy, więc przez te długie lata poznałyśmy się od drugiej strony, głębszej i gorszej, ale prawdziwej. Nie ważne, czy znamy swoje ulubione kolory czy tytuły filmów, ważnie, że znamy swoje najgorsze momenty i potrafimy się wspierać. Bywało tak, że milczałyśmy między sobą miesiącami, a może nawet latami i to nie zmieniło niczego, i nawet jeśli częściej z mojej winy nie dochodziło do spotkania, trudno wyobrazić mi sobie, że mogłybyśmy nie spotkać się nigdy, zwłaszcza, że obie mamy tendencje do przedwczesnego umierania. Ostatnie dwa lata pisałyśmy ze sobą codziennie, co brzmi abstrakcyjnie, a jednak tak było i można powiedzieć, że mimo innych znajomych przy boku, miałyśmy przede wszystkim siebie. Zawsze mamy tę jedną osobę, do której piszemy w pierwszej kolejności, gdy dzieje się coś złego i tak też było między nami. Po tych dwunastu latach nasze spotkanie wyglądało jak kolejna rozmowa na messengerze z tą różnicą, że twarzą w twarz. Zawsze miałam problem z przenoszenie znajomości ze świata wirtualnego do realnego, bo nie potrafię być sobą prawie przy nikim, więc zawsze moja internetowa rozgadana strona musiała zmierzać się z tą przygaszoną w towarzystwie. Z niejednego spotkania wracałam zła, bo nie potrafiłam wyrazić wszystkiego tak, jakbym chciała, ani opowiedzieć o tym, o czym chciałam dźwiękiem swojego głosu. Do tej pory bywam zła na niektóre wspomnienia, a przecież co było przepadło na zawsze i nie ma nad czym głupio ubolewać, ale tak, jestem głupia i szkoda mi, że mówię tak mało lub zapominam o wyznaniach. Tymczasem nasze spotkanie było czymś tak naturalnym dla mnie, że ani nie byłam zestresowana przed, ani w trakcie, ani wcale, byłam sobą, byłam szczęśliwa. Mam nadzieję, że nie widziałyśmy się jedyny raz na całe życie. Jak przykre są spotkania, gdy masz wrażenie, że możesz kogoś nie spotkać ponownie latami, o ile w ogóle. Czasem, gdy przemieszczam się transportem publicznym, przyglądam się ludziom i myślę, nie spojrzymy na siebie już nigdy, ale to obce twarze, więc jak strasznie jest myśleć, że nie zobaczysz drugi raz bliskiej osoby, a gdy nie zobaczysz jej drugi raz bliskość zniknie, bo rzeczywistość wchłania bezlitośnie.
Drugim ważnym momentem dnia był koncert, na który z punktu widzenia medycyny nie powinnam iść. O szumach usznych naczytałam się dużo, a powstałe w wyniku urazu akustycznego (w moim przypadku bez uszkodzenia samego ucha wewnętrznego) sprawiają, że najrozsądniej unikać przebywania w hałasie. Szumy uszne mają to do siebie, że są nieuleczalne (nadal liczę na cud), a dolegliwości mogą się pogłębiać. W moim przypadku wystarczy wysiłek fizyczny, aby stawały się głośniejsze. Zrezygnowałam więc ze wszystkich głośnych rozrywek, co nie przyszło mi łatwo, bo przy różnego rodzaju imprezach najłatwiej wpaść na dawno niewidzianych znajomych, ale przyzwyczaiłam się do kolejnej straty. Tym razem ogłosili to K-Expo i o ile w trakcie dnia można było wejść na halę i przeżyć dźwięki płynące z głośników (choć gdy puścili muzykę, myślałam, że umrę, tak huknęło), to późniejszy koncert na Torwarze do najcichszych nie mógł należeć. Mimo to zawalczyłam o darmowe bilety, które rozeszły się w dwie minuty, kupiłam specjalne koncertowe zatyczki do uszu i poszłam na koncert z koreańską muzyką. Nie ogłuchłam, ale mam wrażenie, że jest trochę gorzej, co przy “mam wrażenie” nie musi być prawdą i nie żałuję, że poszłam, nawet jeśli nie mogłam pozostać do końca.  
Dzień był upalny, w łazienkach można było poczuć się jak w saunie, a w kolejce do wejścia opalić. Nigdy nie znosiłam tak dobrze wysokich temperatur jak tegorocznego lata, pewnie dlatego że od zawsze miałam anemię, a teraz jej nie mam. Nie będę oceniać całej imprezy, ani rozpisywać się o wszystkim szczegółowo (znalazłam tutaj vlog, gdyby ktoś był zainteresowany tym jak to wyglądało), ale przyznam, że jak na pierwsze tego typu wydarzenie było fantastycznie, tylko ten pomysł z odbieraniem biletów przy kasie, a nie przez internet sprawił, że ludzie zamiast korzystać z atrakcji, cały dzień stali (umierali od gorąca) w kolejce. Z racji tego, że wybrałyśmy z koleżanką trybuny i chciałyśmy siedzieć dalej od sceny (ze względu na mój słuch), nie musiałyśmy ani długo stać ani w kolejce po odbiór biletów, ani tej prowadzącej już na sam koncert. Siedzieliśmy więc na krawężniku chodnika w cieniu drzewa i to śmieszne, że ludzie uparcie stali w kolejce, a nas mijały wszystkie busy przywiążecie zespoły. Tylko szkoda, że miały przyciemniane szyby, ale wynajęty pan kierowca uśmiechał się do nas przyjaźnie. Obok nas swój samochód miała zaparkowana ekipa koreańskiej telewizji, ale do tej pory nie znalazłam żadnego oficjalnego materiału z imprezy. Nie wiem, czy pan usiadł obok mnie, bo na serio był zmęczony upałem, czy jednak aby uchwycić mnie na zdjęciu, które nagle zaczął robić mu kolega. Gdy pracowałam w muzeum Azjaci robili mi zdjęcia, pewnie z powodu jasnych włosów i oczu, bo nie z powodu powalającej urody i aż przeraża mnie myśl, że ktoś obcy nosi mnie w swoim telefonie, ale tak to jest, gdy jest się miłym. Najlepsze jest jednak to, że nigdy nie słucham Parc Jae Junga i jakoś nie miałam głowy do tego, aby mu się przypatrzeć w domu przed wydarzeniem. Koło nas kręciło się mnóstwo ludzi z różnymi plakietkami, ale ci z napisem “artist” nie wyglądali ani trochę znajomo, a już nie na pewno kobiety, bo wykonawca żeński miał być tylko jeden - znany mi zespół, więc pomyślałam, że reszta “artystów” to po prostu osoby z ekipy. Nie ma to jak po czasie ogarnąć, że na wyciągnięcie ręki przechodził znany wokalista w garniturze. Już po tym garniturze można było domyślić się, że to ktoś znany.  Nie wiem czemu nie nagrywałam i czemu nigdy nie robię vlogów, choć mam kamerę, ale cóż, dziewczyny obok poprosiły go o zdjęcie, ale się nie zgodził;  oni rzadko się godzą.
Po całym wydarzeniu znalazłam się w mieście oddalonym o trzydzieści kilometrów od mojego domu. Po północy nie ma żadnego transportu publicznego, który pozwoliłby mi dostać się pod domu, więc czekała mnie noc pod rozgwieżdżonym niebem, ale nie mogłam zostać na żadnym z dworców, bo znajdują się najbardziej niebezpiecznych dzielnicach miasta. Słońce za dnia nagrzało ulice, więc było ciepło, ale i sama nocna temperatura była wyjątkowo wysoka, ponad dwadzieścia stopni, więc trafiłam idealnie. Musiałam spacerować, aby nie zasnąć po ekscytującym, ale i męczącym dniu, więc trafiłam na taras widokowy galerii handlowej, ale o pierwszej ochrona mnie z niego zgoniła, bo zamykali, a byłam uradowana, że znalazłam bezpieczne miejsce do przenocowania. Ruszyłam więc dalej. W letnie gorące noce miasta nie śpią. Miasta nie śpią w ogóle, każde na pewno posiada wyznaczony obszar bezsenności, ale latem nie śpią jeszcze bardziej. Mijałam różnych ludzi, imprezowiczów, rowerzystów, pijanych, taksówkarzy, wracających z pracy, bezdomnych, ale nikt mnie nie zaczepił, choć raz myślałam, że toczący się chodnikiem po drugiej stronie facet przekroczy ulice i zacznie za mną biec, bo wyraźnie mnie wołał, ale ta myśl była bezsensowna, bo jego stan nie pozwoliłby mu na dogonienie nawet tak słabej sprinterki ja jak. Udałam się pod kościół, właściwie to był mój cel od początku. Nawet nie pociągnęłam za klamkę, aby sprawdzić, czy może jest otwarty. Usiadłam na schodkach przy kolumnie i siedziałam. Nie mogłam połączyć się z żadnym wifi w mieście, ani na dworcu, ani przy galerii (mój stary tel. łączy się tylko tak z internetem, transmisji danych nie da się włączyć), a pod kościołem działał idealnie i nie mam pojęcia, czyja to była otwarta sieć, ale Bóg nade mną czuwa. Nie dość, że bezpiecznie spędziłam noc “pod Jego domem”, to na dodatek postarał się, abym nie zasnęła. Nawet było mi głupio tak siedzieć przed świątynią z telefonem, ale musiałam się czymś zająć. Zabawne, że kościół to bezpieczne miejsce, nikt nawet nie spojrzał w jego stronę, gdy tam siedziałam, więc nie widział i mnie. Prawie nikt, tylko ta jedna dziewczyna wracająca z grupą znajomych z imprezy (wyglądali na ludzi po procentach), która wskazując na budowlę rzekła: “Bóg na nas patrzy”, co raczej miało być żartem niż stwierdzeniem prawdy, bo powiedziała to tak, jakby Bóg dla niej naprawdę nie istniał, a może istniał, tylko tej nocy wydawała się tak odległy. Po pięciu godzinach odjechałam z dworca do kolejnego miasta, a stamtąd po ponad godzinie oczekiwania pod dom. (Zeszło długo, bo w sobotę busy jeżdżą rzadko.) 
Wiecie, jest coś dziwnego w takim nocnym siedzeniu w oczekiwaniu na poranek. Masz wrażenie, że życie jest dobre i to wszystkie trudne sytuacje da się jeszcze poukładać, że siebie jeszcze zdołasz poukładać na nowo, a potem nastaje poranek i słońce oślepia cię swoim blaskiem i znowu nikt nie odpisuje na twoje wiadomości, ani znajomi, ani potencjalni pracodawcy i jest po prostu nijak.