20.05.2019

1034.

Wczoraj była zapierająca dech w piersiach pełnia. To przez ten księżyc nie mogłam spać cały tydzień i również we wczorajszą noc nie mogłam zasnąć. Zupełnie nie mam w zwyczaju siedzieć i wpatrywać się w księżyc, a jednak wczoraj wyszłam na dwór. Było tak przyjemnie ciepło i duszno i ten ogromny pomarańczowy księżyc. Przykucnęłam i wpatrywałam się w jego blask,  próbując uspokoić swoje serce. Życie w tamtym momencie wydało się dziwne i tylko pokręciłam głową z niedowierzaniem, karcąc się w myślach za swoje pomysły. I dotarło do mnie po raz milionowy, że nie powinnam już nic robić, a jednak ciągle nie potrafię się uspokoić, bo to tak, jakbym chciała zapomnieć, że jestem człowiek, który nadal żyje i którego mimo wszystko ciągnie do prawdziwego życia pełnego przeróżnych emocji. Kiedyś byłam u spowiedzi, nie wiem, czy był to ten rok, czy może końcówka poprzedniego, i usłyszałam, że “wszystko będzie dobrze”. Uderzyło mnie to bardzo mocno. Często wracam wspomnieniem do tamtego momentu. Nigdy nie myślałam, że moje wyobrażenie o tym sakramencie przełamią słowa, których chyba w tamtym momencie bardzo potrzebowałam. Później przyszła kolejna spowiedź, naprawdę uderza mnie, że w konfesjonale można usłyszeć “dziwne słowa”, ale jeśli to mówi Bóg, i mówi mi, że ludzkie relacje powinny być też spontaniczne i odrobinę szalone i nie powinnam żyć w wirtualnym świecie, to coś we mnie pęka. Czemu więc czuję się winna, jeśli wyciągam rękę do każdej realnej osoby? Moje próby są tak nieśmiałe i niedorzeczne, że jest mi jeszcze trudniej to wszystko pojąć. Nie chcę, aby to zaczęło układać się inaczej, chcę zrozumieć dlatego układa się właśnie tak jak teraz. Rozmowa telefoniczna z koleżanką - najlepszą na świecie koleżanką - naprawdę mi pomogła i jeśli ktoś powiedziałby mi rok temu, że będę na spokojnie rozmawiać przez telefon z kimś, kogo widziałam dwa razy w życiu, nigdy bym w to nie uwierzyła. Zrobiło mi się lżej, aż do dzisiejszego poranka, i naprawdę nie rozumiem, czemu najbliższe pół rok to będzie dla stres w dawkach śmiertelnych, a tylko dlatego, że z dwojga złego wolałam cierpieć z pieniędzmi niż bez nich. Już chyba wszyscy powiedzieli mi, że schudłam, myśląc chyba, że to za sprawą magicznego zaklęcia, a mnie po prostu zżera stres. Mam wrażenie, że z wiekiem rozwijam nowe autodestrukcyjne zachowania. 90 % moich myśli jest nielogiczna do bólu. Jednego dnia sens mojego istnienia wyznacza spotkanie z tobą, a innego boję się śmierci i tego, że nie robię nic poza myśleniem o życiu, którego nie mogę mieć, bo nie wiem, jak zacząć żyć “na pełnej petardzie”, jak powiedziałby pewien dobry człowiek. Do tego ten cały stres związany z myślą, że nigdy nie znajdę pracy, która nie będzie pogłębiać moich fobii społecznych. Naprawdę myślenie o tym, że nigdy nie będzie lepiej skutecznie sprowadza mnie na złą drogę. Ktoś kiedyś napisał mi takie słowa: “Może być tak, że zwyczajnie nie wiedzą, że mogliby być tu i teraz dla Ciebie - ale gdyby wiedzieli, że mogą, że tego chcesz, to zrobiliby to. Nie rozwijam dalej, bo jednak poczucie, że ingeruję w coś, czego nie znam jest zbyt silne, ale moje główne dwie rzeczy zostały wypowiedziane: zasługujesz na to, czego nie chcesz wymagać i być może ktoś jest chętny ci to dać, tylko o tym nie wie!” Dzisiaj znalazłam ten urywek wiadomości zachowany w moim internetowym notatniku i zaczęłam płakać, pewnie ze smutku, bo i nie jest prawdą. Chciałabym, aby tak było, ale ludzie…oni naprawdę nie mogą znieść tej żałosnej wersji mnie, dlatego ich tu nie ma, a mi brak odwagi, by wpychać się na siłę. Jesteśmy dorośli. Nikt nie będzie zajmował się pocieszaniem mojej dziecięcej zagubionej duszy Wiem, że to cholernie męczące, tak jak ich życie, które muszą przeżyć. A jednak nadal chciałabym, aby ktoś spędził ze mną trochę czas, po prostu siedząc i patrząc mi w oczy bez obrzydzenia, i wziął za rękę i powiedział, że wytrwam w tej pracy jeszcze trochę, a potem znajdę w sobie siłę, aby poszukać lepszej. Naprawdę chciałabym tego wszystkiego, czego nie mogę mieć, a nie mogę mieć, bo… tak, bo to moja wina.

19.05.2019

1033.

Zrobiło się ciężko, ale tradycyjnie nie potrafię dojść do tego, co mi ciąży, więc to pewnie tylko życie. Obejrzałam ten film, który obejrzała już chyba cała Polska (nie licząc Katarzyny N., pozdrawiam ciepło), i pomyślałam, że świat powinien się już skończyć. Moje wszystkie problemy przy tych tragediach bledną, a jednak moje egoistycznie istnienie nie potrafi o nich nie myśleć, o tych problemach właśnie. Nie wiem, jak ci ludzie są w stanie żyć dalej. Nie chcę o tym teraz dyskutować, nie chcę bawić się w psychologa, ani wypowiadać się na temat filmu. Nie o to mi chodzi. Po prostu nie wiem, jak ci ludzie znaleźli w sobie siłę, aby trwać dalej przy takich ciężkich przeżyciach, podczas gdy mi chyba (?) nie przydarzyło się nigdy nic tak traumatycznego, a mimo to moje życie urasta do rangi ogromnego problemu. I w dalszej części zobaczycie, jaki mam problem i jak w zestawieniu z tym filmem (a nie powinnam robić taki porównań), widać, że mam po prostu nie po kolei w głowie. Poza tym ten film pokazuje coś innego; coś, czego się boję. Niektórzy oprawcy uważali, że nic złego się nie stało, że właściwie to nie miało znaczenia. Pomyślałam, że zwymiotuję z przygnębienia, a potem przestraszyłam się tego, że może sama taka jestem. Nie chodzi jednak o nic związanego z seksualnością, nieczystymi myślami, czy czynami. Przeraża mnie sam mechanizm myślenia; przekonanie, że naprawdę nie robisz niczego złego, podczas gdy świat wie, że to, co robisz jest obrzydliwe. Jak można mieć w sobie głębokie przekonanie, że coś złego nie jest złem i nie krzywdzi innych? Mam wrażenie, że każdy mój wpis tutaj jest krzywdzący i moje myśli są po prostu złe i nie powinnam ich mieć. Z drugiej strony jestem przekonana, że mogę myśleć i czuć wszystko, co miesza się we mnie, i mogę tutaj być obrzydliwie szczera, jeśli nie robię nikomu krzywdy. Ale czy już sama intencja nie jest czymś złym? Źle mi z tym wszystkim, co noszę w sobie. Nic chcę być taka, jaka jestem, a jednak nie potrafię być inna. Czy to nie głupia wymówka? Czas płynie tak szybko. Chcę już nie żyć, ale nie chcę umrzeć. Nie mogę skupić myśli. Czemu nie opuszcza mnie wrażenie, że już przegrałam i niezależnie od tego, jaką decyzję podejmę, będzie po prostu źle? Skąd to wszystko się we mnie bierze? Z przeszłości, która goni mnie jak cień? Czemu próbuję z tym wygrać, choć wszechświat pokazuje mi, że nigdy z tym nie wygram? Siedzę i tak “poważnie” rozmyślam nad sensem swojego istnienia, a tak naprawdę mam jeden główny problem, który pojawił się wraz z otrzymaniem zaproszenia na wesele. Jak mnie to bardzo stresuje, nawet nie macie pojęcia. Co gorsza pochłania 90% moich myśli, a to jest już niedorzeczne. Może nie przejmowałbym się tym tak bardzo, ale to jedno zaproszenie pokazuje, jak bardzo przykre mam życie, pewnie na własne życzenie. Do tego generuje wiele głupich problemów, rozmyślań i smutków, i niewiele da się z tym wszystkim zrobić, trzeba to jakoś przeżyć. Ostatni raz na weselu byłam u przyjaciółek. Gdy wracam wspomnieniami do tamtych dwóch imprez, jestem przygnębiona. Były dla mnie dwa stresujące i krępujące wieczory, starałam się nie być sobą, czyli udawać, że wszystko jest w porządku, ale i tak mam żal do siebie, że nie spisałam się jako przyjaciółka. Nie tak to wyglądało w naszych dziecięcych marzeniach. Na zbliżające się sierpniowe wesele najchętniej bym nie poszła i to wcale nie dlatego, że nie chciałabym się zbawić. To będzie smutny dzień, tym smutniejszy, że znowu będę musiała udawać kogoś kim nie jestem. Moja bliższa i dalsza rodzina zawsze szaleje na imprezach, za to moi domownicy są chyba ostatnimi osobami, które bawią się przy takich okazjach. Rodzinne wyjście w naszym wykonaniu to zawsze powrót do domu z zepsutymi humorami, tak działamy na siebie nawzajem. Moja matka będzie przeżywać każdy kieliszek alkoholu, jak na żonę alkoholika przystało, a mój brat na złość wypije za dużo. Ale to może się nie zdarzyć, bo ten właśnie brat planuje nie iść i ciocia śmiertelnie się na niego obrazi, jako że to nasza bliska rodzina, z którą mamy regularny kontakt. Możliwe, że mój drugi brat nie pójdzie wcale, jeśli dostanie się na wybraną uczelnię. Jeśli żaden z moich braci nie pójdzie, na wesele trzeba będzie wybrać się autobusem i niesamowite, że będę musiała wziąć ze sobą walizkę. Wyjazd z domu, a potem powrót do niego po męczącym wieczorze i wypłakanie się w swoim łóżku to najlepsze, co mogłoby mi się przydarzyć. Jeśli będę musiała zostać na noc w domu panny młodej… Naprawdę nie chcę przez to przechodzić, dla mnie to wszystko niekomfortowe i stresujące, przecież mam tylko 5 lat.  Będąc wśród obcych ludzi nie potrafię nawet pójść do toalety zrobić siku, bo mi zawsze głupio, sama nie wiem czemu. Chyba to wszystko dlatego że nie lubię zwracać na siebie uwagi. Dostałam zaproszenie z osobą towarzyszącą i pierwszy raz w życiu nie chciałabym pójść sama. Niestety myśl o tym, że miałabym wciągać kogoś w niekomfortową sytuację, skutecznie wybija mi wszystkie pomysły z głowy. Choć pójście z kimś to sposób na odcięcie się od reszty. Byłam sama na wszystkich weselach, nie licząc jednego, kiedy zaprosił mnie kolega z klasy, i pójście z kimś to wielki ratunek. Pójście samemu to najgorsze przekleństwo. Jest stresująco, smutno i każdy patrzy na ciebie z politowaniem i musisz dodatkowo odganiać się od wszystkich adoratorów, którzy jakimś cudem też przyszli sami i zostali posadzeni akurat obok ciebie. Nie miałabym z tym większego problemu, gdybym nie była aspołeczna, introwertyczna i akurat “nie zakochana” w kimś, kto nie istnieje. (Lee Minhyuk przecież nie rzuci dla mnie wszystkiego.) Pójście z kimkolwiek to też wpakowanie się w sytuację, którą mogę odchorowywać długo. W tym wszystkim uderza mnie jednak to, że nawet ktokolwiek nie istnieje. Nie istnieje ani jedna osoba, którą mogłabym zaprosić. Nie mam żadnego kolegi. Nie wiem, jak to się stało, a może dlatego, że żaden nie potrafił się ze mną KOLEGOWAĆ, a na końcu wyszło, że nie potrafię się kolegować z tym ostatnim. Naprawdę “użyłabym” Cię jako deskę ratunkową, ale wiem, że i tak odmówisz, tak jak odmówiłeś wtedy i wtedy, a ja dobrze będę przeczuwać prawdziwa przyczynę. Pewne rzeczy muszą pozostać takie jakie są. Będę zawsze chodzić na wesela znajomych, samej pozostając starą panną, nosząc w sobie pytanie, czemu nie umiem tak jak inni być z kimś. Może dlatego, że nie potrafię kochać, a wszystkie związkowe obyczaje wydają się tak obce, że aż przerażające. Kogo mam za to winić? Mogę tylko siebie.

5.05.2019

1032.

Przemyślałam wiele podczas ostatnich dni, tak wiele, że jestem zmęczona, zestresowana i nie rozwiązałam ani jednego z problemów. Chyba za karę moja twarz pokryła się wrogami i nie pozostaje mi nic innego, jak płacz nad własnym obrzydliwym wyglądem (bo nad obrzydliwym sercem szkoda już wylewać łzy.) Próbuję zrozumieć siebie, ale wszystko co widzę to prześladujące mnie rady typu “uśmiechaj się, nikt nie lubi nieszczęśliwych ludzi” , “uśmiechaj się bo może ktoś zakocha się w twoim uśmiechu”, “uśmiechaj się bo tak trzeba, świat nie akceptuje innych ludzi”, “uśmiechaj się i nie mów o tym, co leży ci na sercu bo po co robić kłopoty innym”, “uśmiechaj się mimo wszystko, ale to nie tak że masz udawać, ale się uśmiechaj”. Uśmiecham się więc na przekór wszystkiemu. Idę i mijam ludzi, od których najchętniej bym uciekła, ale mijam ich z uśmiechem, a potem za rogiem zaczynam płakać, bo czuję się jak kłamca. Mówię komuś z uśmiechem, że wszystko w porządku i jakoś to będzie, a potem wypłakuję cały ciężar dnia, gdy kładę się do snu. Najgorsze jest to, że w większości przypadków nie wiem, czemu płaczę i czemu jest mi ciężko na sercu. Jestem strasznie zagubiona i nie boję się do tego przyznać. Niestety przyznanie się przed sobą nie sprawi, że wszystko zacznie się układać. Powiedzenie o tym komukolwiek nie sprawi, że ten ktoś rozwiąże zagadkę mojego życia za mnie. Oglądam właśnie filmik i autor każe mi się zastanowić nad tym co sprawia, że żyję. O, a teraz mówi, abym wzbudziła w sobie jakieś pragnienie czy marzenie, które sprawi, że poczuję się żywa. Mam ożyć w tym tygodniu, pomyśleć o jednej rzeczy. Moje myśli biegną do ludzi, przy których czuję się żywa, ale tych ludzi nie ma i nie będzie w moim życiu. I tutaj zaczyna się wszystko to, co mnie dręczy, każde pytanie o to, czemu jest tak, a nie inaczej, a na końcu dochodzę tylko do jednego wniosku - sama jestem sobie winna. Ludzie odeszli, bo przestałam się uśmiechać i skomplikowałam wszystko tym, co skomplikowane we mnie i czego nie potrafię rozwikłać. W tym tygodniu, który zacznie się już jutro, mam zacząć żyć, odstawić wszystko na bok i żyć, ale jutro poniedziałek i wrócę do pracy, bez której mi tak dobrze, bez tego stresu, ale myślenie o zmianie pracy stresuje mnie podwójnie. Myślę o swojej przeszłości i nie czeka mnie w niej nic poza stresem w dawkach zabijających. Mam ożyć w przyszłym tygodniu, a co jeśli w przyszłym tygodniu powinnam umrzeć? Przeczytałam “Podział Ostateczny” C.S. Lewisa i nie mogę przestać myśleć o tym, jak bardzo to wszystko błędnie działa w moim życiu. Myślę, że w dużej mierze to ta książka mnie zestresowała. Teraz jeszcze bardziej chcę uciec od tego wszystkiego, co we mnie pogmatwane. Wiem, że to nie ucieczka jest rozwiązaniem. Trzeba to wyciągnąć jeszcze raz i poukładać elegancko tak, aby już nigdy nie gniotło, ale i tego nie mogę zrobić, nie zakładając, że będę ofiary. Jestem w sytuacji bez wyjścia według ludzkiego - mojego - przekonania i doprawdy nie wiem, jak to rozwiązać. Myślę, że muszę schudnąć pięć kilogramów, może wtedy ciężar spadnie i z mojego serca.