Wypadałoby o czymś napisać, aby potwierdzić ciągłość swojej egzystencji.
Choruję, mogę powiedzieć, że nieustannie, od kilku lat mam osłabioną
odporność, czepia się mnie mnóstwo zarazków, do dermatologa chodzę
często, bezskutecznie, jeszcze trochę, a będzie dwa lata, do lekarza
rodzinnego chodzę rzadko, lecz ostatnio wydałam na leki zdecydowanie za
dużo, mimo to mój stan zdrowia wcale się nie polepsza, niby wszystko
jest w porządku, a jednak nieustannie męczę się z bólem gardła lub zatok
albo katarem. W lustrzane odbicie spoglądam często, w końcu prawie
codziennie podążam pałacowymi wnętrzami o ścianach obwieszonych
kryształowymi, jedno taflowymi lustrami, a jednak nie widzę oznak
osłabienia czy zmęczenia, może tylko lekko załzawione oczy, choć nie od
płaczu, przeszklone jakby od gorączki, a jednak nie czuję się rozpalona.
Dziwne to wszystko. Czasem mam wrażenie, że kryje się we mnie choroba,
która tylko czeka na odpowiedni moment ataku, a ten pojawiający się i
niknący ból to tylko rozgrzewka. Bywam zdezorientowana, gdy moje ciało
wysyła sprzeczne sygnały, gdy choruje, ale nie chce zachorować, i nie
wiem, czy powinnam się martwić, czy trwać w przyzwyczajeniu i traktować
swoje dolegliwości jak normalny stan. Najbardziej stresujące w tym
wszystkim jest to wyśrodkowanie, dobrze byłoby być zdrowym, dobrze
byłoby być umierającym, a nie tak, byle jak. Zupełnie nie rozumiem,
czemu mam takie byle jakie życie.
26.07.2015
1.07.2015
859. Pewnego dnia w muzeum.
Lipiec. Pierwszego dnia lipca powspominam turystów,
którzy w czerwcu przewinęli się przez hrabiowskie solony, a właściwie jednego,
który pojawił się nie w pałacowych wnętrzach, lecz na wystawie, gdzie
przypadało mi zastępstwo. Jeden niefortunny dzień i nagle przypominasz sobie, że
skrywasz w sobie niechęć do życia. To miał być spokojny dzień nastawiony na
przetrwanie, ponieważ wolę być częścią turystycznego ruchu niż niepewnie i biernie
czekać na zwiedzających, którzy w każdej chwili mogę wkroczyć przez otwarte
drzwi. Trudno uwierzyć mi w miłość od pierwszego wejrzenia, tym bardziej
skierowaną w moją stronę, i mam ochotę płakać nad marnością swego losu, bo oto
zakochał się we mnie kolejny turysta, kolejny po piwie, tym razem kawaler,
widocznie zdesperowany, inaczej nie potrafię wytłumaczyć jego uparcia i amorów.
Przegrałam już na starcie, mówiąc, że jestem wolna, po tym jak w trakcie
rozmowy spytał, co na to on, ale jaki
on – przebiegło mi przez myśli – bo kim miałby być on, skoro w pomieszczeniu znajdowały
się obecnie same kobiety. Po chwili domyśliłam się, że chodzi o mojego
chłopaka, tak, tego chłopaka, którego nigdy nie miałam, więc oznajmiłam, że jego nie ma i tak oto przegrałam cały
dzień, bo przybyły gość zdziwił się tak bardzo, jakby nagle usłyszał, że mam
znajomych kosmitów. Jestem taka nawiana. Przecież powinnam wiedzieć, że nie należy
mówić prawdy, przecież każdy mężczyzna pytający kobietę o jej związek od razu
próbuje wybadać swoje szanse. Pamiętajcie też, że bycie wolnym z wyboru nie
przekonuje nikogo. „Taka ładna dziewczyna i nie ma chłopaka, niemożliwe, pewnie
jakiś ch*j cię kiedyś skrzywdził i dlatego nie chcesz”. Przykre, że niektórzy
mają tak ograniczony światopogląd i wiedzą lepiej, na jakiej zasadzie dokonuję świadomych
wyborów dotyczących własnego życia. To mogła być zwykła sobota spędzona na pracy
w muzeum, a jednak przez trzy godziny byłam skazana na adoratora i myślałam, że
zwymiotuję, kiedy mówił do mnie „kotku”, a potem wciskał bajkę o przyjaźni.
Całe życie to samo, całe życie nękana przez starszy lub wstawionych, a potem
wszyscy się dziwią, że nie bawi mnie zabawa w związki, jeśli życie rysuje przede
mną takie urocze scenariusze.
Szczerze, uważam, że jestem warta więcej niż komplementy alkoholików lub podstarzałych
panów i nie zamierzam ze spokojem wysłuchiwać osób, których przeżyte lata lub
procenty we krwi sprawiają, że zaczepienie młodych dziewczyn to rozrywka i przyjemność.
Unikam takich sytuacji jak ognia, ale tym razem, stojąc w jednym miejscu, nie
miałam wyboru, lecz moja cierpliwość skończyła się wraz z tym, jak pan zalotnik
oznajmił, że ma czas i może czkać na mnie aż do momentu, w którym skończę pracę,
a potem chętnie odwiezie mnie do domu. Im bardziej uparta i niechętna byłam,
tym bardziej trwał w przekonaniu, że nie odejdzie dopóki nie otrzyma mojego
numeru telefonu. Przestałam zwracać na niego uwagę, nie mogłam patrzeć na jego twarz,
bojąc się, że będę miała koszmary przez najbliższy tydzień, nerwowo ściskałam
zaplecione z tytuł dłonie i chciałam, aby zniknął. Kiedy wyszedł zwiedzić
pozostałe miejsca na terenie założenia, zadzwoniłam na ratunek do koleżanek,
ale żadna nie chciała mnie zmienić, trzymając się ściśle wyznaczonych zasada na
sobotni dzień. Na szczęście dziewczyny nie zostawiły mnie bez pomocy.
Powiadomiły strażnika, który ku mojemu i mojego adoratora zaskoczeniu zjawił
się znienacka, po czym oznajmiła, że wszystko słyszał, co oznacza, że lepiej dla
pana nieproszonego turysty będzie
lepiej, jeśli zostawi mnie w spokoju. Przebywający na wystawie turyści spojrzeli
w naszą stronę. Mam nadzieję, że zrobiło mu się głupio, po tym jak straszył mnie, że to mi będzie głupio,
gdy przede mną klęknie. Interwencja zakończyła się sukcesem. Adorator zniknął,
ale zanim wyszedł, chciał się pożegnać. Nie było takiej siły, która zmusiłaby mnie
do podania mu dłoni (po trzech godzinach byłam wymęczona psychicznie jego
obecnością, głupi, jeszcze myślał, że pożegnam się z nim uroczyście), którą chciał
znowu pocałować (nienawidzę jak ktoś adoruje kobiety w ten sposób, zostawiając mokre
zarazki na dłoni), ale odsunęłam się niechętnie i czekałam aż opuści
pomieszczenie, byłam już tak zniechęcona, że nie wiem, co wyszeptał, gdy się do
mnie przysunął. Mam dziwne wrażenie, że powinnam zapamiętać jego słowa, bo
mogło to być coś w stylu wcześniejszych stwierdzeń, że jest uparty, że znajdzie
mnie wszędzie i jeszcze tu wróci. Chyba się bałam, wtedy tak, a potem, gdy
poszedł, ze złości i ulgi uroniłam kilka łez. Powstrzymałam jednak rwący we
mnie potok, bo przy turystach nie wypadało płakać. Próbuję zrozumieć, czemu mam
pecha do takich przypadków, czym zasłużyłam sobie na takie przykre sytuacje,
ale nie potrafię dostrzec związku między moją uczciwością i szczerością w damsko-męskich
znajomościach, a nękaniem przez zauroczonych mężczyzn. Chciałabym, aby
zostawiono mnie w spokoju, aby pozwolono malować usta bez zmartwienia, że ktoś siłą
będzie chciał zetrzeć z nich szminkę. Czasem jest mi zwyczajnie przykro, a
szczególnie wtedy, gdy patrzę na przystojne twarze ulubionych piosenkarzy i
wiem, że nigdy nie usłyszę szczerych komplementów od wartościowych osób. Nie
zasłużyłam, niczym, tylko niechciane zaloty albo nic. Proszę, zabierzecie ode
mnie nachalnych mężczyzn.
Subskrybuj:
Posty (Atom)