20.02.2015

847. Praca, a jednak nie.

Pracowaliście kiedyś za pięć złotych na godzinę? Szczerze, nawet nie wiem, jak opisać tą dziwną sytuację, w której postanowiłam uczestniczy, podejmując ryzyko, które istnieje przy każdej niewiadomej. Napisałam nieprzemyślany życiorys, po czym zorientowałam się, że muszę czekać ponad tydzień na jakąkolwiek odpowiedź, o ile w ogóle takowa miała nadejść, a w dodatku w najgorszej dla mnie postaci, czyli telefonicznej. Nie dość, że odebrałam telefon, który musiałam nosić przy sobie przez ten czas, będąc nieustanie w domu, bo w innym przypadku leżałby gdzieś na biurku, zapomniany, z wyłączonym dźwiękiem i przeterminowanym kalendarzem (nadal nie wierzę, że skończył się na 2014 roku, podczas gdy ja jeszcze trwam), dodatkowo przeprowadziłam długą rozmowę, podczas której myślałam, że zejdę na zawał (nie lubię tego momentu, w którym uświadamiam sobie, że fizycznie ze mną źle, bo wtedy dociera do mnie, że są momenty, w których nie mam nad sobą całkowitej kontroli, a to trochę straszne), następnie odebrałam jeszcze kolejny telefon od innej kobiety, a na koniec dopełniłam formalności przez internet, które sprawiły, że zostałam zarejestrowana w agencji pracy tymczasowej i za pięć godzin miałam stawić się w pierwszej, legalnej i oficjalnej pracy, choć ostatecznie nie tej, do której składałam aplikację.

(Chciałam uniknąć zatrudnienia wszędzie tam, gdzie potrzebna jest książeczka Sanepidu. Wydawanie z własnej kieszeni 200-stu złotych, których się nie ma, w dodatku na coś, co w chwili obecnej przyda się na raz, jest bezsensowne. Najlepiej znaleźć zatrudnienie tam, gdzie pracodawca tak jak ma w obowiązku sam zleca i płaci za badania przyszłego pracownika. Oczywiście, gdybym była pewna, że chcę na stałe pracować w miejscach, w których wymagana jest taka książeczka, pożyczyłam gotówkę i bez problemu udała się na badania do lekarza medycyny pracy, ale sezon letnio-wakacyjny jeszcze się nie rozpoczął, więc i moja chęć ryzyka jest zerowa.) Potwierdziłam brak aktualnej książeczki, nawet na umowie zauważyłam, że mam obowiązek takową posiadać w miejscu pracy, a mimo to pani z agencji nadal podtrzymała propozycję, a ostatecznie, już po stawieniu się w pracy, nikt nie wymagał ode mnie okazania dokumentów (nawet dowodu osobistego!, a przecież nie musiałam być tą dziewczyną, której oczekiwali), a sama się nie wyrywałam, skoro pani z agencji po mojej negatywnej odpowiedzi nie wspomniała ani słowem o tym, że jednak nie może zaproponować mi danej oferty. Mimo to miałam lekkie obawy, podejrzewając, że przy jakakolwiek kontroli tamtej nocy, cała wina spadłaby na mnie. Następnym razem w podobnej sytuacji od razu odmówię, albo dopytam się kilka razy, czy na pewno mogę pracować na danym stanowisku.)

Fakt, że dzwonią do ciebie i proponują pracę jest zaprzeczeniem tych wszystkich haseł głoszących, że praca sama do ciebie nie przyjdzie, a w dodatku dla mnie to ominięcie najgorszego punktu (który sprawia, że jestem w tyle za połową ludzkości), czyli rozmowy kwalifikacyjnej. Jednak uświadomiłam sobie, że praca tymczasowa, w dodatku za pomocą agencji, w moim przypadku jest nieopłacalna jeśli mowa o jakimkolwiek sensownym zarobku, a już na pewno nigdy w życiu nie utrzymałabym się sama z pracy tymczasowej, zwłaszcza mieszkając tu gdzie mieszkam, czyli w miejscu, w którym zlecenia zdarzają się raz na miesiąc, a za 40 złotych przez trzydzieści dni mogłabym jedynie podtrzymać swoje funkcje życiowe za pomocą jedzenia. Jak widać moja przyszłość nadal maluje się w samych odcieniach różu. Potrafię jednak docenić w tej sytuacji fakt, że zawsze będę mogła w kolejnym życiorysie zawrzeć informację o tym, że pracowałam dorywczo, a nie tylko bytowałam w domu przez rok bez stałej pracy, z dala od ludzi i w cieniu życia. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wyolbrzymiam sytuację i jedna noc z marne grosze o niczym nie świadczy, ale jestem tak bardzo odcięta od realnego świata, że każde wystawienie czubka nosa poza drzwi mieszkania traktuję jak wielką przygodę (wiem, to dziwne), bo wtedy przychodzi zmierzyć mi się z rzeczywistością, której nie znam, której zasady są mi obce lub odpychające i w której ludzie różnią się ode mnie, choć nie wykluczam, że może to być tylko wrażenie. W każdym razie, wysyłając życiorys, odbierając telefon i szykując się do pracy, pojawiła się we mnie myśl, że może to wszystko nie jest aż takie trudne jak się wydaje, a ja nie jestem aż taką pomyłką i sierotą, za jaką uważają mnie inni, przez sama postrzegam siebie podobnie i aż momentami mi głupio, że nie potrafię być nikim innym, lepszym i bardziej przydatnym. Możliwe, że to działa również odwrotnie i przez moje negatywne nastawienie również negatywnie postrzegają i mnie, ale przyznam, że trudno mi ocenić, zwłaszcza, że do pewnych rzeczy człowiek się przyzwyczaja i zaczyna traktować je jak normalność, a przez to o nich nie myśli i zapomina, że wypadałoby być kimś innym. Tak czy inaczej, niecodzienna dla mnie sytuacja, w której bez przymusu, samodzielnie i bez wsparcia innych, ogarnęłam rzeczywistość od początku do końca, wywołała we mnie tak wiele dobrych emocji, że za nic w świecie nie mogłam zasnąć przed ośmioma godzinami nocnej pracy, które mnie czekały, choć wiedziałam, że dla mojego organizmu lepiej byłoby odespać poranne wstawanie tego samego dnia. O śnie, jak i wciśnięciu w siebie jedzenia nie było mowy. Leżałam w ciemnym pokoju próbując wkroczyć w krainę snu, ale przed oczami przewijały mi się mnóstwo obrazów (ostatnio tak właśnie mam, w dodatku śni mi się wiele znajomych osób, które przeskakują ze snu do snu, przez co miesza mi się jawa ze snem), choć ostatecznie myślałam tylko o tym, że chcę już zacząć pracę, wykonać pracę i wrócić do domu po pracy.

Do pracy zawiózł mnie brat, bo o tak późnej porze nie miałabym czym dojechać (i to wielkie szczęście, że akurat tego dnia miał wolne), natomiast wracałam już busem, na który czekałam prawie godzinę, na szczęście poranek nie był chłodny i brak zimowej krótki tej zimy znowu okazał się całkiem optymistycznym faktem, bo nie wydałam pieniędzy na coś niepotrzebnego. Wcześniej zajechaliśmy jeszcze do sklepu, abym mogła kupić dla siebie doładowanie do telefonu, gdybym potrzebowała skontaktować się z domem, a pani w sklepie w gratisie zapakowała mi w woreczek trzy rurki z kremem, które chciałam oddać bratu, ale stwierdził, że skoro nie zapakowałam nic do jedzenia (codziennie nie jem w środku nocy, więc i tak nie potrafiłabym wmusić w siebie posiłku o tak późnej porze), powinnam wziąć chociaż to. Później, w trakcie przerwy, gdy jednak czułam głód, zjadłam jedną rurkę, ale od razu stwierdziłam, że to zły pomysł, bo osłabienie, jakie pojawia się przy podnoszeniu ciężkich rzeczy, jak i fakt, że tym dniem była Środa Popielcowa, czyli dla mnie dzień postu, sprawiły, że zrobiło mi się niedobrze. Natomiast woda mineralna jak zwykle mnie nie zawiodła, zwłaszcza, że włączona klimatyzacja w sklepie wysuszała moje drogi oddechowe i niemiłosiernie bolało mnie gardło. Oczywiście z czasem zaczęło boleć mnie całe ciało, bo jak praca to praca, ale ziewać zaczęłam dopiero pół godziny przed końcem. Ostatecznie spędziłam na nogach 23 godziny, a uświadamiając sobie ten fakt, pomyślałam o moim koledze, który spędza w pracy dobę, po czym ma dwa dni wolnego, i tak już od prawie roku, co musi być cholernym obciążeniem dla organizmu, zwłaszcza, że poza pracą też trzeba żyć i wypełniać inne obowiązki. Do moich zadań należało rozpakowywanie palet i układanie towaru na półkach, a przy otwieraniu pudełek pomagał mi nożyk do papieru, którym przez nie uwagę pocięłam się kilka razy, choć tylko raz do krwi – tak jestem sierotą. I tylko raz pomyślałam o tym, że jest tak bardzo ostry, że zostawiłby głębokie rany na nadgarstkach – tak nadal myślę o głupotach. Cały czas w sklepie płynęła z głośników muzyka, nawet przyjemna i zupełnie mi nieznana, więc z jednej strony słuchałam piosenek, a z drugiej całkowicie o nich zapominałam. Właściwie zdziwiło mnie to, że skupiłam się wyłącznie na pracy, dzięki czemu moje myśli były dalekie od rozbiegania na wszystkie strony, więc te osiem godzin okazało się odpoczynkiem i błogosławieństwem dla mojej psychiki. Czułam się tak, jakbym była w transie, miałam tylko jeden cel – wykonać porządnie powierzone zadania, a w dodatku pracując byłam nikim. Nadal nie dowierzam, że nikt nie przedstawił się oficjalnie, mnie również nie zapytano o imię; byłam tam kimś anonimowym, nawet przerwę przesiedziałam sama, aby uniknąć pytań o niejedzenie, wciskania we mnie jedzenia oraz wszystkich niepotrzebnych pytań, które mogłyby paść dla zwykłego podtrzymania rozmowy, a mi tylko przysporzyłby kłopotu i zestresowały, gdyż na większość tego typu pytań nie znam odpowiedzi i przeważnie muszę wymyślać coś na szybko, a to ociera się o kłamstwo. Czasem zwyczajnie nie chcę zdradzać prawdy, bo mogłaby być ona niewygodna i stawiać innych, jak i mnie przy ich milczeniu, w krępującej sytuacji. Możliwe, iż pomyśleli, że jestem dzika albo niewychowana, ale ostatecznie to nie ma znaczenia, bo co mi po opinii ludzi obcych, tym bardziej, że jestem przyzwyczajona do fałszywych przekonań znajomych na mój temat, więc na jedno wychodzi. Ostatecznie moja praca była tymczasowa, więc nie warto było zawracać sobie głowy czymś, co miało szybko przeminąć.

Wiecie, to dziwne, że sama musiałam się o wszystko dopytywać; naprawdę nikt się mną nie zajął,. Wskazano mi jedynie szatnię i na tym skończyła się moja orientacja w terenie i obowiązkach się skończyła. Równie dobrze mogłabym być duchem snującym się po sklepie; nawet w magazynie, w którym nie wolno przebywać osobom nieupoważnionym, nikt nie zwracał na mnie większej uwagi. Może to wszystko dlatego, że miałam wyznaczony przez agencję strój, jaki powinnam mieć na sobie podczas pracy (a od sklepu firmowego nie dostałam), więc dzięki temu odróżniałam się na tle innych, czyli klientów, którzy jeszcze do północy pojawiali się w sklepie, a wiadomo, że o tej porze roku ubrani byli w kurtki. Oczywiście wszędzie były zamontowane kamery, więc tak czy inaczej ktoś miał nade mną kontrole, choć sama obojętność pracowników wydała mi się dziwna. Oni jednak pracują tam na co dzień, prawdopodobnie od kilku lat, więc to co dla mnie nowe i niezrozumiałe, u nich mogło wynikać z przyzwyczajenia i pewności, że powinnam już wszystko wiedzieć. Ostatecznie zastana sytuacja w ogóle mi nie przeszkadzała; wystarczyło wykonać swoją pracę jak najlepiej, a że ja mam w sobie coś takiego jak poczucie obowiązku i nie umiejętność olewania i oszukiwania, wypełniłam wyznaczone osiem godzin tak, jak powinnam. Niesamowite jednak w tym wszystkim jest to, że spędzony tam czas minął mi bardzo szybko, zupełnie jakby była to tylko godzina. Będąc już w domu nie mogłam pozbyć się wrażenia, że jeszcze przed chwilą prasowałam ubrania do pracy, a teraz je ściągam, bo jest już po wszystkim.

Gdyby nie pięć złotych zarobku na godzinę minus koszt dojazdu, a przede wszystkim martwienie się brakiem aktualnej książeczki Sanepidu, byłoby to dla mnie całkiem opłacalne zajęcie do czasu, w którym nie wymyśliłabym czegoś lepszego. Tymczasem wracam do punktu wyjścia.

11.02.2015

846. Filmy bolą.


Odczuwam niedobór dobrego (według mojej subiektywnej oceny) kina. Niesamowite, że rok temu byłam w „filmowym ciągu”, a każdy kolejny tytuł okazywał się trafionym wyborem. Brakuje mi tego. Oglądam też mniej, bo trudniej zdecydować mi się na seans „dla odhaczenia kolejnego tytuły”, podczas gdy wolałabym włączyć film, którego nigdzie nie mogę dostać. W takich momentach powracam myślami do ulubionych produkcji; przed oczami migają mi znaczące sceny, ważne dla mnie, najbardziej lubię, gdy film boli; najpierw delikatnie wbija szpilki w skórę rąk, a potem niespodziewanie dźga nożem prosto w serce. Wykonuję codzienne czynności; myję zęby, przygotowuję posiłek, siedzę próbując skupić się na jakiejś czynności, leżę w łóżku przed snem gdy nagle i niespodziewanie jedna z filmowych scen wkrada się do moich myśli i tak zaczynam krwawić na nowo. Postanowiłam więc, że w jednym wpisie zamieszczę wybrane (kolejność przypadkowa) filmy, których fragmenty zamieszkały we mnie jak duchy, czasem dobre, czasem złe. 

1. „Hamam. Łaźnia turecka” (1997, reż. Ferzan Özpetek)

Film o szukaniu swojego miejsca na ziemi. Jedyny pełnometrażowy, któremu przyznałam dziesięć punktów z dziesięciu możliwych na filmweb.pl, bo uznałam, że idealnie nadaje się na mój „film wizytówkę”. Chciałabym kiedyś z tym samym spokojem, który maluje się na twarzy Marty, spojrzeć na panoramę miasta, które pokocham. 
Stambuł jest tym, czego szukałam. Jestem tu tylko tydzień, a on już zapiera mi oddech… Zmarnowałam tak dużo czasu, nim tu dotarłam… Czuję, jakby on czekał właśnie na mnie cicho, a ja gnałam zmęczona nieprzydatnym życiem. Rzeczy tu płyną wolniej i łagodnie. Ten lekki wiaterek rozwiewa me niepokoje i sprawia, że moje ciało drży. W końcu mam ochotę zacząć wszystko od początku.

2. “Posępna noc” (2010, reż. Sung-Hyun Yoon) 

Boli mnie, już prawie rok, i o nim najczęściej myślę z pośród wszystkiego, co obejrzałam przez całe swoje dotychczasowe życie. Trudno mi uwierzyć, że nigdy nie zdecydowałam się na drugi seans. (Natomiast sam trailer widziałam chyba setkę razy.) Z chęcią obejrzałabym go z kimś, choć wydaje mi się, że niewielu będzie w stanie docenić go równie mocno jak ja, a myślę tak jedynie dlatego, że do filmów podchodzę emocjonalnie i czasem obiektywizmu we mnie niewiele. Zawsze przykro słyszeć, że polecany przez nas film rozczarował widza, ale ostatecznie zrozumienie, że gusta są różne, zaciera niemiłe uczucie. Sama po seansie byłam emocjonalnie wyczerpana, a jednocześnie zasypana przemyśleniami. Ten film intryguje, wkurza, daje po twarzy, a na końcu doprowadza do łez, mimo to nadal go kocham.

Even if I lose everything, I’d still have you. Even if others don’t give a shit, as long as I have you, I will be ok.

3. “Tom” (2013, reż. Xavier Dolan) 

Mój ulubiony film Dolana. Widziałam go dwa razy w ciągu miesiąca, w dodatku niedługo po polskiej premierze, a piosenkę użytą przy napisach końcowych odtwarzałam codziennie przez kilka tygodni. Kolorystyka, ponury nastrój, tajemnica, ale przede wszystkim tango. Nawet, jeśli podczas seansu w „kinie” niektórzy widzowie zaśmiali się podczas tej sceny, dla mnie na zawsze pozostanie drobnym ukłuciem, wstrzymanym oddechem i miłym zdziwieniem. Now, all I can do without you is replace you.

4. “Wyznania” (2010, reż. Tetsuya Nakashima)

Film, który ocenia się skrajnie, jeden albo dziesięć, a na forum można natknąć się na kłótnie. Nieustannie nie dowierzam, że przebaczyłam mu wszystkie okrutne krzywdy, wiedząc, że wszystko co robił, prowadziło go do jednej chwili szczęścia… Lecz ciągle zastanawiam się nad tym, czy cel uświęca środki i… Za każdym razem, gdy słyszę piosenkę „Last flowers” zespołu Radiohead, która została użyta w filmie, robi mi dziwnie smutno, a potem widzę ten otwarty kartonik mleka upadający w zwolnionym tempie na podłogę i krew i niewyobrażalne cierpienie ogarniające ciała wszystkich głównych bohaterów, a potem przypominam sobie swój szok po zakończeniu seansu. Chory film, bardzo dobry chory film.  

„Pop.” Did you hear that? That’s the sound of something important to you disappearing.

5. „Oslo, 31 sierpnia” (2011, reż. Joachim Trier)

Ciągnące się od początku do końca filmu przygnębienie. Poszukiwanie zrozumienia i ostatniej szansy na podtrzymanie ledwo dostrzegalnej nadziei. Chciałabym za każdy razem po kolejnym spoliczkowaniu przez życie w identyczny sposób co Andres wymawiać następujące słowa: It’ll get better. It’ll all work out… Expect it won’t.

6. “Skutki miłości” (2004, reż. Paolo Sorrentino)

Wszystkie linie wysokiego napięcia w połączeniu z mroźnym zimowym krajobrazem to dla mnie cios prosto w serce, bo „jeśli raz byliśmy przyjaciółmi, jesteśmy nimi na całe życie”. Chciałabym zacytować wszystkie słowa zamykające film, ale nie mogę ryzykować seansów jeszcze nie rozpoczętych przez wędrowców, którzy tutaj przypadkowo zawitają. 

Jedna rzecz jest pewna. Jestem o tym przekonany. Każdego dnia na szczycie słupa elektrycznego położonego pośród śnieżnych  gór, w zimnie i szalejącym wietrze Dino Giuffrč przerywa na chwilę swą pracę. Smutek nachodzi jego duszę i zaczyna myśleć. I myśli o tym, że…

Reszta jest tajemnicą, którą musicie odkryć sami.  

7. “Vengo” (2000,  reż. Tony Gatlif)

Scena, którą oglądałam na jednym z wykładów, chyba dwa lata temu, stała się automatycznie moją ulubioną. Stypa w andaluzyjskich rytmach i pogrążony w żałobie ojciec po stracie ukochanej córki, wlewający kieliszek po kieliszku w swoją cierpiącą duszę. Może to głupie, ale nie pamiętam wiele z samego filmu, tylko ciągle ta scena i piosenka, do której zdarzyło mi się nie raz tańczyć w swoim pokoju…


8. „Foxfire (1996, reż. Annette Haywood-Carter

Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy widziałam ten film, ale za każdym razem boli na nowo. Moja obsesja przez długie miesiące, której nawet nie potrafię zlokalizować, zrozumieć a tym bardziej nazwać. Nie wiem, czy to za sprawą samej historii, sympatii do aktorek, klimatu lat dziewięćdziesiątych, czy piosenek rozbrzmiewających w tle. Najprawdopodobniej to suma tego wszystkiego. Jednak przede wszystkim nadzieja i wyczekiwanie wymalowane na twarzy „Legs”, chwila ciszy, a potem wielkie rozczarowanie i śmiech. Ten przejściowy moment, jedna chwila, w której już słyszysz „nic z tego”, ale nadal nie dowierzasz, choć już wiesz, że będziesz musiał zapomnieć, lecz przez długo nie uda ci się tego dokonać, a może nawet nigdy. Myślę o tej scenie i nagle wydaje mi się okrutna, więc dla potwierdzenia musiałam ją, właśnie teraz, podczas tworzenia tego wpisu, ponownie obejrzeć. Nadal boli jak nieuważne skaleczenie palca przez zahaczenie o ostrą kartkę papieru. (Uwielbiam to porównanie i z przesadą używam go w różnych sytuacjach.) Zaczynam się niepokoić. „Dancing barefoot” Johnette Napolitano razem z „You” Candlebox to moje muzyczne obsesje z tego filmu.

9. "The Depths" (2011, reż. Ryuske Hamaguchi)

Nawet nie wiem, jak trafiłam na ten film; jest o nim niewiele informacji w internecie. Może gdzieś ukradkiem wyświetlił się w polecanych na youtube? Właśnie, bo obejrzałam go dzięki temu, że tam się znalazł, w jakości 240p. Dotarło do mnie, że seans będzie słaby wizualnie, ale podczas oglądanie zupełnie o tym zapomniałam, a kiedy kilka miesięcy później obejrzałam trailer z obrazem wysokiej jakości, doznałam prawdziwego szoku. Mam ochotę na ponowne zobaczenie całości w lepszym obrazie, ale nadal taki luksus nie jest dla mnie dostępny. 

Kiedy myślę o tym filmie, przed oczami widzę przede wszystkim sesję zdjęciową Ryu po zgoleniu włosów. Byłam równie zaskoczona i zahipnotyzowana efektem jak fotograf i jego znajomy. Potem zastanawiam się nad dziwnym splotem wydarzeń i równie dziwnymi relacjami, które powstały w przeciągu kilku dni między trójką bohaterów. Niewypowiedziane słowa, spojrzenia nieodkryte, gesty impulsywne, odmienne doświadczenia życiowe, bariera językowa i brutalna rzeczywistość nielegalnych interesów. Nagle zdjęcia stają się zamkniętymi w obrazie wspomnieniami, po których potem nie zostaje ślad. Tylko ta jedna fotografia... 

Kolejny film, którego ostatnia scena musi pozostać tajemnicą, aby uniknąć spoilera, jednak to właśnie ona stanowi klucz do zrozumienia całości. Jej realność i prawdziwość brutalnie uderza. Pamiętam jak na kilka chwil przed końcem zrozumiałam, jakie szykuje się zakończenie, lecz nie odgadłam, że „pożegnanie” będzie ukazane właśnie w taki sposób, sposób, o którym wspomnieć nie mogę. Podczas wyświetlania napisów końcowych mamrotałam tylko pod nosem „nie, nie, nie”, choć przecież dobrze wiedziałam (i wiem nadal), że takie właśnie jest życie, okrutne, i trzeba nauczyć się zapominać, jeśli taki właśnie rozkaz wyda rzeczywistość.

Smile. Smile, even if you don’t mean it.
 
10. „Petal dance” (2013, reż. Hiroshi Ishikawa)

Wolno płynąca historia wypełniona spokojnymi dialogami, przemyśleniami na temat przyjaźni, rozgrywająca się w surowym, zimowym krajobrazie, z silnym wiatrem wiejącym z nad morza, który rozwiewa włosy trzech podróżniczek. Dwie z nich, pełne obaw, jadą odwiedzić niewidzianą przez sześć lat przyjaciółkę w szpitalu po otrzymaniu informacji o jej próbie samobójczej. Trzecia dziewczyna, która prowadzi samochód, jest osobą obcą dla pozostałych bohaterek, poznaną zaledwie kilka godzin wcześniej w wyniku zaskakującego zbiegu okoliczności. To właśnie ona jest główną postacią filmu, jednak występuje tutaj głównie jako milczący obserwator. Czasem możemy poznać jej myśli, które są nawiązaniem do zarysowanej na początku filmu sytuacji, ciążącej na jej duszy. 

Prostota i milczący smutek jest tym, co urzekło mnie w tym filmie, łącznie ze stonowaną kolorystyką i widokami morza. Każde wspomnienie nastraja mnie melancholijnie.

Nie potrafiłam powtórzyć tego, co powiedziałaś. Nie potrafiłam słuchać tego, co miałaś do powiedzenia. I wtedy zniknęłaś. Nie wiem, gdzie teraz jesteś. Nie wiem nawet, czy żyjesz.”