Pracowaliście kiedyś za pięć złotych na
godzinę? Szczerze, nawet nie wiem, jak opisać tą dziwną sytuację, w
której postanowiłam uczestniczy, podejmując ryzyko, które istnieje przy
każdej niewiadomej. Napisałam nieprzemyślany życiorys, po czym
zorientowałam się, że muszę czekać ponad tydzień na jakąkolwiek
odpowiedź, o ile w ogóle takowa miała nadejść, a w dodatku w najgorszej
dla mnie postaci, czyli telefonicznej. Nie dość, że odebrałam telefon,
który musiałam nosić przy sobie przez ten czas, będąc nieustanie w domu,
bo w innym przypadku leżałby gdzieś na biurku, zapomniany, z wyłączonym
dźwiękiem i przeterminowanym kalendarzem (nadal nie wierzę, że skończył
się na 2014 roku, podczas gdy ja jeszcze trwam), dodatkowo
przeprowadziłam długą rozmowę, podczas której myślałam, że zejdę na
zawał (nie lubię tego momentu, w którym uświadamiam sobie, że fizycznie
ze mną źle, bo wtedy dociera do mnie, że są momenty, w których nie mam
nad sobą całkowitej kontroli, a to trochę straszne), następnie odebrałam
jeszcze kolejny telefon od innej kobiety, a na koniec dopełniłam
formalności przez internet, które sprawiły, że zostałam zarejestrowana w
agencji pracy tymczasowej i za pięć godzin miałam stawić się w
pierwszej, legalnej i oficjalnej pracy, choć ostatecznie nie tej, do
której składałam aplikację.
(Chciałam uniknąć zatrudnienia wszędzie
tam, gdzie potrzebna jest książeczka Sanepidu. Wydawanie z własnej
kieszeni 200-stu złotych, których się nie ma, w dodatku na coś, co w
chwili obecnej przyda się na raz, jest bezsensowne. Najlepiej znaleźć
zatrudnienie tam, gdzie pracodawca tak jak ma w obowiązku sam zleca i
płaci za badania przyszłego pracownika. Oczywiście, gdybym była pewna,
że chcę na stałe pracować w miejscach, w których wymagana jest taka
książeczka, pożyczyłam gotówkę i bez problemu udała się na badania do
lekarza medycyny pracy, ale sezon letnio-wakacyjny jeszcze się nie
rozpoczął, więc i moja chęć ryzyka jest zerowa.) Potwierdziłam brak
aktualnej książeczki, nawet na umowie zauważyłam, że mam obowiązek
takową posiadać w miejscu pracy, a mimo to pani z agencji nadal
podtrzymała propozycję, a ostatecznie, już po stawieniu się w pracy,
nikt nie wymagał ode mnie okazania dokumentów (nawet dowodu osobistego!,
a przecież nie musiałam być tą dziewczyną, której oczekiwali), a sama
się nie wyrywałam, skoro pani z agencji po mojej negatywnej odpowiedzi
nie wspomniała ani słowem o tym, że jednak nie może zaproponować mi
danej oferty. Mimo to miałam lekkie obawy, podejrzewając, że przy
jakakolwiek kontroli tamtej nocy, cała wina spadłaby na mnie. Następnym
razem w podobnej sytuacji od razu odmówię, albo dopytam się kilka razy,
czy na pewno mogę pracować na danym stanowisku.)
Fakt, że dzwonią do ciebie i proponują
pracę jest zaprzeczeniem tych wszystkich haseł głoszących, że praca sama
do ciebie nie przyjdzie, a w dodatku dla mnie to ominięcie najgorszego
punktu (który sprawia, że jestem w tyle za połową ludzkości), czyli
rozmowy kwalifikacyjnej. Jednak uświadomiłam sobie, że praca tymczasowa,
w dodatku za pomocą agencji, w moim przypadku jest nieopłacalna jeśli
mowa o jakimkolwiek sensownym zarobku, a już na pewno nigdy w życiu nie
utrzymałabym się sama z pracy tymczasowej, zwłaszcza mieszkając tu gdzie
mieszkam, czyli w miejscu, w którym zlecenia zdarzają się raz na
miesiąc, a za 40 złotych przez trzydzieści dni mogłabym jedynie
podtrzymać swoje funkcje życiowe za pomocą jedzenia. Jak widać moja
przyszłość nadal maluje się w samych odcieniach różu. Potrafię jednak
docenić w tej sytuacji fakt, że zawsze będę mogła w kolejnym życiorysie
zawrzeć informację o tym, że pracowałam dorywczo, a nie tylko bytowałam w
domu przez rok bez stałej pracy, z dala od ludzi i w cieniu życia.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wyolbrzymiam sytuację i jedna noc z
marne grosze o niczym nie świadczy, ale jestem tak bardzo odcięta od
realnego świata, że każde wystawienie czubka nosa poza drzwi mieszkania
traktuję jak wielką przygodę (wiem, to dziwne), bo wtedy przychodzi
zmierzyć mi się z rzeczywistością, której nie znam, której zasady są mi
obce lub odpychające i w której ludzie różnią się ode mnie, choć nie
wykluczam, że może to być tylko wrażenie. W każdym razie, wysyłając
życiorys, odbierając telefon i szykując się do pracy, pojawiła się we
mnie myśl, że może to wszystko nie jest aż takie trudne jak się wydaje, a
ja nie jestem aż taką pomyłką i sierotą, za jaką uważają mnie inni,
przez sama postrzegam siebie podobnie i aż momentami mi głupio, że nie
potrafię być nikim innym, lepszym i bardziej przydatnym. Możliwe, że to
działa również odwrotnie i przez moje negatywne nastawienie również
negatywnie postrzegają i mnie, ale przyznam, że trudno mi ocenić,
zwłaszcza, że do pewnych rzeczy człowiek się przyzwyczaja i zaczyna
traktować je jak normalność, a przez to o nich nie myśli i zapomina, że
wypadałoby być kimś innym. Tak czy inaczej, niecodzienna dla mnie
sytuacja, w której bez przymusu, samodzielnie i bez wsparcia innych,
ogarnęłam rzeczywistość od początku do końca, wywołała we mnie tak wiele
dobrych emocji, że za nic w świecie nie mogłam zasnąć przed ośmioma
godzinami nocnej pracy, które mnie czekały, choć wiedziałam, że dla
mojego organizmu lepiej byłoby odespać poranne wstawanie tego samego
dnia. O śnie, jak i wciśnięciu w siebie jedzenia nie było mowy. Leżałam w
ciemnym pokoju próbując wkroczyć w krainę snu, ale przed oczami
przewijały mi się mnóstwo obrazów (ostatnio tak właśnie mam, w dodatku
śni mi się wiele znajomych osób, które przeskakują ze snu do snu, przez
co miesza mi się jawa ze snem), choć ostatecznie myślałam tylko o tym,
że chcę już zacząć pracę, wykonać pracę i wrócić do domu po pracy.
Do pracy zawiózł mnie brat, bo o tak
późnej porze nie miałabym czym dojechać (i to wielkie szczęście, że
akurat tego dnia miał wolne), natomiast wracałam już busem, na który
czekałam prawie godzinę, na szczęście poranek nie był chłodny i brak
zimowej krótki tej zimy znowu okazał się całkiem optymistycznym faktem,
bo nie wydałam pieniędzy na coś niepotrzebnego. Wcześniej zajechaliśmy
jeszcze do sklepu, abym mogła kupić dla siebie doładowanie do telefonu,
gdybym potrzebowała skontaktować się z domem, a pani w sklepie w
gratisie zapakowała mi w woreczek trzy rurki z kremem, które chciałam
oddać bratu, ale stwierdził, że skoro nie zapakowałam nic do jedzenia
(codziennie nie jem w środku nocy, więc i tak nie potrafiłabym wmusić w
siebie posiłku o tak późnej porze), powinnam wziąć chociaż to. Później, w
trakcie przerwy, gdy jednak czułam głód, zjadłam jedną rurkę, ale od
razu stwierdziłam, że to zły pomysł, bo osłabienie, jakie pojawia się
przy podnoszeniu ciężkich rzeczy, jak i fakt, że tym dniem była Środa
Popielcowa, czyli dla mnie dzień postu, sprawiły, że zrobiło mi się
niedobrze. Natomiast woda mineralna jak zwykle mnie nie zawiodła,
zwłaszcza, że włączona klimatyzacja w sklepie wysuszała moje drogi
oddechowe i niemiłosiernie bolało mnie gardło. Oczywiście z czasem
zaczęło boleć mnie całe ciało, bo jak praca to praca, ale ziewać
zaczęłam dopiero pół godziny przed końcem. Ostatecznie spędziłam na
nogach 23 godziny, a uświadamiając sobie ten fakt, pomyślałam o moim
koledze, który spędza w pracy dobę, po czym ma dwa dni wolnego, i tak
już od prawie roku, co musi być cholernym obciążeniem dla organizmu,
zwłaszcza, że poza pracą też trzeba żyć i wypełniać inne obowiązki. Do
moich zadań należało rozpakowywanie palet i układanie towaru na półkach,
a przy otwieraniu pudełek pomagał mi nożyk do papieru, którym przez nie
uwagę pocięłam się kilka razy, choć tylko raz do krwi – tak jestem
sierotą. I tylko raz pomyślałam o tym, że jest tak bardzo ostry, że
zostawiłby głębokie rany na nadgarstkach – tak nadal myślę o głupotach.
Cały czas w sklepie płynęła z głośników muzyka, nawet przyjemna i
zupełnie mi nieznana, więc z jednej strony słuchałam piosenek, a z
drugiej całkowicie o nich zapominałam. Właściwie zdziwiło mnie to, że
skupiłam się wyłącznie na pracy, dzięki czemu moje myśli były dalekie od
rozbiegania na wszystkie strony, więc te osiem godzin okazało się
odpoczynkiem i błogosławieństwem dla mojej psychiki. Czułam się tak,
jakbym była w transie, miałam tylko jeden cel – wykonać porządnie
powierzone zadania, a w dodatku pracując byłam nikim. Nadal nie
dowierzam, że nikt nie przedstawił się oficjalnie, mnie również nie
zapytano o imię; byłam tam kimś anonimowym, nawet przerwę przesiedziałam
sama, aby uniknąć pytań o niejedzenie, wciskania we mnie jedzenia oraz
wszystkich niepotrzebnych pytań, które mogłyby paść dla zwykłego
podtrzymania rozmowy, a mi tylko przysporzyłby kłopotu i zestresowały,
gdyż na większość tego typu pytań nie znam odpowiedzi i przeważnie muszę
wymyślać coś na szybko, a to ociera się o kłamstwo. Czasem zwyczajnie
nie chcę zdradzać prawdy, bo mogłaby być ona niewygodna i stawiać
innych, jak i mnie przy ich milczeniu, w krępującej sytuacji. Możliwe,
iż pomyśleli, że jestem dzika albo niewychowana, ale ostatecznie to nie
ma znaczenia, bo co mi po opinii ludzi obcych, tym bardziej, że jestem
przyzwyczajona do fałszywych przekonań znajomych na mój temat, więc na
jedno wychodzi. Ostatecznie moja praca była tymczasowa, więc nie warto
było zawracać sobie głowy czymś, co miało szybko przeminąć.
Wiecie, to dziwne, że sama musiałam się o
wszystko dopytywać; naprawdę nikt się mną nie zajął,. Wskazano mi
jedynie szatnię i na tym skończyła się moja orientacja w terenie i
obowiązkach się skończyła. Równie dobrze mogłabym być duchem snującym
się po sklepie; nawet w magazynie, w którym nie wolno przebywać osobom
nieupoważnionym, nikt nie zwracał na mnie większej uwagi. Może to
wszystko dlatego, że miałam wyznaczony przez agencję strój, jaki
powinnam mieć na sobie podczas pracy (a od sklepu firmowego nie
dostałam), więc dzięki temu odróżniałam się na tle innych, czyli
klientów, którzy jeszcze do północy pojawiali się w sklepie, a wiadomo,
że o tej porze roku ubrani byli w kurtki. Oczywiście wszędzie były
zamontowane kamery, więc tak czy inaczej ktoś miał nade mną kontrole,
choć sama obojętność pracowników wydała mi się dziwna. Oni jednak
pracują tam na co dzień, prawdopodobnie od kilku lat, więc to co dla
mnie nowe i niezrozumiałe, u nich mogło wynikać z przyzwyczajenia i
pewności, że powinnam już wszystko wiedzieć. Ostatecznie zastana
sytuacja w ogóle mi nie przeszkadzała; wystarczyło wykonać swoją pracę
jak najlepiej, a że ja mam w sobie coś takiego jak poczucie obowiązku i
nie umiejętność olewania i oszukiwania, wypełniłam wyznaczone osiem
godzin tak, jak powinnam. Niesamowite jednak w tym wszystkim jest to, że
spędzony tam czas minął mi bardzo szybko, zupełnie jakby była to tylko
godzina. Będąc już w domu nie mogłam pozbyć się wrażenia, że jeszcze
przed chwilą prasowałam ubrania do pracy, a teraz je ściągam, bo jest
już po wszystkim.
Gdyby nie pięć złotych zarobku na godzinę
minus koszt dojazdu, a przede wszystkim martwienie się brakiem
aktualnej książeczki Sanepidu, byłoby to dla mnie całkiem opłacalne
zajęcie do czasu, w którym nie wymyśliłabym czegoś lepszego. Tymczasem
wracam do punktu wyjścia.