31.08.2013

772. what will bring me home, what will make me stay

Nie lubię, gdy piosenki, filmy, przedmioty (cokolwiek) kojarzą mi się z osobami, czy wycinkami z przeżytej już części życia. To denerwujące, gdy nie możesz w spokoju posłuchać piosenki, nie przywołując przy tym czegoś, o czym niekoniecznie chciałbyś pamiętać lub zwyczajnie przyjemniej byłoby nie mieć odniesień. John Irving na myśl przywołuje mi tylko jedną osobę. Po miesiącach zastanawiam się, czy nie potrafiłam zrozumieć czegoś, co powinnam. Chciałabym, żeby tamta przeszłość nie wróciła, lecz czasem mam wrażenie, że furtki są niedomknięte. Może ktoś znów wleje we mnie fałszywe poczucie winy za życie, z którym nie miałam nic wspólnego? Chyba od tamtego momentu pomyślałam, że to koniec mojego życia w internetowym społeczeństwie. Nie potrafię umiejscowić miesięcy, ale wiem, że jednak jakiś czas później (i po raz ostatni) ostro zabawiłam się w internetowe znajomości. Nie wyszło mi to na zdrowie. Chyba na serio chciałam siebie dobić. Obecnie mój limit życia w społeczeństwie, fikcyjnym i realnym, w formie zaangażowanej, wyczerpał się na najbliższe sto lat. Październik będzie bólem i nie dlatego, że przebywanie w studenckiej społeczności jest niekorzystne, lubię naszą wąską grupkę, a jednak zauważyłam, że moja umiejętność wydobywania z siebie głosu osłabła przerażająco. Zanim wrócę do wprawy, o ile wrócę, minie sporo czasu. Ciekawe, jak wyjdzie przyszłotygodniowy powrót panny, która mieszkała za górami, za lasami i za morzami. Wystarczy, że jedna po książkę przychodzi ponad miesiąc, choć myślę, że już dawno zapomniałam o książce i zaakceptowała, że pragnę uschnąć w te wakacje. Głupio mieć tą jedną myśl, że gdyby zamiast „nie” powiedziało się „tak”, lato byłoby zupełnie czymś innym. Szkoda, że nie bawię się ludźmi i ostrożnie podejmuję decyzje. Szkoda, że inni pewnie myślą, iż to oznaka, że mam ich głęboko gdzieś. Nie martwice się, myślę dokładnie to samo, jeśli odgradzacie mnie od siebie. Jestem wdzięczna E., że przebiła się do mnie ze swoimi wakacyjnymi dniami, a P. za to, że dzieli się swoim optymizmem, którego mi brak. Nie mogę też zapomnieć o V., która mnie zaczepiła, choć miałam wrażenie, że przeszłość chce dać mi z liścia w twarz. Reszta zostaje nie przemyślana; nie chcę rozbudzać w sobie niepotrzebnego żalu. Nie to nie, I get it. Jeśli nadmiar myśli wykańcza, należy rezygnować z kontaktu ze źródłem wywołujący myślo-toki, prawda? Sorry, ludzie.
To żałosne, że od Johna Irivnga przeszłam do nieatrakcyjnych przemyśleń. Wróćmy jednak do pisarza, którego książkę wypożyczyłam w czwartek. „Hotel New Hampshire” (wystarczy wyraz „hotel’, by pomyśleć „E. pracuje w hotelu”). Rozdział pierwszy, o niedźwiedziu, od którego zaczęły się losy rodziny Barrych (i nie dlatego, że on był jej założycielem, choć powiedzmy, że maczał w tym palce), nie zachęcił mnie ani trochę. Późnym popołudniem czekałam na brata, siedząc na murku przed salonem Renault, skąd miał mnie odebrać, i czytałam. Nogi bolały mnie od nieustannego chodzenia przez pół dnia, słońce zwrócone było wprost w moją stronę, chłopak obok zajęty był czyszczeniem brukowych schodków (miło, że mnie nie przegonił), a hałasowi ruchliwej ulicy wtórowały samochody przejeżdżające tuż obok, bo za rogiem znajdowała się stacja paliw. Nawet ktoś usiadł obok mnie – poczułam intensywny zapach perfum, przez chwile myśląc, że to może mój brat, ale jednak wydało mi się to nielogiczne i przy odrobinie ostrożnej odwagi zlustrowałam wzrokiem chłopaka w białej koszulce; nieznajomy. Tak w niedogodnych warunkach (co by powiedzieli czytelnicy bibliotek) zaczęłam brnąć przez książkę, którą wypożyczyłam dwie godziny wcześniej. Przekręcałam kartki i myślałam, skoro Sara Quin dała radę, a do tego po lekturze postały dwie piosenki („Not tonight” oraz „Terrible Storm”), też wytrwam. Obecnie zakładka tkwi na 130 stronie z 544 i zaczyna się robić ciekawie, choć podejrzewam, że ostatecznie i tak dojdę do wniosku, że John Irving to jednak nie moja bajka. Już jedną książkę tego autora miałam w rękach. Skończyło się na: „nie, nie, nie mogę tego czytać, co to w ogóle jest, nudne i bez sensu.” Zwróciłam nie przeczytaną książkę do biblioteki, a zdarza mi się to raz na rok. Tymczasem daję kolejną szansę panu Irvingowi, choć tak naprawdę chcę się dowiedzie, który fragment książki był inspiracją do napisania piosenek.

24.08.2013

771. Ciągle tam stoję...

Ciągle tam stoję, nawet nie muszę zamykać oczu, by ujrzeć miejsce pełne obcych sylwetek. Widzę tylko zarys pleców; moje dwudziestominutowe spóźnienie ustawia mnie na końcu, jeszcze przed drzwi, jeszcze w przedsionku. Rejestruję obecność kilku postaci za mną, także spóźnionych, ale z czasem to nie ma znaczenia, bo jestem tylko ja i moje życie, myśli poplątane (gdy jesteś, drzewa nie targają się we mnie – G Musiał). Wejście w dzień, wyjście w nocy. Samotna podróż autobusami. Śpiew unoszący się ku górze wysokiego sufitu. Na policzkach zaschnięte łzy, których nie było wstyd wylać. Kolejny krok do przodu.

16.08.2013

770.

Filmy Xaviera Dolana wyrwały mnie z otępienia i napełniły mnóstwem przyjemnych doznań artystycznych, aż nastawiałam się na kolejny. Mam już przygotowany, „Laurence Anyways”, czeka na obejrzenie, pewnie jutro, albo w poniedziałek, niedziela odpada. Podobno przesadnie się ciągnie, ponad dwie godziny, ale dla mnie, mającej czas, będzie to przyjemność. Widziałam już scenę na balu, dzięki youtube, bycie tak młodym i tak utalentowanym ( i tak przystojnym) jest zbrodnią, panie Dolan.
Album „Fixin to thrill” Dragonette zapełnił moje muzyczne życie, a wszystko przez współpracę z Sarą Quin i jedną, uzależniającą piosenkę – Okey Dolore. Kilka dni wcześniej znalazły się inne połączenia Sary z wykonawcami i Tegan, siostry bliźniaczki, także. Słucham wszystkiego ciągle i ciągle. Uwielbiam momenty odkryć, momenty, w których jeszcze nie potrafię zaśpiewać słów, a już nasiąkam melodią. Jeszcze cudowniej jest wtórować swoim fałszem głosom wokalistów, gdy połączy się w całość obcojęzyczne wyrazy. Na razie jestem na etapie refrenów, to zawsze działa na początku.
Okay Okay Dolore. / Your name, your name, your name – I say. / If you think you’re special, you’re problably not, why, why why even try (why even try) just living a lie. / I know I know I know, you still my love. / Please girl don’t you die on me. / Go steady with me, I know it turns you off when I – I get talking like a teen. Dodajmy do tego The Knife – Pass this on z I’m in love with your brother, yes I’m. oraz teledyskiem i połączmy w czystą przyjemność.
W żołądku ląduje zbyt wiele czekoladowych cukierków, a waga ciągle ta sama. Zrozumieć mój organizm nie łatwo, aczkolwiek podejrzewam, że w przyszłości mi się to odbije, tu i tam. Chociaż ilość śmiechu przy banterach (patrz słownik angielski, wyraz banter) z koncertów bliźniaczek Quin sprawia, że mój humor jest ciągle na poziomie, a mięśnie brzucha pracują.
Uświadamiam sobie płytkość wynurzeń w tej notce, jak i wszystkich z tego i chyba (nawet nie wiem, o czym tam bredziłam) poprzedniego miesiąca, ale część niewesołą przemycam w prywatnych wiadomościach, a reszta pozostaje milczeniem.

15.08.2013

769.

Obejrzałam „Wyśnione miłości” pana Dolana. Ściska mi żołądek, z zachwytu i odrobiny zazdrości. Utalentowana bestia. Bohaterowie jego filmów nałogowo palą. Papierosy. Dym. Tak. Spłynęła na mnie wena. Marna, ale jakaś. Mam nadzieję, że one będą miały lepsze pomysły.

10.08.2013

768. Xavier Dolan w wieku 20 lat...

Xavier Dolan w wieku 20 lat wyreżyserował film, do którego napisał scenariusz, a nawet zagrał w nim główną rolę. Rok później powstał jego drugi film wyprodukowany za własne pieniądze. (Oczywiście napisał scenariusz, był reżyserem, zagrał jedną z głównych ról, zajął się kostiumami, no i jeszcze wszystko zmontował.) Ma 169 cm wzrostu, jest ciut wyższy ode mnie, i rok starszy. Został okrzyknięty geniuszem. Po obejrzeniu „Zabiłem swoją matkę” wcale się nie dziwię. Nie powinnam oglądać. Piękne ujęcia. Teraz myśl o nakręcenie filmiku na zaliczenie powoduje u mnie chęć zmiany przedmiotu, czyli chęć nauki do egzaminu. Zero we mnie optymizmu i sił twórczych. W najbliższych dniach dobiję się filmem „Wyśnione miłości”. W sumie w tegoroczne wakacje oglądam wiele, może za wiele. Nie mam nic do powiedzenia światu. Zawsze wolałam obserwować świat innych, w książkach, filmach, nawet realnie. Tworzyć coś z pustki na siłę… Nie kłamałam, mówiąc, że chcę, aby nam się udało, ale mi już w życiu nic się nie uda. Mam zapisanych na kamerze kilkanaście nagrań, z których nie da się stworzyć nic sensownego. Ot kilka nic nie znaczących zabaw sprzętem. Myśli w głowie też niewiele. Wszystko jest byle jakie. Boli mnie brzuch. Gdyby nie Dolan, pewnie nie pojawiłabym się tu do końca miesiąca. Pierwszego sierpnia napisałam: jest już sierpień, jest już dobrze. Trzydziestego pierwszego sierpnia napisałabym: mija już sierpień, nie jest dobrze. Czas jest niczym i odchodzi w nicość. Staram się jak mogę, by nie było źle, więc spokój uważam za dobro. Reszta nie ma znaczenia. Dużo filmów, tak, jeszcze więcej…