18.10.2020

1102.

Dokładnie miesiąc temu miałam udar mózgu z przyczyn (jeszcze?) niewiadomych. Życie jest dziwne i mniej widoczne. Może kiedyś skutki tego wydarzenia minął, a może świat już zawsze będzie niewyraźny po jednej stronie. Dziwnie mi z tym wszystkim. Może któregoś dnia znajdę siłę, aby napisać, jak to wszystko wyglądało, ten nieszczęsny dzień, pobyt w szpitalu, badania. A może już nigdy o niczym nie napiszę, może w końcu zacznę żyć z myślą, że mam jeszcze mniej czasu, a nadal nie jestem przygotowana na zniknięcie ostateczne z powierzchni Ziemi.

8.09.2020

1101

 Próbuję zasiąść do tego wpisu od ponad tygodnia, ale nie potrafię znaleźć czasu. Od miesięcy nie potrafię usiąść na spokojnie i wybrać głośników do komputera. Dni mijają, stare głośniki raz łączą, raz głos daje tylko jeden, i tak płyną mi dni. Nie wiem, co się dzieje z moim czasem. Nie potrafię się na niczym skupić. Bezskutecznie łapię rozbiegane myśli. Czy to zaczęło się dwa lata temu, gdy moja cera zwariowała, moje relacje z ludźmi się popsuły, a mojemu ojcu postawiono diagnozę skazane na śmierć? A może wielki wybuch przy moim uchu nakręcił maszynę nie skupienia? Nie wiem, nie wiem nic. Mój ojciec nie żyje. Byłam nastawiona bojowo w dzień pogrzebu, aby walczyć ze wszystkimi zarzutami jako że byłam złą córką i nie odwiedziłam go przed śmiercią, mimo że nikt nie wiedział kiedy umrze, ani on nie prosił o tłumy pielgrzymów, wręcz przeciwnie, chciał cierpieć w spokoju. Myślę, że nie było mu to potrzebne. Ostatecznie śmieć to sprawa między nim a Bogiem, a jeśli wszystko w co wierzę jest najprawdziwszą prawdą, po śmierci zobaczymy się znowu. Czy czeka nas kolejne niezręczne spotkanie? Czy tak usprawiedliwiam swoje poczucie winy? Moje bojowe nastawienie było niepotrzebne. Nikogo nie obchodziło kim jestem. Grabarze patrzyli na nas bez emocji, panowie niosący trumnę (czy też nazywa się ich grabarzami? raczej nie) nie pokazali żadnych emocji. Widziałam jak zerkali na mnie, ale najprawdopodobniej skakali wzrokiem po wszystkich, aby dostosować się do sytuacji i wiedzieć, co w którym momencie robić. Nie chciało mi się płakać ale nie mogłam znieść płaczu sióstr ojca, więc kilka razy powstrzymywałam łzy Wiecie, płakanie na pogrzebie własnego ojca byłoby czymś niezrozumiałym. Płakanie jest czymś złym, jeśli płaczę ja, nigdy nie wolno pokazać pokazać mi prawdy, więc całe życie skrzętnie ukrywam swoje realne emocje, a przede wszystkim stan umysły, aby nie mierzyć się z bezradnością innych na mój widok. Inni płakali bez skrępowania, przytuliła mnie zapłakana siostra cioteczna, starsza ode mnie o kilka lat, która pomogła mojemu ojcu w ostatnich dniach. Dziwne uczucie, bo ona przytuliła mnie na pocieszenia, a przecież osobą wymagająca pocieszenia była ona. Śmierć mojego ojca nie była czymś złym, wręcz przeciwnie, szczęśliwy on. Jego cierpienie dobiegło końca, fizyczne i psychiczne; nie musiał mierzyć się z trudnościami dnia codziennego, z nie jedzeniem, niemówieniem, z niczym,  szczęśliwy koniec. Umarł ktoś, kogo nie znałam i to bardziej rozbija moje myśli. Trzydzieści lat bycia czyjąś córką. Tylko czyją? Kim naprawdę był mój ojciec? Nagle uderza mnie, że dwadzieścia lat nie miałam ojca i już nigdy nie będę mieć. Koniec. Coś się skończyło. Pustka minionych dwudziestu lat pozostanie już na zawsze niewypełnioną pustką. Dziwnie mi z myślą, że wraz ze śmiercią pewne rzeczy stają się nieodwracalne. Nie można nic naprawić, zmienić, powiedzieć. Koniec to koniec. Koniec na zawsze. Co gorsza, nagle śmierć stała się bardziej realna. Do tej pory zawsze czułam jej oddech na karku, co gorsza, biegłam też w jej ramiona, ale teraz wiem, że nie jestem na nią w żaden sposób gotowa. Za to mój ojciec, on był gotowy, wiedział, że jego dni są policzone, mógł się przygotować, o ile da się przygotować na taki tajemniczy moment. Zazdroszczę mu, że wie jak to wygląda. Gdzie teraz jesteś tato, wróć tu i powiedz mi, bo inaczej nawet po śmierci będę błądzić tak jak za życia.

29.08.2020

1100

Dzisiaj miało mnie nie być w domu, ale zaczął padać, a nawet lać deszcz, choć każda prognoza pogody obiecywała 27 stopni i słońce. Jest jeszcze przed południem, więc może coś uratuje mój dzień, zanim skończy się jak zwykle, czyli rozdrapywaniem twarzy z dziwnego napięcia i myśli o tym, że weekend to krótka przerwa, podczas której mój umysł nie potrafi już wypocząć, chyba, że skupię się na twarzy, i wszystko dookoła przyjemnie znika. Wczoraj rano zmarł mój ojciec. Ciocia pojechała go nakarmić; przyjmował jedzenie do jelitowo, a sam nie był w stanie tego zrobić. Nie wiem, czy zdążyła podać mu “posiłek”, czy zmarł chwilę przed. Myślicie, że wiedział, że umiera, ale skoro nie mógł już mówić, przyszło to mimo wszystko niespodziewanie dla wszystkich, choć każdy wiedział, że dni są policzone. Przeraża mnie myślenie o momencie śmierci. Chciałam umrzeć milion razy, ale teraz dostałabym ataku paniki, gdyby przyszło mi umrzeć ze świadomością mojego ostatniego oddechu. Mimo, że słyszy się wiele wersji tego, co czeka nas po śmierci, nie można przygotować się na taką niewiadomą, bo ostatecznie wszystko w co wierzyliśmy może okazać się kłamstwem. Słyszałam, że ludziom kochanym łatwiej umierać. Słyszałam taką metaforę, że po śmierci Bóg pokazuje nam wszystkiego momenty, w których wybraliśmy zło zamiast dobra i jaki to miało wpływ na nas i innych. Jeśli pomyślę o życiu mojego ojca, o tym wycinku z którego go znam, czyli od pierwszego wspomnienia związanego z nim, to myślę o nieszczęśliwym życiu, choć nigdy nie widziałam, gdzie było jego źródło. A potem pomyślę o równie nieszczęśliwym życiu mojej matki i może w końcu rozumiem skąd we mnie tyle nieszczęśliwego życia. Myślę, że dopiero wraz z dniem pogrzebu dotrze do wszystkich, że oto pewien etap dobiegł końca i można odetchnąć z ulgą. Ojca straciłam już dawno temu, ale przecież ósemka rodzeństwa straciła brata, babcia straciła syna, dziadek nie stracił syna, bo syn stracił ojca (mojego dziadka). Przestało padać, słońce nieśmiało przebija się zza chmur, powietrze nabiera ciepła; może uda mi się wyjść z domu.

23.08.2020

1099.

 

Niedziela. To miało wyglądać zupełnie inaczej. W piątek nie mogłam wysiedzieć w pracy z radości, zupełnie jak koleżanka, dla której o 16 w piątek zaczynał się wyczekiwany urlop. Mój okres łaskawie postanowił się nie zacząć, choć miałam obawy, że obudzę się w sobotę rano w bólach i moje planowane wyjście z domu będzie zakłócone. Mój okres postanowił nie zacząć się do tej pory. To nic. Nie pierwszy i nie ostatni raz postanowił się przesunąć, co widać już na mojej twarzy. Właśnie, moja twarz do piątku wieczorem wyglądała wystarczająco przyzwoicie, a potem szlag wszystko trafił.  Moje wyczekiwane od miesięcy spotkanie znowu stało się przyszłością. Nie umiem być jednak zła, bo nie ma nic gorszego niż stanie na przeszkodzie czyichś dobrych marzeń. Nie oczekiwałabym nigdy, żeby ktoś rzucił wszystko dla kilku godzin ze mną. Zgodziłam się na telefon, choć każdy telefon wywołuje we mnie irracjonalne emocje. Tylko rozmowy z domownikami nie sprawią, że mój poziom stresu rośnie. Ostatni raz dłużej przez telefon rozmawiałam z K. rok temu, gdy dzwoniła aby powiedzieć, że jej pociąg ma opóźnienie i nie zdąży na przesiadkę. Jak widać nie mam szczęścia do długo wyczekiwanych spotkań, choć wtedy nam się udało. Do tej pory pamiętam najważniejszy zakup tamtego dnia - otwieracza do wina - podczas gdy butelka okazała się zakręcana, kiedy przyszło nam ją otworzyć. Piątkowy telefon był pocieszający, choć miałam moment, w którym pomyślałam, że złamie mi się głos i zacznę płakać, ale nie, pogodny głos po drugiej stronie odegnał moje złe myśli. Może jestem już przyzwyczajona do tego, że to układa się tak niefortunnie w moim życiu, że wszystkich, których chciałabym mieć przy sobie zabiera gdzieś los. Ale obecne czasy nakładają na wszystkich podobne ograniczenia, więc nie jestem jedną osobą, która musi się z czymś pogodzić. Jest mi tylko szkoda, że prezent urodzinowy będzie musiał czekać kolejny rok. Chyba, że ktoś mi powie jak tanio wysłać paczkę do Hiszpanii, bo na razie kosztowałaby więcej niż jej zawartość. O ile zaraz nie będzie zakazu. Poczta Polska chyba nadal taki utrzymuje. Nie ważne. Pomyślę o tym później.


Ostatnio wróciła do mnie myśl, że znowu zignorowałam czyjąś wiadomość, której nigdy nie mam zamiaru odczytać. Wiadomość od osoby, która nie powinna więcej do mnie pisać, bo tak będzie lepiej dla każdej ze stron. Po co wracać do przykrej przeszłości? Czy nie pożegnałam się wystarczająco dobrze, wybaczając nietakt i urazę, i żeby nigdy do tego nie wracać, nie chcę wracać do znajomości z tą osobą. Niektórą przeszłość trzeba odciąć od siebie grubą kreską. Nawet jeśli nie ma we mnie złości, to nie oznacza, że kiedykolwiek ponownie zapomnę i zaufam. Czasem tamta sytuacja do mnie wraca jak przestroga i mówię sobie, nigdy więcej. Pewnego upalnego dnia wsiadłam na rower z zamiarem zrobienia sobie zdjęć. Wybrałam najkrótszą drogą do mojego docelowego miejsca, ale miałam chwilę zawahania, gdy w oddali zauważyłem czyjąś sylwetkę. Zatrzymałam się i wpatrywałam w postać próbując odgadnąć, czy oddala się ode mnie, czy zmierza w moim kierunku. Czasem trudno uwierzyć w takiego pecha, albo bardziej takie dziwne zbiegi okoliczności, ale tak, to była ta osoba od wiadomości. Czemu ciągle wpadam na osoby, których nie chcę widzieć, a tych wszystkich, których może jeszcze chciałabym ujrzeć, już dawno zniknęli za linią horyzontu? Dla porównania. Byłam kilka razy nad pewnym jeziorem, za którym nawet nie przepadam, a potem zobaczyłam nad nim kogoś, na kogo chciałam wpaść od kilku lat. Zobaczyłam na zdjęciach w internecie. Nie ten dzień, nie ta pora. Kiedyś minęliśmy się o jakieś dziesięć minut, o kilka kilometrów, czasem kilkanaście. I przez takie mijanie zrozumiałam, że od zawsze nie było nam po drodze i nie dlatego, że nie chcieliśmy, ale tak chciał Los, który wiedział lepiej, jak będzie wyglądać nasza znajomość. Mimo to nie rozumiem wpadania na osoby, które wzbudzają we mnie milion obaw. O czym ma mi to przypomnieć? Czego nauczyć? Czy we wszystkim ukryty jest jakiś sens? A może nie. Może to przypadki nie warte zaprzątać myśli.


20.08.2020

1098.

Życie w pracy jest lepsze, od kiedy D. przebywa na urlopie. Połowa stresu i głupich obawach napędzanych jego obecnością zniknęła. Niestety, z tych wakacji musi kiedyś wrócić, co gorsza zrobi to w poniedziałek i znowu będzie latał jak głupi po całym sklepie robiąc tysiąc rzeczy na raz, a mi włączą się wszystkie nerwice natręctw. Poza tym życie płynie mi bezmyślnie. Moja cera od ostatniego załamania nerwowego znacznie się polepszyła, a może odechciało mi się już szarpać i godzę się z tym jak wyglądam (haha, kogo ja oszukuję), co nie przeszkadza mi w wydawaniu pieniędzy na kosmetyki ratujące. Jestem zmęczona, ale to zbliżający się okres wysysa ze mnie energię i myśli. Jeżdżę do pracy codziennie rowerem, żeby zaoszczędzić trochę na dojazdach i żeby dodatkowo się zmęczyć, A może boję się przytyć.Sama nie wiem, ale czasem mi się nie chce jechać rowerem, to nudne, ta sama trasa i widoki, ale to daje mi niezależność i nie muszę nakładać maseczki. Nie wiem, co zrobię jak sezon rowerowy się skończy. Po powrocie z pracy będę zawzięcie ćwiczyć i mój czas skurczy się całkowicie. Za to dzisiaj planuję się wyspać, więc mówię dobranoc o 22, jak na starych, zmęczonych życiem ludzi przystało.

9.08.2020

1097.

 


Czekałam na ten weekend. Moja twarz miała wyglądać lepiej, mówiłam sobie, minie siedem dni, będę już w innym miejscu i jestem, w piekle.  Miałam spędzić ten weekend na małej wycieczce, a tymczasem zapłakana i zestresowana przesiałam w domu myśląc o tym jak umrzeć jednocześnie nie ponosząc za to kary. Mój najgorszy koszmar wypisał się na mojej twarzy. Nie mam kontroli nad moim organizmem. Milion czynników nakłada się na siebie, a potem pozostaje mi obraz nędzy i rozpaczy i myśl, że jedyne lekarstwo jakie znam to nie wychodzenie z domu. Myślę sobie, dobrze, przeboleję, może za te siedem dni będzie lepiej, ale boję się, że odwołam spotkanie z M. tak jak odwołałam to w sobotę, że obrażę się na świat i życie i dopóki moja twarz nie będzie wyglądać jak półtora roku temu, to nie chcę nikogo oglądać. Oczywiście doskonale rozumiem, że innym pewnie bez różnicy, czy mam te wypryski rany i strupy czy nie, ale mi samej ciężko jest znieść myśl, że muszę z taką twarzą istnieć. Najprawdopodobniej do momentu, w którym nie odbędę pielgrzymi po wszystkich lekarzach, co jest utrudnione w czasach zarazy. Nie wiem, czy chcę wydać prywatnie swoje oszczędności i na końcu zostać z niczym, nawet bez gwarancji, że realnie za te kilka miesięcy będę zdrowa i moja twarz również Tymczasem mój weekend okazał się męczarnią. Nie odpoczęłam, nie odespałam. Napięcie w mojej rodzinie rośnie. Wszystko wali się na głowę. A jutro czeka mnie w pracy burdel po tej ulewie, która zalała miasto i z pewnością nie oszczędziła naszego sklepu w piwnicy. “Boże Wszechmogący, ześlij deszcz, potężny deszcz, taki który jeszcze nigdy nie padał, deszcz jak bombardowanie, deszcz jak nalot, ześlij deszcz i zatop to miasto, zrób to szybko zanim włączą się alarmy, niech wszystko zaleje woda [...] niech zatopi nas i wszystkich których znamy, bo inaczej będę jeszcze chodził po nim przez miliony lat, zatop nas Boże bo nie zasługujemy na nic innego, bo nie potrafimy ani myśleć, ani kochać, bo tego nie chcemy, bo idziemy przez las, pijani od słów, głuchnąc od hałasu, ślepnąc od świateł. Boże Przenajświętszy wysłuchaj mnie, choć nie mam nic, co mógłbym zaoferować Ci w zamian.” Ten fragment serialu utkwił mi w głowie od kiedy tylko go usłyszałam. Wraca do mnie od czasu do czasu. Niestety, dzisiaj ulewa spadała na to miasto co trzeba. Ciągle tu jestem i nie wiem, co mam zrobić z tym wszystkim.

1.08.2020

1096.

Dawno nic tak nie wyssało ze mnie energii jak zeszłotygodniowy okres. Może stało się tak dlatego, że mogłam go przecierpieć w ciszy i spokoju czterech ścian z racji tego, że były to dni mojego urlopu. Spałam bardzo dużo, w dzień, w nocy, ogromna senność rządziła moim czasem, spałam tak dużo, że moje ciało zmęczyło się nieruchem. Do tej pory nie mogę otrząsnąć się z tego stanu otępienia. Nie muszę chyba wspominać, że tradycyjnie stan mojej cery pogorszył się tragicznie podczas kobiecych dni. Myślę sobie, że na moją twarz można jedynie napluć. Brzydzę się sobą, więc udaję się, że nic się nie stało. Nie mam gojących się już ran. Nie mam nic. Nie ma mnie dla nikogo. Przedwczoraj miałam małą wycieczkę, na którą zabrała mnie (jak zawsze) moja siostra cioteczna z córką. Jedyne osoby, które jeszcze poświęcają mi czas. Nie licząc tych osób, które poświęcałyby mi czas w realnym świecie, gdyby realny świat dla nas istniał. Powrót do domu skończył się dla mnie stanem fizycznej niemocy. Każdy wyjazd kończy się dla mnie złym samopoczuciem, chyba że podróżuję sama, sama narzucam rytm i sama robię co zechcę. Nie chodzi o to, że wolę podróżować sama, ale zaobserwowałam, że mój organizm źle znosi podróże w ciepłe dni (nie licząc rowerowych przejażdżek) i to jest fakt, z którym ciężko walczyć. Może moja siostra cioteczna zbyt porywczo jeździ, za duża prędkość, za dużo hamowań. Od wieków nie miałam choroby lokomocyjnej. Chyba nie powinnam po prostu jeść. Może to ta bita śmietana z gofrów, dla której dwie godziny w żołądku to było nadal za mało. Nie wymiotowałam, choć miałam ochotę. Wybrałam gofra zamiast lodów, żeby nie oziębić zatok. I tak zaczęła mnie boleć głowa od słońca. Miałam wielkie plany na mój urlop, ale nie zrobiłam nic więcej. Nie mam nawet ochoty ani siły wykorzystać ostatnich dni. Bo to jest minus podróżowania samej - wszędzie musisz dowlec się osobiście i współgrać z komunikacją publiczną. Nie chodzi o to, że tego nie lubię, ale rozkłady jazdy są beznadziejne i jeszcze ta szmata, którą musisz nakładać na twarz. Rozwaliłam swoją regularność dni, którą starałam się jakoś trzymać, bo to trzymało mnie w ryzach. Wiem z jak wielkim bólem przyjdzie mi zmierzyć się w poniedziałkowy poranek o piątej rano. Mam obawy, że nawet pobudka o tej porze nie uratuje mnie przed spóźnieniem się do pracy. Nie wspominając już o tym, co czeka mnie na miejscu pracy. Wszystko to, o czym nie chcę myśleć, bo ogarnia mnie stres i zniechęcenie.  Walczenie z pójściem do toalety, która nigdy nie będzie miała zamka; jedzenie w ukryciu, żeby nikt nie komentował; niechęć mówienia z jednoczesnym stresem, że trzeba coś mówić. Ale to wszystko jest nieważne, bo stres związany z utratą pracy i pieniędzy byłby jeszcze gorszy. Co nie zmienia tego, że nie będę pracować w tym miejscu wiecznie, ale myśl o tym, że dożyję czasu, w którym będę musiała udawać jeszcze bardziej niż teraz, żeby przetrwać, skutecznie mnie otępia. Nie potrafię na niczym skupić myśli. Moje dni to nieskończona ilość natręctw, które dają mi pozorne wrażenie, że mój dzień jest wypełniony czymś tak bardzo, że nie mam na nic czasu, a przede wszystkim na myślenie o rzeczach ważnych. Najlepsze w tym wszystkim jest jednak to, że przestałam myśleć o osobach i rzeczach, o których powinnam. Już sierpień, już po północy, lada dzień pełnia, nie wiem, wszyscy mają swoje życie, a mi dobrze w moim powolnym umieraniu, niebyciu, ciszy, nieistnieniu wśród ludzi, przy ludziach, bez tego przymusu bycia kimś przy innych, bo przecież nie można być sobą, bo to niekomfortowe dla innych. Jestem jak duch, który błąka się po Ziemi i nie wie jak stąd uciec. I jakie to żałosne, jak pomyślę sobie, że ktoś w tej pracy po raz setny mówi mi o tym, że piję tylko wodę, a mi wydaje się dziwne, że ktoś w ogóle zaprząta sobie tym głowę, jakbym nie mogła pić tego co chcę, jak chcę i kiedy chcę. To naprawdę głupie, że ktoś mówi o wodzie, gdy głęboko we mnie jest pragnienie śmierci tak wielkie, że nie mogę sobie z nim poradzić od lat.

11.07.2020

1095.

Siedzę piątą godzinę w turbanie na głowie, bo robią mi się włosy. Za tydzień mam urlop, bo nie pozostawiono mi wielkiego wyboru, a tak naprawdę to wina tego wirusa. Miałam mieć piękne zdjęcia we wrześniu na opustoszałej plaży, tymczasem nie będę mieć nawet plaży. Chciałam odwiedzić w tym roku kilka osób i miejsc, ale coraz bardziej realniejszy wydaje się scenariusz siedzenia w domu. Pomijając już życie w dobie pandemii, z taką twarzą - ciągle cierpiącą i smutną - nie da publicznie pokazać. Każde nałożenie maseczki, tym bardziej w ciepłe dni, to późniejsze męczarnie tygodniami, więc jak widać, nie mogę wyjść z cyklu ran. Nie pamiętam już jak to było mieć przyzwoitą cerę i nie poświęcać jej tak wiele czasu z tak marnymi efektami. Nie pamiętam jak wyglądały moje dni bez myśli o własnej twarzy. Najgorzej jest w weekendy, gdy zostaję w domu pełnym luster. Nie mam już dla siebie litości. Boję się więc tego przedwczesnego urlopu. Boję się, że kiedyś wirus zniknie i będę znowu musiała żyć w społeczeństwie. Ale nie chcę nikogo widywać poza przymusowym minimum. Nie ma mnie, dopóki moja twarz nie będzie wyglądać jak twarz człowieka. Boję się obudzić jutro i spojrzeć w lustro w dziennym świetle. Boję się, że coraz bardziej nie mam kontroli nad tym co robię. Boję się, że jeszcze chwila i załamię się całkowicie. Któregoś dnia nie wyjdę po prostu z domu do pracy. Może budzik nie zadzwoni na czas, a może potnę twarz. To jest rym warty zakończenia tego żałosnego dnia.

5.07.2020

1094.

Smutno mi, Boże. Włosy znowu zaczęły wypadać z miej pustej głowy. Moje życie od roku to nieustanne patrzenie w lustro, już nawet nie ze smutkiem, ale z zawodem, że życie jest jakie jest i wszystkie starania i wydane pieniądze to marność nad marnościami i wszystko marność. Moje dni wyglądają identycznie; są wypełnione setką powtarzających się czynności, które wykonuję jak zaprogramowana, jakby życie było tylko wykonywaniem tych czynności w określonej kolejności, wśród nich również rozdrapywanie twarzy. Boli mnie to, i fizycznie i psychicznie, ale jednocześnie jestem od tego odcięta, dzieje się to poza mną, nie płaczę. Takie życie natręctwami pochłania mój wolny czas, co sprawia, że nie potrafię się na niczym skupić, nie odpoczywam w weekendy, gromadzę mnóstwo rzeczy, które chcę obejrzeć czy przeczytać, ale to się nie dzieje, bo doba jest za krótka, a nad twarzą trzeba męczyć się za długo. Tracę kontakt z ludźmi, który ogranicza się do krótkich wiadomości wymienianych w pośpiechu. Na realny kontakt twarzą w twarz nie ma co liczyć, takie mamy czasy, a nawet jeśli byłyby inne to w pobliżu nie mam znajomych, a nawet jeśli nadarzyłaby się okazja na spotkanie to nie chcę. Wygląd mojej cery zrujnował mi całe życie, bo to wisienka na torcie moich nieszczęść. Nie dziwię się, że nikt nigdy nie szukał ze mną kontaktu. Od zawsze taka byłam, nie do zniesienia.

27.06.2020

1093.

Szefowa zamknęła sklep w galerii i nagle z czwórki osób, zrobiło się nas piątka. Z tej okazji zalało nam sklep, a że znajduje się w piwnicy, były to sceny niczym z Titanica. W jednej chwili szef zażartował, żeby nas tylko nie zalało jak kiedyś wraz z oberwaniem chmury, minutę później ratowaliśmy majątek, wraz z paniami mającymi pomieszanie pracownicze obok nas. I to nie tak, że pomagały nam, ratowały swoje rzeczy. Przyjechała straż, aby wypompować to nieszczęsne jezioro, ale prawda jest taka, że sami wynieśliśmy wiadrami więcej. Do tego zadymili nam dwutlenkiem węgla pomieszczenia, które było ciężko wywietrzyć. Czujnik odzywał się bardzo długo. Pięć godzin wyciętych z dnia, na szczęście swoją zmianę kończyłam o 16. Żeby było zabawniej tego dnia przyjechałem do pracy rowerem, a z rana zmokłam tak bardzo, że brat musiał przywozić mi ubrania i buty na zmianę. Wracałam do domu w pełnym słońcu. Na drugi dzień to mi przypadło sprzątanie pozostałych skutków (wraz z pomocą szefowej), co dało ponad trzy godziny. Kiepsko zgrało się to w czasie z moim okresem. Wróciłam do domu i przespałam bite dwie godziny, a potem  o dziwo nie miałam problemu z zaśnięciem w nocy. Jest nas piątka. Pierwsze zmiany to mniej miejsca i trochę więcej porządku. Zaczęłam zastanawiać się, jak to się stało, że ten nieporządek, a nawet brud tam przestał mnie ruszać. Im więcej o tym myślę, tym bardziej widzę jak jestem odcięta od tego miejsca. Staram się być dobrym pracownikiem, ale nie staram się być dobrym człowiekiem. Odcinam się od wszystkiego, a jednak wewnątrz mnie to niszczy, po cichu, powoli, dni są zadziwiająco krótkie, a jednak czasem nie do zniesienia długie. Od poniedziałku mamy muzykę, bo J. stwierdziła, że nie potrafi siedzieć w ciszy. Ja też nie, ale nigdy nie miałam tyle odwagi, żeby włączyć radio internetowe w miejscu, w którym nigdy nie grało radio. Ona przyszła z miejsca z muzyką, więc w tej piwnicznej ciszy, która zimą wręcz przeraża, nie mogło być inaczej. Jest mi sto razy lepiej z tym, że zrobiło się tam głośniej. Nie jestem już tak bardzo widoczna w swoim milczeniu. Myślę, że nigdy nie nauczę się w tamtym miejscu jeść, zawsze będzie to nienormalne ukradkowe spożywanie drobnych kęsów. Kilka razy się prawie udławiłam, ale prawda jest taka, że są ludzie, przy których nie jestem w stanie wykonywać pewnych czynności. Właściwie dużo zależy od innych, od tego, czy pozwalają być mi sobą w ich towarzystwie. Może dlatego przez prawie trzy lata pracy tutaj nabyłam kilka nawyków na tle nerwicowym. Może dlatego nieustannie moja twarz wygląda źle, bo odbijam na niej wszystko, co mnie psychicznie męczy. Czasem łapię się na tym, że czekam na menopauzę. Myślę sobie o tym, ile jeszcze zanim hormony znikną i moja twarz przestanie co miesiąc wyglądać jak pole bitwy i czy wytrzymam tak długo, a jeśli wytrzymam to znaczy, że dopiero wtedy zacznę ŻYĆ, a nie udawać że żyję, i co mi wtedy zostanie? Czy zawsze muszę czekać na jakieś zakończenie? Czemu, gdy nic nie układa się po mojej myśli, najprościej myśleć o zakończeniach, które wyzwalają? Marnuję mnóstwo energii na ogarnięcie siebie, jakby to miało cokolwiek zmienić.

18.06.2020

1092.

Znowu tu piszę, zadziwiająco szybko, ale nie mogę wyjść z podziwu jak nagle mi przeszło. Jedna chwila sprawiła, że wszystko zniknęło jak ręką odjął. Uśmiecham się od niedzieli z niedowierzaniem, ale też ekscytacją, bo czy to nie było Twoim marzeniem? Czy znowu nie jesteś na dobrej drodze, Ty, kimkolwiek teraz jesteś. Patrzę na minione miesiące, na to jak było mi ciężko, bo nie rozumiałam, a teraz otwieram oczy ze zdziwienia, bo wszystko ułożyło się w wyczekiwaną odpowiedź. Pamiętam jak przed snem zrezygnowana mówiłam  “bądź wola Twoja”, a potem prosiłam mojego Anioła Stróża, w którego istnienie ciągle wątpię, aby skrzyżował nasze drogi. Teraz rozumiem czemu nic takiego nie miało miejsca. Mam wrażenie, że znałam Cię w innym życiu. Mój umysł w jednej chwili wyparł wszystko. Pustka. Bo przecież jestem z rozbitej rodziny, więc nie potrafiłabym rozbić życia innych. 

Szkoda, że nadal nie rozumiem, czemu moja twarz wygląda jak wygląda. Miałam przez tydzień piękną cerę, jak na moje standardy wystarczająco piękną, aby przestać myśleć o tym, że mam twarz. Od przedwczoraj znowu szybka droga w dół. Może to przez maseczkę, którą musiałam nałożyć. Może przez ten upał i jazdę rowerem do i z pracy. Może to przez hormony, które mówią mi, że pora puchnąć i ropieć. Rano nie mam nic, wieczorem widzę dziesięć - tak, dziesięć, nie przesadzam - podskórnych wyprysków, jakbym ktoś umieścił tam kulki z wodą. Bycie kobietą to jedno wielkie przekleństwo. Myślę sobie, ile jeszcze? dziesięć lat? dwadzieścia? aż moje hormony w końcu się zamknął i uschnę. Moje ciało funkcjonuje dobrze, mój umysł już nie ma siły.

14.06.2020

1091.

Czy ktoś pamięta czasy kiedy pisałam tu dużo i chętnie, kiedy potrafiłam zebrać myśli i wyrzucić z siebie to, co naprawdę zaprząta mi głowę? Od dawna nie opuszcza mnie wrażenie, że straciłam ten dziwny “popęd pisania”, który dawał mi ukojenie. Ostatnie zapiski tutaj to wyrzucanie z siebie fragmentów rzeczywistości, które nie są najbardziej znaczące. Dzisiaj skończyłam 30 lat. Nastał wiek, którego miałam nie dożyć nigdy. Wraz z upływającym czasem zrozumiałam, że wiek nie ma znaczenia, właściwie nigdy nie miał. Niezależnie od tego ile mam lat, nie opuszcza mnie wrażenie, że jestem zagubionym dzieckiem, niepotrafiącym odnaleźć się w rzeczywistości, która je otacza. Od zawsze uciekałam od siebie i innych, aby być jak najdalej od tego, co mnie przytłaczało. Mimo to wraz z wiekiem moje zagubienie jest inne. Manifestuje się mniej, nie chce być zauważone, to zagubienie pogodzone, po prostu jest jak jest, niewiele zmieniło się we mnie przez te trzydzieści lat. Poza tym, dzisiaj w dzień moich urodzin stało się coś ważnego. Od tej chwili nic nie będzie już takie samo. Teraz zrobię z tego historię po tytułem, pamiętam, to były moje trzydzieste urodziny, zalogowałam się na jednym z portali społecznościowych i tak oto dowiedziałam się, że nasze drogi się rozeszły na zawsze i może trochę pękło mi serce, ale tak naprawdę poczułam ulgę, bo to był jedyny sposób, aby uwolnić Ciebie z moich myśli. Tak mi okropnie głupio, i przepraszam, choć nie przeproszę Cię osobiście, bo nikt nie zrozumiałby, czemu właściwie odczuwam taką poterzbę. Kiedyś (parę lat temu) sumiennie modliłam się o tę sprawę, nawet ostatnio rozważałam, (może nawet i dzisiaj przeszło mi to przez myśl), czy takie prośby się spełniają, a dzisiaj… Dzisiaj były moje urodziny i nie wydarzyło się nic, a potem poczułam ulgę, bo jestem wolna od przeszłości. Uśmiecham się. Pustka.

3.06.2020

1090.

Opóźniłam się z poprzedni wpisem. Ojciec wyszedł dzisiaj ze szpitala i wszystko zaczyna się od nowa, codzienny stres z tym, że nie mieszka z nami od wieków, ale jest naszym ojcem. To my mamy się nim zajmować, my którzy nienawidzimy włóczenia się po wszelkich instytucjach, a niechęć tę nabyliśmy wraz z tym jak przez ojca musieliśmy łazić po tych wszystkich instytucjach, aby troszczyć się o swoje prawa wynikające z zostania rodziną rozbitą. Ktoś musi płacić za leki, ale to kwestia sporna. Nie ma renty, nie wiem, kto załatwiał papiery, ale nie przyszło potwierdzenie, a teraz nie ma się tym kto zająć, koronawirus i ciąża przykuwająca do łóżka, za dużo by wyjaśniać poza tym, że ciąża nie moja. Wszyscy chodzą podirytowani, wyrwani ze świętego spokoju. Na końcu to my - jako rodzina - jesteśmy najgorsi, bo nie biegniemy chętnie służyć ojcu w cierpieniu. Tylko że my gdzieś tam głęboko jesteśmy nieżywi i mamy dosyć i ciągniemy na naszym aby tylko jakoś przeżyć, aby nikt nam już nie dokładał tych rzeczy, które nas niszczą i przypominają o tym wszystkim, co zrobił z nami czas... Dzisiaj z rana, mając ponad godzinę czasu przed pracą, przeszłam się na rzekę. Kiedyś tamtędy z kimś szłam. To było kilka lat temu. Pamiętam dokładnie w co byłam ubrana tamtego dnia i jak ważne to było dla mnie spotkanie. Szłam tam dzisiaj z rana i mimo wyraźnych wspomnień czułam w sobie lekkość ducha, wdzięczność, że że mogłam wtedy z kimś pójść na podobny spacer i radość, że mam to dobre wspomnienie. Teraz mi obrzydliwie smutno, bo chciałabym cofnąć czas.

1.06.2020

1089.

Mój organizm to dziwna maszyna. Półtora tygodnia po moim jednodniowym okresie w terminie, dostałam okres właściwi, ale poza terminem, bolesny i krwawy, co odbiło się na mojej twarzy podwójnie. Niesamowite, że przez rok nabyłam tyle blizn i dziur, ile nie nabyłam przez całe swoje dotychczasowe trzynastoletnie życie. Zauważyłam na umywalce, że zaczęłam gubić włosy przy czesaniu. Wraz z wiosną, stresem i obniżoną odpornością mój wirus hpv się uaktywnił. Tyle miesięcy leczenia u dermatologa kiedyś, a i tak znowu wylazło. Boję się, żeby nie zawitało na twarzy. Szukam mniszka lekarskiego na łąkach, ale już przekwitł, a to co jeszcze gdzieś rośnie nie wydziela soków. Nie mam siły na chodzenie po lekarzach. Nie chce mi się. I tak to nie ma większego znaczenia. Ostatnio zauważyłam, że przez długie tygodnie nie myślałam o szumach usznych. Niesamowite, że coś, co dawniej bardzo mnie przygnębiało, teraz całkowicie istnieje poza moją świadomością. Myślę o tych wszystkich ludziach, którym odebrano teraz możliwość chodzenia na koncerty i festiwale. Na pewno czują się tak, jak ja będę do końca życia. Zresztą, może oni też już na zawsze. Ten wirus nigdy nie zginie, wirusy są zawsze, wszędzie, w powietrzu, w innych. Mój ojciec leży w szpitalu, już nie wiem jak długo. Może tylko dwa tygodnie? Karmią go przez rurkę, inaczej umarłby śmiercią głodową. Ale ja nie mam ojca, przecież nigdy nie miałam, a jeśli zaczynam go mieć, jestem tylko poczuciem winy z powodu tego kim nie umiem być w tej sytuacji. Dziwne to wszystko. Jeszcze tak niedawno, może jeszcze miesiąc temu męczyłam się tobą, kimkolwiek teraz jesteś, a nagle i ciebie nie ma. Nikogo nie ma. Jest moja niszczona regularnie twarz, już z przyzwyczajenia; praca która wytrąca ze mnie resztki normalności, nieogarnięcie, chęć zrobienia za dużo w rezultacie odbijająca się nie robieniem niczego, a na koniec obowiązkowo niewystarczająca ilość snu.

21.05.2020

1088.

Największą radość sprawia mi widok gojących się ran na mojej twarzy, ale taki widok nie występuje. Mój okres trwał jeden dzień, zaczął się wieczorem, skończył rano. Bezboleśnie, prawie bez krwi. Wspominam tutaj o tym, bo nie używam kalendarzy, a tak będę mieć zapisek kiedy po raz kolejny mój okres postanowił stracić na mocy. Nie ukrywam, dobrze jest go nie mieć, ale jego brak oraz wygląd mojej twarzy być może reprezentują to, jak wiele nieuświadomionego stresu mnie zjada. Nieuświadomionego, bo codzienność nagle stała się dla powtarzalnymi mechanizmami. Robię wszystko jak zaprogramowana, odcinam się od wszystkiego co trudne i niewygodne, ale i tak potrafię nie wysikać się przez siedem godzin w tym miejscu, którego nie lubię. Za każdym razem, gdy wspominam o tym problemie czuję się bardzo nienormalna i chora. Nie chcę taka być, ale taka jestem. Nie odpowiedziałam na propozycję spotkania z przyjaciółmi. Minęły dwa tygodnie, nie wiem, nie ma mnie, nie istnieję. Dopóki moja twarz nie stanie się wyjściowa nie chcę nikogo widzieć.

6.05.2020

1087.

Maj, ach, maj. Jeszcze trochę do mojej trzydziestki, której mam szczerą nadzieję nie dożyć. Nienawidzę siebie za to kim jestem. Inni uważają, że to moja wina, że jestem jaka jestem. Zamiast mi pomóc, najlepiej zrzucić winę na mnie. To jaka jestem, jest sumą moich wyborów. Urodziłam się taka, jaka miałam, wymyśliłam siebie od początku. W zeszłym tygodniu byłam na przejażdżce rowerowej, drogami polnymi i mniej polnymi i szosą. Stałam oko w oko z psem. Im bliżej domu byłam, tym bliżej on był mnie. Nie rozumiem, czemu ludzie nie zostawili psa za płotem, tylko dobiegał aż do drogi przejezdnej. Może prześlizgnął się przez dziurę? Nie wiem. Nie było nikogo w domu. Mój krzyk nikogo nie przywołał. Darłam się ze złości jak wariatka, głupi pies. Nienawidzę zwierząt. Tego dnia nie miałam nic, tylko tę przejażdżkę, a nawet nie mogłam spokojnie przejechać drogą. Mogłam przekonać się, jak daleko jest w stanie posunąć się kundel, może wbiłby we mnie swoje kły i byłoby po wszystkich problemach. Dzisiaj zaczęło się od głupiej obsesji mojego brata na punkcie samochodu. Zawsze myślałam, że pojazdy są po to, aby ułatwiać ludziom funkcjonowanie, niż na pokaz, a nawet najmniejsza rysa, którą mogłabym zrobić (a nie zrobiłam), jest zapalnikiem wszystkich nieszczęść świata. Nie rozumiem, czemu wszyscy mówią mi, że to moja wina. Myślę nie tak, zachowuję się nie tak, nie jestem tym kim powinnam być, mając to co mam, w przekonaniu innych. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Może będę wstawać o trzeciej nad ranem i udawać się do pracy pieszą, a potem wracać pieszą, myć się, kłaść się spać i wstawać o trzeciej nad ranem. Wirus nie zniszczył nikomu życia, to my zniszczyliśmy sobie życie dawno temu, teraz otwierają nam się oczy. Nie jestem ani trochę zdziwiona, że odsunęli mnie na bok. Tak, na to też wszyscy znajdują nazwę "użalanie się nad sobą". Och, jaka "użalona" (nie ma takie wyrazu w słowniku polskim?) jestem. Ale to nie jestem ja. Chciałabym, żeby wszyscy, którzy będą mnie pamiętali zrozumieli, że to nie była ja, nigdy. To zżerało mnie od środka,od zawsze, choć nigdy nie rozumiałam dlaczego i jak to zatrzymać, a każda próba znalezienia przyczyn to obarczanie winą innych, a obarczać winą nie mogę, bo to grzech i kara, a nie próba ratowania siebie. Ratowania? Po co, na co i dlaczego? Czekam aż umrze mój ojciec, a potem moja babka, jedna i druga, a potem ja... Czekam, zawsze czekam na zakończenia ostateczne, inaczej to nigdy się nie skończy.

26.04.2020

1086.

Jednego dnia myślałam o tym, jak dzięki zaistniałej sytuacji, jak mimo wszystko, moje samopoczucie się polepsza, nawet wspomniałam koleżance o obawach powrotu do normalności. Następnego dnia zadzwonił telefon z informacją, że muszę wrócić na stare śmieci. Niesamowite, że w jeden dzień minione pięć tygodniu stało się odległym snem. Rzeczywistość uderzyła mnie ostro, na dzień dobry przywitanie “schudłaś?”, “czyli nie tuczą cię w domu?”. Postanowiłam więc przestać tam jeść. Nie istnieć. Wchodzić, robić swoje i wychodzić. Nie licząc moich powracających problemów z zatokami, myślę, że moje zdrowie jest na całkiem dobry poziomie. Nie licząc stresu, myślę, że mam nie najgorszą odporność. Jeśli się zarażę, jak przejdę chorobę? Mnie to jednak nie martwi. Jeśli mam umrzeć to umrę, każdy kiedyś umrze. Nie licząc tego miejsca, które pogłębia moje wszystkie fobie i czyni ze mnie osobę okropną, której nie lubię,  najbardziej unieszczęśliwia mnie stan mojej cery. Nie jestem w stanie zliczyć dziur, które mam. Ile miesięcy minie zanim to się wygoi? Najgorsze jest to, że wygląd mojej twarzy po części zależy od tego miejsca. Każde wbicie paznokci to kara. Czasem myślę, że nie dam rady tak dłużej, że musi wydarzyć się coś, co zmieni moją sytuację, albo moje podejście, w innym przypadku zniszczę siebie doszczętnie. Twarz, ciało, nerwy. Nie wiem. Chciałam mieć ładną twarz, która ukryje wszystko, co mnie dręczy, a nie mam nawet tego i… Ostatecznie to bez różnicy? W piwnicy oglądają mnie tylko współpracownicy i kilku przewijających się w ciągu dnia klientów, mogę być najbrzydsza na świecie. I tak trzeba nakładać maseczki. Staram sobie to wszystko logicznie wytłumaczyć. Czym się martwię? Mnie już nigdy nikt nie spotka w tym świecie.

15.04.2020

1085.

Epidemia ratuje mi życie. Dawno nie byłam tak odstresowana. Nie przejmuję się moją cerą, kiedy wygląda jak kupa (a wygląda tak cały czas), bo nie muszę i nie mogę wychodzić z domu. Nie mam kontaktu z ludźmi (poza rodziną którą mam na co dzień i do której jestem przyzwyczajona), więc moja fobia społeczna nie istnieje. Nie licząc sytuacji, gdy musiałam udać się do pracy po wypłatę. Zapomniałam jak rozmawia się z ludźmi (o ile kiedykolwiek wiedziałam jak rozmawia się z ludźmi), nie wiem jaki słów używać, jak się zachowywać, pamiętam tylko, że wirus unosi się w powietrzu więc należy stać jak najdalej. Weszłam tam niemal z fizycznym bólem i chciałam wyjść jak najszybciej. Ciągle prześladuje mnie widmo powrotu do normalności, która u mnie była nienormalna. A przecież trzeba będzie wrócić i będzie jeszcze gorzej, bo ryzyko zarażenia się nie zniknie z dnia na dzień. Możemy męczyć się tak do końca roku, a może i dłużej. Czy jestem uprzedzona? Czemu nie potrafię pozytywnie podejść do miejsca, w którym spędziłam ponad dwa lata? Czemu mam ochotę płakać myśląc o tym, że nie czeka mnie nic innego, bo w kryzysie gospodarczym, który spłynie na nas potężną falą, nie będzie szans na inną pracę, a moje zdrowie psychiczne lepsze również nie będzie. To okropne wiedzieć, że jest coś nie tak, ale nie potrafić nic z tym zrobić. Czuję się oddalona od siebie, od rzeczywistości, pustka, boję się śmierci i ciągle denerwuję się, gdy myślę o tym, o czym powinnam już dawno zapomnieć. Choć nie ukrywam, obecna sytuacja nauczyła mnie tego, że nie spotkamy się już nigdy. Nawet, gdy pozwolą nam się już spotykać, mnie na liście spotkań wyczekiwanych nie będzie.

25.03.2020

1084.

Wczoraj, a może to było przedwczoraj, gdy leżałam już na łóżku w ciemności, dotarło do mnie, że ta cała epidemia wyeliminowała mój największy problem - przestałam myśleć o jakimś spotkaniu, które mogło mnie czekać. Teraz czeka nas siedzenie w domu, więc kiedy się spotkamy, jeśli mielibyśmy się w końcu spotkać? Dziwnie mi z tym wszystkim. Jako ktoś ze skłonnościami introwertycznymi oraz ktoś kto to zawsze izolował się od świata, nagle nie potrafię odnaleźć się w tej sytuacji. Może dlatego, że nie zmieniło się prawie nic. Jedyną różnicą jest to, że pracuję przed komputerem w domu, a nie przy biurku w piwnicy. Jestem zmęczona od ciągłego promieniowania urządzeń. Powraca zagubienie i przygnębienie.  Znowu wzięłam się za późno za pisanie. Moja bezsenność sięga niebezpiecznych granic. Jeśli wybiję się z regularnego rytmu snu, rozsypię się całkowicie.

20.03.2020

1083.

Wczoraj nie miałam czasu napisać. Przepisałam cały wieczór z siostrą cioteczną. Miałam też okropne załamanie nerwowe, a dzisiaj nastał okres, więc w tym miesiącu hormony dobiły mnie i moją twarz. Ale teraz powinno być już lepiej. Do lata wszystko się naprawi, prawda?

18.03.2020

1082.

Czy dzisiaj jest już środa? Moja paznokcie są zbyt ostre. Byłam dzisiaj na przejażdżce rowerowej, było dobrze, a potem nastał wieczór i mycie twarzy. Może kiedyś moja twarz przestanie być jedną wielką raną. Może moja skóra się uspokoi. Mogłabym już dostać ten cholerny okres, hormony mogłyby się już zmienić, chyba oszaleję ze smutku. Ale są rzeczy ważniejsze niż moja twarz, zawsze były i zawsze o tym wiem, jak małe to ma znaczenie.

17.03.2020

1081.

Dzisiaj również to nie był mój dzień, ale to nic, jutro też jest dzień, choć dzisiaj bardzo nabroiłam, więc jutro będzie zły dzień, i do końca tygodnia już będzie źle, bo będzie strach, bo nie mam już nad tym kontroli. Ciągle siedzę zadziwiona, że mam trzydzieści lat i walczę w taki żałosny sposób ze sobą. Jak dobrze, że widzą to tylko cztery ściany.

16.03.2020

1080.

Dzisiaj również mi się nie udało. To nic, jutro też jest dzień. Jest tak źle, że jutro ze strachu nie powinnam patrzeć w żadne lustro.

15.03.2020

1079.

Dzisiaj też mi się nie udało, ale to nic, jutro będzie lepiej, jutro zacznie się nowy tydzień, moja twarz zacznie się goić. Dzisiaj był chyba ciężki dzień. Poszłam na mszę, bo nie widzę powodu, dla którego miałabym nie pójść, jeśli nie ma tutaj stwierdzonego przypadku, a później może być coraz gorzej. Właściwie pojechałam rowerem. Słońce świeci tak zachęcająco, choć akurat nie miałam wyjścia, jeśli chciałam zdążyć. Moja mama była na pierwszej mszy, było dwadzieścia kilka osób. Na następnej pojawiłam się tylko ja. To było zbyt wiele dla mojego introwertycznego usposobienia. Stałam w przedsionku, gdzie nikt mnie nie widział i płakałam całe pół godziny, czyli całą mszę, bo nie miałam odwagi stać sama przed ołtarzem, a pojawianie się na mszy bez przyjęcia Eucharystii nie miało dla mnie sensu, zwłaszcza, że moim jedynym powodem nie przystąpienia do Komunii była moja fobia. Wróciłam do domu zawiedziona. Nie dotknęłam jednak twarzy. Pojechałam z bratem na wieczorną mszę. Tutaj było ponad kilkanaście osób. Wróciłam do domu szczęśliwsza. Nie wiem. Moim jedynym powodem dłubania przy twarzy był sam fakt, że jestem przed okresem i mam okropny wysyp. Jak nigdy w życiu. Chyba nigdy nie wygram ze swoją twarzą. Jak dobrze, że mogę siedzieć w domu i czekać na lepsze dni.

14.03.2020

1078.

Będę pisać tutaj codziennie, jeśli ma to mi pomóc w czymkolwiek. Dzisiaj nastał ciąg dalszy rozdłubywania twarzy, bo wystarczyło wpaść na pomysł, aby wziąć do ręki lusterko. Siedziałam tak dwie godziny, wpatrzona w swoją twarz. Cały dzień zerkałam w lustro. Jest 23, a pięć minut temu znów byłam przed lustrem. To się nigdy nie skończy. Moja skóra regeneruje się coraz gorzej. Pocieszam się myślą, że przymus siedzenia w domu chroni mnie przed złym nastrojem. Myślę sobie, tydzień z dala od ludzi, dwa tygodnie z dala od spojrzeń, to bardzo dużo, żeby doprowadzić cerę do jakiegoś porządku. Jest  dwadzieścia sześć minut po 23, powinnam leżeć w łóżku. Moje plany o wczesnym śnie i regularnym trybie życia też rozpadają się bardzo szybko. Moja cera nie wypocznie podczas snu. Nie wiem, może w końcu zacznę pić więcej wody, może to mnie uratuje. Muszę oficjalnie, a to jedyne oficjalne miejsce, muszę oficjalnie gdzieś przyrzec, że nie dotknę swojej twarzy poza wieczornym myciem każdego dnia. Nie wbiję już palców. Nie rozdrapię do krwi skóry. Będę dbać o siebie każdego dnia. Będę myć regularnie włosy, bo mogę przestać wraz z myślą, że po co, skoro zwiążę i tyle. Boję się, że ta przymusowa izolacja pogłębi we mnie to, co najgorsze, że przegram z samą sobą, ze swoimi lękami, z natręctwami i wszystkim. Ale od jutra będzie lepiej. Kiedyś musi być lepiej, więc czemu nie mogłoby być tak od jutra.

13.03.2020

1077.

Dostałam laptopa i mam siedzieć w domu. Mam pracować w domu. Pomijając to, że ogólnie to nie mam pracy; oficjalnie. Będę grzecznie pracować przez 8 godzin, z zegarkiem w ręku, bo praca chroni przed zgłupieniem od nic nie robienia. Moja twarz ma się źle, bo zbliżają się kobiece dni. Wróciłam dzisiaj do domu i rozdłubałam wszystko, co mnie wkurzało, ku chwale siedzenia w domu i radości, że to spokojnie się zagoi. Liczę, że to był mój ostatni raz, że  przez czas siedzenia w domu pozwolę swojej skórze odpocząć. Nauczę się unikać luster. Nauczę się nie patrzeć na siebie przez pryzmat twarzy i pogodzę się z tym, że nic już nie uratuje tych plam bez włożenia w to grubej forsy, której nie mam. Ale moja wina, powinna związywać sobie ręce.  Nie będę tracić czasu na dojazdy. Zacznę codziennie ćwiczyć, czytać książki i oglądać filmy. Postaram się nie nabawić bezsenności. I będę myśleć o tym, że nagle przestałam stresować się tym jednym spotkaniem, bo ono i tak się nie wydarzy, wszyscy siedzą w domu, wszystko jest nagle takie odległe.

8.03.2020

1076.

Dochodzi dwudziesta druga, za pięć minut, za chwilę, powinnam leżeć w łóżku i układać się do snu, ale dzisiaj pełnia. Stałam godzinę przed lustrem i niszczyłam twarz, z przerwami na prasowanie i pakowaniem się na jutro. W międzyczasie słuchałam świadectwa i znowu dotarło do mnie, że nie robię nic, aby się zmienić. Jak to możliwe, że chcę być kimś innym, jeśli moje starania są niewielkie. Wielkie plany w głowie, bardzo rozczarowująca rzeczywistość. Niezależnie z kim o tym wszystkim rozmawiam, moje poczucie winy staje się coraz większe. Ludzie uświadamiają mi tylko, jakie błędy popełniam, ale nikt realnie mi nie chce pomóc, nikt nie rzuci dla mnie wszystkiego, nie weźmie za rękę i nie przeprowadzi przez ciemność. Nie mam do nikogo żalu. Nawet nie mam wobec nikogo takich oczekiwań. Ale mam takie oczekiwania wobec Pana mego, który wyprowadzi mnie z tej niewoli. Muszę tylko odwrócić wzrok od tych wszystkich rzeczy, które przeszkadzają mi  wyrwać się z tego niekończącego się cyklu nieszczęść. Nawet jeśli oznacza to zerwanie wszystkich znajomości, chcę być gotowa na największe poświęcanie. Tymczasem nadal nie jestem. Miotam się między dziesięcioletnią historią, umieraniem ojca, wbijaniem paznokci w twarz i unieszczęśliwiającą pracą. Brakuje mi sił.

3.03.2020

1075.

Prosiłam o osobę, która pomoże rozwiązać mi ten problem i oto jest? Nie jestem pewna. Ale przerasta mnie to tak bardzo, że chwytam każdą szansę, a potem żałuję, że kolejna osoba musi poznać historię o tym, jak spędza mi sen z powiek ta jedna “obsesja”, bo jak inaczej to nazwać. Balansuję między niechęcią, a nadzieją. Nie potrafię już racjonalnie myśleć w tej jednej sprawie i bardzo chciałabym, aby było po sprawie, lecz nie wiem, jak zrobić “po sprawie”, jeśli wszystko jest coraz większym zamętem. Wpakowałam się w to na własne życzenie? Nie wiem. Jedyne rozwiązanie jakie obecnie znam to ucieczka. Mówię sobie "nie" i mam nadzieję, że to coś, będzie coraz bardziej odsuwać się ode mnie, aż samo zniknie, tak po prostu.

23.02.2020

1074.

Minęło dziesięć dni. Wydarzyło się wiele w mojej głowie, a w rzeczywistości chyba nic. Nie rozumiem, czemu siostra cioteczna tak chętnie zabiera mnie ze sobą gdziekolwiek. Przecież kilka lat odmówiłam w sposób dziecinny i dramatyczny bycia świadkiem na jej ślubie. Nigdy nie zachowywała się jak osoba mająca do mnie uraz, ale nie rozumiem, czemu tak chętnie nawiązuje ze mną kontakt. Czasem nachodzą mnie myśli, że zrobię coś, co sprawi, że mnie znienawidzi, że zrobię coś, co sprawi, że jej córka już nie stwierdzi, że jestem jej ulubioną ciocią. Nie wiem, czemu nachodzą mnie takie myśli. Tyle poczucia winy, tyle niemożności wyrwania się od siebie, wielka chęć zmiany, a w rezultacie wielkie nic, tylko tak z dnia na dzień, że może coś mnie uratuje. Nie potrafię się na niczym skupić, miotam się między zajęciami i obrazami. Potrzebuję wyciszenia, ale nawet w ciszy ciągle mam dźwięk w uszach, który mnie rozbija. Choć może to tylko wymówka. Może ze strachu zagłuszam prawdę o sobie. Mogę to zwalić na hormony, mam wrażenie, że podczas miesiączki nie jestem sobą, jednocześnie twierdząc, że taka rozmemłana wersja mnie jest wersją najprawdziwszą. Płaczę codziennie od kilku dni. Płaczę nad losem moich znajomych, którzy cierpią, płaczę nad sobą i swoją nieudolnością, płaczę ze złości, że nie mogę zapomnieć o tobie, kimkolwiek teraz jesteś. Nie chcę tego wszystkiego, ale nie staram się wystarczająco, aby się tego pozbyć, prawda? Moje dni to nadal strach o to, że rozdrapię swoją twarz i owszem, nadal to robię, choć w stopniu mniejszym, bo w końcu odkryłam co pomaga mojej cerze i jej stan się polepszył. Nie przeszkadza mi to jednak czasem stanąć w zawieszeniu przed lustrem i szukać niewidocznych wyprysków do rozdrapania, aby wyładować na sobie złość, oczywiście złość odczuwaną do samej siebie. Ostatnio pytam siebie, czy to moja wina, że niektóre osoby przestały szukać ze mną kontaktu. Boję się nawet spytać, czy to prawda, bo właściwie nie mam takiej możliwości, musiałbym znowu zawracać im głowę. Chciałabym potrafić się modlić. Chciałabym wierzyć. Chciałabym odciąć się od wszystkich znajomych i być ze sobą tak długo, dopóki nie usłyszę głosu Boga. Naprawdę czasem łapię na tym, że nie wierzę już w nic, tylko w Boga, a jednak odrzucając realny świat, odrzucam również Boga, który jest Stwórcą tego wszystkiego. Mój ojciec umiera nocami z bólu. Powiedział, że gdyby miał pistolet, strzeliłby w głowę, aby ulżyć sobie w tych cierpieniach. Widzisz, tato, podsłuchałam jak mama opowiada komuś o tym przez telefon, i pomyślałam, że dobrze to rozumiem, czasem to psychiczne cierpienie jest nie do zniesienie, że gdyby dano mi wybór, zrezygnowałabym z życia tu i teraz. Jak to jest, że z kimś nasze drogi się krzyżują, a z innymi nie mogą mimo starań? Mówię, bądź wola Twoja, a potem boli mnie, że to jedno spotkanie nie doszło skutku od trzech, czterech? (nie potrafię tego policzyć) lat. Może czas otworzyć oczy. Wiem, że jestem chora, ja to bardzo dobrze rozumiem. Rozumiem, że myślę błędnie, że to wszystko jest tak pogmatwane we mnie, że się gubię, na pewno już z 15 lat, więc mogę być zmęczona po takim czasie, prawda? Chciałabym mieć siłę, aby dotrwać do końca, aby przejść tę drogę i może któregoś dnia poczuć, że mogę, tak jak inni, że jeszcze mogę, że jeszcze jest trochę czasu, aby to miało sens. Dzisiaj tylko gorzko płaczę nad sobą i ze strachu, że nie wiem, co jest prawdą, a co fałszem.

13.02.2020

1073.

W taki oto sposób rozpadają się internetowe znajomości. Choć jeszcze nie wszystkie, ale świat już jest gdzieś poza mną, od dzisiaj jest. Nie sądziłam, że ktoś potraktuje mnie w taki sposób, wiedząc, jak źle znoszę każde milczenie, szczególnie niewyjaśnione. Wymierzono mi wysoką karę, ale nie ma we mnie chęci odwetu. Przyjmuję wyrok, tylko tyle mogę zrobić, aby odpokutować. Ale naprawdę nie potrafię zrozumieć, jak ktoś, kto przeżywa tak bardzo wiele sytuacji, jak płacze nad losem rysunkowych bohaterów, nie potrafił przejąć się losem realnego cierpiącego człowieka. Nie rozumiem i mam prawo być zła, nie na tę osobę, nie potrafię skreślić nikogo za odmienne zdanie, nie jesteśmy tu po to, aby się we wszystkimi zgadzać, ale nie rozumiem. Przepraszam za mój ostry brak zrozumienia. Przepraszam, że dotknęło mnie to osobiście, bo widzę w nim swoje odbicie i przeraża mnie, że za prawdę o sobie zapłacę równie wysoką cenę, że nikt nie będzie chciał wysłuchać tego, co ma dopowiedzenia mój ból. Widzicie, na końcu i tak wszystkie historie świata są o mnie. Jestem zmęczona samą sobą i tak bardzo potrzebuję realnego kontaktu z ludźmi. Jedyne słowa jakie wypowiadam w pracy to “dzień dobry” i “cześć”. Przeraża mnie własne milczenie. Może tak nieświadomie każę innych za milczenie, które mnie spotkało, a może mam w sobie same złe słowa i lepiej milczeć niż powiedzieć za dużo. Nie potrafię dojść do tego, czemu jestem taka otępiała i czemu to wszystko wygląda tak jak wygląda. Nie wiem, a chciałabym wiedzieć, co może mnie uratować i wyrwać z tego chorego schematu, w który pewnie sama się wsadziłam. Proszę, potrzebuję odpowiedzi jak powietrza.

8.02.2020

1072.

To będzie kolejny wpis, którego być nie powinno, bo powinnam być już poza tym wszystkim, ale postanowiłam, że będę próbować do momentu, w którym nie będzie już o czym pisać. Jak widać, to jeszcze nie dziś. Moje dwa ulubione  tematy ostatnich dni - mój ojciec, kimkolwiek teraz jest, ale na pewno nie tym, kim powinien być i Ty, kimkolwiek teraz jesteś, ale na pewno nie tym, kim pozostajesz w mojej pamięci. Pojechałam dzisiaj na zakupy, musiałam wyjść z domu, aby nie patrzeć z żalem przez okno na słońce. Miałam chwilę czasu do otwarcia sklepów, więc poszłam do kościoła, gdzie klęknęła przed Najświętszym Sakramentem. Kilka łez pociekło mi po moich policzkach, choć nie płakałam. Wewnętrznie nie było mi smutno, nie czułam też jak wzbierają w moim ciele łzy. Po prostu coś skapnęło z moich oczu. Szukam odpowiedzi, której nie mogę znaleźć od tak dawna. Tracę rozum, na samą myśl, że mogę całe życie wracać do tej jednej osoby, a to nie ma sensu, ja to dobrze wiem, więc szukam ratunku w modlitwie, szukam rozwiązania, lub zapomnienia. Potrafię zrozumieć i przetłumaczyć sobie, że to nie ma sensu, że trzeba rzeczy oddzielić grubą kreską, a najlepiej drutami pod napięciem, a potem znowu tracę rozum. To zabawne, że dobrze wiem kiedy się zapędzam, a kiedy ma zdrowe podejście do sytuacji, a jednak chciałabym wyeliminować wszystkie zapędy, bo wpędza mnie to w poczucie winy. Nie tak dawno pomyślałam, że nie chcę, abyś stał się kimś, kto myśli już tylko w kategoriach pieniądza, kto rachuje opłacalność każdej znajomości, kto widzi w ludziach tylko szansę na wzbogacenie się. Zabolało mnie, gdy ten ktoś powiedział, że widok na to miasto i widok na pieniądze. Czy zabolało mnie, że to wygląda tak, jakby Twój ostatni kontakt ze mną był potraktowany czysto służbowo? Czemu w ogóle o tym myślę? To nie powinno zaprzątać moich myśli. Nie jesteś mi nic winien. To Twoje życie. Nie mam prawa oceniać Twoich wyborów w żaden sposób, a tym bardziej przez pryzmat swoim nieuporządkowanych uczuć. Kiedy usiądę na spokojnie i pomyślę o tym wszystkim, tych latach, to mam nadzieję, że znajdziesz to czego szukasz i się w tym nie zgubisz. Próbuję zaprzyjaźnić się z moim Aniołem Stróżem, ale nie sądzę, że mój namówił Twojego na nasze spotkanie. Bo patrząc na to, jak wszystko ułożyło się przez te trzy lata (niesamowite że nie widzieliśmy się aż tyle), nasze spotkanie mogłoby Ci zaszkodzić, bo przede mną jeszcze tyle pracy, tak dużo pracy... czasem jestem zmęczona. Czy mój Anioł Stróż wskaże mi drogę do mojego ojca? Myślałam ostatnio o związanych z nim wspomnieniach. Pierwsze, kiedy mieszkaliśmy jeszcze w innym miejscu, miałam kilka lat i nie potrafiłam połknąć malutkich tabletek, bojąc się, że nie będę wstanie i zwyczajnie się udławię. Był na mnie zdenerwowany. Potem, gdy mieszkaliśmy już w bloku, obiecał że zabierze mnie i przyjaciółki nad wodę. Czekaliśmy na niego pół dnia, zjawił się, ale gorzki smak pozostał. Potem coraz bardziej zawodził i coraz więcej kłamał. Pamiętam jak pakował swoje rzeczy w złości w pudełka po kłótni z mamą, po tym jak miał się zmienić i zostać na zawsze, a potem postanowił odejść na zawsze. Raz przyrzekał na krzyż, który potem zawisł nad naszymi wejściowymi drzwiami, wisi tam do tej pory. Nie wiem, czy pamięta o tej przysiędze. Przeraża mnie, że można przyrzekać, a potem tak łatwo zerwać dane słowo. Moje kolejne wspomnienie i chyba ostatnie, to jego widok w naszym domu w zeszłym roku, a może nawet nie w naszym domu, a w kościele, gdy przystępował do Komunii Świętej. Mój ojciec był kiedyś innym człowiek niż jest teraz, ale nie wiem, kim jest teraz poza tym, że jest cierpiącym człowiekiem. Czasem przerasta mnie to wszystko, i on i Ty, a potem moja mama traci cierpliwość, gdy mój brat mówi jej, że ma problem z tym, że on chce wypić jakikolwiek alkohol w jakikolwiek wieczór. Potem nie mam twarzy, mam ranę. Czy kiedyś to się skończy? Czy mój umysł przestanie funkcjonować w destrukcyjny sposób? Czy kiedyś wygram?  Realne życie jest trudne, a próbuję żyć coraz bardziej realnie i odkrywam o sobie wszystkie prawdy i boję się, boję się, że prawda mnie przytłoczy, a przecież prawda miała nas wyzwolić.

2.02.2020

1071.

Piszę w myślach dużo, ale właśnie teraz, gdy zebrałam się, aby może coś napisać, jestem zmęczona, bo znowu bolały mnie zatoki. Ostatnio natrafiłam na "twitterowy" post, gdzie ktoś był zdziwiony, że niektórzy ludzie nie prowadzą ze sobą wewnętrznego monologu podczas dnia. Też jestem trochę zdziwiona. Nigdy nie mam spokoju, zawsze mam zajęte myśli, może dlatego nie odczuwam czegoś takiego jak nuda, jak również coś takiego jak wewnętrzny spokój jest mi obcy. W myślę prowadzę rozmowy z ludźmi, z którymi nie będę miała okazji (już) porozmawiać, modlę się, nucę piosenki, próbuję rozwiązać problemy, które się nawarstwiają, panikuję, przeklinam życie, lub udaję, że jestem zakochana. W myślach robię bardzo dużo rzeczy, w rzeczywistości przemieszczam się tylko od miejsca do miejsca milcząc. Spadł mi ostatnio kamień z serca, więc mogę zacząć od nowa. Gdy mówię sobie, że nie chcę i że wygram, to tak właśnie będzie. Nie mogę oglądać się za siebie. Jesteś gdzieś tam w przeszłości, ale dzisiaj kim dla mnie jesteś - kimś nieobecnym. Choć uważam, że zrozumienie tego dałoby mi wiele, muszę nauczyć się, że nie muszę rozumieć nic i to też dobrze. Patrząc na to, jak minęliśmy się nie raz, myślę, że Twój Anioł Stróż odwala całkiem dobrą robotę, chronią Cię przede mną. Mój w sumie też ma ze mną dużo problemów. Szkoda, że nad snami nikt nie ma kontroli, bo chętnie wykopałbym Cię też z moich snów. Miałam położyć się wcześnie spać, zawsze kładę się wcześnie, ale cóż, nigdy mi nie wychodzi, nie wiem czemu.

29.01.2020

1070.

Mam opryszczkę, która automatycznie zaczęła pojawiać się z momentem osiągnięcia maksymalnego poziomu stresu w organizmie. Dosłownie. Zaczęłam tak okropnie płakać, bo przerosło mnie to wszystko, co mnie spotyka, co się wydarza, co jest i czego nie rozumiem, że kilka minut później poczułam ból w kąciku ust. Pomyślałam, że przez pogodę mam przesuszone usta i robi mi się pęknięcie, które odpowiednio nasmarowane zniknie po przebudzeniu ale nie, dzisiaj już wiem, że wygląda to dużo gorzej. Na co dzień biorę witaminy, jakieś, może nie mam fantastycznej odporności, ale bez przesady, żeby opryszczka. Ojciec oddał nam swoje suplementy diety, tran, jakiś super leczniczy bo super drogi, z chęcią łyknęłam. Mam nadzieję, że zniknie szybko. Może jeszcze nie przez dzisiejszą noc, ale wystarczająco szybko, bo to wygląda obrzydliwie i jak dobrze, że na co dzień siedzę w piwnicy z dala od oczu świata. Jest tyle rzeczy, które spędzają mi sen z powiek, ale wierzę, że to wszystko, co muszę poukładać w głowie i przetrawić jest tylko po to, abym na końcu była wolna. Chyba, że wcześniej zwariuję.

19.01.2020

1069.

Mój ojciec umiera? Ile razy napisałam to na tym blogu, ile czasu minęło od mojego takiego ostatniego stwierdzenia? Dzisiaj poprosił o wezwanie księdza. Mojej mamie włączył się “mood” niepokoju. Można powiedzieć, że to jest prawdziwa miłość, która wybacza wszystko, i chce pomóc przejść na tamten świat bez bólu, ale nie, to nie jest miłość, to jest dla mnie coś niezrozumiałego, ale widzę, że podszytego strachem i przyszłym poczuciem winy, że nie zrobiło się wszystkiego. Nie widziałam ojca kilka tygodni, a może miesięcy, nie wiem, jestem poza tym wszystkim. Jak umrze, przejdą na nas jego długi, których oczywiście będziemy mogli się zrzec. Ale czy to nie zabawne, że długiem są alimenty, które dostawaliśmy, więc wyszłoby, że musielibyśmy oddawać pieniądze państwu, które wcześniej tak “łaskawie” nam dało. Nie potrafię odnaleźć się w tej sytuacji, bo oczywiście wszystko sprowadzam do siebie. Nie wiem, jak dostanę wolne w pracy bez powiedzenia, że potrzebuję na pogrzeb. Nie wiem, jak pójdę na ten pogrzeb, bo to jak pójście na pogrzeb kogoś obcego, ale musisz siedzieć w pierwszym rzędzie i być na widoku, bo to mimo wszystko twój ojciec. Nie wiem. Myślę o tym, że obecnie cierpi tak bardzo, że taka pokuta za to wszystko, do czego doprowadziły jego wybory życiowe jest wystarczająca. Nie wiem, jak długo jeszcze będzie musiał tak cierpieć. Tylko dzisiejszą noc, czy może kolejny miesiąc? Nie wiem. Mnie przeraża, że będę musiała być kimś w tym wszystkim. Będę złą córką, w którą wleje się poczucie winy, że ani razu go nie odwiedziłam, ale nikt nie pomyśli, że poszłabym tam i nie miała NIC do powiedzenia, a jeśli miałabym, to same przykre rzeczy. Co mogłabym powiedzieć obcej osobie? Obecnie nic, a tej, która miała być kimś ważnym, a nigdy nie była, pewnie za dużo. Mama powiedziała, że najbardziej mu szkoda, że nic nie zostawił swoim dzieciom. Ale tato, czy naprawdę myślisz, że potrzebowałabym od ciebie majątku, jeśli w rzeczywistości potrzebowałam czegoś innego? Nie mówię, że to kim jestem jest w dużej mierze twoją zasługą, ale nie oszukujmy się, byłabym kimś innym z twoją obecnością u boku. Czasem myślę o tej wersji siebie, którą byłabym, gdyby nigdy nie wydarzyło się nic złego. Kim byłabym teraz, mając “normalną” rodzinę? Teraz już za późno. Nigdy tego się nie dowiem, więc rozważania są próżne. Mam nadzieję, że twoje cierpienia nie będą trwać długo i że Bóg jest miłosierny, bo nie mojego przebaczenia potrzebujesz. Właściwie nie wiem, co miałabym ci wybaczać, skoro bezpośrednio mnie nie skrzywdziłeś, żadnym słowem, żadnym uczynkiem. Nawet nie wiesz, jak trochę ci zazdroszczę, że może niedługo będzie już po wszystkim i będzie mógł rozpłynąć się w “kranie wiecznego szczęścia.”  Tak, też chciałabym już zniknąć, ale jeszcze nie odpokutowała swoich złych wyborów.

11.01.2020

1068.

Może w tym roku postanowiłam, że to ostateczny rok, w którym zmieni się coś w moim życiu, albo postawię na sobie krzyżyk. Nie wiem, ale nawiedziło mnie kilka noworocznych postanowień, które pewnie ulotnią się wraz z czasem. Myśl, że można mieć plany i je zrealizować jest kusząca, ale plany, które upadają i nie mogą być zrealizowane z różnych powodów pozostawiają gorzki smak na długo. Jestem stara, w moim osobistym przekonaniu jestem, nie rozbiłam połowy rzeczy, które moje koleżanki zrobiły mając kilkanaście lat. Po mojej głowie od wielu miesięcy chodzi pomysł, aby pójść na randkę z prawdziwego zdarzenia, nie dlatego, że odczuwam potrzebę znalezienia mężczyzny swojego życia, po prostu chciałabym zobaczyć, zobaczy jak to jest umrzeć z powodu tak wielkiego stresu. Ale od początku. Skąd bierze się osobę, z którą idzie się na randkę? Nie chcę bawić się w żadne portale randkowe, nie chcę dzielić się żadnymi informacjami o sobie, nie mam czasu na rozwijanie znajomości przez internet, zwłaszcza, że nie chcę rozwijać znajomości, ani robić komuś nadziei. Chcę pójść na randkę, jedną jedyną, ale bez zobowiązań. Może bardziej chodzi o to, że chcę z kimś spędzić czas bez przymusu tłumaczenia swojego życia od początku, czemu tak, a nie inaczej, ale z drugiej strony mam ten problem, że musiałbym takiej osobie uświadomić, że samo wyjście jest dla mnie bardzo stresujące i przy nikim nie jestem sobą, a już na pewno nie przy obcej osobie i że samo znalezienie się w tak odrealnionej dla mnie sytuacji jak randka to stres tak duży, że nie wiem, czy pierwszą rzeczą nie byłby atak paniki. Wyjście na randkę w moim wykonaniu wydaje się bardzo nierealne, ale czy tak całkowicie niemożliwe do zaistnienia? Jednak ciągle pojawia się to samo pytanie: skąd wziąć współtowarzysza? Ktoś zakrzyknie, zaprosić, można kogoś zaprosić, ale kogo, ale jak? No siema, wiesz, znamy się, a może nie, nie wiem, może zrobiłbyś dla mnie przysługę po znajomości, albo bez znajomości, i spędził wieczór, zróbmy coś bez myślenia o tym, jakie życie jest czasem przykre, czasem bezsensowne, czasem nie do zniesienia. Pójdziemy coś zjeść, tak bardzo nie lubię jeść w obecności innych, kiedy siedzimy naprzeciw siebie, kiedy patrzymy na siebie i rozmawiamy, ale zrób wszystko, żebym poczuła się komfortowo. Nie chcę pić alkoholu, ostatnio, w Sylwestra wypiłam jeden łyk i od razu zrobiłam się senna. Możemy bawić się bez alkoholu, chcę pamiętać wszystko, bo to będzie moja pierwsza i ostatnia randka, rozumiesz, muszę to długo pamiętać, i niby brzmi odpowiedzialnie, ale nie zależy mi na czymś wielkim, chcę poczuć się normalna, żywa, rozumiesz, pewnie nie zrozumiesz, bo czy ktoś zrozumie, obcy czy nie, czym byłoby dla mnie takie wyjście, jeśli nie musiałbym wytłumaczyć tego jasno i wyraźnie. Nie chodzi mi o przepuszczanie w drzwiach, o prawienie komplementów, trzymanie się za ręce, chcę wyjść z domu i zrobić coś, czego nie robiłam nigdy i nie czuć przy tym poczucia odpowiedzialności, że moje bycie miłą to zapowiedź dalszego wspólnego miłego rozwijania znajomości. Nie chcę myśleć o tym, że muszę wyglądać ładnie i że powinnam się starać być kimś, kim nie jestem tylko po to, aby się przypodobać i spodobać. Nie chcę tych dziwnych zalotów, sztuczek, chcę niewinnie cieszyć się chwilą. Tak naprawdę im dłużej dumam nad tym pomysłem, tym bardziej zażenowana czuję się swoją osobą. Bo jeśli się nad tym poważniej zastanowić, to właściwie po co mi to wszystko? Czy takie wyjście byłoby warte cokolwiek? Czy naprawdę musiałbym komuś za to zapłacić, żeby wieczór rozegrał się na moich zasadach? Zaczepię kogoś obcego na ulicy i poproszę o przysługę? Zadzwonię do znajomego sprzed lat i poproszę o przysługę? To słabe rozwiązania. Czemu żyję w świecie, gdzie to, co dla innych normalne i w jakiś sposób codziennie, mi samo myślenie o tym sprawia tyle kłopotu, że tracę motywację? Może mi właściwie nie chodzi o randkę. Może chodzi o zrobienie czegoś ekstremalnie trudne i niemożliwego do zaistnienia według mojej osobistej opinii. Jeśli pójdę na randkę to znaczy, że wygram sama ze sobą jedną bitwę. A jeśli chodzi mi właśnie o randkę? Nie wiem, niezależnie o co mi chodzi, i tak przegrałam.

7.01.2020

1067.

Chciałam przysiąść i napisać długi wpis o tym, jak niemoralnie postąpiłam i jak spędza mi to sen z powiek, ale odreagowałam już na swojej twarzy. Myślę, że pod tym względem nie ma dla mnie ratunku, ratunku dla osoby, która nie ma nikogo, kto pomógłby jej realnie poukładać od lat skłębione myśli. Pięknie zaczyna się ten roku. Ale tak naprawdę nic nie jest u mnie oddzielone etapami, życie jest jednym ciągiem upadków. Nie ważne który mamy rok, miesiąc, dzień, ciągle przegrywam ze sobą. Wczoraj kładłam się spać tak zestresowana, że nie widziałam innego wyjścia jak umrzeć tu i teraz, bo już dłużej nie wytrzymam nieustannie powtarzających się błędów i zagubienia. Dzisiaj dzień w pracy też był ciężki, jak zawsze, ciężki ze sobą samą, a potem ta nieszczęsna twarz. Ciągle pilnuję się, aby nie zwariować do reszty od tych wszystkich fobii, ale nie wiem, jak długo można żyć z tak niespokojnym umysłem. Na końcu tęsknię za życiem, którego nigdy dla mnie nie będzie. W wyobraźni tworzę świat, w którym jest pięknie. A potem i to odchorowuję. Nie pozostała już ani jedna normalna, zdrowa, dobra rzecz w moim życiu. Nawet i Ty odwróciłeś się ode mnie, choć i to jest wyłącznie moimi niespokojnymi myślami, moim nieracjonalnym wyrzutem, który hamuję z poczuciem winy, bo przecież tak jak inni nie widzą mnie, tak ja nie widzę jak bardzo się starasz i najważniejsze, zawsze było dla mnie najważniejsze, aby moi znajomi znaleźli w życiu to czego pragnęli, nawet jeśli nie ma już mnie w tym krajobrazie.

1.01.2020

1066. 2020

Nowy Rok, pierwszy wpis w tym roku, czy ma to jakieś znaczenie? Ktoś jeszcze robi postanowienia noworoczne? Na żadnych z mediów społecznościowych nie zauważyłam, aby ktoś sobie coś obiecał. Jest we mnie chęć zmian i mam dużo planów, a potem łapię się na tym, że może to tylko mój słomiany zapał. Mówię sobie “tak, chcę zrobić to i to, nawet jeśli będzie cholernie trudne”, a potem siedzę przykryta kocem, sama ze sobą, myślę o tym wszystkim kim jestem i wydaje mi się, że nie dam rady sama zrobić nic z niczym nigdy, bo nie wiem jak robi się to, co chce się zrobić, a przecież wszystko ma konsekwencje i nie mogę robić rzeczy z kaprysu, czy pod wpływem impulsu, nie mogę i już.  Od kiedy stałam się tak bezsilna i niesamodzielna? Od kiedy musiałam stać się silna i samodzielna? Czy miałam wtedy kilkanaście lat? Minęła dekada, a to słowo przypomina mi o tym wszystkim, o czym już dawno powinnam zapomnieć. 2020, taka liczba zdarza się co sto lat, 1919, 2121…. Chcę umrzeć i narodzić się na nowo, ale myślę o tym, że jutro wstanę o tej samej co zawsze godzinie, wejdę do tej samej pracy co zawsze i wpadnę w moje małe rytuały i rutynę i tyle z tego wszystkiego będzie, bo zacznę funkcjonować na trybie “proszę mnie stąd zabrać i niech boli jak najmniej i niech nikt nic do mnie nie mówi”. Wiem, że potrzeba czasu, zmian wdrażanych powoli i sumiennie, ale nie mogę, chciałam coś tak bardzo zamknąć w roku poprzednim i nie wyszło, że nie wiem, co mam zrobić, aby zapomnieć i odetchnąć. Nie wierzę, że pierwszy stycznia upłynął mi na podążaniu za fikcyjnym życiem rozgrywającym się w mojej głowie, życiu,które nigdy nie nastanie dopóki nie wygram ze sobą. Czyli co, kolejny rok, kolejna okazja, aby wygrać w końcu ze sobą?