Dokładnie miesiąc temu miałam udar mózgu z przyczyn (jeszcze?) niewiadomych. Życie jest dziwne i mniej widoczne. Może kiedyś skutki tego wydarzenia minął, a może świat już zawsze będzie niewyraźny po jednej stronie. Dziwnie mi z tym wszystkim. Może któregoś dnia znajdę siłę, aby napisać, jak to wszystko wyglądało, ten nieszczęsny dzień, pobyt w szpitalu, badania. A może już nigdy o niczym nie napiszę, może w końcu zacznę żyć z myślą, że mam jeszcze mniej czasu, a nadal nie jestem przygotowana na zniknięcie ostateczne z powierzchni Ziemi.
18.10.2020
8.09.2020
1101
Próbuję zasiąść do tego wpisu od ponad tygodnia, ale nie potrafię znaleźć czasu. Od miesięcy nie potrafię usiąść na spokojnie i wybrać głośników do komputera. Dni mijają, stare głośniki raz łączą, raz głos daje tylko jeden, i tak płyną mi dni. Nie wiem, co się dzieje z moim czasem. Nie potrafię się na niczym skupić. Bezskutecznie łapię rozbiegane myśli. Czy to zaczęło się dwa lata temu, gdy moja cera zwariowała, moje relacje z ludźmi się popsuły, a mojemu ojcu postawiono diagnozę skazane na śmierć? A może wielki wybuch przy moim uchu nakręcił maszynę nie skupienia? Nie wiem, nie wiem nic. Mój ojciec nie żyje. Byłam nastawiona bojowo w dzień pogrzebu, aby walczyć ze wszystkimi zarzutami jako że byłam złą córką i nie odwiedziłam go przed śmiercią, mimo że nikt nie wiedział kiedy umrze, ani on nie prosił o tłumy pielgrzymów, wręcz przeciwnie, chciał cierpieć w spokoju. Myślę, że nie było mu to potrzebne. Ostatecznie śmieć to sprawa między nim a Bogiem, a jeśli wszystko w co wierzę jest najprawdziwszą prawdą, po śmierci zobaczymy się znowu. Czy czeka nas kolejne niezręczne spotkanie? Czy tak usprawiedliwiam swoje poczucie winy? Moje bojowe nastawienie było niepotrzebne. Nikogo nie obchodziło kim jestem. Grabarze patrzyli na nas bez emocji, panowie niosący trumnę (czy też nazywa się ich grabarzami? raczej nie) nie pokazali żadnych emocji. Widziałam jak zerkali na mnie, ale najprawdopodobniej skakali wzrokiem po wszystkich, aby dostosować się do sytuacji i wiedzieć, co w którym momencie robić. Nie chciało mi się płakać ale nie mogłam znieść płaczu sióstr ojca, więc kilka razy powstrzymywałam łzy Wiecie, płakanie na pogrzebie własnego ojca byłoby czymś niezrozumiałym. Płakanie jest czymś złym, jeśli płaczę ja, nigdy nie wolno pokazać pokazać mi prawdy, więc całe życie skrzętnie ukrywam swoje realne emocje, a przede wszystkim stan umysły, aby nie mierzyć się z bezradnością innych na mój widok. Inni płakali bez skrępowania, przytuliła mnie zapłakana siostra cioteczna, starsza ode mnie o kilka lat, która pomogła mojemu ojcu w ostatnich dniach. Dziwne uczucie, bo ona przytuliła mnie na pocieszenia, a przecież osobą wymagająca pocieszenia była ona. Śmierć mojego ojca nie była czymś złym, wręcz przeciwnie, szczęśliwy on. Jego cierpienie dobiegło końca, fizyczne i psychiczne; nie musiał mierzyć się z trudnościami dnia codziennego, z nie jedzeniem, niemówieniem, z niczym, szczęśliwy koniec. Umarł ktoś, kogo nie znałam i to bardziej rozbija moje myśli. Trzydzieści lat bycia czyjąś córką. Tylko czyją? Kim naprawdę był mój ojciec? Nagle uderza mnie, że dwadzieścia lat nie miałam ojca i już nigdy nie będę mieć. Koniec. Coś się skończyło. Pustka minionych dwudziestu lat pozostanie już na zawsze niewypełnioną pustką. Dziwnie mi z myślą, że wraz ze śmiercią pewne rzeczy stają się nieodwracalne. Nie można nic naprawić, zmienić, powiedzieć. Koniec to koniec. Koniec na zawsze. Co gorsza, nagle śmierć stała się bardziej realna. Do tej pory zawsze czułam jej oddech na karku, co gorsza, biegłam też w jej ramiona, ale teraz wiem, że nie jestem na nią w żaden sposób gotowa. Za to mój ojciec, on był gotowy, wiedział, że jego dni są policzone, mógł się przygotować, o ile da się przygotować na taki tajemniczy moment. Zazdroszczę mu, że wie jak to wygląda. Gdzie teraz jesteś tato, wróć tu i powiedz mi, bo inaczej nawet po śmierci będę błądzić tak jak za życia.
29.08.2020
1100
Dzisiaj miało mnie nie być w domu, ale zaczął padać, a nawet lać deszcz, choć każda prognoza pogody obiecywała 27 stopni i słońce. Jest jeszcze przed południem, więc może coś uratuje mój dzień, zanim skończy się jak zwykle, czyli rozdrapywaniem twarzy z dziwnego napięcia i myśli o tym, że weekend to krótka przerwa, podczas której mój umysł nie potrafi już wypocząć, chyba, że skupię się na twarzy, i wszystko dookoła przyjemnie znika. Wczoraj rano zmarł mój ojciec. Ciocia pojechała go nakarmić; przyjmował jedzenie do jelitowo, a sam nie był w stanie tego zrobić. Nie wiem, czy zdążyła podać mu “posiłek”, czy zmarł chwilę przed. Myślicie, że wiedział, że umiera, ale skoro nie mógł już mówić, przyszło to mimo wszystko niespodziewanie dla wszystkich, choć każdy wiedział, że dni są policzone. Przeraża mnie myślenie o momencie śmierci. Chciałam umrzeć milion razy, ale teraz dostałabym ataku paniki, gdyby przyszło mi umrzeć ze świadomością mojego ostatniego oddechu. Mimo, że słyszy się wiele wersji tego, co czeka nas po śmierci, nie można przygotować się na taką niewiadomą, bo ostatecznie wszystko w co wierzyliśmy może okazać się kłamstwem. Słyszałam, że ludziom kochanym łatwiej umierać. Słyszałam taką metaforę, że po śmierci Bóg pokazuje nam wszystkiego momenty, w których wybraliśmy zło zamiast dobra i jaki to miało wpływ na nas i innych. Jeśli pomyślę o życiu mojego ojca, o tym wycinku z którego go znam, czyli od pierwszego wspomnienia związanego z nim, to myślę o nieszczęśliwym życiu, choć nigdy nie widziałam, gdzie było jego źródło. A potem pomyślę o równie nieszczęśliwym życiu mojej matki i może w końcu rozumiem skąd we mnie tyle nieszczęśliwego życia. Myślę, że dopiero wraz z dniem pogrzebu dotrze do wszystkich, że oto pewien etap dobiegł końca i można odetchnąć z ulgą. Ojca straciłam już dawno temu, ale przecież ósemka rodzeństwa straciła brata, babcia straciła syna, dziadek nie stracił syna, bo syn stracił ojca (mojego dziadka). Przestało padać, słońce nieśmiało przebija się zza chmur, powietrze nabiera ciepła; może uda mi się wyjść z domu.
23.08.2020
1099.
Niedziela. To miało wyglądać zupełnie inaczej. W piątek nie mogłam wysiedzieć w pracy z radości, zupełnie jak koleżanka, dla której o 16 w piątek zaczynał się wyczekiwany urlop. Mój okres łaskawie postanowił się nie zacząć, choć miałam obawy, że obudzę się w sobotę rano w bólach i moje planowane wyjście z domu będzie zakłócone. Mój okres postanowił nie zacząć się do tej pory. To nic. Nie pierwszy i nie ostatni raz postanowił się przesunąć, co widać już na mojej twarzy. Właśnie, moja twarz do piątku wieczorem wyglądała wystarczająco przyzwoicie, a potem szlag wszystko trafił. Moje wyczekiwane od miesięcy spotkanie znowu stało się przyszłością. Nie umiem być jednak zła, bo nie ma nic gorszego niż stanie na przeszkodzie czyichś dobrych marzeń. Nie oczekiwałabym nigdy, żeby ktoś rzucił wszystko dla kilku godzin ze mną. Zgodziłam się na telefon, choć każdy telefon wywołuje we mnie irracjonalne emocje. Tylko rozmowy z domownikami nie sprawią, że mój poziom stresu rośnie. Ostatni raz dłużej przez telefon rozmawiałam z K. rok temu, gdy dzwoniła aby powiedzieć, że jej pociąg ma opóźnienie i nie zdąży na przesiadkę. Jak widać nie mam szczęścia do długo wyczekiwanych spotkań, choć wtedy nam się udało. Do tej pory pamiętam najważniejszy zakup tamtego dnia - otwieracza do wina - podczas gdy butelka okazała się zakręcana, kiedy przyszło nam ją otworzyć. Piątkowy telefon był pocieszający, choć miałam moment, w którym pomyślałam, że złamie mi się głos i zacznę płakać, ale nie, pogodny głos po drugiej stronie odegnał moje złe myśli. Może jestem już przyzwyczajona do tego, że to układa się tak niefortunnie w moim życiu, że wszystkich, których chciałabym mieć przy sobie zabiera gdzieś los. Ale obecne czasy nakładają na wszystkich podobne ograniczenia, więc nie jestem jedną osobą, która musi się z czymś pogodzić. Jest mi tylko szkoda, że prezent urodzinowy będzie musiał czekać kolejny rok. Chyba, że ktoś mi powie jak tanio wysłać paczkę do Hiszpanii, bo na razie kosztowałaby więcej niż jej zawartość. O ile zaraz nie będzie zakazu. Poczta Polska chyba nadal taki utrzymuje. Nie ważne. Pomyślę o tym później.
Ostatnio wróciła do mnie myśl, że znowu zignorowałam czyjąś wiadomość, której nigdy nie mam zamiaru odczytać. Wiadomość od osoby, która nie powinna więcej do mnie pisać, bo tak będzie lepiej dla każdej ze stron. Po co wracać do przykrej przeszłości? Czy nie pożegnałam się wystarczająco dobrze, wybaczając nietakt i urazę, i żeby nigdy do tego nie wracać, nie chcę wracać do znajomości z tą osobą. Niektórą przeszłość trzeba odciąć od siebie grubą kreską. Nawet jeśli nie ma we mnie złości, to nie oznacza, że kiedykolwiek ponownie zapomnę i zaufam. Czasem tamta sytuacja do mnie wraca jak przestroga i mówię sobie, nigdy więcej. Pewnego upalnego dnia wsiadłam na rower z zamiarem zrobienia sobie zdjęć. Wybrałam najkrótszą drogą do mojego docelowego miejsca, ale miałam chwilę zawahania, gdy w oddali zauważyłem czyjąś sylwetkę. Zatrzymałam się i wpatrywałam w postać próbując odgadnąć, czy oddala się ode mnie, czy zmierza w moim kierunku. Czasem trudno uwierzyć w takiego pecha, albo bardziej takie dziwne zbiegi okoliczności, ale tak, to była ta osoba od wiadomości. Czemu ciągle wpadam na osoby, których nie chcę widzieć, a tych wszystkich, których może jeszcze chciałabym ujrzeć, już dawno zniknęli za linią horyzontu? Dla porównania. Byłam kilka razy nad pewnym jeziorem, za którym nawet nie przepadam, a potem zobaczyłam nad nim kogoś, na kogo chciałam wpaść od kilku lat. Zobaczyłam na zdjęciach w internecie. Nie ten dzień, nie ta pora. Kiedyś minęliśmy się o jakieś dziesięć minut, o kilka kilometrów, czasem kilkanaście. I przez takie mijanie zrozumiałam, że od zawsze nie było nam po drodze i nie dlatego, że nie chcieliśmy, ale tak chciał Los, który wiedział lepiej, jak będzie wyglądać nasza znajomość. Mimo to nie rozumiem wpadania na osoby, które wzbudzają we mnie milion obaw. O czym ma mi to przypomnieć? Czego nauczyć? Czy we wszystkim ukryty jest jakiś sens? A może nie. Może to przypadki nie warte zaprzątać myśli.
20.08.2020
1098.
Życie w pracy jest lepsze, od kiedy D. przebywa na urlopie. Połowa stresu i głupich obawach napędzanych jego obecnością zniknęła. Niestety, z tych wakacji musi kiedyś wrócić, co gorsza zrobi to w poniedziałek i znowu będzie latał jak głupi po całym sklepie robiąc tysiąc rzeczy na raz, a mi włączą się wszystkie nerwice natręctw. Poza tym życie płynie mi bezmyślnie. Moja cera od ostatniego załamania nerwowego znacznie się polepszyła, a może odechciało mi się już szarpać i godzę się z tym jak wyglądam (haha, kogo ja oszukuję), co nie przeszkadza mi w wydawaniu pieniędzy na kosmetyki ratujące. Jestem zmęczona, ale to zbliżający się okres wysysa ze mnie energię i myśli. Jeżdżę do pracy codziennie rowerem, żeby zaoszczędzić trochę na dojazdach i żeby dodatkowo się zmęczyć, A może boję się przytyć.Sama nie wiem, ale czasem mi się nie chce jechać rowerem, to nudne, ta sama trasa i widoki, ale to daje mi niezależność i nie muszę nakładać maseczki. Nie wiem, co zrobię jak sezon rowerowy się skończy. Po powrocie z pracy będę zawzięcie ćwiczyć i mój czas skurczy się całkowicie. Za to dzisiaj planuję się wyspać, więc mówię dobranoc o 22, jak na starych, zmęczonych życiem ludzi przystało.
9.08.2020
1097.
Czekałam na ten weekend. Moja twarz miała wyglądać lepiej, mówiłam sobie, minie siedem dni, będę już w innym miejscu i jestem, w piekle. Miałam spędzić ten weekend na małej wycieczce, a tymczasem zapłakana i zestresowana przesiałam w domu myśląc o tym jak umrzeć jednocześnie nie ponosząc za to kary. Mój najgorszy koszmar wypisał się na mojej twarzy. Nie mam kontroli nad moim organizmem. Milion czynników nakłada się na siebie, a potem pozostaje mi obraz nędzy i rozpaczy i myśl, że jedyne lekarstwo jakie znam to nie wychodzenie z domu. Myślę sobie, dobrze, przeboleję, może za te siedem dni będzie lepiej, ale boję się, że odwołam spotkanie z M. tak jak odwołałam to w sobotę, że obrażę się na świat i życie i dopóki moja twarz nie będzie wyglądać jak półtora roku temu, to nie chcę nikogo oglądać. Oczywiście doskonale rozumiem, że innym pewnie bez różnicy, czy mam te wypryski rany i strupy czy nie, ale mi samej ciężko jest znieść myśl, że muszę z taką twarzą istnieć. Najprawdopodobniej do momentu, w którym nie odbędę pielgrzymi po wszystkich lekarzach, co jest utrudnione w czasach zarazy. Nie wiem, czy chcę wydać prywatnie swoje oszczędności i na końcu zostać z niczym, nawet bez gwarancji, że realnie za te kilka miesięcy będę zdrowa i moja twarz również Tymczasem mój weekend okazał się męczarnią. Nie odpoczęłam, nie odespałam. Napięcie w mojej rodzinie rośnie. Wszystko wali się na głowę. A jutro czeka mnie w pracy burdel po tej ulewie, która zalała miasto i z pewnością nie oszczędziła naszego sklepu w piwnicy. “Boże Wszechmogący, ześlij deszcz, potężny deszcz, taki który jeszcze nigdy nie padał, deszcz jak bombardowanie, deszcz jak nalot, ześlij deszcz i zatop to miasto, zrób to szybko zanim włączą się alarmy, niech wszystko zaleje woda [...] niech zatopi nas i wszystkich których znamy, bo inaczej będę jeszcze chodził po nim przez miliony lat, zatop nas Boże bo nie zasługujemy na nic innego, bo nie potrafimy ani myśleć, ani kochać, bo tego nie chcemy, bo idziemy przez las, pijani od słów, głuchnąc od hałasu, ślepnąc od świateł. Boże Przenajświętszy wysłuchaj mnie, choć nie mam nic, co mógłbym zaoferować Ci w zamian.” Ten fragment serialu utkwił mi w głowie od kiedy tylko go usłyszałam. Wraca do mnie od czasu do czasu. Niestety, dzisiaj ulewa spadała na to miasto co trzeba. Ciągle tu jestem i nie wiem, co mam zrobić z tym wszystkim.