27.12.2018

1016. Podsumowanie roku.

Na początku tego roku wyszłam z założenia, że zamiast całorocznego podsumowania, będę co miesiąc streszczać wydarzenia minionych dni, a jednak już po styczniu postanowienie to umarło śmiercią naturalną. Prawdopodobnie dlatego, że w lutym wyrwałam się z rąk śmierci domowej i zaczęłam kolejną pracę. Ten rok kończę również z (nieoficjalną) pracą, więc w tym roku pierwszy raz od kilku lat w okresie zimowym posiadam dochód, dzięki czemu nie czuję się gorsza od znajomych, i nie mam w sobie przekonania, że oto znowu w życiu mi nie wyszło. Bo zakończenie roku wyszło trochę lepiej niż w latach poprzednich. Nie wiem, czy to był dobry rok, ale w porównaniu z ostatnimi latami, a na pewno z rokiem poprzednim, był dobry, co nie znaczy, że fantastyczny. Ale czy ktoś zakłada, że przez całe dwanaście miesięcy życie może być krainą mlekiem i miodem płynącą? Oczekiwanie na takie rzeczy to po prostu naiwność. Czy nie mam racji? Po lutym nastał marzec. Pierwsze miesiące pracy, które przypadły na okres zimowy, wspominam dość wyraźnie. Spędzałam wtedy ogromną ilość czasu przed komputerem, dużo się stresowałam i wracałam późno do domu, z racji tego, że na początku kończyłam pracę o osiemnastej. Zima była krótka, ale jednego tygodnia napadało porządnie i zdarzyło się, że raz wracałam w zawieję śnieżną. Na szczęście po pół godzinnym opóźnieniu autobus przyjechał i dowiózł mnie pod dom. Czy to dziwne, że pamiętam wszystko tak dobrze, jakby wydarzyło się wczoraj? Raz płakałam przy koledze z pracy, a od lat nie płakałam przy drugiej osobie. (Może tylko wtedy, w tamto lato, gdy siedzieliśmy razem na dachu galerii handlowej. Dawno o tym nie myślałam, ale ludziom naprawdę trudno pocieszyć mnie inaczej niż słowem, jakbym miała napisane na czole nietykalna.) W pracy płakałam może nie tylko ze stresu, ale dlatego, że ciężko mi być sobą i nie wiem, czemu nie potrafię być sobą przy nikim, nie licząc kilku dobrych dusz, których nie boi się moja. To oczywiste, że każdy ma jakąś przeszłość, która odbija się w teraźniejszości, albo w chwili obecnej przechodzi przez trudną sytuację, która pozostaje milczeniem. Przecież nie będziemy każdej nowo poznanej osobie opowiadać swojego życia od początku, albo wylewać żali bieżących, bo na tym nie polega życia, i to niemożliwe, aby wszyscy wiedzieli o nas wszystko (od tego jest Bóg), a poza tym możemy po prostu nie chcieć, aby ktoś nosił w sobie nasze obce historie. Należę do osób, które nie chcą, zwłaszcza, gdy nie rozpoznaje w kimś pokrewnej duszy, więc jestem zestresowana tym, że ktoś nie rozumie, skąd wynika moje takie, a nie inne zachowanie. Ten rok nauczył mnie, że istnieje wiele osób, przed którymi muszę być nieprawdziwa, bo inaczej nie chcę. Pod tym względem było mi trudno, właściwie cały rok, a im bardziej kolega chciał ze mną rozmawiać, tym bardziej bezsensowne wydało mi się mówienie. Niby jako ludzie powinniśmy być dla siebie mili zawsze, tak uważam, bo każdy zasługuje na odrobinę uśmiechu, zwłaszcza, że i tak nie jest łatwo być mieszkańcem Ziemi. Więc albo się uśmiecham, albo nie mówię nic. Obecnie potrafimy spędzić razem 6 godzin w pracy (jako że każde z nas przychodzi na inną godzinę) i nie odezwać się do siebie słowem. Nie chcę zostać zrozumiana źle, nie przekreślam nikogo, a tym bardziej nie uważam, że kolega jest, jak to się mówi, złym człowiekiem, bo obiektywnie jest nawet sympatyczny, ale nie potrafię z nim złapać nici porozumienia. Nie wiem, może tylko ja wolę nie przynosić spraw osobistych do pracy podczas, gdy on potrafi opowiedzieć mi o całym swoim życiu, ale to nie o to chodzi i to bardziej skomplikowane, więc tak upłynął mi rok w pracy, dziwnie i trudno, ale nie mówię też, że nie było dobrze, nie licząc moich załamań po popełnianych błędach podczas nauki. Niezależnie, jak bardzo będę z tym walczyć, każde swoje najmniejsze potknięcie będę oceniać surowo, i to nie tak, że specjalnie, to spływa na mnie jak fala, jakby mój mózg nie potrafił już inaczej po tych latach smutku, przy czym mój perfekcjonizm z porównaniu z tym, jak mało rzeczy ma dla mnie jeszcze znaczenie, to bardzo dziwne połączenie. Pamiętam, jak kolega na początku mnie pocieszał i mówił, że nie chce, żebym płakała. Nawet przechodząc obok mnie zmierzwił moje włosy jak małej dziewczynce, jakby tym gestem chciał powiedzieć “ej mała, nie płacz”. Podejrzewam, że teraz nawet nie byłby w stanie podać mi ręki. Zima zawsze ochładza moje i tak zimne serce. Wiecie, co jest najgorsze - uświadamiać sobie swoje dziwne zachowanie, a nie potrafić tego zmienić. Jeśli mówię komuś o czymś dla mnie trudnym, to przeważnie tylko raz, co nie znaczy, że jeśli o tym nie wspominam codziennie, to tego nie ma. Napisałam dużo o pracy w podsumowaniu roku, ale wygląda na to, że człowiek na starość ma tylko dwa nastroje “praca” i “brak pracy”. Po lutym nastał marzec, a potem kwiecień i maj. Nie wiem, czy w tych miesiącach wydarzyło się coś wartego wspomnienia. Musiałbym zajrzeć do archiwum. Jeśli nie pamiętam sama, to pewnie nie wydarzyło się nic. Tak naprawdę nie chcę teraz streszczać każdego miesiąca. To nudne. Wspomnę więc o kilku rzeczach, które uczyniły ten rok ważnym, smutnym i radosnym. O pracy już było, nawet za dużo, nie planowałam rozpisać się aż tak bardzo na ten temat, ale wygląda na to, że potrzebowałam wyrzucić z siebie na koniec to, co siedziało mi gdzieś z tyłu głowy. Oczywiście jestem wdzięczna za to, że zarabiam, ale kończę ten rok z przekonaniem, że chyba w żadnej pracy nie będę potrafiła odnaleźć się stuprocentowo. Czuję się tam często obco, jakby spędzony czas był dziwnym ośmiogodzinnym snem, podczas którego nie wiem, kim jestem, poza tym, że wiem, iż muszę starać się jak najlepiej wykonywać swoje obowiązki i być miła, bo chociaż tyle mogę, choć nie wiem, czy potrafię w ogóle BYĆ. W tym roku moje lato obfitowało w rodzinne spotkania. Dawno tak często nie widywałam rodziny bliższej i dalszej i to znowu namieszało mi w głowie, bo nie potrafię się w tym odnaleźć, ale czasem dobrze jest mieć rodzinę, jakąś część, do której przynależysz choćby z faktu posiadania wspólnych więzów krwi. Chciałabym być bardziej otwarta, tak jak otwarta jestem w mojej wyobraźni, ale ten rok pokazał mi, że oddalam się coraz bardziej od świata i nie wiem, jak to zatrzymać. Mimo to kilka razy usłyszałam, że jestem wyjątkowo uśmiechnięta i chyba ludzie uwierzyli w mój optymizm, więc nawet ja uwierzyłam w jego obecność, więcej, poczułam w sobie zmianę. Nawet jeśli niewielka, to nadal ważna. W tym roku jak na mnie, miałam bardzo mało ciężkich, depresyjnych momentów, takich, w których nie wierzyłam już w nic. Może naprawdę zrobiłam progres, może naprawdę modlitwa czyni cuda, może ciągle ochrania mnie mój prywatny anioł stróż i jeśli naprawdę kiedyś będę mogła stanąć u bram Nieba, to chciałabym, aby to właśnie on jako pierwszy wyciągnął do mnie rękę i poprowadził w stronę światła. Jeśli mowa o spotkaniach wyjątkowych, ten rok był rokiem takich spotkań. Po latach oczekiwania, łez, a nawet strachu, że to może nigdy nie nadejść - spotkałam moją małą A. Nawet teraz, gdy o tym myślę, ogarnia mnie ogromna wdzięczność, bo warto było przeżyć ten rok dla tej chwili, nawet jeśli jestem niezadowolona z tego, że będąc przytłoczoną wydarzeniem, nie potrafiłam otworzyć się wystarczająco i pokazać, jak ważne były dla mnie te niecałe trzy dni razem. Nie jestem jednak na siebie zła, bo liczę, że kolejne spotkanie nadejdzie sto razy szybciej i otrzymam kolejną szansę. Wiecie co, właśnie uderzyło mnie, że w tym roku pierwszy raz w życiu pojechałam sama na kilkudniową wycieczkę i to nie tak, że boję się podróżować w pojedynkę, ale było mnie na to po prostu stać. Nie jechałam do nikogo na noc, ani nikt nie brał mnie ze sobą dla towarzystwa, ani to nie była klasowa wycieczka. W ogóle w tym roku wyjątkowo dużo podróżowałam, jak no moje życie bez podróży. Tak naprawdę nie podróżuję wcale, sama nie wiem czemu, a może wiem - z braku funduszy - a w tym roku nawet udało mi się pojechać na wycieczkę, którą wymyśliłam sobie rok wcześniej - pod kościół na wyspie. Był więc Zwierzyniec, Wrocław i Opole. Do Opola trafiłam całkiem niespodziewanie. Wiedziałyśmy o swoim istnieniu tyle lat, a to właśnie w tym roku całkiem spontanicznie wyszło nasze spotkanie. Prawdę mówiąc już dawno temu powiedziałam sobie, że nie mam siły na nowe bliższe znajomości, najprawdopodobniej do końca życia, a tymczasem sama zaproponowałam spotkanie i jeśli to nie była moja najlepsza podjęta decyzja w tym roku, to nie wiem, co nią było. Pamiętam bardzo dużo z każdej wycieczki, jakby mój mózg nagrał filmy, które mogę sobie dowolnie odtworzyć krok po kroku. Nie będę jednak odtwarzać tego długie filmu, choć jest piękny i pełen emocji. W tym roku widziałam się też z M., aż trzy razy (!), co do tej pory było nieosiągalne przy naszych smutnych życiach, a teraz, och teraz chyba jesteśmy trochę mniej smutne. To wspaniałe, że po studiach udaje nam się utrzymywać nieustanny kontakt, jeśli nie na żywo to pisemny. Wtedy, gdy tak okropnie pokłóciłyśmy się podczas studiów o całkowitą głupotę, myślałam, że nie jestem w stanie z nikim zbudować jakiekolwiek relacji, jeśli chodzę taka rozbita. Gdy myślę o tym roku, jestem wzruszona, że polubiłam szczerze M. i znalazłam w niej prawdziwe oparcie, choć jesteśmy bardzo różne. Niezapomnianym tegorocznym wydarzeniem pozostanie dla mnie koncert zespołu South Club, na który pozwoliłam sobie pójść, choć nie powinnam. Może to była wina koncertu, może zimy, która jest cichsza niż lato, ale moje szumy uszne nie pozwalały mi dobrze żyć i przez cały miesiąc myślałam o nich codziennie i codziennie wydawało mi się, że nie dam już rady - zwłaszcza wieczorem, bo po całym dniu chłonięcia dźwięków, miałam wrażenie, że od nowa jestem na początku drogi i na nowo oswoić się z trudną sytuacją. Jak wielkim zaskoczeniem było dla mnie, gdy leżałam na łóżku późną nocą w Boże Narodzenie i próbowałam zmusić się do spania, choć ani trochę nie czułam się senna, nagle usłyszałam głośne pyknięcie, jakby odetkało mi prawe ucho. Zamarłam na chwilę próbując zrozumieć, co się stało, ale wiedziałam, że coś się zmieniło. Nie odzyskałam słuchu, bo nie straciłam słuchu, ale moje szumy uszne wyrównały się i drażniący pisk, który towarzyszył mi przez cały miesiąc ucichł, a pisk przestał być wwiercającą się w głowę falą dźwięku. Bałam się cieszyć. Obecnie odczuwam tak wielką ulgę, że mój pisk wydaje się niemal ciszą. Czasem próbuję sobie przypomnieć prawdziwą cieszę, ale nie pamiętam, jak to jest kłaść się spać i denerwować, że w pokoju obok ktoś ogląda za głośno telewizję, bo mam w głowie prywatny telewizor, który zgaśnie tylko wraz ze mną. Nie mogę jednak nie mieć nadziei na cud, nawet jeśli to naiwne, ale pozwala mi marzyć, że może jeszcze kiedyś pójdę na koncert. Oczywiście nie żałuję, że poszłam na listopadowy koncert. Dawno nie byłam tak szczęśliwa, jak tamtego dnia. Ciągle mam w pamięci moment, gdy nie mogłam przestać się śmiać, na myśl o tym, że mam te obciachowe “sakiewki” na prezenty i że mam je komuś pokazać, a czuję się zażenowana swoją “biedą”. Wydało mi się to okropnie zabawne i miłe jednocześnie, że mam przy boku dwie osoby, które nawet jeśli będę uważać, że to obciach, to i tak zaprzeczą. Tak jak w tamtym momencie nie śmiałam się w niczyim towarzystwie przez cały rok. Myślałam, że pęknę ze szczęścia. Idąc dalej tropem ludzi, w tym roku pisałam z pewną dziewczyną z Serbii, wymieniając wiadomości na temat wspólnych zainteresowań. Wraz z latem przepadła jak kamień w wodzie. Na pamiątkę mam tylko jej zdjęcie (sprzed kilku lat) i boję się to tym napisać, ale możliwe, że przyczyną jej ciszy nie jest życie, a śmierć i że pokonała ją choroba zwana anoreksją. To dziwne, że ktoś pojawia się w naszym życiu na chwilę, a potem znika, jakby nigdy nie było. Obiecała, że napisze, gdy zechce zniknąć z internetowego świata, ale może nie zdążyła, bo zniknęła też z tego. Jeśli jestem już przy ciszy, jest mi przykro, że zaraz minie dwa lata od naszego ostatniego spotkania. Nie jest to jednak żal. Mi po prostu szkoda, że nie mogę zobaczyć kogoś, komu wiele zawdzięczam. Ten rok jednak przypomniał mi, że nikt nie należy do mnie, ani nikt nie ma obowiązku utrzymywać ze mną kontaktu ze względu na wspólne wspomnienia. Czy mogę napisać, że mam nadzieję, że w przyszłym roku zechcesz mnie zobaczyć? Tylko nie wiem jak, bo ten rok zabrał mi odwagę, aby prosić o spotkania, których chcę tylko ja (lub wydaje mi się, że chcę tylko ja). Szczerze powiedziawszy nie wiem, czemu mi to potrzebne, ale ten rok pokazał mi, że moje niektóre pragnienia nie mają ukrytych intencji. Wspominam znajomych i myślą, że miło byłoby się spotkać. Chociaż jeśli się w to zagłębimy, to pewnie miło byłoby mi, więc może to jednak ma ukrytą intencję, bardzo egoistyczną, bo brakuje mi tych momentów, kiedy w czyimś towarzystwie czułam się szczęśliwa. Może to prawda, że tęsknimy nie za ludźmi, ale za sposobem, w jaki się przy nich czuliśmy. Już kiedyś pisałam o tym, że sposób, w jaki się czuliśmy przy kimś jest równy temu, że pojawia się on za sprawą konkretnej osoby, więc tęsknimy też za osobą. Jednak to nie czas na takie rozważania, bo to wpis podsumowujący rok. Wiem, że teraz uderzam w smutniejszy ton i może powinnam zaplanować ten wpis tak, aby miał tendencję wzrostową, jeśli chodzi o nastrój, ale nie zaplanowałam i trochę za późno na zmiany. W tym roku, mimo wielkich planów, nie udało mi się spotkać P., której życie diametralnie zmieniło się w roku ubiegłym. Miała przyjechać do mnie z synkiem, ale to wszystko okazało się za trudne, a dla mnie za trudna długa podróż do niej. Pewnie dlatego, że już jedną mam za sobą i zniosłam ją źle, dlatego nie dziwię się, że i ona przełożyła swoją do mnie, zwłaszcza, że nie podróżowałaby sama. Może zawiodłam jako koleżanka i powinnam pojechać, ale liczę, że Nowy Rok to będzie rok kolejnych spotkań. Może to nierozsądne oczekiwać, że dostanę tyle czasu, ile potrzebuję, aby każdego ponownie ujrzeć. Właściwie zawsze mam wrażenie, że tego czasu zabraknie. W tym roku zabrakło też czasu na spotkanie z dwiema koleżankami ze studiów, a przecież miałyśmy spotykać się co roku. Poza tym nagle przypomniałam sobie, że pisałam z kimś z poprzedniej pracy. Mam wrażenie, że to nie było w tym roku, a nawet w innym życiu, a jednak archiwum pokazuje ten rok. To dziwne, że chciałam utrzymać kontakt z prawie obcą osobą, choć wiedziałam, że to i tak się nie uda, bo nałożyło się na stresujący czas w moim życiu. Poddałam się. Choć podobało mi się to, że ktoś nie oczekuje niczego w zamian za znajomość ze mną, że tak po prostu dzieli się ze mną wycinkami swojej rzeczywistości, jakby to nie miało znaczenia, że ja to wszystko wiem, bo może to wiedzieć każdy i fajnie być zwyczajnym znajomym, a jednocześnie wyjątkowym przez fakt, że nie łączyło nas nic poza wspólną pracą w przeszłości. Było minęło, jak ten rok. Mimo moich tęsknot za osobami, których nie mogło przy mnie być w tym roku, to było wartościowe 12 miesięcy. Czuję, że wzrosłam jako osoba, choć nie widać tego po moich mało optymistycznych wpisach, ale powtórzę to po raz setny - to miejsce musi być smutne, abym w realnym świecie pozostały mi tylko łzy szczęścia. Jak już wcześniej wspomniałam, moja niechęć do życia zmalała i tylko w ekstremalnych przypadkach myślę o śmierci jako chęci ucieczki od problemów. Częściej mówię sobie, że muszę walczyć mimo wszystko, ale nie po to, aby wygrać za życia, ale aby wygrać po śmierci. Z bardziej przyziemnych rzeczy, mogę wspomnieć o tym, że wraz z końcem jesieni zaczęły wypadać mi włosy, które wraz z początkiem grudnia przestały. Może to załamanie pogody podziałało na mnie w ten sposób? Niestety mój zdrowy organizm, a zdrowy jak w tym roku nie był od dawna, funduje mi od kilku miesięcy bolesne miesiączki i wcale nie chodzi o ból brzucha, a ból głowy. Ból głowy przed miesiączką i w trakcie i jeszcze po, bo czemu by nie. Oby przyszły rok był dla mnie łaskawszy pod tym względem, albo zostanę lekomanką, nie jedyną w tym kraju, bo czasem trudno uwierzyć, ile - my ludzie - zażywamy tabletek przeciwbólowych. Mój ojciec z pewnością podbił te statystyki, bo mój ojciec choruje na raka. Czy nie głupio kończyć wpis podsumowujący widmem śmierci? Może umrzeć w każdej chwili, ale w tym roku jeszcze nie umarł. Jeszcze, bo zostało kilka dni do Nowego Roku, ale myślę, że nie umrze, choć to nie zależy ode mnie. Zamieszczam notkę wcześniej, bo wcześniej ją napisałam. Nawet, jeśli coś ważnego wydarzy się przez te ostatni dni - a prawdopodobnie nie - to opowiem wam o tym, moi nieistniejący czytelnicy (nie wliczając wiernej K., która ma siłę czytać te monotonne wpisy), w przyszłym roku. Na koniec mogę dodać, że to był dobry rok, bo schudłam nie odchudzając się i to jest życie na fali. W następnym roku też schudnę.

1.12.2018

1015.

Będzie to wpis nie inny niż pozostałe, długi, bezsensowny i bolesny. Gotowi nieistniejący czytelnicy?
Rok temu byłam zawiedziona, że na moją listę trafił wokalista, którego nigdy nie będę miała okazji usłyszeć na żywo, bo raz, że nie dotrze do kraju, w którym utknęłam, a dwa, nawet jeśli jakimś cudem, to przecież mój słuch tego nie wytrzyma. Zespół zapowiedział przyjazd do Polski i pomyślałam, że dla takiego wokalisty warto stracić słuch. Nie wiem, od kiedy stałam się taką optymistką w tej kwestii. Czasem mam wrażenie, że jeśli mocno pomyślę, że coś się nie wydarzy lub wydarzy, to moje myślenie zadziała, ale to nieprawda, od samego myślenia nic się nie dzieje. Przez cały tydzień miałam problem z odespałam zarwanej nocy po koncercie spędzonej w dworcowym Mc Donaldzie, a w pracy codziennie rozbrzmiewał dźwięk wiertarki, więc tym zaczęłam tłumaczyć sobie fakt, że moje szumy uszne nagle stały się drażniące. Pamiętam, jak którejś nocy przebudziłam się widząc zapalone światło w sąsiednim pokoju. Uświadomiłam sobie, że nie dlatego, że komuś zachciało się siku, ale dlatego, że o 4:30 mój brat wstał, aby na czas dojechać na poranny egzamin z prawa jazdy, który swoją drogą zdał. Obudziłam się i pierwsze co mnie uderzyło, że cierpię na szumy uszne, choć od dawna o tym nie pamiętałam. Może pójście na koncert było naprawdę złym pomysłem. Leżałam rozbudzona, ale jeszcze z przyjemną myślą, że do dźwięku budzika zostało półtorej godziny i mogę spać dalej, ale ten dźwięk. Próbowałam zasnąć i było mi coraz smutniej i tylko szeptałam prośbę do Najwyższego, żeby mnie cudownie uzdrowił. Tyle słyszy się o cudownych uzdrowieniach, więc czemu mi nie może przydarzyć się coś takiego. Ja wiem, że nie zasłużyłam i pewnie nie potrafiłabym nawet podzielić się tym ze światem, skoro już prawie z nikim nie potrafię rozmawiać, ale może jednak. Rośnie mi w gardle wielka gula żalu, że tyle dobrych rzeczy przekreślam ja sama, może dlatego codziennie wybucham płaczem i codziennie powstrzymuję łzy w sekundę po tym jak wzbiorą, bo boję się rozsypać całkowicie. Zauważyłam, że najczęściej zdarza mi się wpadać w parszywy nastrój, gdy po pracy wracam do domu autobusem. Już jestem poza kolejnym dniem obowiązków, a jeszcze nie w domu, gdzie mogę odciąć się nawet od siebie samej i wszystko we mnie uderza, moje realne bycie tu i teraz, z którym nie potrafię wiele zrobić. Nie wiem, czy mój słuch pogorszył się i ten zepsuty telewizor gra głośniej w mojej głowie, czy może za bardzo się na tym skupiam. Nie potrafię tego ocenić, bo to coś trudnego do uchwycenia. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że na badaniach słuch mam idealny, natomiast w rzeczywisorści jestem nadwrażliwa na dźwięki. Przykro mi, bo myślałam, że może zatyczki mnie uratują i oto otwiera się przede mną koncertowa przyszłość, ale już wiem, że będę musiała zdusić w sobie żal, bo na jakąkolwiek chwilę w przyszłości rezygnuję z koncertów. Każde głośne wydarzenie to ryzyko, a nie chciałabym doprowadzić się do nerwicy. Myślałam że może to przemęczenie, ale gdy w końcu odespałam zarwaną noc, zmiany nie nastąpiły. Wszystko to tylko błędne koło. Żeby zagłuszyć szumy uszne potrzebujesz głośnego dźwięku, ale żyjąc w głośnym świecie możesz pogłębić szumy uszne. Nie żałuję pójścia na koncert, choć tak naprawdę strasznie namieszał mi w głowie, przypominając o świecie, który zawsze będzie odległy i nie chodzi tutaj tylko o sam świat muzyki, czy artystów z zagranicy. Byłam i jestem przeszczęśliwa na myśl o tym, że spędziłam ten wyjątkowy dzień w towarzystwie dwóch wspaniałych koleżanek, a jeszcze bardziej cieszę się z faktu, że chyba się polubiły. Nie potrafiłabym tak w jeden dzień rozmawiać swobodnie z kimkolwiek obcym, bo nawet po roku nie potrafię rozmawiać choćby z D. i to jedna z wielu rzeczy, która uświadamia mi moją beznadziejność w kontaktach z ludźmi. Cofałam się w tej kwestii i nie chcę tego pisać, naprawdę nie, ale to wszystko przez tę nieszczęsną domówkę dawno temu, po której odechciało mi się starać. Naprawdę jestem do tego stopnia nienormalna, że wszystkie swoje nieszczęścia jestem w stanie przypisać tamtej nocy, ale to nieprawda, tam nie wydarzyło się nic, czemu można byłoby nadać takie znaczenie. Dawno nie czułam się tak swobodnie w czyimś towarzystwie, jak podczas koncertowej niedzieli i aż zrobiło mi się obrzydliwe przykro, że nie mogę mieć tego na co dzień. Nie pamiętam, jak to jest jeść w towarzystwie innych bez skrępowania, a gdy siedziałyśmy głodne i pochylone nad ogromnymi talerzami jedzenia, byłam szczęśliwa. Może tylko praca działa na mnie ten sposób. Nie potrafię tam jeść, co nie znaczy, że unikam jedzenia. Jem jak złodziej, w ukryciu, gdy nikogo nie ma w pobliżu, a teraz, gdy praca ogranicza się głównie do siedzenia przed komputerem, zawsze ktoś przy mnie jest i widzę, że jest to problem poważny, bo zaraz okaże się, że nie będę jeść całą zimę. (Oczywiście myśl, że mogę schudnąć bez wysiłku jest przyjemna, jak to, że obecnie potrzebuję paska już do wszystkich spodni. Stanęłam nawet na wagę z ciekawości, choć cyfry nie są wyznacznikiem poczucia sukcesu i w ważę troszeczkę mniej.) To okropne być na tyle mądrym, aby dokładnie dostrzec i zrozumieć swój problem,  ale bezczynnie patrzeć na to jakby z boku. (Dobrze wiem, że gdyby na początku, kiedy zaczynałam pracę, D. nie zwracał na mnie takiej uwagi, to nie miałabym teraz tego problemu; już wtedy nie lubiłam jak ktoś patrzył mi na talerz, bo przecież normalne wyglądam brzydko, a jak jem to pewnie jak świnia, która nie powinna jeść, bo i tak jest spasiona :))). Z koleżankami było dobrze. Boże, gdybym znowu miała takich przyjaciół na co dzień, czy moje życie nie byłoby trochę lepsze? Tymczasem mam wrażenie, że jestem odcięta od rzeczywistości grubą kreską. Obok mnie dzieją się poważne dramaty, a ja na to patrzę i nie wiem, jakby to nie było moje życie, a przecież to mój ojciec jest już na trzeciej chemioterapii w szpitalu i z tego co opowiada mama została go połowa i nie wiem, jak będą wyglądać nasze święta, ale nie mam siły, aby w nich uczestniczyć, w kolejnych udawanych rodzinnych świętach, gdzie wszyscy tak naprawdę mają ochotę gdzieś uciec, ale nie wypada. Koncert był cudowny, choć gdy weszliśmy na salę, zanim zaczęła grać muzyka, już było tłoczno i głośno, wtedy do moich uszu zaczął docierać pisk, choć tak naprawdę ten pisk wydobywał się z moich uszu/głowy i pomyślałam, że jeszcze porządnie nie huknęło, a ja już przegrałem ten koncert. Przestraszyłam się wtedy trochę, ale przecież głupio byłoby wyjść, więc zostałam. Myślę, że dużo pomogły mi specjalne zatyczki i może powinnam chodzić w nich też na co dzień, zwłaszcza, gdy ciągle wiercą w pracy, ale siedzę zrezygnowana, słyszę jak przebijają ściany i jest mi wszystko jedno, jakbym wiedziała, że i tak nadejdzie ten dzień, kiedy nie wytrzymam od tego hałasu w sobie i ze zmęczenia oraz żalu zrobię sobie krzywdę. Nie wiem, jak ludzie z podobnym problemem do mojego dają radę. Wiem, że niektórzy nie dają i nie wiem, jak to dalej będzie ze mną i ze wszystkim, ale nie mam wyjścia, muszę na nowo nauczyć się oszukiwać swój mózg i wmówić, że ten dźwięk nie jest częścią mnie, ale pochodzi z rzeczywistości. Chciałabym mieć wiarę tak wielką, że pomoże mi nie tylko trwać, ale i walczyć, chciałabym nie zwątpić, że jest Ktoś, kto pomaga dźwigać krzyże. Ten wpis to straszny rollercoaster, skaczę po tematach, bo koncert przypomniał mi o tym, jak próbuję dosięgnąć rzeczy, które ostatecznie nic nie znaczą, a jednak mam wrażenie, że dla mnie znaczą zbyt wiele i tu zaczyna się cały problem. Pogoda w dniu koncertu dopisała. Musiałam wstać wcześnie rano, a wstałam z przekonaniem, że niedziela handlowa otworzy drzwi wszystkich sklepów, więc nawet nie wzięłam ze sobą butelki wody, jak to mam w zwyczaju. Okazało się, że nie piłam przez sześć godzin, bo jednak tutejsze sklepy otwierane były o ósmej, czyli dziesięć minut po tym, jak wsiadłam w pociąg. Patrząc na mroźne dni tego tygodnia, pogoda w miniony weekend była łaskawa, więc nie miałam okazji się przeziębić, ale jako, że jestem lekomanką i co tydzień łapie mnie migrena, przede wszystkim od głupiej od zmiany temperatur w otoczeniu, o co teraz nietrudno, gdy wpada się z ciepła do zimna i na odwrót. Na dworze było chłodno, a w klubie duszno i głośno, moja głowa od razu musiała zaboleć. Nie wiem, od kiedy nabyłam umiejętność zapisywania wszystkiego ze szczegółami, ale tak właśnie robię, najważniejsze (z mojego punktu widzenia) momenty zapisuję klatka po klatce. Byłyśmy we trzy, a do klubu wpuszczono nas grupami, ze względu na rozmiar szatni, choć sama szatnia nie była oddzielnym pomieszczeniem. Po otworzeniu drzwi głównych wchodziło się jakby do przedsionka. Tam schody w dół prowadziły do klubu, natomiast schody w górę były prowizoryczną szatnią, gdzie na poręczy zawieszono ubrania. Musiały być do tego przymocowane haczyki, ale nie zwróciłam na to uwagi, bo zainteresował mnie fakt, że zostawiłam koleżanki za drzwiami i tym, że dano nam trzy minuty na bycie gotowym. Nawet rozsypałam drobne pieniądze, którymi miałam zapłacić za szatnię. Potem i tak koleżanki po przejściu punktu “szatnia”, dołączyły do mnie szybko, ale ten cały pośpiech okazał się niepotrzebny, bo i tak czekałyśmy jeszcze troszeczkę, zanim wszystko nabrało tempa. Po drodze znalazły się jeszcze te nieszczęsne gift boxy, o które się martwiłam. Gdyby nie udało mi się pozbyć rzeczy, które ze sobą wzięłam, byłabym zawiedziona. Oczywiście za prezenty zabrałam się na ostatnią chwilę, bo choć myślałam o tym cały miesiąc, moje plany zderzyły się z rzeczywistością i znowu okazało się, że to nie może wyglądać tak, jakbym chciała. Moje podejście do tego, co zrobiłam jest uwikłane w sprzeczności. Z jednej strony myślę o twarzach, na których zagościł uśmiech na wspomnienie małego upominku, a z drugiej wyobrażam sobie jak wszystko ląduje w koszu na śmieci, bo to nadbagaż. Wyobraźnia potrafi płatać figle i co jeśli wdzięczność, z której wobec fanów słyną koreańscy artyści (bo bez fanów przecież nie istniejesz, jeśli muzyka, którą tworzysz nie ma odbiorców), jest cichą pogardą dla tych wszystkich piszczących z zachwytów fanów, a kolejny list z “kocham cię” to śmiech kpiny. NIe, nie napisałam nikomu wyznania miłości, nie jest tym typem fanki, naprawdę podziwiam osoby za ich talent i za to, że im się chce o coś walczyć, rozwijać, starać, i włożyć całego siebie w robienie czegoś dla innych, nawet jeśli to “tylko” muzyka. Zakochuję się w ludziach wyłącznie nieromantyczne. Nie potrafię wyobrazić sobie, jak zareagował otwierając moją kopertę i nawet nie chcę. Może lepiej, jeśli wylądowało to gdzieś w śmieciach. Nie wiem, ja tam wcale nie włożyłam tych smutnych zdjęć. Chciałam zostać zapamiętaną, ale po co mi to, po mi pchanie się w czyjeś wspomnienia, po co wyróżniać się z tłumu fanów, przecież fani to zawsze jedna wielka plama i tyle. Mnie nawet nie stać na płyty sprowadzane z zagranicy. Chciałam zrobić coś specjalnego dla kogoś, a wychodzi na to, że chciałam poczuć się specjalnie przez sekundę. Nie pamiętam twarzy, które mignęły mi przed oczami. To dziwne stać przed kimś tak blisko, a nie pamiętać wiele, tylko te żółto-pomarańczowe okulary. Miałam idealne miejsce na koncercie. Nie mogłam wymarzyć sobie lepszego za bilet, który kupiłam. Czas płynął zadziwiająco wolno i nigdy nie zapomnę, jak szczerze i z wielkim uśmiechem wokalista powiedział, że jesteśmy uroczy z tym naszym tupaniem i “stacja Warszawa”, ta okropna Warszawa, która wkurza brakiem przejść i brakiem przystanków w miejscach, w których powinny być, będzie na zawsze pięknym wspomnieniem, ale przede wszystkim ten głos, który i tak marzy mi się usłyszeć gdzieś przy mnie, acapella, bez głośników filtrujących dźwięki (niestety wiem, że to zbyt wiele jak na moje małe życie) będzie tym najpiękniejszym. W trakcie koncertu miałam nawet jeden mały moment załamania, bo dotarło do mnie, że to wszystko jest tak piękne, a jednak nic nieznaczące, zupełnie nic, bo koncert trwa dwie godziny, a potem wszystkie drzwi są zamykane i każdy wraca do życia realnego, a ja do tego, z którym nie wiem, co zrobić. Nie potrafię odnaleźć się między tym kim jestem, a tym, o co powinnam walczyć, czyli pewnie o siebie. Nie wiem, więc tradycyjnie nie robię nic. Wiedzie, pamiętam jeszcze jeden moment, kiedy weszliśmy już prawie na salę, prawie, bo należało jeszcze pokonać kilka schodków w dół, moim oczom ukazał się cały zespół. Robili grupowe zdjęcia z fanami, a oświetlenie wyłoniło ich z mroku niczym anioły. Uderzyło mnie to bardzo, bo wyglądali nierealnie niczym hologramy, a jednak byli zbyt trójwymiarowi jak na coś sztucznego. Poczułam się, jak na specjalnym spotkaniu fanów z zespołem, które oglądam dzięki uprzejmości koreańskich fanek wrzucających do internetu nagrania z takich wydarzeń. Byli tak blisko, jakby przebili się przez szklany ekran. Wcale nie wpadam w zachwyt, dlatego że stali tacy eleganccy i przystojni. Tu chodziło o to, że byli realni i działo się coś, co w moim przekonaniu nie mogło wydarzyć się nigdy, bo mi nie przydarzają się takie piękne chwile. Na koniec pomachali jeszcze na pożegnanie z uchylonego okna samochodu oraz latarką od telefonu przez szybę i trzeba było wracać. Niestety czekało nas jeszcze siedem, a może już tylko sześć godzin w miejscu naszego przeznaczenia tamtej nocy, czyli McDonalda. Gdy pomyślę o tamtej nocy, wydaje mi się, że siedziałyśmy tam tylko godzinę, góra dwie. W powrotnym pociągu nie mogłam zasnąć w pociągu, choć byłam okropnie senna po ponad 24 godzinach bez snu. Co chwilę wybudzałam się przez osuwającą się z oparcia głowę, a mój stan psychiczny zaczął się pogarszać. Myślę, że to normalne zjawisko - brak snu i wypoczynku odbiera rozum. Zaczęłam myśleć o rzeczach, które normalnie nie zaprzątają mojej głowy. Nadal nie potrafię zrozumieć, czemu jest mi tak pusto. Patrzę na ludzi obok i ze zdziwieniem stwierdzam, że to co dla nich ważne, wielkie i napędzające ich życie, mnie nudzi i odpycha i wiem, że nie chcę tak jak oni, nie chcę, więc jestem od tego odcięta i w swej inności czuję się osamotniona, bo świat uświadamia mi, że jestem wybrakowana, że nie powinnam nie chcieć. Ktoś mówi mi spróbuj, a we mnie coś krzyczy, że nie chcę nawet próbować, że mnie to nie bawi, że to mogłoby przynieść jeszcze większe rozczarowanie niż pustka, którą w sobie mam. Naprawdę głupio mi, że moja w praca w pracy w tym tygodniu polegała na skupieniu się na tym, aby nie robnąć głową o biurko. Ledwo mogłam wysiedzieć. W tym natłoku emocji i niekończącego się zmęczenia zaczęły nawiedzać mnie dziwne sny i znajomi, bo znowu czuję się okropnie, że tak milczę, a chciałam napisać do paru osób, ale nie potrafię zebrać myśli. Nie liczą się chęci, liczą się czyny, więc nic nie znaczę. A na końcu ty, który nie istniejesz, i moje odwieczne pytanie, co takiego zrobiłam, że zostałam odsunięta. Ale rozumiem, sama to robię, choć moje jedyne marne usprawiedliwienie to nieumiejętność odnalezienia się w teraźniejszości. Wiem jednak, że to mój problem, bo to jak odbieramy rzeczywistość, ludzi, i sytuacje to tylko nasz problem. Największym problemem w moim życiu jestem ja sama i nie potrafię się wyeliminować. Wiecie, ciągle marzy mi się święty spokój, ale spokój nie ma nic wspólnego ze świętością, bo spokój to stanie w miejscu, to ucieczka, to rezygnacja. Z drugiej strony trudno jest oddychać z niespokojnym sercem; mieć w sobie stres, który sprawia, że masz ochotę zwymiotować oraz strach w sercu przed oczekiwaniami innych ponad nasze siły. Trudne to wszystko. Bycie tu i teraz jest trudne, więc może dlatego mnie tu nie ma.

21.11.2018

1014.

Chciałam napisać o tym, że prawie umarłam, choć gdy o tym myślę, brzmi to absurdalnie, ale teraz nie dziwię się, że ludzie umierają z powodu najgłupszej rzeczy, bo zadławili się ością, albo nie tak otworzyli butelkę szampana i zabił ich korek, który niespodziewanie odbił się od ściany. Kiedyś nawet emitowano w telewizji serię o takich niewiarygodnych wypadkach, które zakończyły się śmiercią. W miniony piątek mogłabym znaleźć się na liście “bohaterów” serii, ale przeżyłam. Jak to się stało? Postanowiłam o siebie dbać, a raczej o moje nieszczęsne zatoki, więc sięgnęłam po olejek pichotwy, który wspomaga funkcjonowanie dróg oddechowych. Jak zawsze odmierzyłam kilkanaście kropli na łyżkę soku i za jednym zamachem wlałam w gardło. Nie wiem, o czym wtedy myślałam. Najprawdopodobniej nie było mnie tu i teraz, bo myślami często bywam gdzieś indziej, a teraz obsesyjnie myślę o zbliżającym się koncercie. Od razu poczułam jak ostry smak utyka mi gdzieś głęboko w gardle i nie wiem, ale prawdopodobnie zalałam sobie płuca, a może zatkało mnie właśnie od tego, że mój przełyk zalała niecodzienna ciesz, niby miętowa, ale nie do końca, poza tym to olejek, więc nie łączy się z sokiem a pływa na jego powierzchni... Nie wiem, co się stało, ale poczułam jak mnie zatyka i nie mogę złapać oddechu. Chyba każdy tak miał chociaż raz w życiu, że się zakrztusił. Ale ja się nie zakrztusiłam. To było dziwne. Dziwnie tak było stać i myśleć o tym, że nie możesz oddychać i musisz zrobić coś, aby zacząć, ale nie wiesz co. Byłam sama w domu, bo mama wyszła na chwilę, a chwila trwała wiecznie. Nie wiem, czy zaczęłam już panikować, ale mój mózg myślał tylko o tym, że nie oddycham, a powinnam i że umrę, tak głupio umrę, bo zachciało mi się “lekarstw”. Próbowałam zmusić się do oddychania, wzięłam głęboki oddech, jeden, drugi, ale nie działało. Chyba naprawdę wlałam to sobie do płuc. Stałam tak jako osoba nieoddychająca-umierająca, już poza sytuacją, która się działa, bo przecież nie chciałam w niej uczestniczyć, bo to było straszne - nie oddychać i wiedzieć, że muszę, a nie mogę. Z drugiej strony mój mózg już w panice kazał mi działać. Wpadłam więc na pomysł, aby podnieść ręce do góry. Tak zawsze każe się robić dzieciom, gdy się zakrztuszą. Potem zaczęłam kaszleć i nie mogłam przestać. Pewnie męczyłam się jeszcze 10 minut, ale już oddychałam, już było po wszystkim. Nie chciałabym umrzeć w tak kłopotliwy sposób, gdzie już umierasz, ale musisz się ratować i właściwie nie wiadomo, czy lepiej odpuścić, czy mieć nadzieję. Nie chciałabym umrzeć tak szybko, bez zastanowienia. Co to za umieranie, jeśli skupiasz się na tym, aby nie przestać żyć, a potem i tak umierasz nieprzygotowanym na najważniejsze. Ale kiedy leżę w łóżku nocą i czasem myślę sobie, że chciałabym, aby to już się skończyło, wszystko, to wiem, że to nigdy nie przyjdzie. Bo to jest śmierć, nigdy nie wiadomo, kiedy zapuka do naszych drzwi, a już na pewno nie wtedy, kiedy jej wołam.

13.11.2018

1013.

Oglądałam transmisję na żywo mszy z modlitwą o uzdrowienie. Włączam co miesiąc, choć nie zawsze potrafię się skupić, ale staram się, aby był to mój stału punkt w misiącu. Lubię słuchać o cudach, choć nie wiem, czy sama w nie wierzę. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy na ekranie zobaczyłam twarze znajomych. Przyszli podzielić się swoim świadectwem. Pamiętam, jak w tegoroczne lato byli u mojej cioci na grillu (to bardziej jej znajomi niż moi; w sumie to mój wujek ma wspólnika, który ma żonę (młodszą ode mnie), którą znam, bo jej wujek jest kościelnym, a to mała miejscowość, więc… tak, to była ona z mężem). Byli już szczęśliwi, już mający ciężki czas za sobą, choć wtedy o tym nie wiedziałam. Jak to się stało, że ich dziecko, które miało urodzić się z zespołem Downa urodziło się zdrowe? Stało się i już? Cuda się zdarzają? Może nawet w tym życiu, ale moje ślepe oczy nie potrafią ich dostrzec. Gdy myślę o cudach, uświadamiam sobie, że moim największym pragnieniem jest uzdrowienie duchowe, albo psychicznie, nie wiem, gdzie leży problem, więc nie wiem, do jakiej kategorii sklasyfikować tę przypadłość i jak sformułować życzenie, ale chciałabym, aby moja rodzina przestała być tak okropnie poraniona. Kiedy widzę, jak moja stara matka (może nie aż tak stara, ale z perspektywy czasu i przejść za stara) pęka podczas głupiej rozmowy telefonicznej, bo ktoś uświadomił jej, że jesteśmy rodziną beznadziejną i nasz problem polega na tym, że podejmujemy beznadziejne decyzje, choć ten ktoś ma zero pojęcia o naszym codziennym życiu i o tym, że to całkiem miłe z naszej strony, że ten ktoś nie słyszał jeszcze o nas w wiadomościach o tym, jak to się pozabijaliśmy z tej miłości do siebie, bo tak beznadziejnie ją okazujemy. Załamania nerwowe mojej matki trwają krótko, jakby coś na kilkadziesiąt sekund zapadało się w jej mózgu i mówiło, że zawsze żyje w kłamstwie i cały dotychczasowy trud to ułuda, bo nie radzimy sobie w żaden sposób jako rodzina. Moja płacząca matka to również mój płacz. Nie dość, że sama zatrzymałam się mentalnie na wieku, który już dawno nie odpowiada wiekowi w dokumentach, to mój jedyny obecny rodzic w życiu jest równie zagubiony jak ja. Wtedy zawsze ogarnia mnie dziwna samotność, jakbym była dzieckiem porzuconym, jakbym nie miała kogoś spytać o radę, jak poradzić sobie z przytłaczającym poczuciem winy, że nie jest się wystarczającym dla nikogo, bo każdy uważa, że lepiej żyłby życiem moim mając moje możliwości, których nie potrafię wykorzystać, choć ten ktoś zna przyczyn, nie zna, bo nigdy ich nie podaję, bo nie chcę, aby stały się wymówką zmniejszającą mój zapał czy włożony trud. Czasem pytam siebie, jakim cudem miałam rozwinąć się poprawnie jako dziecko, jeśli całe moje życie towarzyszy mi brak bez poczucia stabilności i od czasu do czasu uderzający bezsens istnienia całego świata. Nie zrozumcie mnie źle, nie uważam, że moja mama źle się nami opiekowała, ale wsparcie psychiczne w mojej rodzinie nie istnieje. Nie takie jak w naukowych podręcznikach, których dawniej nie było, więc jeśli nie byliśmy atakowani radami, to normalne, że nie wprowadzaliśmy ich w życie. Moja mama i tak uważa, że jej dzieci są beznadziejne, po części myśli tak na podstawie opinii innych. Zawsze przy rozmowach telefonicznych w żalu mówi, wiem, moje dzieci są beznadziejne, co ma odnosić się do tego, że ona jest beznadziejną matką. Myślicie, że to normalne? Bo ja ani trochę. Czasem mówi nam, że jesteśmy wspaniali, choć chyba nikt już to nie wierzy. Może dlatego ja nie wierzę ludziom, że mogą mnie lubić bez powodu. Myślę, że mam duże szczęście, że moja mama nigdy nie czuła potrzeby nauczenia się obsługi komputera. Gdyby miała okazję przeczytać mój blog (a najgorzej robiąc to na wyrywki), uznałaby, że przegrała życie i tyle zostałoby z jej wiary w cokolwiek. Mimo to pisanie tutaj daje mi dużą ulgę. Mogę być obrzydliwa i okrutna w swoich przekonaniach, mogę wyrzucić wszystko, co czasem zbiera mi się pod skórą i parzy. Taka jestem, beznadziejna. Czy moi niektórzy znajomi czują ulgę, że nie potrafię błagać ich już o spotkania? Choć to miejsce nie oddaje tego, jak mają się sprawy i jak to naprawdę jest, bo opisuję tutaj urywki sytuacji, a potem milknę i nie wiadomo jak żyjemy z tym dalej, w naszym domu. W sumie to sama nie wiem, jak żyjemy. Wiem za to, że po każdej takiej akcji - akacji łez mej matki - przestaje mi zależeć na czymkolwiek. Mam zwyczajnie dość tych kłamstw, a mówienie prawdy zawsze obraca się przeciwko mnie. Rośnie we mnie ogromna gula przekonania, że oto nie czeka mnie nic innego jak podobieństwo do matki, do której nie chce być podobna. Czasem nie chcę mieć nic wspólnego ze swoją rodziną, a jednak jestem połączona z nią więzami krwi. Boże, dlaczego tak bardzo chcę być odcięta od wszystkiego? Czy mógłbyś mi wytłumaczyć, dlaczego nie chce mi się tu być kimkolwiek, na tej Ziemi, gdzie czuję się obco, gdy nawet najbliżsi, rodzina czy znajomi, już nie chcą mnie widzieć takiej, jaką jestem naprawdę? Jestem Twoim ( i tylko Twoim) zagubionym dzieckiem, które nawet nie potrafi o nic prosić, bo nie ma prawa, bo piekło istnieje naprawdę, już w mojej duszy.

31.10.2018

1012

Jeszcze nie kupiłam biletów (to znaczy bilety już się kupiły, bo wpis zaczęłam produkować kilka dni temu, więc do tego czasu decyzja zapadła), a już jadę, już stoję w sali wypełnionej po brzegi i nie mogę uwierzyć, że zasłużyłam jeszcze na coś dobrego w tym życiu. Nie wierzę, że przez 25 dni będę pijana szczęściem. Już zachowuję się irracjonalnie, jakby życie nie polegało na niczym innym, niż na czekaniu na usłyszeniu czyjegoś przejmującego głosu i ujrzeniu twarzy tak znajomej, że po przyjrzeniu jej się z bliska wyda się obca na zawsze. Stracenie słuchu dla takiego wokalisty i osobowości scenicznej, jaką jest Nam Taehyun to nie powód do smutku. Czy martwię się tym, że mogę sobie zaszkodzić? Może gdzieś z tyłu głowy mam tę myśl, że powinnam na zawsze pozostać w domu, ale nie chcę. Tak naprawdę, gdy o tym pomyślę, to nie raz naraziłam się na utratę słuchu po pechowym incydencie. Trzy miesiące później byłam na koncercie zespołu Hurts, który grał  na Torwarze. Nawet nie przyszło mi do głowy, że powinnam wtedy wcisnąć dla ochrony zatyczki w uszy. Czułam dyskomfort, wiedziałam, że jest dla mnie za głośno i miałam ochotę zatkać uszy palcami, ale chyba bardziej bolały mnie nogi od niewygodnych butów i jakoś o tym zapomniałam. Gdy w hostelu kładłam się spać, szumy nasiliły się, ale to normalne zjawisko po godzinie w głośnym otoczeniu. Ludzie wychodzący z koncertu zawsze czują ogłuszenie, które mija. I u mnie wszystko zniknęło wraz z nastaniem nowego dnia. Półtora roku później wybrałam się w to samo miejsce na koncert, ale już ze specjalnymi zatyczkami na koncerty. Nie powiem, nadal miałam obawy, ale z racji tego, że koleżanka, z którą byłam na drugi dzień bardzo rano wyjeżdżała z rodzicami za granicę, nie uczestniczyłyśmy w wydarzeniu do końca. Wtedy też mój słuch przetrwał. Nie da się uciec od dźwięku, miasta są głośne, życie jest głośne, a mój słuch zmienia się nawet przy wysiłku fizycznym, gdy ciśnienie rośnie, gdy jestem osłabiona przeziębieniem i słyszę jak pisk wyrywa się ponad inne dźwięki. Tym razem też będzie dobrze. Mniejszy klub to nie ogromna hala, z drugiej strony małe pomieszczenie dźwięk może wypełnić gęściej, ale nie chcę się martwić. Wierzę w moc instrumentów i przerwy w postaci wolniejszych piosenek. To nie będzie impreza techno, nie huknie mi w twarz dźwiękiem, a moje ciało nie będzie drżeć w rytm muzyki. Nie powinnam tego pisać, ale jestem szczęśliwa. Nie wierzę, że dla tej chwili postanowiłam odsunąć wszystkich znajomych na bok i nie w głowie mi odwiedziny z prezentami, które już dawno powinnam mieć za sobą. Może dlatego uparcie śnią mi się znajome twarze w snach trochę smutnych, bo zawsze w nich coś tracę i tak już od miesiąca. Ale to nagle nieważne, bo za dwadzieścia pięć dni będę płakać, tak jak płakałam dzisiaj, ze szczęścia. To dziwne mieć w sobie tę myśl, że ktoś młodszy ode mnie (znowu młodszy?) ratuje mi dni, ale wiek naprawdę nie ma znaczenia, gdy wszyscy i tak kwalifikujemy się do grupy dorosłych. Myślę o tym, że już raz przydarzyła mi się taka historia. Widziałam kogoś po raz pierwszy, myśląc, że ostatni, a potem kolejne spotkanie nadeszło niespodziewanie szybko i to w dniu koncertu. Miałam ogromną nadzieję, że to zapowiedź czegoś dobrego, a potem wszystko rozsypało się jak domek z kart i od tamtej chwili ani razu nie czułam się prawdziwie szczęśliwa. Moje szczęście wynikało wiele razy już tylko z ulgi, że coś bolesnego dobiegło końca. Teraz myślę o tym, że znowu spotkam kogoś po raz drugi i że to będzie na koncercie i nie chcę, żeby początek był też końcem znajomości. Tak bardzo cieszę się na myśl o listopadzie, a jest to radość tak nieracjonalna, że z przestrachem spoglądam na swój uśmiech w lustrze i nie mogę położyć się spać. Niesamowite, że tak ogromne szczęście, które sprawia, iż unoszę się ponad ziemię, jest w stanie wywołać tylko myśl o spotkaniu ulubionego zespołu lub spotkaniu znajomej osoby, którą lubię. Możliwe, że kiedyś będę umierać również z uśmiechem na ustach. Ale na tym moje szczęście się kończy. Nic więcej nie sprawia mi radości. Cieszę się, że właśnie z Tobą będę miała okazję posłuchać South Club. Nie mogłam wymarzyć sobie lepszego towarzystwa. Będziesz musiała podtrzymywać mnie na duchu, gdy będę przechodzić załamanie nerwowe na chwilę przed tym, jak moja dłoń na kilka sekund dotnie dłoni wokalisty. Bywam niewdzięczna i gorzkie słowa wypełniają to miejsce, ale dzisiaj na dwadzieścia pięć dni przed koncertem wypełnia mnie wdzięczność tak ogromna, że jestem w stanie stwierdzić, że moja nienawiść do świata jest miłością. Jestem szczęśliwa, słyszycie, jestem po raz kolejny i to mały cud w mojej codzienności. Proszę, niech listopad będzie dla nas łaskawy.

27.10.2018

1011.

Przyszłam do pracy, gdzie na dzień dobry poczęstowano mnie tortem. Przez miesiąc odbywał u nas praktyki chłopak z technikum i w ramach podziękowania przyniósł tort, którego nie miałam okazji zejść dzień wcześniej, ponieważ jako pierwsza skończyłam pracę tego dnia. Nie miałam ochoty na tort. Nie mam ostatnio apetytu; chyba od wyjazdu do Wrocławia, a może wmówiłam sobie tylko, że ten wyjazd będzie czymś przełomowym w moim życiu, więc przypisuję mu dziwne znaczenie, nawet jeśli już wróciłam do domu. Oczywiście z grzeczności wcisnęłam w siebie kawałek, który i tak dla mnie zostawiono. Mogłam zjeść później, ale skoro szefowa niosła też przydział sympatycznym paniom ze sklepu nad nami, który od dzisiaj przestał istnieć, wolałam zjeść swój kawałek w spokoju. Nie był za słodki, podejrzewam, że był kupiony, a jednak pomyślałam, że już nigdy nie wezmę nic słodkiego do ust. Wiem, że wczoraj dodałam notkę, ale dzisiaj obudziłam się z przekonaniem, że chyba oszalałam ryzykując takimi wpisami. Mogłabym usunąć i byłoby po sprawie, ale zawsze wolę napisać o czymś innym i zepchnąć do archiwum wspomnień zakazane słowa niż wymazywać. Czemu? Nie jestem pewna - jak zawsze zresztą - więc może chodzi o to, aby od czasu do czasu przypominać sobie (i innym), że jednak jestem niestabilna emocjonalnie. Jednego dnia coś jest dla mnie boleśnie ważne, a drugiego nawet nie rozumiem, czemu tak było i co mnie w ogóle obchodzi życie innych. Chciałabym napisać tutaj o wielu rzeczach i mieć spokój ze sobą, ale tego nie zrobię. Po przebudzeniu mogłabym usiąść i wypisać z siebie wszystko, ale idę do pracy, w której przez osiem godzin wypala mi mózg od siedzenia przed komputerem (sezon się skończył, więc pozostaje praca głównie biurowa), dlatego po przyjściu do domu nie mam ochoty na nic i moje ambitne plany snute przez cały dzień i tak kończą się w Korei, czyli znowu przed komputerem. Nie znam już innego świata, może dlatego coraz trudniej odnaleźć mi się wśród ludzi żywych. Kto wie, jak to się skończy. Na razie piszczy mi gorzej w uszach ze zamęczania, więc zakończę to snem. Dobranoc.

26.10.2018

1010.

Większość moich wpisów, to wymysł mojej wyobraźni, nie mogę przestać o tym myśleć w ten sposób. Nie wiem, czy moje słowa obrazują mój realny punkt widzenia, czy są tylko czymś, co ma brzmieć ciekawie na potrzeby tego miejsca. Nie ważne więc, czy czuję i myślę w ten właśnie sposób, ważne, że mam ochotę o tym napisać w taki właśnie sposób. Może dlatego, gdy stąd wychodzę, wydaje mi się, że znowu okłamałam świat i trochę siebie, bo wraz z zamknięciem strony, zamyka się też mój umysł.To o czym tutaj piszę nie ma większego znaczenia, bo nie do końca łączy się z rzeczywistością. Czemu? Wersja mnie z mojego bloga jest nie do przyjęcia przez innych, bo jest zwyczajnie niewygodna. Nikt nie zniósłby mnie takiej pełnej wątpliwości, samooskarżania, z załzawionymi oczami ze złości. I to nie tak, że targają mną takie emocje 24 h na dobę, ale czasem mam dość. Nie wiem, czemu życie nauczyło mnie, że gdy za duszę chwyta zwątpienie, ostatnią rzeczą jaką mogę zrobić, jest przyznanie się do tego publicznie. Najlepiej nie myśleć wiele, więc na tym polega moje życie, od dawna, blokuję siebie jak tylko mogę i nie chcę mieć czegoś takiego jak serce. Mówią, że im człowiek mniej wie, tym spokojniej śpi, więc najlepiej być jak ryba. Czemu akurat uważa się, że ryba ma krótką pamięć i czy to prawda? Gdy o tym myślę przypomina mi się Jooheon, który zapominając tekstu śmiał się, że ma pamięć ryby. Ostatnio myślałam o tym, że nigdy nie potrafię zapamiętać dźwięku czyjegoś głosu. Czy to w ogóle możliwe? Przez to mam wrażenie, że ktoś widziany wczoraj, dzisiaj wydaje się istnieć gdzieś w innej galaktyce. Denerwuje mnie to. Czasem. Ten długi wstęp pewnie nie będzie miał wielkiego powiązania z tym, o czym napiszę tutaj później, ale postanowiłam przypomnieć sobie, czemu moje bolesne wpisy ostatecznie nie równają się codzienności, ponieważ ból skutecznie znieczulany jest rozrywką a Półwyspu Koreańskiego. Namjoon powiedział kiedyś, że jeśli ich działalność, muzyka, występy, nagrania czy zdjęcia mogą choć trochę pomóc w zmniejszeniu bólu fanów, jeśli ze 100 procent zmniejszy się on do 99 to wystarczająca ilość, aby nadać wartość ich istnieniu. Spełniając swoje marzenia o byciu na scenie, sprawiają, że ja ze sceny swojego życia jeszcze nie zeszłam. Niesamowite, prawda? Podążanie za marzeniami to jednak turd ogromny. Wonho, który śpi tylko dwie godziny na dobę to przegięcie. Już nie wiem dokąd prowadzi ten wpis. Chciałam tylko przypomnieć o moich literackich zapędach i o tym, że tak jak w każdym żarcie kryje się odrobina prawdy, tak w moich notkach odrobina kłamstwa związanego z subiektywnym postrzeganiem rzeczy, ale nie wiem, gdzie doszłam z tym wstępem. Najprawdopodobniej donikąd. Sama nie potrafię dojść do tego, czy naprawdę o czymś myślę w dany sposób, czy może to fajnie tak myśleć, ale realnie nie chciałabym dojść do punktu, w którym muszę muszę zmierzyć się z rzeczywistością ze swych małych pragnień. Przykładowo, czasem myślę “jak bardzo chciałabym cię spotkać”, tak bardzo, że idę miastem i z przejęciem spoglądam na rejestracje przejeżdżających samochodów, wiedząc, że i tak w żadnym nie ujrzę twojej twarzy, bo fizycznie nie możliwe. Ostatecznie, gdy tak siądę na spokojnie i użyję swojego umęczonego mózgu, stwierdzam, że naprawdę mi to niepotrzebne, bo łatwiej jest nie konfrontować się z realną sytuacją. Fajnie umierać w wyobraźni, i kłaść wieniec na swój grób, ale trudniej wziąć odpowiedzialność za swoje czyny i realnie zrobić sobie krzywdę. Rozumiecie? Wszystko co w mojej wyobraźni ma minimalne odzwierciedlenie w mojej codzienności, a jednak to właśnie moja wyobraźni ciągle rządzi moimi dniami. Może dlatego wracam myślami do informacji o tym jak codziennie notujesz kilka słów w małym kalendarzu, aby coś ci nie umknęło. Oczami swojej wyobraźni widzę jak zmęczony pochylasz się na koniec dnia nad otwartą stroną i szukasz odpowiednich słów, aby określić to co ważne. Nie patrzę na twoją twarz, obserwuję cię z dystansu, jakbym stała w drzwiach twojego pokoju. Prawda jest jednak inna. Coraz bardziej przekonuję się o tym, że lepiej byłoby nie zobaczyć cię już nigdy, a patrząc na obecną sytuację, nie muszę się nawet starać.

22.10.2018

1009.

Dotarło mnie, że spotkałam się z Tobą tak, jakbyśmy spotykały się co tydzień, jakby to było zwykłe spotkanie, jakbym nie musiała nic mówić, bo przecież będę mogła powiedzieć Ci to za tydzień, gdy spotkamy się znowu, ale tydzień już minął i nie zobaczę Cię prędko. Nie wiem, co ze mną nie tak. Czekam na te spotkania tak długo, a gdy nadchodzą nagle jestem nieobecna, bo przygniata mnie świat. Czy nigdy nie przeproszę Cię za to, za co w swym przekonaniu powinnam? Nigdy nie dowiesz się, jak ciężko mi było, gdy nie mogłam złapać z Tobą kontaktu, więc się odsunęłam i obawiam się, że mogło Cię to zranić. A Ty nadal witasz mnie z uśmiechem, lecz nie wiem, co się za nim kryje. Nie mam odwagi zapytać. Słuchałam każdego Twojego słowa z uwagą, bo chciałam to wszystko zrozumieć, ale nie rozumiem, nadal uważam, że zasługujesz na lepsze życie, choć sama pewnie nie myślisz, że żyjesz złym. Nie żyjesz, ale powinnaś mniej męczyć się z tym, z czym musisz codziennie. Ktoś powinien nosić Cię na rękach i opiekować się jak największym skarbem. Powinnaś wiedzieć, że przeszłość Twojej rodziny nie jest Twoją przyszłością. Czasem chciałabym, żeby wszyscy, o których tutaj piszę, choć raz przeczytali wpisy o sobie, bo tak bardzo dociera do mnie, że nie nauczę się mówić nigdy wprost. Czasem płaczę ze złości nad każdą zmarnowaną szansą, ale wiem, że wtedy nie mogłabym wydusić z siebie słowa. Mam wrażenie, że gdy tylko powiem prawdę o swoich uczuciach, zaraz świat wokół mnie runie. Czasem czuję się tak bardzo oderwana od świata rzeczywistego, że nie wiem, co się dzieje. Od dłuższego czasu myślę o tym, że nie wierzę już nic. Wierzę tylko w Boga, ale nie wierząc w nic poza Nim, nie wierzę w to, co powinnam wierzyć, wierząc w Boga. Czy rozumiecie o co mi chodzi? Pytam siebie, czemu jestem tak uboga w uczucia, ale nie znajduję odpowiedzi. Czasem wydaje mi się, że potrafię, a tymczasem to tylko moje marzenie, że mogłabym tak jak inni kochać, kogoś, przyjaciół, rodzinę, świat. “Kochać” to takie ważne słowo. Zbyt wielkie, żebym mogła dźwigać jego ciężar. Jestem wdzięczna, że oprowadziłaś mnie po mieście i zabrałaś tam, gdzie chciałam; że wstawałaś dla mnie rano, choć nie mogłaś spać do późnych godzin nocnych. Nawet to, że jadłaś razem ze mną wydaje mi się czymś wspaniałym, choć podejrzewam, że to nadal nie wygląda tak optymistycznie, nawet jeśli wyglądasz zdrowiej niż ostatnim razem. Szokiem było dla mnie to, że spotkałam Twoją mamę. Wpadłyśmy na nią przypadkiem na mieście i już myślałam, że mówiąc “to ta koleżanka która pisała” odnosi się to tego mojego marnego maila, którego napisałam do niej za Twoją zgodą mając lat naście. Myślę, że to był jeden z moich błędów młodości. Tak bardzo chciałam być przy Tobie w tamtym czasie i przepraszam, że nie mogłam. Czemu zapomniałam przeprosić Cię tydzień temu? Nie wiem, wydawałaś się taka szczęśliwa, a tyle razy pisałam tutaj, że nie ma sensu wracać do przykrej przeszłości. Na pewno bardziej boli Cię przeszłość inna, do której nie mam dostępu, bardziej niż moje poczucie winy, które jest czymś należącym tylko do mnie, bo wymyślonym przeze mnie. Uderza mnie jednak fakt, że niezależnie jak na to spojrzę, Ty ciągle masz w sobie życie i masz przy sobie kogoś, kto podtrzymuje w Tobie ten płomień, a mi tutaj coraz chłodniej i ciemniej, ale proszę, chciałabym zobaczyć Cię jeszcze raz zanim zgasnę.   

18.10.2018

1008.

Wróciłam do pracy po tygodniu przerwy i pierwsze, co mnie uderzyło, to nie zamykające się drzwi od łazienki. Wcześniej należało użyć siły do ich zamknięcia i otworzenia, co było dobre przy braku zasuwki. Gdy ktoś nieproszony chciał wejść, musiał mocno szarpnąć, więc do tego czasu można było krzyknąć w proteście. Tymczasem nie zamykające się drzwi do miejsca tak intymnego jak łazienka to problem ogromny. Nie rozumiem, czemu muszę manifestować swoje wyjścia do toalety i obwieszczać, że mam pełny pęcherz tylko po to, aby uniknąć żenująco-traumatycznej sytuacji. A wszystko przez włączone ogrzewanie - od ciepła napęczniały drzwi. Wyjście do toalety staje się więc grą, z czasem, miejscem i ludźmi. Ktoś puknąłby się w głowę, że tak bardzo utrudniam sobie życie, ale co poradzę na to, że stres w moim organizmie wytwarza się niezależnie od moich prób jego opanowania. Poza tym przeszłam pierwsze w tym roku przeziębienie, czyli nie tak źle biorąc pod uwagę, że mamy już dziesiąty miesiąc. Osłabiła mnie podróż i zbliżający się okres i właściwe to dobrze, że gorączka i katar, który odciął mi dopływ tlenu do mózgu, zmniejszyły ilość myśli w mojej głowie. Przez ostatni dni spałam po osiem godzin, a i tak budziłam się zmęczona. Za każdym gdy agresywnie wybudza mnie alarm i nie mam siły podnieść się z łóżka, aby rozpocząć kolejny niepotrzebny dzień, myślę o tych wszystkich koreańskich zespołach, które w trakcie promocji śpią po 4 godziny na dobę i dochodzę do wniosku, że moja trudności dnia codziennego są niczym w porównaniu z ich chronicznym zmęczeniem już pod koniec promocji, zwłaszcza, że oni tańczą i śpiewają i ćwiczą, a ja, co robię ja. Obecnie w pracy siedzę nieustannie przez osiem godzin przed komputerem, a potem w domu przez cztery, więc można powiedzieć, że zima zapowiada się ciężko, jeśli tak to będzie wyglądać, ale w porównaniu z koreańskim zespołem to bardzo komfortowe i leniwe móc snuć się bez celu w półśnie. To bardzo korzystna sytuacja móc nie żyć już za życia. Chciałabym wyjść na spacer, skorzystać ze słońca i porobić zdjęcia w jesiennej scenerii, ale w mój jedyny wolny dzień - niedzielę będzie już zimno, więc pewnie będę wolała siedzieć w domu pod kocem. W poprzedniej notce napisałam, że odetnę się od wszystkich. Od razu po opublikowaniu wyłączyłam komputer i zaśmiałam się gorzko z własnej głupoty. Przecież to inni zniknęli z mojego życia i nie wiem czemu. Ostatnio słuchałam czegoś w internecie i podobno życzliwością, zamartwianiem się o innych lub/i chęcią pomocy można zamęczyć innych. Można, owszem. Jestem tego doskonałym przykładem. Upierdliwa znajoma, która chce pomóc, bo ma wrażenie, że ktoś rozpadnie się tak jak ona, jeśli pomoc nie przyjdzie wystarczająco szybko. Ale nie, moi wszyscy znajomi ze mną czy beze mnie radzą sobie równie świetnie i to nie moich dobrych słów potrzebują. Tymczasem ja potrzebuję dużo dobrych słów. Czemu więc świat milczy?

15.10.2018

1007.

To będzie ciężki wpis, zarówno do tworzenia, jak i czytania. Wstałam przed piątą po ciężkiej nocy i ruszyłam w podróż chłodnym porankiem. Wszystkie obawy, które nosiłam tygodniami, a potem wiozłam tego dnia ze sobą, okazały się niesłuszne, ponieważ ku mojemu zaskoczeniu odkryłam, że nie czuję nic poza stresem. Mój zamrożony umysł nie wytworzył żadnej myśli i cały ten czas, który miał być czymś tak oczekiwanym i wspaniałym okazał się czasem może nie tyle co zmarnowanym, ale zawiedzionym. Znowu zawiodłam siebie. Czy ktoś jest jeszcze zaskoczony? Ani razu nie otworzyłam ust i nie powiedziałam tego, co było najważniejsze, bo nagle to, co najważniejsze przestało mieć znaczenie. Teraz, gdy o tym myślę, miałam rację milcząc - nie mogłam powiedzieć nic sensownego. Spotkania po latach są jak próba nadrobienia czegoś, czego nigdy nie da się już uchwycić. Spotkanie, które jest oderwaniem od prywatnej rzeczywistości każdej z osób, aby na kilka chwil stworzyć wspólną, jest tylko momentem w obliczu wieczności, który ostatecznie nie znaczy nic, bo nie jest sytuacją naturalną. Chciałam uczestniczyć w codzienności moich znajomych, ale nie mam już takich znajomych, codziennych. Podczas naszego pożegnania obiecałaś przesłać mi wspólne zdjęcia, ale tego nie zrobiłaś, a mi głupio o to prosić. Mówiłam, że dopomnę się o tytuł filmu, o którym opowiadałaś, ale tego nie zrobię. Moje znajomości działają dobrze tylko na odległość, w wyobraźni, ale kiedy staję realnie przed drugą osobą, odrębność jej życia uderza mnie tak mocno, że nie wiem, po co się zbliżałam. Pierwszą herbatę jaśminową piłam w 2011 roku we Wrocławiu. Potem kupiłam taką raz, firmy Lipton, która nie umywała się do tej z herbaciarni. Kolejną wypiłam w Opolu kilka dni temu i nie mogłam po niej spać, budząc się z pełnym pęcherzem koło pierwszej, przez co musiałam stresować się nocnym wyjściem do toalety, gdy w pokoju spały obce osoby. Teraz z żalem piję trzecią, bo stojąc dzisiaj w kolejce w Biedronce, rzuciła mi się w oczy biała herbata jaśminowa. Jest pyszna, a mi coraz smutniej. Mam mnóstwo pourywanych myśli z podróży, ale nie wiem, czy kiedykolwiek je tutaj spiszę Jestem okropnie zmęczona.. Pojechałam spotkać ludzi i odpocząć, a tymczasem nogi bolały mnie od chodzenia tak, że w pewnym momencie miałam niedowład. Moje najwygodniejsze buty mnie zawiodły i w pewnym momencie stawiałam kroki w ogromnym bólu, ale co mogłam zrobić, jeśli każdy chciał mnie gdzieś zabrać, a mi było głupio zrezygnować z jedynej szansy na spacery po obcej ziemi w towarzystwie. Wiecie, naprawdę chciałam nie wrócić z tej podróży. Chciałam gdzieś po cichu umrzeć i nie rozumiem, czemu na to nadal nie zasłużyłam. W niedzielę nie potrafiłam poradzić sobie z rzeczywistością, poniedziałek nie okazał się lepszy. Stresuje mnie sytuacja z pracą i z tym, że muszę podejmować decyzje, czego nie potrafię, odkąd tylko dano mi możliwość samodzielnego decydowania o sobie. Szefowa powiedziała “jeśli tylko będziesz chciała” w domyśle zostać dalej. Moje serce nie chce, nie chce tu żyć i ma dość wszystkiego wkoło, ale mój rozsądek mówi, że lepiej mieć pracę i pieniądze niż zostać tutaj bez pieniędzy, bo przecież magicznie nie znajdę się gdzieś indziej. Żal ściska mi gardło na myśl o tym, że kolejny rok spędzę tutaj i spróbuję pocieszyć się czymś materialnym oraz niezawodnym koreańskim popem. Nie znam innego życia. Mój mózg nie potrafi już wyjść poza ramy, które stworzył, bo wszystko poza to jeszcze większy ból niż tłumienie w sobie nieszczęścia bycia tu i teraz. Zażartowałam gorzko, że to moja kara, bycie tutaj, gdy przedstawiłam mamie logiczny wywód o tym, dlaczego lepiej płakać z pieniędzmi w kieszeni niż bez. Wiecie, który raz jestem w tej samej sytuacji? Piąty i jest coraz trudniej zachować jakąkolwiek pozytywną myśl. Moja mama powiedziała, że to kara, którą nałożyłam sama na siebie. Prawda. Czy nie od lat trąbię na tym blogu, że moje życie jest tylko i wyłącznie moją winą i wypadkową moich błędnych decyzji? A ludzie nadal mi pieprzą o niskiej samoocenie i o tym, że zmiana myślenia naprawi moją rzeczywistość, jakby tylko myśli rządziły wyłącznie ludzkimi dziejami i jakbym jeszcze tę niską samoocenę wymyśliłam sobie sama. Oczywiście, że sama, bo nie mogę zwalić winy na innych, więc czemu ksiądz na kazaniu czyta jakiś nudny list o tym, że brak ojca w rodzinie wyrządza takie, a inne szkody w dziecku, ale nie, wszystko to moja wina i użalanie się nad sobą. I wiecie co? Zrobię to tak, jak dziecko użalające się nad sobą, którym jestem. Odetnę się od wszystkich, a na końcu od siebie. Dobranoc.

6.10.2018

1006.

Prawdopodobnie to mój ostatni wpis przed wyjazdem. Sobota dobiega końca, więc może to za wcześnie, aby decydować o jakiś ostatkach na trzy dni przed wyruszeniem w podróż, ale właśnie to robię - decyduję - choć nie mam do napisa nic ważnego. Mogę nieustannie dążyć te same tematy, czyli o mojej kapryśnej cerze, problemach ze spakowaniem się, milczących znajomych, ojcu w szpitalu i pracy. Moja cera jaka jest każdy widzi. Napisałabym, że jest równie smutna jak ja, ale to nieprawda; nie jestem smutna. Jestem zmęczona tym, co dzieje się na mojej twarzy. Mówię sobie, że to nieważne jak wyglądam, ważne, abym miała w sobie tę pozytywną energię, która rozpromieni mnie od środka, ale trochę przygasam z każdy dniem. Nie chciałabym, aby coś tak głupiego jak moja nie promienna cera popsuła cały wyjazd, ale pewnie trochę tak będzie. Czekałam na ten wyjazd tak długo (mam wrażenie, że powtarzam to bez końca), że nie wiem, jak odnaleźć się w tej sytuacji, a chciałabym, aby wyszło idealnie. Zamykam oczy i jedyne co widzę to nasze powitanie. Na tym moja wyobraźnia się kończy. Nie chcę niczego zakładać z góry, czy bawić się we wróżkę przewidującą przyszłość. Nie chcę narzucać swoich myśli na rzeczywistość, chcę rzeczywistość przyjąć taką, jaka mnie czeka. Może dlatego stresuję się tym, że za mało myślę o wyjeździe, choć nie uwierzycie, mam już spakowane część rzeczy. Przy okazji różnych podróży zawsze pakowałam się na ostatnią chwilę (wieczorem przed wyjazdem) i nigdy nie wychodziło mi to na dobre, więc tym razem postanowiła zrobić inaczej. Z samym wyjazdem mam ten problem, że czasem tak robię, wpadam na jakiś pomysł, mówię sobie “zróbmy to”, a potem, gdy “to” nadchodzi, ogarnia mnie mnóstwo wątpliwości. Jedną z nich jest sam cel wyjazdu. Kiedy myślałam o tym dniu, choć nigdy nie byłam przekonana, że tak naprawdę nadejdzie, miała przygotowane przemowy - tak, potrafiłam w myślach mówić i mówić, dokładnie wiedziałam za co chcę przeprosi, o co wypytać, o czym opowiedzieć. Teraz wydaje mi się, że dotykanie przeszłości w jakikolwiek sposób nie ma sensu, gdy obie poświęciliśmy tyle czasu, aby oswoić się z myślą, że życie nie będzie lepsze. Nie chciałabym też rozdrapywać starych ran, czy brzmieć ckliwie, bo po co to komu; sama nie lubię siebie takiej. Niezręczne jest słuchanie takich wywodów, a co dopiero znalezienie na nie odpowiedzi, więc nie chcę stwarzać sytuacji, gdzie milczenie będzie jedyną słuszną opcją. Z drugiej strony nie chcę wrócić nie powiedziawszy nic, bo to oznaczałoby zmarnowaną szansę, bo najlepiej mówić o ważnych rzeczach twarzą w twarz. Może w tym wszystkim dużym utrudnieniem jest fakt, że nie wiem, kim teraz jesteś, a niewiedza zawsze wzbudza obawy. Tak oto jadę spotkać się z koleżanką, której przeszłość znam zbyt dobrze, lecz nie wiem, kim jest obecnie, natomiast, aby zachować równowagę, spotkam się z kimś, kogo przeszłości nie znam, za to orientuję w teraźniejszości. Czy moje życie nie jest zabawne? Jednak, gdy myślę o tym wszystkim, najbardziej chciałabym wsiąść w odpowiedni pociąg. I to nie tak, że byłby to wielki problem sam w sobie, gdybym jednak nie wsiadła we właściwy, ale oznaczałoby to utratę przeznaczonych już na ten cel pieniędzy. Naprawdę, gdy myślę o wyjeździe ściska mnie w żołądku na myśl, że wsiądę do niewłaściwego pociągu, już nie mówiąc o tym, że we właściwym będę siedzieć obok kogoś obcego. Mimo to lubię być w podróży, pisałam już o tym nie raz. Lubię nie być już w domu, a nie być jeszcze u celu. Lubię  w sobie to oczekiwanie i naiwną nadzieję, że taka niecodzienna sytuacja będzie szansą na przełom w życiu, tzn. oczekuję, że wyjadę i po drodze wydarzy się coś, co zmieni moje życie. To bardzo naiwne myślenie i tak naprawdę w głębi serca wiem, że nic takiego nie będzie miało miejsca (bo nigdy nie miało), ale lubię być w podróży, choć potem wracam do domu trochę zawiedziona. Z drugiej strony sytuacja wygląda tak, że dzisiaj wróciłam z pracy i pomyślałam, że mogę nie jechać, tylko przesiedzieć cały tydzień w domu, jak całe dotychczasowe życie. Zawsze reaguję w taki sposób na większość wydarzeń, na które oczekiwałam z radością - zwyczajnie chcę z nich zrezygnować, jakbym nie potrafiła się cieszyć. Chyba najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że cały wyjazd minie tak szybko w porównaniu z moim siedmioletnim oczekiwaniem, że chyba ze smutku zgubię się w drodze powrotnej. Jakby to było nie wrócić i zrezygnować z resztek stabilizacji? Obawiam się, że wszystko wypłynie ze mnie podczas tej podróży, a gdy już obejmę moją małą A., będę płakać łzami siedmiu lat. Widzicie, to jedna z tych historii, którą stworzyłam w swoim umyśle i tak silnie we mnie tkwi, że nawet jeśli nie jest prawdziwa, jest moją prawdą, z którą jak widać nie potrafię się rozstać, a powinnam. Już dawno powinnam wyrzucić niektórych ludzi ze swoim myśli, tak jak oni zrobili to ze mną. Nie piszę tego w żalu, piszę to z myślą polepszenia swojego stanu.Im dłużej myślę o tej jednej sprawie (nie związanej z wyjazdem, swoją drogą, czy wiecie ile razy użyłam w tym wpisie wyrazu “wyjazd” i “podróż” - chyba ze sto), tym bardziej dociera do mnie, że to już nie ważne, to znaczy ja straciłam na ważności. Może niektóre znajomości naprawdę zostają przeterminowane i dla własnego zdrowia lepiej wyrzucić je do śmieci. Mam wrażenie, że nigdy nie poradzę sobie z tą jedną znajomością i tak do końca życia będzie przeszkadzać mi jak drzazga w palcu. Wiecie, że to miał być optymistyczny wpis przed wyjazdem, a tymczasem wszystko zmierza w niedozwolonym kierunku. Zmienię więc temat, ale tylko na chwilę, bo wstałam o piątej i jestem już senna,a tu za pół godziny północ. Mój ojciec jest w szpitalu na drugiej chemii. Podłączają go do kroplówki na kilka dni i tak bez przerwy do krwiobiegu toczy się trucizna, która ma go cudownie uzdrowić. Ostatnio wrócił zmizerniały i osłabiony; może tym razem wróci łysy. Nie zmienia się jedno, nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Czemu nagle muszę mieć ojca, jeśli nie miałam go przez 28 lat? O pracy nie napiszę nic, bo mam tydzień wolnego, bo wyjazd, bo podróż, bo my. Będzie dobre, podobno, nie wiem, czemu miałabym nie uwierzyć w to po raz ostatni. Obiecuję spakować się rozsądnie i wysypiać przez ostatnie dni. Chociaż tyle mogę zrobić dla siebie.

30.09.2018

1005.

“Moje przyjaźnie są doskonale opracowane. Są kłamstwem tak świetnym, że - jak pisał La Rochefoucauld - grzechem byłoby w nie wątpić.”
Tak zaczyna się “Stan płynny” Grzegorza Musiała. Może nie do końca tak, bo jest jeszcze strona wcześniej, ale dzisiaj znowu zajrzałam do książki i pomyślałam sobie, że tak oto prezentują się moje przyjaźnie, jako wymysł mojej wyobraźni. Nagle stresuje mnie fakt, że wymyśliłam sobie tę moją małą, malusieńką podróż, aby udawać, że mam znajomych, których mogę odwiedzić i że z ludźmi nadal łączy mnie coś więcej niż przeszłość. Nagle ogarniają mnie wątpliwości. Po co właściwie tam jadę? Co mam mówić ludziom? Co będziemy robić? Czy nie czeka mnie tam kolejne rozczarowanie? Nadal pakuję w myślach moją walizkę i stwierdzam, że muszę wziąć drugie buty, a najchętniej wzięłabym wszystkie, jakie posiadam. Wymyśliłam sobie, że to musi być idealny wyjazd i z niepokojem obserwuję moją cerę, która wygląda tragicznie po ostatnim okresie. (Obserwuję, jakbym musiała się tam komukolwiek podobać, nawet ładna cera nie sprawi, że nagle stanę się ładna. W ogóle moja cera jest brzydka, bo wewnętrznie jestem zepsuta, więc jak mam mieć promienną twarz, jeśli moje myśli są ponure.) Martwię się, że wezmę za dużo, albo za mało ubrań, że będzie mi zimno, że pogoda nie dopisze i słońce nie wyjdzie nawet na chwilę, że spóźnię się na pociąg, albo zgubię się po drodze. Pytam siebie, czemu zdecydowałam się pojechać. Czekałam tak długo na tę podróż, tyle lat, a teraz wydaje się niepotrzebna i nawet zastanawiam się, czy nie lepiej było zostawić rzeczy, takimi jakie są - pourywane w przyszłości, ale z mimo wszystko dobrymi wspomnieniami - niż pojechać i wrócić z myślą, że może tym razem to będzie ostatni rozczarowujący raz. Bo mogę być rozczarowana tylko sobą. Może jesienna aura wpływa na to, że czuję się niekomfortowo i chcę zamknąć się w swoim świecie i już do nikogo nie wyciągnąć otwartych ramion na powitanie. Byłam w sobotę u spowiedzi w kościele innym niż przez ostatnie lata. Muszę przyznać, że nie lubię chodzić do spowiedzi nie ze względu na obnażanie swoich słabości, ale ze strachu, że usłyszę pytanie i nie będę potrafiła na nie odpowiedzieć, że nie wytłumaczę, czemu postąpiłam tak, a nie inaczej i że to nie jest takie proste, i każdy mój teraźniejszy upadek sięga dalekiej przeszłości. Boję się tak, jakby spowiedź była gabinetem psychologa, a tak właśnie być nie powinno. Ludzie przede mną spowiadali się tak długo, że mnie to przeraziło i pomyślałam, że nie skorzystam z sakramentu i że w niedzielę udam się do sprawdzonego księdza, gdzie wiem, co mnie czeka, a całą sobotę będę przybita myślą, że stchórzyłam. Poszłam i pierwsze słowa, jakie usłyszałam po wyznaniu grzechów brzmiały “będzie dobrze”. Odeszłam od konfesjonału i uklękłam, a potem zaczęłam płakać tak mocno, że nie wiedziałam jak przestać. Tylko myśl o bólu głowy skutecznie mnie powstrzymała przez rozpłynęłam się w morzu łez. (A głowa i tak bolała mnie całą sobotę.) Nawet teraz, gdy o tym wspominam, chce mi się płać. Czy naprawdę to wierzę? Czy resztki mojego optymizmu są w stanie sprawić, że uwierzę w to, że po mojej podróży czeka mnie coś jeszcze równie ważnego i dobrego? A co jeśli ta podróż to kolejne kłamstwo i nie łączy mnie z ludźmi nic, bo przecież przyjaźń nie istnieje, kiedy nie potrafię żadnej zbudować nie wlewając w nią swoich lęków i egoizmu? Tak bardzo chciałabym nie narzucać się ludziom, ale moje całe istnienie opiera się na skrajnościach, więc albo odcinam się od innych, albo angażuję zbyt mocno do tego stopnia, że ludzie nie są w stanie znieść mojej życzliwej obecności i zamartwiania się o ich dni. Chciałabym jednak jednej rzeczy, aby pewna historia przestała się powtarzać, bo za każdym razem, gdy pukam do twych drzwi, nie masz siły ich otworzyć, a potem, tak szybko i nagle okazuje się, że dom jest pusty, bo wyszedłeś na spotkanie kogoś innego. Jestem tym zmęczona, tak bardzo, że doszłam do wniosku, że po tym całym czasie zacząłeś odczuwać do mnie dziwną niechęć. I jeśli to prawda, chciałabym zrozumieć, czemu tak się stało, bo inaczej oszaleję. Przecież muszę wiedzieć, co sprawia, że ludzie odsuwają mnie od siebie, abym wiedziała, nad czym muszę popracować. Nasza przyjaźń to kłamstwo od początku. Wiedziałam, że to się na mnie kiedyś zemści. Niewypowiedziane słowa zawsze dopadają po czasie.Teraz chciałabym, żebyśmy już nie istnieli. Artur Schnitzler napisał kiedyś “...baliby się mnie, gdyby wiedzieli jak mało dla mnie znaczą”. W zestawieniu ze słowami Grzegorza Musiała o tym, że “moje przyjaźnie są doskonale dopracowane” brzmi to mało ciekawie. Moje dopracowane przyjaźnie to kłamstwo doskonałe, więc  gdyby wiedzieli, że nie znaczą dla mnie nic, przerazili się, że pod tą twarzą dziecka nie ma szczerych ciepłych uczuć.

24.09.2018

1004.

Będzie to wpis z cyklu ból dupy na cały świat, ale znowu mi się nazbierało, a może zwyczajnie wyrastam na zgorzkniałą osobę. Moja cera wcale mnie nie lubi, choć może to nie wina cery samej w sobie, to wina hormonów i nigdy nie przestanę wspominać tych dobrych czasów, kiedy moje hormony zostały uśpione. Nie rozumiem, czemu wszyscy ludzie nie mogą mieć ładnej cery przez całe życie. Nie jest prawdą, że każdy jest wyjątkowy i nie rozumiem, jak ktoś może mówić, że jesteśmy atrakcyjni niezależnie od wszystkiego, a już na pewno przez swoją niepowtarzalną twarz, a Bóg nie popełnia błędów i stworzył nas pięknymi. Przepraszam, ale nie ma nic pięknego w twarzy z niedoskonałościami. Nie chcę nikogo urazić takim stwierdzeniem, odnosi się ono wyłącznie do mojej twarzy, o której istnieniu usilnie staram się zapomnieć. Dawno nie malowałam się podkładem innym niż mineralny, więc może czas zacząć, choć obawa, że to tylko pogorszy sprawę, skutecznie mnie przed tym powstrzymuje. Dwa lata temu przez dwa miesiące regularnie jadłam ostropest plamisty (który ma wpływ na gospodarkę hormonalną), a potem mój okres zniknął, ale nie wiem, czy miało to realne powiązanie, czy może później odkryta anemia. Jednak ostropest odstawiłam, okres wrócił, a anemia nie zniknęła, więc czemu nie spróbować od nowa. Chyba muszę, skoro paczuszka z ostropestem stoi w kuchni. W ogóle to głupie, ale od zeszłego roku straciłem pięć centymetrów w talii, a moja waga nie zmieniła się prawie wcale. Wygląda na to, że jazda rowerem dodała mi mięśni, więc patrzę na swoje grube nogi i chce mi się płakać. W odbiciach luster czy witrynach sklepów nie wyglądają jeszcze tak źle, ale na zdjęciach to tragedia. Łapię się na tym, że ciągle myślę o pakowaniu walizki na wyjazd. Chcę wziąć za dużo rzeczy, więc staram się wybić sobie z głowy wszystkie dodatkowe swetry, czy buty. Buty muszę wziąć jedne - nie mam wyjścia, nie potrzebuję więcej niż jednej pary butów na cztery dni, gdzie sumując ilość godzin spędzonych w podróży będzie równać się prawie jednemu dniu. Najważniejsze to wziąć ciepłe ubrania, więc wezmę same sukienki i spódnice z racji tego, że przez pracę w piwnicy nie miałam okazji do strojenia się. Oczywiście wystarczyłaby jedna sukienka i jedna spódnica, z którą można skomponować różną górę, więc czemu chcę wziąć aż trzy i dwie sukienki, jeśli to tylko cztery dni? Jestem przyzwyczajona, że strój wybieram w zależności od nastroju i pogody, a jak mam przewidzieć te obie rzeczy? Niesamowite, że posiadam tak wspaniały problem jak “co-spakować”. Skutecznie odciąga moje myśli od problemów realnych i spraw trudnych. Moja mała walizka, mój największy problem. Nie wspominałam o tym, ale niedawno moja przyjaciółka urodziła dziecko. Nie wiem, ile trwa okres, w którym jeszcze nie powinno wpadać się w odwiedziny, aby przynosić zarazków ze świata zewnętrznego, ani nie zakłócać i tak trudnych początków świeżo upieczonych rodziców, ale patrząc na ilość samochodów pojawiających się przed domem, mogłabym już wpaść. Jak to w zimne soboty, kiedy nie mogę wsiąść na rower, po pracy przyszło czekać mi ponad godzinę na autobus. Pech chciał, że utknęłam w sklepie, bo zaczęło lać, więc zaczęłam przeglądać ubranka i zabawki dla maluchów, bo pomyślałam, że może jednak odważę się na te trudne odwiedziny. Niestety nie potrafiłam podjąć decyzji. Wiem, że na pewno ma już wszystko, czego młode matki potrzebują, a poza tym w ogóle nie znam się na dzieciach, i czy powinnam kupić coś większego, skoro rosną szybko, czy może nic z ubranek. Wybór okazał się zbyt trudny. Podejmowanie decyzji jest dla mnie stresujące. Nigdy nie pozbędę się przekonania, że wszystko, o czym mogłam zdecydować było wyborem złym. Dziecko jej siostry zobaczyłam dopiero w tym roku, choć urodziło się w zeszłym, a nasze spotkanie było spontanicznie, więc nie byłam przygotowana. Potem widziałyśmy się jeszcze raz, a mi nie przyszło do głowy, aby kupić prezent. Życie nie opiera się na prezentach, wiem, ale za każdym razem myślę jak nisko spadałam w byciu przyjaciółką ogarnia mnie żal, tym większym, że moje chęci nigdy nie mogę znaleźć odzwierciedlenia w rzeczywistości. Jeśli kiedykolwiek wyobrażaliśmy sobie nasze dorosłe życie we trójkę, na pewno nie wyglądało ono w ten sposób. Chciałam być ekscentryczną ciocią, która gdy tylko wpada w odwiedziny robi się miło, głośno i wesoło. Wpadam z torbami pełnymi prezentów, wszystkich całuję i ściskam, a mój uśmiech i ciepły głos sprawiają, że wszyscy za mną tęsknią. Rzeczywistość jest okrutna. Nie potrafię taka być, bo stresuje mnie bycie, więc wolę nie być, udawać, że mnie to nie dotyczy i czasem zapłakać, że zawiodłam innych oraz siebie, że nie potrafię odnaleźć się w dorosłym życiu innych, bo nie przeżyłam jeszcze poprawnie swojego dzieciństwa. Próbuję zmienić to wszystko, ale niezależnie, jak mocno próbuję to nigdy nie wystarcza. Może naprawdę nie próbuję, może ciągle to kłamstwo, może wydaje mi się, że robię cokolwiek w kierunku zmiany na lepsze, a tymczasem nawet nie potrafię zebrać się w sobie i odwiedzić kogoś, kto zawdzięczam wiele w życiu. Mam wrażenie, że im starsza jestem, tym bardziej mój umysł jest oderwany od rzeczywistości, jakbym nie potrafiła żyć tu i teraz, jakbym żyła tylko przeszłością, która boli, bo odeszła i obawami, które niesie przyszłość. Ludzie boją się śmierci, a dla mnie to obraz ukojenia i przejście do świata bez tęsknot. Nie jestem chrześcijanką zbyt dobrze rozeznaną w swojej wierze pod względem teologicznym. Powinnam znać więcej faktów i teorii, więc ostatnio dowiedziałam się, że według Kościoła po śmierci nie jesteśmy już mężem/żoną, jeśli za życia zdecydowaliśmy się na to drogę. Nigdy o tym nie wiedziałam, ale to brzmi tak, jakby naprawdę po śmierci nie liczyło się już nic co ziemskie. Ciekawe, że przykładem zawsze jest nie gromadzenie skarbów, których nie weźmie się ze sobą po śmierci, tymczasem umierasz i nie jesteś już mężem czy żoną. Tutaj zostaje współmałżonek i nadal myśli o osobie zmarłej jaki kimś, kto zawsze będzie jej/jego, a tymczasem gdzieś w innej czasoprzestrzeni dusza jest wolna. Czy nie wynika tak z tego założenia, że po śmierci co zawiązane na Ziemi, w Niebie już nie ma racji bytu, bo tam rządzą się inne prawa. Teraz napiszę może najgłupszą rzecz, jaką tylko mogę, ale może chociaż po śmierci nam się uda, moja dłoń w twojej dłoni. (I zgadnijcie ile osób przeleciało mi teraz przez myśl. Jestem niepoprawna.) Prawda jest jedna taka, że jeśli Niebo istnieje i ostatecznie liczy się tylko Bóg, który rozjaśnia każdy mrok, moje serce nie będzie szukać już nikogo więcej. Boże, więc mogę już umrzeć, jeśli moje życie jest bezużyteczne i egoistyczne? Albo niech stanie się coś innego, bo jak widać umieranie mojego ojca nie wystarcza, aby moje sflaczałe serce wypełniło się miłością.

21.09.2018

1003.

Jestem osobą oczekującą, więc czas płynie dla mnie za wolno. Staram się nie cieszyć, choć czasem łapię na tym, że wypełnia mnie tak ogromna i obrzydliwa radość, że zaraz wybuchnę. Oczekiwanie na coś dobrego gasi wszystkie inne myśli. Od dwóch tygodni jestem zanurzona w sennym oczekiwaniu. Powinnam żyć, a tymczasem nie mogę. Nie interesuje mnie już nic poza wyjazdem, jakby to miała być moja ostatnia podróż na Ziemi. I tu przypominają mi słowa Georga Trakla skierowane w jednym z listów do jego przyjaciel Buschbecka “ Kochany, świat jest okrągły. W sobotę spadam do Wenecji. A potem dalej - aż do gwiazd.” Czekam, ale nie mam żadnych oczekiwań. Tak jest prościej. Jestem poddenerwowana na myśl o tym, że mogę wsiąść do złego pociągu, bo perony na rozkładach w tym kraju nie muszą się zgadzać z miejscem rzeczywistego odjazdu i choć na palcach u dwóch rąk mogę policzyć ilość moich podróży pociągiem, zawsze udało mi się wsiąść we właściwy. Ostatnio kładłam się spać z myślą, że przyszłość nie ma znaczenia. Nie ważne, czy wydałam 10 złotych więcej na bilet, czy nie, i że nie warto oszczędzać z myślą, że zaraz zapiszczy bieda. Nie warto przejmować się czymś, co może nigdy nie nadejść. Mimo to zawsze bywam trochę rozczarowana, gdy nadchodzi wszystko to, co miało mnie ominąć. Czasem mam wrażenie, że nie przeżyję kolejnej podobnej sytuacji, a potem okazuje się, że mogę przeżyć wszystko, nawet te żałosne telefoniczne rozmowy między moimi rodzicami. Każde z nich myśli, że wie lepiej, a we mnie coś pęka, bo jak można być pewnym czegokolwiek. Dzisiaj był ostatni tak ciepły dzień w tym roku, wiem to. Kiedyś w tak ciepłe dni miałam okazję widywać ukochane twarze, teraz wygląda na to, że już nigdy nie będziemy spotykać się latem, skoro to już kolejny rok, jakby duszne powietrze dodatkowo obciążało nasze serca i nikt nie był w stanie mówić. Lepiej popatrzeć na siebie w internecie. Tak jest prościej. Teraz każda jesień będzie nasza. Moja ukochana jesień, w ciepłych swetrach, czarnych grubych rajstopach i kolorowych akcentach w postaci chust, czy makijażu. Lato odchodzi, więc moja cera się uspokaja (a może to efekt suplementacji siarką organiczną?), co jest chyba rekompensatą za wypadające włosy. Nie jest mi żal lata, bo nie miało większego znaczenia, a może się mylę, może to lato miało znaczenie tak ogromne, że nawet nie chcesz wiedzieć jak wielkie.

16.09.2018

1002.

Żeby zrozumieć to, co dzieje się teraz, musimy wróć na początek tego roku, który zaczęłam jak chyba każdy nowy rok w swoim życiu - z ciężkim sercem. Właściwie nie wiem, czemu kolejne lata układają się tak, że każda zima jest dla mnie wyjątkowo trudna i to nie z powodu warunków atmosferycznych, ale sytuacji życiowej. Gdyby ktoś powiedział mi, że ten rok przyniesie tak wiele zmian, nie potrafiłabym uwierzyć. Nie uwierzyłabym, że dożyję dnia, w który ponownie spotkam A. Piszę o tym z drżącym sercem muszę czekać jeszcze trochę ponad trzy tygodnie, a przecież chciałabym już wsiąść w pociąg. Wyciągnęłam zakurzoną walizkę z piwnicy i już chciałabym spakować do niej rzeczy, żeby czekały nienaruszone na ten ważny dzień. Siedem lat to bardzo długo. Móc zobaczyć kogoś znowu po siedmiu latach, gdy wcześniej widziało się jeden jedyny raz w życiu, to wielka radość, ale i wiele obaw. Przez ten czas zdążyłam się zestarzeć, a jednak mam wrażenie, że nie zmieniłam się wcale i że znowu staniemy niepewnie naprzeciw siebie na wrocławskim rynku, jak te siedem lat wstecz. Wymieniliśmy ze sobą mnóstwo papierowych listów, a jednak z czasem i one stały się trudne do tworzenia. Nie wiem, doroślejsze życie nie było dla nas miłe, więc nasz kontakt ograniczył się do krótkich maili, aby urwać się jak wszystkie cenne znajomości. Mimo to zawsze próbowałam do Ciebie dotrzeć, nieśmiało pisząc wiadomości raz na rok, a może nawet i nie. Pozwoliłam Ci się oddalić, bo sama nie potrafiłam tego znieść, ani swojego życia, ani tego, że nie mogę zrobić dla Ciebie wiele. Wkurzały mnie dzielące nas kilometry i walące się na nam głowę życia. Wkurzało mnie, że chciałam być Twoją zwykłą znajomą, a w pewnym momencie traktowałam jak kogoś, komu muszę pomóc za wszelką ceną. Musiałam być okropnie męcząca w tamtym czasie, prawda? Może dlatego w pewnym momencie zniknęłam przerywając tę chorą z mojej strony więź. Wylewałam mnóstwo łez drżąc o Twoje i czułam się winna, że nie ma mnie przy Tobie. Nie chciałam być jak Ci, którzy odeszli z Twojego życia, chciałam być w nim zawsze, a jednak na pewnym etapie nie potrafiłam. Kiedy myślę o tamtych dniach czuję się dziwnie. Nie wiem, co działo się u Ciebie przez ostatnie lata, a nawet jeśli wiem, bo pytałam, nie znam Twoich uczuć, nie wiem kim jesteś, jakie masz zmartwienia i co daje Ci niewyobrażalną radość. Nie śmiem pytać o Twoich rodziców czy chłopaka. Mam wrażenie, że nie powinnam pytać o nic, a jednak chciałabym z Tobą usiąść i na spokojnie usłyszeć, co robiłaś od momentu, w którym każda z nas odeszła w swoją stronę świata. Ucieszyłam się, gdy pozytywnie przyjęłaś moją propozycję spotkania. Nawet wysłałaś mi kalendarz ze swoim rozkładem zajęć, aby wybrała dogodny dla nas termin. Napisałaś, że się boisz, bo nie widziałyśmy się bardzo dawno, a mi na sercu zrobiło się lżej, bo to oznacza, że mamy podobne obawy i jeśli rzeczywiście tak jest, postaram się, abyś czuła się dobrze w moim towarzystwie. Przezwyciężać swoje małe fobie i będę uśmiechać się specjalnie dla Ciebie, bo to wszystko co mogę zrobić w tej sytuacji. Tymczasem obawiam się, że naprawdę nie wydobędę z siebie wiele słów i nie opowiem Ci o tym, o czym opowiadałam Ci przez te wszystkie lata przed snem. Inni mówili mi, że nie mogę się tak przejmować, a ja nie potrafiłam przestać płakać myśląc, że może nie uda mi się zobaczyć już Ciebie nigdy. W pewnym momencie przestałam i płakać i czekać i z tego powodu dopadało mnie poczucie winy. Chciałabym opowiedzieć Ci o tym wszystkim, gdy będę miała okazję, ale boję się, że jej nie wykorzystam. Trzy nerwowe tygodnie oczekiwania będą ciągnąć się niemiłosiernie, a potem czas przyspieszy i ledwo zdążę uścisnąć Cię na powitanie, by chwilę później machać na pożegnanie. Czekałam na to spotkanie tak długo, że tak naprawdę oprócz zwykłej radości, która ogarnia mnie w nieoczekiwanych momentach - w sobotę pakowałam przesyłki i nagle zatrzymałam się na chwilę z myślą, że czekają mnie dwa cudowne spotkania i prawie zaczęłam płakać - odczuwam też pustkę, bo to zbyt mało, jak na całe życie. I potem znowu nastanie obawa, że nie czeka mnie już wiele i po co to wszystko, gonienie za marzeniami, które zostaną tylko ciężkim wspomnieniem, bo nie wydarzy się nic równie dobrego. A jeśli później będę na coś czekać, to będzie to oczekiwanie trudne. Mimo to obecne oczekiwanie i rozmyślanie o wyjeździe, oprócz stresu przed nieznanym, daje mi dużo radości i skutecznie odciąga myśli od innych rzeczy.

8.09.2018

1001.

Dawno nie spałam tak źle, jak w tym tygodniu. Nie potrafię przespać całej nocy. Wybudza mnie nawet dźwięk brzęczącego nad uchem komara. Jednego, który denerwował mnie trzy noce z rzędu, pokonałam dopiero dzisiaj o czwartej nad ranem. Przeglądając się później w lustrze z niedowierzaniem, że wyłączyłam budzik w półśnie i wstałam pół godziny przed wyjściem do pracy, zobaczyłam rozmazaną krew na lewym policzku. Prawie jak barwy bojowe. Nie zjadłam śniadania. Wsiadłam na rower, jak przez ostatnie dwa dni i ruszyłam ku kolejnemu dziwnemu dniu w pracy. Nie wiem, czy to z oszczędności, czy z chęci wykorzystania jeszcze nie aż tak chłodnych poranków na wysiłek fizyczny, ale patrzę na rower łaskawszym okiem, choć myślałam, że mi zbrzydło to jeżdżenie w tę i z powrotem. A może wierzę w magiczną moc sportu, który chroni moje ostatnie racjonalne komórki przed zniszczeniem i ciągle się uśmiecham, bo wraz z każdym obrotem pedałów produkcja endorfin rusza pełną parą, choć realnie śmiać mi się chce coraz mniej. Za to z przejęciem planuję wycieczkę do Wrocławia i znowu rozsądek mówi mi, abym wybrała jak najtańsze opcje i nie jechała na długo, bo potem przyjdzie przygnębiająca zima w domu i tylko pieniądze dadzą mi odrobinę złudnego przekonania, że jeszcze coś mam. Ponownie śniło mi się, że przejeżdżam przez piękne miasto, które nie było moją docelową podróżą, i żałowałam, że nie mogę się zatrzymać, aby zobaczyć te wszystkie zabytkowe budowle z bliska. To dziwne, że po raz kolejny we śnie wróciłam do tego samego miejsca, które w rzeczywistości nawet nie istnieje. Jego obraz jest tak ostry w mej pamięci, że to aż dziwne.  Gdybym wierzyła w poprzednie wcielenia, może uwierzyłabym, że kiedyś tam był mój dom. Nie chcę stwierdzić, że spałam źle cały tydzień, bo dręczy mnie pewna sytuacja, ale obawiam się, że może to być realna przyczyna. Jestem za stara na takie dręczenie, więc nie wiem, czemu pozwalałam sobie na codziennie małe irracjonalne załamanie, które wyciska kilka łez z oczu. Nigdy nie chciałam, aby którakolwiek relacja przemieniła się w grę, ale mam wrażenie, że jestem w przeciwnej grze, której nie potrafię przejść. Pewnie mi przykro, bo uważam (być może niesłusznie), że nie zrobiłam nic, aby zasłużyć na milczenie. Rozsądnie jest myśleć, że problem nie leży po mojej stronie, a jednak jestem problematyczną znajomą. Mówią, że lepiej żałować czegoś, co się zrobiło, niż żałować czegoś, czego się nie zrobiło. Powiem krótko i brzydko “gówno prawda:” Jestem przeciwnikiem takiego postrzegania spraw, tym bardziej, że mój każdy ruch jest pomyłką i nie, wcale nie użalam się nad sobą, stwierdzam fakty, w końcu sama wkopałam się w zaistniałą sytuację, więcej, to ja jestem jej stworzycielem. Czy nie mogłabym chociaż raz zamknąć się wirtualnie tak jak zamykam się w realnym świecie? Milczenie jest złotem, rozumiem, że jest. Gdy decydujesz się na ruch, tworzysz nową rzeczywistość, nad którą później możesz już nie mieć kontroli, ale i tak ponosisz konsekwencje, natomiast wszystko, co nie stworzone zostaje tylko w naszej wyobraźni, a ta należy do nas, więc nie ingeruje w życie innych. Żałuję, owszem, trzeba było się zamknąć, ale nic straconego, prawda. Moje dobre intencje na końcu wyglądają żałośnie. Nie zamierzam jednak dręczyć się zbyt długo, bo tak naprawdę moje podejście ma wpływ na wszystko, i tylko ode mnie zależy, na ile pozwolę sytuacjom i ludziom ingerować we własną duszę. Trzeba być twardym, więc będę jak góra lodowa, która zatopiła Titanica. Tak właśnie się stanie. Wiecie, pamiętam jak w styczniu życie wydało się mdłe i nie do zniesienie, a dzisiaj pomyślałam, że to niesamowite jak wiele się zmieniło. W sierpniu wrzuciłam w instagramowe relacje cytat o tym, że wyczuwam wiszące w powietrzu zmiany i oto są, choć jeszcze nie potrafię się w nich odnaleźć.

5.09.2018

1000.

Czy tylko mnie nie opuszcza wrażenie, że ten rok obfituje w niespodzianki, niekoniecznie pozytywne? Piszę tutaj tak dużo, że można oszaleć. Zawsze o pisaniu myślałam jak o formie terapii, ale już nawet i to nie pomaga. Nie wiem, co zrobić praktycznie ze wszystkim, czyli po prostu z życiem, a wiem, że nie mogę uciekać w nie myślenie poprzez odcinanie się od rzeczywistości, bo prędzej, czy później rzeczywistość zawsze zmusza do powrotu. Z drugiej strony mam wrażenie, że jak tak dalej pójdzie, a z tego myślenia nie wyniknie konkretne rozwiązanie, coś we mnie pęknie. Staram się trzymać, a to brzmi jakbym ledwo trzymała się czegokolwiek, ale to nie prawda, funkcjonuję tak od lat, jakby z przyłożonym pistoletem do głowy i wcale się nie boję tego, że wystrzeli, bo się, że nie wystrzeli. Od diagnozy sytuacja staje się napięta. Rodzina wariuje. Moja babcia od strony mamy, czyli teściowa mojego ojca, chce ciągać go po kościołach i nabożeństwach, jakby Bóg nie słuchał modlitwy w zaciszach domów. Jeszcze chwila i okaże się, że moja rodzina wymyśli lekarstwo na raka. Tymczasem moja mama, aby przekonać moje brata, który nigdy nie jest w stanie zawieść kogokolwiek gdziekolwiek, próbowała przekonać go tym, że ojciec zaraz umrze i to on, jako najstarszy syn w tej rodzinie będzie załatwiał sprawy związane z pogrzebem. Muszę przyznać, że to dość poważna groźba, ponieważ nikt w tym domu nie lubi załatwiać spraw urzędowych. Nie wiem, czemu wsysa to z nas energię, choć akurat czerpię przyjemność (to nie znaczy, że też lubię to robić) z załatwiania spraw według określonego schematu bez potrzeby wchodzenia na prywatny grunt. Włącza mi się wtedy dziwny filmowy nastrój. Nagle żyję jak inni, a jednak uczestniczę w czymś wyjątkowy. Mam wrażenie, że tym razem nie odegram tego pogrzebu. W ogóle okazało się, że lekarze prześwietlili mojego ojca tylko od szyi w górę; teraz planują prześwietlenie klatki piersiowej, co za zabawa, jakby nie mogli od razu prześwietlić go od góry do dołu, nie wiem, może u nas tak starają się ukryć brak miejsca w szpitalach i liczą, że po drodze ktoś umrze i będzie już za późno na leczenie i miejsca nie będzie musiało się znaleźć. A co robi mój ojciec? Tryska energią, od kiedy dostał silne leki przeciwbólowe i zachowuje się tak, jakby umieranie było frajdą. Zazdroszczę mu, nawet nie wiecie jak bardzo. Za każdym razem, gdy go tu widzę, coś we mnie drży ze złości. Chciałabym przypisać własnemu ojcu wszystkie swoje nieszczęścia, jakby jego winą było to, że jestem jaka jestem i nie potrafię porozumieć się z ważnymi dla mnie ludzi. Myślę, że często chcemy zwalić na kogoś winę, bo tak byłoby łatwiej, ale powiem wam coś, wina zawsze leży po naszej stronie i nie można całe życie usprawiedliwiać się nieszczęściami, które nam się przydarzyły. Więc to moja wina, a właściwie mojej wolnej woli, która tak jakby została zmanipulowana przez jeszcze nie wiem co, ale najprawdopodobniej przez wahania czegoś tam w mózgu i z tego wyszła niestabilność emocjonalna i tyle głupich słów, że chciałabym to odkręcić, ale nie mam pojęcie jak i męczę się strasznie. Jestem tak okropnie śpiąca, siedzę tu niewygodnie, chciałabym umyć już zęby, a nie potrafię oderwać się od krzesła i wstać, bo nikt jeszcze nie śpi, więc jak mam spać, to takie męczące, dochodzi dwudziesta trzecia, a moja matka odkurza, można zgłupieć. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie wierzę, iż tak wygląda mój tysięczny wpis, choć licząc te notki, które kiedyś skasowałam, chcący lub niechcący, to pewnie już tysiąc pięćsetny wpis. I żeby to świadczyło jeszcze o tym, że mam coś wartościowego do przekazania ludzkości, ale nie, nie mam.

4.09.2018

999.

Próbuję wymusić na sobie proces, który pozwoli mi przeanalizować i zrozumieć, co się wydarzyło, ale dla mnie nie wydarzyło się nic. Moje wszystkie zbyt szczere wiadomości przepadają w przeszłości i nigdy nie wracają. Adresaci czytają i zapominają, a mi tak dziwnie, że ważne słowa nie znaczą nic, więc przechodzę od dnia do dnia z dziwną pustką, bo pozbyłam się słów, a nie dostałam informacji zwrotnej. Rok temu napisałam długą wiadomość siedząc pod kościołem całą noc. Nigdy nie dostałam odpowiedzi, może była nieważna, a może nie nikt nie domyślił się, że takowej oczekuję, może nie wyraziłam tego zbyt jasno, ale każdy ma wybór, więc nie mogę mieć pretensji, że ktoś zapomniał. Po czasie nawet i ja zapomniałam, bo tak było najprościej. Może nawet z ulgą przyjęłam, że nie będę musiała tłumaczyć się z tych dziwnych słów. Wiadomość odeszła w niepamięć, aż do momentu, w którym napisałam kolejną z cyklu żałosnych. Nie wiem, czemu to robię. Raz na jakiś czas coś we mnie pęka i uświadamiam sobie, że mam w sobie potrzebę mówienia do ludzi, a że tu nie ma ludzi, piszę, wyrzucając z siebie te wszystkie myśli, które nigdy nie przybierają kształtu prawidłowego. Zawsze zostaję z poczuciem, że przekazałam wszystko nie tak, jak chciałam i okazuje się, że wolałabym jednak rozmowę. Chciałabym zadawać pytania, chciałabym dostać potwierdzenie lub zaprzeczenie swoich słów, bo mam wrażenie, że mówię w pustkę i pustka zostaje w moim sercu. Nie rozumiem, czemu życie nie stwarza mi okoliczności do rozmawiania z innym w cztery oczy. A jednak czuję się podejrzanie spokojna. Może zrozumiałam, że oto nastał moment, w którym straciłam wszystko obnażając się do bólu. Nigdy nie ukrywałam, że mam problemy i zawsze bałam się, że gdy nie będę sobie z czymś (albo z sobą) radzić, to moje wybory będą uderzać w innych. Nie chciałam nigdy atakować swoimi przemyśleniami, a całe życie to robię. Mówię sobie, że obecnie nie mogłam postąpić inaczej, musiałam zrobić coś, cokolwiek, co wyrwie mnie z ciągu rozmyślań, tymczasem znaki zapytania się pomnożyły, ale nie chcę już rozmyślać. Jedyne co mogę zrobić dla nas, to odsuną się w cień, wiedząc, że skoro podjęłam złą decyzję, teraz podejmę najlepszą. Czuję się trochę winna, ale nie mogę dać przygnieść się poczuciu winy. Nie mogę zacząć zatapiać się w te myśli sięgające aż do odległej przeszłości i stwierdzić w złości, że nigdy nie powinnam wyciągnąć do ciebie ręki na powitanie. To wygląda trochę tak, jakbym miała obsesję na czyimś punkcie, ale tak nie jest, przyrzekam, że nie, a jednak nieustannie boję się, że ktoś powie, że jestem wariatką i usłyszę szyderczy śmiech i coś we mnie runie i przytaknę w geście zgody, bo jestem wariatką. Ale nie jestem. Jestem kimś, kto nie może odnaleźć się w tym dziwnym świecie, a tacy ludzie muszą być sami, bo inaczej, jak widać, burzą codzienność pozostałych, którym też nie jest najłatwiej. Ale, czy ktoś ma tutaj łatwo? Od teraz to nie ode mnie zależy, jak potoczy się tak historia. Nie mogę wszystkiego kontrolować, ani oczekiwać, że sprawy będą układać się po mojej myśli. (Akurat rzadko kiedy się tak układają, więc nie mam takich oczekiwań.) Zrobiłam tyle, ile mogłam zrobić dla siebie. Usłyszałam od kogoś, abym zrobiła to, co pozwoli mi spokojniej spać. Nie wiem, czy sypiam lepiej, chyba jeszcze nie, ale za to dni wydają się odrobinę lżejsze. Ciężko będzie mi zaakceptować sytuację, która powstała, jeśli nie ulegnie zmianie, ale zrobię to, zaakceptuję wszystko, bo takie są silne kobiety, więc będę nią mimo wszystko, nawet jeśli dla innych wyglądać to ma zupełnie inaczej.