28.10.2013

787.

jedyna taka gra
w przemilczenia
im dalej jesteś
tym więcej tracisz


wasze zwycięstwo
moja przegrana
milczę
by nie niszczyć
was
nas
oszukać czas
gra
w prze-mil-cze-nia

22.10.2013

786. jesień… ciągle… jesteś…

Jesień. Chciałabym mieć przy sobie cztery strony świata. D. życzyła mi ominięcia sławetnego „coś za coś”, bo oznajmiłam, że tracę, by zyskać (przetrwanie). Tydzień później straciłam dwa razy więcej, nie zyskując nic w zamian. A może to tylko złudzenie? Mam cierpliwość i umiejętność przyjmowania sytuacji bez przeklinania świata. Nie mam w sobie żadnych negatywnych myśli. Jednak teraz chciałabym to „coś za coś”; coś namacalnego. Ale może później? Jesień. Liście tak szybko opadły z drzew, że nie zdążyłam zarejestrować ich spadania, kamerą. Jeśli zachód i północ nie zetkną się ze mną do przyszłorocznej jesieni, wrócę tu, do tego wpisu, i zapłaczę gorzko. Jesień. Słońce jednak świeci zadziwiająco często. Obejrzałam film „Vengo”, w końcu! Chyba minęły dwa lata od fragmentów pokazywanych na zajęciach. Trochę szkoda, że drogą losowania zostałam skreślona z listy, a tym musiałam wybrać inne zajęcia. Widocznie filmowymi ścieżkami muszę chodzić sama. Sama.


12.10.2013

785. nie

„To wcale nie jest takie straszne – powiedziała po chwili – trzeba tylko zacisnąć się w sobie ze wszystkich sił, naprężyć się, jak ślimak i powtarzać jedno słowo – nie. Trzeba zapomnieć wszystkie inne słowa. Nawet jak cię poczęstują papierosem”. (G.Musiał, Czeska biżuteria)

nie, nie, nie, nie, nie, nie

10.10.2013

784.

Mogłam spodziewać się kontynuacji bólu głowy, ale ujrzenie własnej twarzy rano w lustrze okazało się niemałym szokiem. Dawno nie miałam tak spuchniętych oczu; powieki niby miękkie poduszeczki wypełnione powietrzem. Od razu otworzyłam zamrażarkę. Wyszłam z domu w świat, wyglądając jak sto nieszczęść, choć podejrzewam, że dla przeciętnych przechodniów i przelotnych spojrzeń nie było we mnie nic zastanawiającego. Mi wystarczył brak komfortu, by ze świadomością własnej żałosności, ukarać się za wczorajszy rozbity wieczór. Nie wzięłam tabletki od bólu głowy, ani od bólu zatok. Kilka miesięcy temu postanowiłam nie szpikować się już prochami. Trzy lata to dużo za dużo. Stan moich zatok poprawił się od momentu, gdy zaczęłam je chronić, przede wszystkim przez zmniejszenie ilości wylewanych łez. Ograniczyłam dzięki temu obrzęk naczyń krwionośnych i wyeliminowałam nadprogramową niedrożność. W zamian zaczęłam wdychać olejek eteryczny, przeznaczony głównie do inhalacji parowej, ale można też skropić nim chusteczkę higieniczną. Tak też uczyniłam przed dzisiejszym wyjściem z domu na uczelnię. Ból głowy minął po jakimś czasie; wysiadałam z busa zdrowsza. Opuchlizna oczu trzymała się dłużej, ale w końcu i ona mnie opuściła. Po zajęciach spędziłam trzy godziny w czytelni, dwie wracałam do domu. Nastała dwudziesta, gdy stanęłam w progu mieszkania. Za kwadrans skończy się czwartek. Nie potrafię określić, co właściwie spotkało mnie wczorajszej nocy. Chyba to znowu jedna z tych nocnych rozmów, których nie powinno być, jeśli są nieporozumieniem, niezrozumieniem, niewiadomą, nieprawdą. („Po cóż więc wyważać komuś drzwi, które on sam sobie zamknął na klucz?” Grzegorz Musiał, Stan płynny. /Znalezione dzisiaj podczas pobytu w czytelni./ Moich nawet nikt nie próbuje. Sama przestałam walić do bram innych. Wszyscy zamknęliśmy się przed sobą nawzajem. I co z tego? Mówmy dalej: no i co z tego?) Nagrałam wczorajszej nocy morze łez, zwłaszcza jedną, sunącą po policzku. Przeraża mnie, że byłam zachwycona, tą jedną kroplą, która ostatecznie i tak nie przyda się do niczego, nawet do filmiku o żałosnych kobietach. Chciałabym umrzeć w tym roku w bibliotece uniwersyteckiej

8.10.2013

783.

Wczoraj w kuchni żarówka zakończyła swój żywot i wywaliło korki. Dzisiaj zostałam z czterdziestoma woltami oświetlającymi pokój, bo żarówki na wymianę się skończyły, wczoraj. Mdłe światło pogarsza widoczność i nie oświeca myśli. Pomysły na dwa referaty są nijakie, nawet na odwal nie potrafię niczego wymyślić.
Gdybym była kimś innym – miejsce, czas, psychika – wyszłabym w październikową późną noc z domu. Oddychałabym spokojnie, wypuszczając z ust parę. Niebo byłoby czyste, gwieździste, albo przeciwnie, zachmurzone, a przestrzeń mglista. Rozbiłabym kamieniem szybkę w sklepie z bronią i wybrałabym najmniejszy pistolet na składzie. Alarm nie zrobiłby na mnie wrażenia. Odeszłabym tak, jak odchodzi się od stolika w kawiarni po zapłaceniu rachunku. Gdyby życie było filmem, włóczyłabym się ulicami miasta, a każdy krok, zapowiadający tragedię, zostałby namalowany w pięknych obrazach za pomocą płynnego ruchu kamery. Towarzyszyłby mi światła latarni i neonów. Szum ciężarówki wiozącej towar zakłóciłby miarowy stukot obcasów. Mimo chłodu, miałabym na sobie sukienkę i cienkie, cieliste rajstopy. Wyglądałabym tak ładnie, jak tylko pozwoliłyby mi na to posiadane środki. Najpiękniejsza noc w życiu. Nikt nie zwracałby na mnie uwagi, bo nie byłoby nikogo obok, ale galowy strój nadawałby czynom powagi. Znalazłabym się w końcu na rynku z fontanną, lub bez. Usiadłabym na ławce, gdzieś koło zabytkowych kamienic, które nigdy nie były moim domem, tak jak nic nie było moje, nawet w snach. Wyciągnęłabym z kieszeni płaszcza skradziony pistolet i nabiła. Przypomniałabym sobie wszystkie imiona, które miały jakieś znaczenie, a potem z poczuciem ulgi przyłożyłam lufę do skroni i nacisnęła na spust. Jako zabijana nie usłyszałabym strzału, który odbiłby się echem o mury budynków. Gdybym tylko była kimś innym, a życie było czymś innym, właśnie tak zabawiłabym się w jesienną noc. Raz a dobrze.
A do tej cholernej Warszawy nie chcę jechać i nie pojadę.

1.10.2013

782.

Październik.

Piąty rok.

Mam wrażenie, jakbym latami nie odwiedzała uczelni przy jednoczesnym złudzeniu, że kilka dni temu byłam na zajęciach. Brak środka. Jak zawsze. Może w środę coś. Chciałam we wtorek, ale na koncert, za darmo, tylko za późno, nikomu nie chciałoby się po mnie przyjechać z powrotem, o moje życie, jak zawsze albo nic albo na łasce innych. Brak środka, jak zawsze. Już nie wspomnę o tym rejsie na prywatną wyspę, w marcu 2014, cztery dni, Bahamy, za grubą kasę, z zespołami Paramore i Tegan and Sara. Ciekawe ile lat zbierałabym fundusze, no i traciła kilogramy, żeby założyć strój kąpielowy. Ale na mnie nie poczekają. Trudno. Nie pogrążę się w dziecinnym smutku. Za to koreańscy milusińscy mają comeback za tydzień. Pierwsze zdjęcia teasery, trzy, Taemina. (Obudzę się, dzisiaj, będą następnego.) To zdjęcie najbardziej zastanawia. Myślę: co to, koncept „na męczennika”?! Inni pomyśleli: „na księdza”. Intrygująca fotografia. Ostatecznie i jak zwykle teledysk będzie o czym innym, już nie mówiąc o piosence. Może jestem za stara na takie zabawy, ale uwielbiam oczekiwanie i przeglądanie reakcjo-opinii innych.

Nie lubię tych dziwnych zbiegów okoliczności, gdy tego samego dnia ta sama rzecz, nieszukana i nie-wiadomo-dlaczego, przypływa do mnie z dwóch różnych źródeł. Czytałam książkę, w której pojawiało się to samo imię i nazwisko, co w tytule polecanego filmiku na youtube. Greta Grabo. Dziwnie, dziwniej.

Koleżanka wrzuciła na fb piosenkę z jakiegoś niemieckiego musicalu. Jeszcze nieobejrzany film „Lilja 4-ever” zaczął się od piosenki Rammstieina – Mein Herz Brennt. Dawno nie słuchałam utworów w języku niemieckim; no i słucham, znowu.