31.12.2025

1810.

Na instagramie ludzie wrzucają w sześć kwadracików sześć zdjęć ze swoich najbardziej pamiętnych momentów z tego roku. Zatrzymałam się nad tym na chwilę i pomyślałam, że robiłam bardzo mało zdjęć. Praktycznie przestałam, w porównaniu z latami dawnymi, jakby nic nie było już warte uwiecznienia. Mimo to mam takich sześć momentów, które utkwiły mi w pamięci. 

Jak ktoś zdradził mi swój sekret i myślałam, że umrę.

Jak wybudziłam się z atakiem paniki i myślałam, że umrę.

Jak okazało się, że mam ciężką anemię i myślałam, że umrę.

Jak zorientowałam się, że nie skończę w tym roku leczenia ortodontycznego i myślałam, że umrę. 

Jak mój ból fizyczny był nie do wytrzymania i myślałam, że umrę. 

Jak wracaliśmy do domu samochodem i chciało mi się tak bardzo siku aż myślałam, że umrę. 


Śmiesznie małe te cierpienia, a jednak zbyt duże, aby chcieć wrócić do świata żywych na stałe. Mimo to muszę, bo przecież nie mam wyjścia. Tu rodzą się plany na nowy rok. Prawdopodobnie i tak niewiele z nich ostatecznie wyjdzie, ale można udawać, że się na coś czeka, na te wielkie zmiany odwracające bieg życia.  


Plany na nowy rok?

Pójść na randkę z prawdziwego zdarzenie i bawić się fantastycznie bez strachu, że ktoś mnie zgwałci, albo będzie chciał powtórzyć spotkanie. Napisałam to na pierwszym miejscu, ale prawdopodobnie to ten plan, który ma najmniejsze szanse do zaistnienia. 

Wrócić do pracy, która nie będzie mnie zniszczyć. Nie wymagam idealnej sytuacji, ale chciałabym nie umierać codziennie z powodu pracy. Mogłabym zarabiać niewiele, ale żeby było miło i stabilnie. Choć nawet nie musi być miło. Wystarczy, abym spokojnie sypiała i nie budziła się ze ściskiem w żołądku, że muszę tam iść.

Schudnąć 5 kilogramów, minimum. Może czas zobaczyć jaką siłownię w piwnicy stworzyli moi bracia. Może nie o kilogramy tu chodzi, ale chciałabym mieć więcej mięśni i więcej kontroli nad swoim ciałem.

Chciałabym nie zaciskać zębów podczas snu, ale robię to już tyle lat, co noc, i nie mam nad tym żadnej kontroli, dlatego to nie może być umieszone w kategorii plany, ale życzenia.

Chciałabym też skończyć w tym roku to męczące leczenie ortodontyczne, dostać szynę do spania i mieć mniejsze dolegliwości bólowe. Nie liczę już na to, że będzie lepiej, ale chciałabym, aby było znośnie.

Chciałabym pewnie jeszcze więcej, ale jestem tak senna, że nie wiem, czy dotrwam do północy. Zostało niecałe pół godziny, mój mózg chciałby już pójść spać.


28.12.2025

1809.

Nienawidzę się tak czuć. Nienawidzę wszystkich rzeczy, które muszę robić w życiu, bo nie mam innego wyjścia. Myślę wtedy o ludziach, którzy muszą robić gorsze rzeczy, aby przetrwać lub aby uratować swoją rodzinę i jest mi jeszcze gorzej. Nienawidzę zimy. Choć tu nie o zimę chodzi, ale o miejsce, w którym mieszkam. Zima równa się zamknięciu w domu, gdy nie masz pieniędzy. Nienawidzę tu mieszkać, spać i jeść. Duszę się od lat w tym małym więzieniu, z którego uwolnić się nie potrafię. Muszę wstać o piątej rano, w mroźny ciemny poranek, a to już sprawia, że moje ciało odczuwa stres związany z zrealizowaniem dnia nadchodzącego. Muszę zdążyć przemieścić się z punktu a do punktu b i zetknąć się ze światem, którego nie mam ochoty widzieć. Śmieszne i żałosne, wiem, ale nie potrafię inaczej. Ta jedna wiadomość wybiła mnie z rytmu i znowu namieszała w głowie. Nie wiem, co robić, więc nie robię nic. Czekam aż pochłonie mnie nicość. Widziałam w kościele swoje dawne przyjaciółki. Przeżyłyśmy ze sobą wszystko, najważniejsze chwile w życiu, dzieciństwo, cały okres dojrzewania i początek dorosłości. Potem mój udar przekreślił wszystko. Nie miałam siły starać się o podtrzymywanie czegoś niepotrzebnego do przeżycia. Dla mnie to już obce osoby, nie powiedziałabym im dzisiaj nic. Jak widać one mi również. Zepchnęliśmy się ze swoich żyć. Brakuje dla nas wspólnej opowieści, tej ”na dobre i na złe”. Kiedyś myślałam, że nie spotka mnie coś takiego. Patrzyłam jak moja matka traci swoją przyjaciółkę (albo przyjaciółka moją matkę, ciężko stwierdzić), jak dzieli je odległość i rodzinne konflikty. Menopauza u kobiet to przekleństwo. (Choć jak już wiemy dla mnie będzie zbawieniem.) Dziwne, że niektóre osoby widziałam w życiu zaledwie kilka razy, a taką E. tylko jeden jedyny raz, a połączyło nas to co zawsze najbardziej łączy ludzi - podobne cierpienie i współczucie. Gdybym teraz ją spotkała, pewnie płakałabym ze szczęścia. Niestety, te nieszczęsne kilometry rozdzielają ludzi, a brak pieniędzy rozdziera serca. Może tak naprawdę mój brak możliwości to sposób wszechświata na ochronę innych przede mną. Kto wie, jak to wygląda z drugiej strony, kto wie…

26.12.2025

1808.

Ten rok dobiega końca. Zbiera się wszystko we mnie, całe moje życie. Mogłabym usiąść i wylać morze łez, aby na końcu w nich zatonąć, bo przecież nie potrafię pływać. Myślę o tym roku jako całości i nie pamiętam wiele. W zeszłoroczne święta cierpiałam fizycznie i psychicznie, nie spałam całą noc z 24 na 25, bo przecież młodzież musiała hucznie świętować narodziny Jezusa, wlewając w siebie litry alkoholu. W tym roku było spokojnie, bez nerwów, cicha noc, święta noc, modliłam się o to kilka dni. W tegoroczne święta czuję się też lepiej fizycznie. Życie bez anemii jest ciepłe, a czasem nawet za gorące. Już nie dziwię się czemu niektórzy ubierają się tak cienko w zimie, rozumiem, bo mają więcej hemoglobiny tak jak ja teraz. Jestem rumiana, a moja rozrzedzona krew podbija jeszcze tę barwę, zwłaszcza, gdy z zimnego dworu wchodzę do ciepłego domu. Nie pamiętam co robiłam w zeszłorocznego Sylwestra. Chyba czekałam aż imprezowicze wystrzelają fajerwerki i petardy, abym mogła położyć w spokoju głowę na poduszce i zasnąć. Potem była zima. A może jej nie było? Nie pamiętam nic. Przebiłam w tym roku sześć razy oponę, na szkłach, prawdopodobnie alkoholików, bo kto inny rzuca butelkami w asfalt? Może ktoś wyrzuca je przez okna samochodów? Powinnam nauczyć się zmieniać opony sama, ale dopóki mam braci, mogę tego nie potrafić. W tym roku nadal cierpiałam fizycznie; ciągle za dużo, aby żyć godnie jak człowiek. Czasem leżałam pokonana bólem i płakałam chcąc umrzeć, jednocześnie wiedząc, że nigdy nie będę potrafiła wyeliminować się jednym pociągnięciem spustu. Leżałam też na dachu galerii obok kogoś kogo nie powinnam i pomyślałam sobie, że w tamtym momencie mogłabym zniknąć, poczułam się tak bardzo spokojna i szczęśliwa, a jednocześnie zagubiona i niepasująca do tego świata. Bo jak napisał kiedyś Grzegorz Musiał: ja pochodzę z zupełnie innego czasu, Z Czasu Nigdy Niedokonanego. Zawsze to będzie dla mnie problem nie do przeskoczenia. Brak mi odwagi, aby zaistnieć. Byłam u lekarzy, różnych, na szczęście wycieczki po gabinetach lekarskich nie trwały długo, a niektóre nawet za krótko, jak leczenie psychiatryczne. Nie jestem przekonana, czy podjęłam dobrą decyzję rezygnując tak szybko, te leki okazały się wyjątkowo niedobrane, ale jeśli dzięki temu nie obciążam rodziny dodatkowymi kosztami to myślę, że dam radę do końca. Dałam radę pięć lat, czemu nie miałbym i sześciu? Najwięcej w tym roku płakałam z niesprawiedliwości na świecie, choć nie mam tu na myśli świata całego, ale nasz świat, mój i Twój i moich znajomych. Płakałam z bezsilności. Ale tak naprawdę nadal płaczę mało w porównaniu z latami przeszłymi. W tym roku zgubiłam siebie i odnaleźć się nie mogę. Brak mi nawet siły, aby szukać. Szukałam głównie lekarstwa na fizyczny ból i spokojny sen i nie znalazłam. Zniszczył we mnie coś małoletni sąsiad swoim istnieniem. Czasem leżałam w łóżku z niedowierzaniem, że tak żałośnie wygląda moje życie i nie mam żadnych środków, aby zmienić cokolwiek. Nie opuszczało mnie poczucie niesprawiedliwości. Nie opuszczały mnie chore myśli o nas, o których nigdy nie miałabym tu odwagi napisać. Bo pękam w środku, wewnątrz siebie, w ciszy, bez świadku, wszystko zostanie tylko dla mnie i we mnie na zawsze. Niektóre marzenia są, tak kruche, że lepiej nie wypowiadać ich na głos. Ten rok był jednym z gorszych w moim życiu i dobrze, że zbliża się ku końcowi. Jak dobrze, że wszystko się kiedyś kończy.

21.12.2025

1807.

Nie przebiłam ilością wpisów pamiętnego roku 2013, ale okazuje się, że obecnie dobiegający rok jest tuż za nim. Jak wiele rzeczy musiałam z siebie wypisać, tzn. przelać na “papier” aby przeżyć? Za dużo. Jeszcze więcej przemilczałam. Dzisiaj pomyślałam o tym, że nie żałuję ani jednej przemilczanej rzeczy. Milczenie jest złotem. Czy jakoś tak. Jeśli bogactwo nie jest mi dane za życia to po śmierci liczę na królestwo. Byłam na mszy, gdzie było odnowienie przyrzeczeń ślubnych. Ksiądz zalecił małżonkom wziąć się za ręce i patrzeć głęboko w oczy. Przede mną w ławce stała para, może jakieś pięćdziesiąt plus, miło się na nich patrzyło, mieli w oczach miłość? Mieli też pewnie za sobą nie jedną kłótnię w życiu i ciężką sytuację, ale musieli się nauczyć wybaczać i wyzbyć egoizmu, aby dojść tak daleko. Och, gdybym miłości nie miał byłbym niczym. Wiem to już od dziecka. Wiem od zawsze, że jestem tym dzieckiem wybrakowanym, które widziało wiele form niewłaściwej, złudnej i oszukanej miłości aż samo stało się niezdolne do wielkich uczuć. Od zawsze byłam za mała, aby dźwigać taki ciężar jak miłość i podziwiałam ludzi, którzy mieli siłę kochać. Patrzyłam na małżonków w ławce z uśmiechem, bo nie ma nic piękniejszego niż bycie ze sobą na dobre i na złe i albo jest się tak, albo nigdy nie powinno wchodzić się na ścieżki miłości. Nie można bawić się czymś tak ważnym jak relacja z drugim człowiek. Oddałam serce przyjaciołom. Chciałam dać innym wszystko, bo sama nie miał nic. Na końcu zostałam z niczym, nawet siebie już nie mam. Nie wiem kim jestem i nie potrafię rozwiązać swoich problemów mając puste kieszenie. Zadziwia mnie, że pani psychiatra wcale nie chciała przepisać mi leków, od razu zaproponowała inne rozwiązanie, gdy powiedziałam, że to fizjoterapeuta wysłał mnie po leki. Zbiło mnie to z tropu. Czy nie widziała we mnie nic jako specjalista? Aż tak dobrze maskuje wnętrze swoim udawanym zewnętrznym spokojem? A gdybym skłamała odpowiadając na pytania, czy nie poleciłaby mi zapisać się na terapię? Leczenia w ramach NFZ-tu po udarowych przygodach będę unikać już zawsze, jeśli nie wystąpi zagrożenie życia, więc nie ma dla mnie rozwiązania bez pieniędzy. Jestem osobą dorosłą, ale nie wiem kim jestem. Ciężary, które noszę w sobie nawet dla mnie samej są niezrozumiałe. Jak prosto byłoby być kimś zwykłym, normalnym i mieć tę samą drogę co inni - pierwsza miłość, pierwszy pocałunek, pierwsza praca, pierwszy (i jedyny) mąż, pierwszy seks, pierwszy dom, pierwsze dziecko… Pustka. Nie ma nic. Tylko fizyczny ból, nużące zmęczenie, rosnące długi i źli ludzie. Gdybym miłości nie miał byłbym niczym. Zawsze wiedziałam, że jestem nie zdolna do tak wielkich uczuć. Po tylu latach nie jest mi już nawet z tym źle. Tylko czasem jakoś tak dziwnie, bo jestem inna niż ta normalna reszta i męczę się za życia sama. Patrzyłam na stojącą przede mną parę w ławce czule trzymając się za ręce i zastanawiałam się, czy naprawdę można być z kimś tak blisko, czy to tylko piękne kłamstwo.

20.12.2025

1806.

Zupełnie przypadkiem znalazłam ten wpis, zaczynający się od “Droga Kasiu alias Aniele Stróżu Mój” i znowu pękło mi serce. Kim wtedy byłam, a kim już dawno nie jestem? Jak bardzo popsuły mnie te wszystkie lata wątpliwej dorosłości? Jeden spokojny weekend nie uczyni cudu, a jednak małoletni sąsiad pił poza domem. Wrócił przed 6 z kolegą robiąc raban, a potem położyli się spać jakby nic się nie stało. (Ja natomiast w tym samym czasie zaczęłam swój dzień z okropnym bólem zębów.) Kac musiał męczyć chłopców cały dzień, bo kolega opuścił mieszkanie dopiero późnym wieczorem. Po tym jak straż pożarna odjechała spod bloku, w którym było zagrożenie życia, aż mam ochotę zażartować, tym razem nie mojego. Na szczęście obeszło się bez ofiar. Czasem myślą, że jak mocno śpisz to umarłeś, a innym razem widzą jak chodzisz i nie mają pojęcia jak bardzo nieżywy w środku jesteś. Mimo to czuję się odrobinę żywsza. Spędziłam w tym tygodniu wiele czasu w kościele, ale i w Kościele. Zabrakło dla mnie tej róży, więc pomyślałam, że kiedyś kupię sobie cały bukiet. Oczywiście jak będzie mnie już stać na “głupoty”. Mój kwiatek w doniczce zaczął więdnąć. Czy on też poczuł, że coś się skończyło?  

14.12.2025

1805.

Po przedwczorajszej nocy przyszła noc wczorajsza. Położyłam się z nadzieją, bo przecież siedział sam i grał. Włożyłam zatyczki w uszy, bo nawet ten okropny pisk i bicie własnego serca są bardziej znośnie niż sąsiad na górze. Położyłam się spać zmęczona, ale obudziłam się dwie godziny później cała spocona. Niestety, ale nie odkrywam się przez sen, przeważnie bywam zakryta po samą szyję mimo że nie mam w domu aż tak zimno. Przypomniała mi się wcześniejsza noc i chwilę później zaczęłam mieć drgawki, których nie mogłam opanować. Wstałam do toalety. Potem chciałam się ponownie położyć na łóżku, ale drżałam. Zapaliłam lampkę, usiadłam i włożyłam zatyczki do uszu, bo znowu go usłyszałam jak drze się do komputera. Siedziałam i czekałam aż wszystko minie. Bardziej niż te nie do opanowania drgawki denerwowało mnie szybko bijące serce. Cholerne serce. Tym razem wszystko ustało szybciej. Powiedziałam sobie, że nie pokona mnie coś takiego - błahostka. Nie po to przeszłam wiele trudnych sytuacji w życiu, aby przegrać z czymś tak żałosnym. Rozumiem, że każdy w różny sposób radzi sobie z cierpieniem, rozumiem, że ma matkę alkoholiczkę i złodziejkę, że zostawał z nią sam, gdy ojciec był długo w pracy i rozumiem, że poczuł wolność, gdy zostawili mu mieszkanie, ale nigdy nie zrozumiem, jak ludzie, którzy doświadczyli cierpienia, potem wyżywają się na innych, gdy są proszeni o coś tak normalnego jak cisza w nocy. Nie rozumiem jak można być tak podłym. Nie rozumiem jak można ranić innych, gdy samemu zostało się zranionym. Nigdy tego nie zrozumiem.

13.12.2025

1804.

Jak to się stało, że moje życie wygląda tak jak teraz? Mam wrażenie, że prawie wszystko dzieje się poza moją kontrolą. Życie mi się przydarza i tak przydarzają mi się sąsiedzi, nieustannie. Jak to się stało, że przez ponad dwadzieścia lat było spokojnie, a potem zaczęło się robić coraz gorzej i gorzej, aż do teraz. Małoletni sąsiad jak obiecał tak zrobił. Codziennie przyprowadza kolegów, bo może, bo mieszka na najwyższym piętrze i wolno mu wszystko, przede wszystkim robić mi na złość. Myślę, że robi to specjalnie, bo przerosło go upokorzenie, że jest w końcu dorosły, a ktoś śmie zwracać mu uwagę. Niesamowite, że raz w stresie zwracał się do mnie per pani, a innym razem jak do koleżanki mówiąc, że i tak będzie robił co zechce, bo potem wyjeżdża. Myślę, że wyjazd się nie uda, a nawet jeśli do niego dojdzie, wróci z podkulonym ogonem. Budzą mnie po nocach krzyki, głośne rozmowy, walenie w biurko, bieganie po klatce, budzi to tylko mnie, bo przecież to ja mam w sobie ból, który nie pozwala mi na spokojny sen. Ach, i pokój na tej samej kondygnacji. Wczoraj przebrała się miarka. Stało się coś, co nawet zaskoczyło mnie. Nie mogłam do nich pójść, poszła moja mama, o dziwo, sąsiad zero godności, wysłała do otworzenia drzwi kolegę. Obiecali, że będą cicho, nie byli. Obudziłam się po godzinie snu, mimo że miałam wciśnięte w uszy zatyczki. Obudziłam się z niedowierzaniem. Czułam się i tak źle fizycznie, liczyłam, że sen pozwoli zapomnieć o rozdzierającym bólu, ale wstałam do toalety, a oni nadal tam byli, głośni. Mój organizm zareagował w dziwny sposób, stresem. Nie wiem, co to było. Moje stopy stały się lodowate, a twarz gorąca, tak jak pamiętnego dnia udaru. Dostałam okropnych drgawek całego ciała, których nie mogłam opanować. Im bardziej chciałam uspokoić się równomiernym oddychaniem, w tym gorszą panikę wpadałam nie mogąc nic zrobić ze swoim ciałem. Mój brat w swoim pokoju jeszcze nie spał. Zawołałam go z bezradności. Siedziałam w kuchni na stołku trzęsąc się jak galareta, on stał przy mnie, rozmawialiśmy. Piłam wodę, cały czas, bo suchość w gardle stała się nie do zniesienie. Próbowałam się uspokoić oddechami. Nic. Przyszedł czas na zmierzenie ciśnienia. Kosmos, wyskoczyło do góry, serce w spoczynku prawie 150 (gdzie normalnie mam max 70). Pokazało arytmię, drugi raz w życiu. Może to przez te drgawki ręki pomiar był niewłaściwy? Dobrze, że nie mam już anemii, bo z pewnością bym zemdlała. Długo trwało to coś, nie chciałam żadnej karetki, po co. Może daliby mi coś w zastrzyku na uspokojenie, ale wiedziałam, że muszę to opanować sama, bo żaden szpital nie jest gotowy na mnie. Jeśli to był atak paniki i jeśli będzie się powtarzał, musiałam to wytrzymać sama. Wdech wydech. Starałam odciągnąć swoją uwagę od walącego w piersi serca i zapełnić myśli czymś innym. Poczułam się na tyle lepiej, aby wrócić do swojego pokoju, ale poleżałam chwilę, usłyszałam ich i drgawki znowu wróciły. Brat zlitował się nade mną i zamienił pokojami. Gdy wszyscy byli już gotowi do snu koledzy opuścili lokal u góry. Zrobili mi krzywdę, a potem wyszli jakby nigdy nic. Brat rano potwierdził, że też ich słyszał leżąc w moim pokoju. W nocy budziłam się co mniej więcej godzinę przez te litry wody, które w siebie wlałam. Nie śniło mi się nic. Grudzień to najgorszy czas w roku, zawsze tak było i nigdy nie jest inaczej, nigdy nie miałam szczęścia w grudniu, choć nie o szczęście tu chodzi a nadzieję, którą zmienia życia. Boże, uratuj mnie lub zabierz. Nie mam siły na nic. Ból fizyczny i psychiczny jest ponad moje siły. Czasem zamykam oczy i widzę jak wjeżdża we mnie samochód i nie ma mnie ani żadnego problemu. Kiedyś będę wyjeżdżać w grudniu na rekolekcje i zamykać się w klasztorze przed całym światem, aby odnaleźć się na nowo. Kiedyś. Tymczasem jestem tu. Nie rozumiem, czemu to jest moje życie. Nie zrobiłam nigdy nikomu krzywdy (świadomej), a wszyscy dookoła krzywdzą mnie (nieświadomie?). Urząd Pracy pierwszy raz w życiu wysłał mi smsa z propozycją pracy, taką pode mnie, może by coś z tego wyszło, gdyby nie brak dojazdu na 5 raną na drugi koniec świata. Śmieszne to wszystko, choć nadal się nie śmieję. Boli mnie bycie kobietą, to jak zmienia się moje ciało, jak rządzą nim hormony, jak coraz bardziej się boję, że kiedyś będę musiała wyjść z domu w taki krwawy dzień i zostanę i stracę wszystko za każdym razem, gdy przegram ze swoim ciałem, którego nie chcę. Chciałabym już być bytem nie ziemskim, chciałabym być już w świecie bez chorób i zmartwień. Nikt kto nie walczył codziennie z bólem, nie zrozumie moich pragnień. Grudzień mija tak szybko. Zgubiłam telefon, na chwilę, w koszu z szalikami i czapkami. Chodziłam z niedowierzaniem po sklepie szukając zguby, a po dłuższym czasie zrezygnowana pomodliłam się do św. Antoniego, wzięłam ostatni zamach ręką i był mój telefon, leżał, Chwała Panu. Nie rozumiem za to, czemu dziewczyna pracująca, którą poprosiłam o pomoc, a która nie mogła do mnie zadzwonić na telefon przez wewnętrzny regulamin sklepu, gdy zobaczyła mnie tydzień później spytała, czy znowu nie zgubiłam telefonu. Bezsensu. Było minęło. Czemu ma służyć rozpamiętywanie przez obce osoby mojego roztargnienia? Dlatego unikam kontaktu z obcymi. Przypominają mi o zakłopotaniu, wstydzie i trudnościach. Ta dziewczyna nie wie, że zbierałam się kilka minut zanim weszłam z powrotem do sklepu i poprosiłam o pomoc. Nie wie, że byłam w stanie wrócić do domu bez telefonu, aby tylko nie wchodzić w interakcje z kimś obcym i nie powiadomić go o swojej żałosnej sytuacji. Wolałam zostać bez telefonu niż czuć wstyd za każdym razem, gdy będę pojawiać się w tym miejscu. Mam nadzieję, że dzisiejszej nocy będę spać jak kamień skoro wczorajsza okazała się koszmarem. Mam nadzieję, że nie wybudzi mnie jak po udarze bijące zestresowane serce. Nie mam siły na powtarzanie wszystkiego od nowa. Utrata kontroli to najgorsza rzecz w życiu. Jeśli nie masz oparcia chociaż w jednej rzeczy, nie masz nic. Zaczęłam układać puzzle z kotami, które kupiłam dwa lata temu. Upłynęło wiele czasu zanim do nich zasiadłam. Chciałam w ten sposób przekierować swoje myśli na coś innego niż ten cały bałagan dookoła mnie. Szło mi jednak kiepsko i z układaniem i ze skupieniem. Puzzle to trudna układanka. Zupełnie jak życie. Czasem trzeba wiele wysiłku, aby złożyć wszystko w sensowną całość.