25.11.2025

1803.

Czasem mam ochotę napisać tutaj o wszystkim, od początku do końca, a potem nie wziąć odpowiedzialności za ani jedno swoje słowo. Ale nie potrafię. Biorę odpowiedzialność za każdy swój oddech, za każdą swoją myśl, pokutuję za swoich rodziców, którzy nie wzięli odpowiedzialności za swoje czyny, a ja przyrzekłam sobie, że nigdy nie będę taka jak oni. Nie jestem ani swoją matką, ani swoim ojcem, jestem kimś trzecim, kimś jeszcze gorszym.

21.11.2025

1802.

Naiwnie myślałam, że wyższy poziom żelaza we krwi mi pomoże, ale nic bardziej mylnego. Zdrowie nie rozwiązuje problemów, jeśli problemy zdrowotne nieustannie się namnażają. Nienawidzę być kobietą, tym bardziej bezużyteczną, z mojej kobiecości nie będzie już nic pożytecznego dla tego świata. Marzy mi się menopauza, nawet jeśli jej obecność zwiększy ryzyko kolejnego udaru. Marzy mi się zdrowie. Nigdy nie marzyłam o czymś tak bardzo jak teraz. Przesłania mi to wszystko inne, ta myśl, że mogłabym jeszcze raz poczuć jak to jest być zdrowym na ciele. Ból przesłania mi zbyt wiele rzeczy. Może przeżyłabym to wszystko inaczej, gdyby bolałam nie w tym ciele jedna rzecz, ale boli mnie tak dużo różnych części tego ciała i części w tym ciele, że czasem leżę i marzy mi się koniec końców, wiecie, ostateczny. A potem przypominam sobie, że inni cierpią gorzej i mocniej i lekarstw brak, pomocy brak, funduszy brak. Mam wiele przemyśleń na różne tematy, zakazane, takie o których nie można mówić, bo potem inni za dużo sobie myślą. W moim idealnym scenariuszu nikt nic ode mnie nie chce, nie ma wobec mnie oczekiwań, nie myśli na mój temat nic, jestem wolna i inni są wolni ode mnie. W moim idealnym świecie oczywiście mam mnóstwo pieniędzy, aby uciec, gdziekolwiek, jak najdalej. To miejsce tutaj, w moim założeniu to wszystko miało wszystkich do mnie zniechęcić, ale coś poszło nie tak. Najgorsze jest to, że wcale mi to nie przeszkadza. Uśmiecham się. Jestem nietykalna. Jestem dotknięta czymś, co nie powinno nawet się wydarzyć. Co jeśli od początku kłamię? Co jeśli skłamałam tylko w tej jednej kwestii, aby chronić siebie? Niezależnie co się wydarzy, zawsze na końcu będę chronić siebie. Tę ostatnią część mnie, do której nie ma dostępu żadna choroba, żaden ból, żaden mężczyzna i żadna kobieta, żaden człowiek bliższy czy dalszy, a tym bardziej obcy. Jestem senna. Jutro nie będę pamiętać tych słów. Wrócę tu za kilka tygodni i zdziwię się ogromnie, że to byłam ja. Nikt mnie nie rozumiał lub zrozumiał źle, w oparciu o własne interpretacje, bo nie potrafiłam napisać wprost o co mi chodzi. Bo wiedziałam, że pewne rzeczy należy zachować dla siebie, na zawsze.

11.11.2025

1801.

Jest po dwudziestej pierwszej, a mój szczawik nie złożył się cały do snu. Czyżby światło żarówki wydało się mu światłem słońca? Czasem myślę, że w jednej osobie nie może być tyle pęknięć, ale oto jestem. Ciężko mi Boże, ze wszystkim co muszę dźwigać i z tym brakiem lekarstwa na ból wszelkiego rodzaju. Podobno nie nakładasz na ludzi ciężarów, których nie są w stanie udźwignąć, czy więc sama przygniatam się tym wszystkim i iść dalej nie mogę? Przegrałam niedawno bitwę z sąsiadem, a przecież nie chciałam z nikim walczyć, chciałam tylko ciszy nocnej o północy, a wyszło, że chcieć sobie mogę, bo on nie poniesie żadnych konsekwencji niezależnie od tego co zrobię. Konsekwencje ponoszę zawsze ja. Okazuje się, że nie czeka mnie nic innego przez najbliższe miesiąca i lata - konsekwencje cudzych czynów. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina, że tu jestem, bo psuje dobrą zabawę. Nikt nie lubi ludzi, którzy psują dobrą zabawę. I co teraz? Nie uważam, że zasłużyłam na to wszystko tak jak na swoje krzywdy nie zasłużyły niewinne dzieci krzywdzone przez dorosłych. Najgorsze są kary, które spadają i przygniatają zupełnie za nic, za samo bycie w tym samym miejscu i czasie i tyle i to jest niesprawiedliwość, najgorsza. Nie chcę nic od świata, nie bawi mnie bycie tutaj od dziecka, chcę tylko spokoju, może i świętego, ale najlepiej jakiegokolwiek. Kiedy się sprzedam złu za odrobinę ciszy? Niektórzy ludzie nie powinni zakładać rodzin, a tym bardziej mieć dzieci, jeśli nie mają za sobą długoletniej terapii wyprowadzającej ich z mrocznych zakamarków duszy. Zdaję sobie sprawę, że w takim wypadku nikt nie zakładałby rodzin i może tak powinno być. Widzę to po tym aroganckim gówniarzu, do którego nie dociera nic, ani po dobroci ani po złości. Sytuacja z przed kilku dni się powtórzyła, znowu był hałas. Widzę to po sobie, do której nie dociera nic. Znowu zapanuje cisza.

10.11.2025

1800.

Wychowałam sąsiada. Punkt 22 opuścił mieszkanie z kolegami. Ciekawe na jak długo? Nie że puste mieszkanie, ale ten spokój. Czemu dobre rzeczy trwają tak krótko? Lekarz spojrzał na mnie i powiedział, że wyglądam dobrze. A potem spytał, czy nie jestem w ciąży. Wszystko mu się pomyliło, to znaczy ja z inną pacjentką. Przeprosił, a potem znalazł w pamięci prawidłowe powiązanie ze mną - udar. Niesamowite, że ten udar już zawsze będzie moim punktem odniesienie wszystkiego. Kim byłabym bez tamtego dnia? Na pewno sobą, a teraz to nie wiem, ale się domyślam, że coś poszło nie tak.

1.11.2025

1799.

Nie zostało ze mnie wiele, mnie w sobie, kim byłam, kim powinnam być i czemu mnie nie ma. Jestem pochłonięta niesprawiedliwością zdarzeń, które mnie dotknęły i dotykają, zwłaszcza nocą. Trauma. Przecież nikt nie reaguje w taki sposób na takie błahostki, ale moje ciało pamięta tamte ponure lata i drży. Nie drży mi głos, jestem stanowcza i bojowo nastawiona, a potem gdy zamykają się wszystkie drzwi, a na końcu te do mego pokoju, który nawet nie jest mój, jest obcym domem, w którym mieszkam, bo lepiej tu niż na ulicy, rozpadam się na kawałki. Ile takich scen widziało kino światowe? Klasyka gatunku. Za zamkniętymi drzwiami rozgrywają się największe i najcichsze osobiste dramaty, wtedy gdy nikt nie patrzy. A na końcu ta złość, że gdybym była kimś innym to wszystko wyglądałoby inaczej. Czekam na moment kiedy wreszcie stanę się kimś innym, wiedząc jednocześnie, że taki moment nigdy nie nastanie.