31.12.2025

1810.

Na instagramie ludzie wrzucają w sześć kwadracików sześć zdjęć ze swoich najbardziej pamiętnych momentów z tego roku. Zatrzymałam się nad tym na chwilę i pomyślałam, że robiłam bardzo mało zdjęć. Praktycznie przestałam, w porównaniu z latami dawnymi, jakby nic nie było już warte uwiecznienia. Mimo to mam takich sześć momentów, które utkwiły mi w pamięci. 

Jak ktoś zdradził mi swój sekret i myślałam, że umrę.

Jak wybudziłam się z atakiem paniki i myślałam, że umrę.

Jak okazało się, że mam ciężką anemię i myślałam, że umrę.

Jak zorientowałam się, że nie skończę w tym roku leczenia ortodontycznego i myślałam, że umrę. 

Jak mój ból fizyczny był nie do wytrzymania i myślałam, że umrę. 

Jak wracaliśmy do domu samochodem i chciało mi się tak bardzo siku aż myślałam, że umrę. 


Śmiesznie małe te cierpienia, a jednak zbyt duże, aby chcieć wrócić do świata żywych na stałe. Mimo to muszę, bo przecież nie mam wyjścia. Tu rodzą się plany na nowy rok. Prawdopodobnie i tak niewiele z nich ostatecznie wyjdzie, ale można udawać, że się na coś czeka, na te wielkie zmiany odwracające bieg życia.  


Plany na nowy rok?

Pójść na randkę z prawdziwego zdarzenie i bawić się fantastycznie bez strachu, że ktoś mnie zgwałci, albo będzie chciał powtórzyć spotkanie. Napisałam to na pierwszym miejscu, ale prawdopodobnie to ten plan, który ma najmniejsze szanse do zaistnienia. 

Wrócić do pracy, która nie będzie mnie zniszczyć. Nie wymagam idealnej sytuacji, ale chciałabym nie umierać codziennie z powodu pracy. Mogłabym zarabiać niewiele, ale żeby było miło i stabilnie. Choć nawet nie musi być miło. Wystarczy, abym spokojnie sypiała i nie budziła się ze ściskiem w żołądku, że muszę tam iść.

Schudnąć 5 kilogramów, minimum. Może czas zobaczyć jaką siłownię w piwnicy stworzyli moi bracia. Może nie o kilogramy tu chodzi, ale chciałabym mieć więcej mięśni i więcej kontroli nad swoim ciałem.

Chciałabym nie zaciskać zębów podczas snu, ale robię to już tyle lat, co noc, i nie mam nad tym żadnej kontroli, dlatego to nie może być umieszone w kategorii plany, ale życzenia.

Chciałabym też skończyć w tym roku to męczące leczenie ortodontyczne, dostać szynę do spania i mieć mniejsze dolegliwości bólowe. Nie liczę już na to, że będzie lepiej, ale chciałabym, aby było znośnie.

Chciałabym pewnie jeszcze więcej, ale jestem tak senna, że nie wiem, czy dotrwam do północy. Zostało niecałe pół godziny, mój mózg chciałby już pójść spać.


28.12.2025

1809.

Nienawidzę się tak czuć. Nienawidzę wszystkich rzeczy, które muszę robić w życiu, bo nie mam innego wyjścia. Myślę wtedy o ludziach, którzy muszą robić gorsze rzeczy, aby przetrwać lub aby uratować swoją rodzinę i jest mi jeszcze gorzej. Nienawidzę zimy. Choć tu nie o zimę chodzi, ale o miejsce, w którym mieszkam. Zima równa się zamknięciu w domu, gdy nie masz pieniędzy. Nienawidzę tu mieszkać, spać i jeść. Duszę się od lat w tym małym więzieniu, z którego uwolnić się nie potrafię. Muszę wstać o piątej rano, w mroźny ciemny poranek, a to już sprawia, że moje ciało odczuwa stres związany z zrealizowaniem dnia nadchodzącego. Muszę zdążyć przemieścić się z punktu a do punktu b i zetknąć się ze światem, którego nie mam ochoty widzieć. Śmieszne i żałosne, wiem, ale nie potrafię inaczej. Ta jedna wiadomość wybiła mnie z rytmu i znowu namieszała w głowie. Nie wiem, co robić, więc nie robię nic. Czekam aż pochłonie mnie nicość. Widziałam w kościele swoje dawne przyjaciółki. Przeżyłyśmy ze sobą wszystko, najważniejsze chwile w życiu, dzieciństwo, cały okres dojrzewania i początek dorosłości. Potem mój udar przekreślił wszystko. Nie miałam siły starać się o podtrzymywanie czegoś niepotrzebnego do przeżycia. Dla mnie to już obce osoby, nie powiedziałabym im dzisiaj nic. Jak widać one mi również. Zepchnęliśmy się ze swoich żyć. Brakuje dla nas wspólnej opowieści, tej ”na dobre i na złe”. Kiedyś myślałam, że nie spotka mnie coś takiego. Patrzyłam jak moja matka traci swoją przyjaciółkę (albo przyjaciółka moją matkę, ciężko stwierdzić), jak dzieli je odległość i rodzinne konflikty. Menopauza u kobiet to przekleństwo. (Choć jak już wiemy dla mnie będzie zbawieniem.) Dziwne, że niektóre osoby widziałam w życiu zaledwie kilka razy, a taką E. tylko jeden jedyny raz, a połączyło nas to co zawsze najbardziej łączy ludzi - podobne cierpienie i współczucie. Gdybym teraz ją spotkała, pewnie płakałabym ze szczęścia. Niestety, te nieszczęsne kilometry rozdzielają ludzi, a brak pieniędzy rozdziera serca. Może tak naprawdę mój brak możliwości to sposób wszechświata na ochronę innych przede mną. Kto wie, jak to wygląda z drugiej strony, kto wie…

26.12.2025

1808.

Ten rok dobiega końca. Zbiera się wszystko we mnie, całe moje życie. Mogłabym usiąść i wylać morze łez, aby na końcu w nich zatonąć, bo przecież nie potrafię pływać. Myślę o tym roku jako całości i nie pamiętam wiele. W zeszłoroczne święta cierpiałam fizycznie i psychicznie, nie spałam całą noc z 24 na 25, bo przecież młodzież musiała hucznie świętować narodziny Jezusa, wlewając w siebie litry alkoholu. W tym roku było spokojnie, bez nerwów, cicha noc, święta noc, modliłam się o to kilka dni. W tegoroczne święta czuję się też lepiej fizycznie. Życie bez anemii jest ciepłe, a czasem nawet za gorące. Już nie dziwię się czemu niektórzy ubierają się tak cienko w zimie, rozumiem, bo mają więcej hemoglobiny tak jak ja teraz. Jestem rumiana, a moja rozrzedzona krew podbija jeszcze tę barwę, zwłaszcza, gdy z zimnego dworu wchodzę do ciepłego domu. Nie pamiętam co robiłam w zeszłorocznego Sylwestra. Chyba czekałam aż imprezowicze wystrzelają fajerwerki i petardy, abym mogła położyć w spokoju głowę na poduszce i zasnąć. Potem była zima. A może jej nie było? Nie pamiętam nic. Przebiłam w tym roku sześć razy oponę, na szkłach, prawdopodobnie alkoholików, bo kto inny rzuca butelkami w asfalt? Może ktoś wyrzuca je przez okna samochodów? Powinnam nauczyć się zmieniać opony sama, ale dopóki mam braci, mogę tego nie potrafić. W tym roku nadal cierpiałam fizycznie; ciągle za dużo, aby żyć godnie jak człowiek. Czasem leżałam pokonana bólem i płakałam chcąc umrzeć, jednocześnie wiedząc, że nigdy nie będę potrafiła wyeliminować się jednym pociągnięciem spustu. Leżałam też na dachu galerii obok kogoś kogo nie powinnam i pomyślałam sobie, że w tamtym momencie mogłabym zniknąć, poczułam się tak bardzo spokojna i szczęśliwa, a jednocześnie zagubiona i niepasująca do tego świata. Bo jak napisał kiedyś Grzegorz Musiał: ja pochodzę z zupełnie innego czasu, Z Czasu Nigdy Niedokonanego. Zawsze to będzie dla mnie problem nie do przeskoczenia. Brak mi odwagi, aby zaistnieć. Byłam u lekarzy, różnych, na szczęście wycieczki po gabinetach lekarskich nie trwały długo, a niektóre nawet za krótko, jak leczenie psychiatryczne. Nie jestem przekonana, czy podjęłam dobrą decyzję rezygnując tak szybko, te leki okazały się wyjątkowo niedobrane, ale jeśli dzięki temu nie obciążam rodziny dodatkowymi kosztami to myślę, że dam radę do końca. Dałam radę pięć lat, czemu nie miałbym i sześciu? Najwięcej w tym roku płakałam z niesprawiedliwości na świecie, choć nie mam tu na myśli świata całego, ale nasz świat, mój i Twój i moich znajomych. Płakałam z bezsilności. Ale tak naprawdę nadal płaczę mało w porównaniu z latami przeszłymi. W tym roku zgubiłam siebie i odnaleźć się nie mogę. Brak mi nawet siły, aby szukać. Szukałam głównie lekarstwa na fizyczny ból i spokojny sen i nie znalazłam. Zniszczył we mnie coś małoletni sąsiad swoim istnieniem. Czasem leżałam w łóżku z niedowierzaniem, że tak żałośnie wygląda moje życie i nie mam żadnych środków, aby zmienić cokolwiek. Nie opuszczało mnie poczucie niesprawiedliwości. Nie opuszczały mnie chore myśli o nas, o których nigdy nie miałabym tu odwagi napisać. Bo pękam w środku, wewnątrz siebie, w ciszy, bez świadku, wszystko zostanie tylko dla mnie i we mnie na zawsze. Niektóre marzenia są, tak kruche, że lepiej nie wypowiadać ich na głos. Ten rok był jednym z gorszych w moim życiu i dobrze, że zbliża się ku końcowi. Jak dobrze, że wszystko się kiedyś kończy.

21.12.2025

1807.

Nie przebiłam ilością wpisów pamiętnego roku 2013, ale okazuje się, że obecnie dobiegający rok jest tuż za nim. Jak wiele rzeczy musiałam z siebie wypisać, tzn. przelać na “papier” aby przeżyć? Za dużo. Jeszcze więcej przemilczałam. Dzisiaj pomyślałam o tym, że nie żałuję ani jednej przemilczanej rzeczy. Milczenie jest złotem. Czy jakoś tak. Jeśli bogactwo nie jest mi dane za życia to po śmierci liczę na królestwo. Byłam na mszy, gdzie było odnowienie przyrzeczeń ślubnych. Ksiądz zalecił małżonkom wziąć się za ręce i patrzeć głęboko w oczy. Przede mną w ławce stała para, może jakieś pięćdziesiąt plus, miło się na nich patrzyło, mieli w oczach miłość? Mieli też pewnie za sobą nie jedną kłótnię w życiu i ciężką sytuację, ale musieli się nauczyć wybaczać i wyzbyć egoizmu, aby dojść tak daleko. Och, gdybym miłości nie miał byłbym niczym. Wiem to już od dziecka. Wiem od zawsze, że jestem tym dzieckiem wybrakowanym, które widziało wiele form niewłaściwej, złudnej i oszukanej miłości aż samo stało się niezdolne do wielkich uczuć. Od zawsze byłam za mała, aby dźwigać taki ciężar jak miłość i podziwiałam ludzi, którzy mieli siłę kochać. Patrzyłam na małżonków w ławce z uśmiechem, bo nie ma nic piękniejszego niż bycie ze sobą na dobre i na złe i albo jest się tak, albo nigdy nie powinno wchodzić się na ścieżki miłości. Nie można bawić się czymś tak ważnym jak relacja z drugim człowiek. Oddałam serce przyjaciołom. Chciałam dać innym wszystko, bo sama nie miał nic. Na końcu zostałam z niczym, nawet siebie już nie mam. Nie wiem kim jestem i nie potrafię rozwiązać swoich problemów mając puste kieszenie. Zadziwia mnie, że pani psychiatra wcale nie chciała przepisać mi leków, od razu zaproponowała inne rozwiązanie, gdy powiedziałam, że to fizjoterapeuta wysłał mnie po leki. Zbiło mnie to z tropu. Czy nie widziała we mnie nic jako specjalista? Aż tak dobrze maskuje wnętrze swoim udawanym zewnętrznym spokojem? A gdybym skłamała odpowiadając na pytania, czy nie poleciłaby mi zapisać się na terapię? Leczenia w ramach NFZ-tu po udarowych przygodach będę unikać już zawsze, jeśli nie wystąpi zagrożenie życia, więc nie ma dla mnie rozwiązania bez pieniędzy. Jestem osobą dorosłą, ale nie wiem kim jestem. Ciężary, które noszę w sobie nawet dla mnie samej są niezrozumiałe. Jak prosto byłoby być kimś zwykłym, normalnym i mieć tę samą drogę co inni - pierwsza miłość, pierwszy pocałunek, pierwsza praca, pierwszy (i jedyny) mąż, pierwszy seks, pierwszy dom, pierwsze dziecko… Pustka. Nie ma nic. Tylko fizyczny ból, nużące zmęczenie, rosnące długi i źli ludzie. Gdybym miłości nie miał byłbym niczym. Zawsze wiedziałam, że jestem nie zdolna do tak wielkich uczuć. Po tylu latach nie jest mi już nawet z tym źle. Tylko czasem jakoś tak dziwnie, bo jestem inna niż ta normalna reszta i męczę się za życia sama. Patrzyłam na stojącą przede mną parę w ławce czule trzymając się za ręce i zastanawiałam się, czy naprawdę można być z kimś tak blisko, czy to tylko piękne kłamstwo.

20.12.2025

1806.

Zupełnie przypadkiem znalazłam ten wpis, zaczynający się od “Droga Kasiu alias Aniele Stróżu Mój” i znowu pękło mi serce. Kim wtedy byłam, a kim już dawno nie jestem? Jak bardzo popsuły mnie te wszystkie lata wątpliwej dorosłości? Jeden spokojny weekend nie uczyni cudu, a jednak małoletni sąsiad pił poza domem. Wrócił przed 6 z kolegą robiąc raban, a potem położyli się spać jakby nic się nie stało. (Ja natomiast w tym samym czasie zaczęłam swój dzień z okropnym bólem zębów.) Kac musiał męczyć chłopców cały dzień, bo kolega opuścił mieszkanie dopiero późnym wieczorem. Po tym jak straż pożarna odjechała spod bloku, w którym było zagrożenie życia, aż mam ochotę zażartować, tym razem nie mojego. Na szczęście obeszło się bez ofiar. Czasem myślą, że jak mocno śpisz to umarłeś, a innym razem widzą jak chodzisz i nie mają pojęcia jak bardzo nieżywy w środku jesteś. Mimo to czuję się odrobinę żywsza. Spędziłam w tym tygodniu wiele czasu w kościele, ale i w Kościele. Zabrakło dla mnie tej róży, więc pomyślałam, że kiedyś kupię sobie cały bukiet. Oczywiście jak będzie mnie już stać na “głupoty”. Mój kwiatek w doniczce zaczął więdnąć. Czy on też poczuł, że coś się skończyło?  

14.12.2025

1805.

Po przedwczorajszej nocy przyszła noc wczorajsza. Położyłam się z nadzieją, bo przecież siedział sam i grał. Włożyłam zatyczki w uszy, bo nawet ten okropny pisk i bicie własnego serca są bardziej znośnie niż sąsiad na górze. Położyłam się spać zmęczona, ale obudziłam się dwie godziny później cała spocona. Niestety, ale nie odkrywam się przez sen, przeważnie bywam zakryta po samą szyję mimo że nie mam w domu aż tak zimno. Przypomniała mi się wcześniejsza noc i chwilę później zaczęłam mieć drgawki, których nie mogłam opanować. Wstałam do toalety. Potem chciałam się ponownie położyć na łóżku, ale drżałam. Zapaliłam lampkę, usiadłam i włożyłam zatyczki do uszu, bo znowu go usłyszałam jak drze się do komputera. Siedziałam i czekałam aż wszystko minie. Bardziej niż te nie do opanowania drgawki denerwowało mnie szybko bijące serce. Cholerne serce. Tym razem wszystko ustało szybciej. Powiedziałam sobie, że nie pokona mnie coś takiego - błahostka. Nie po to przeszłam wiele trudnych sytuacji w życiu, aby przegrać z czymś tak żałosnym. Rozumiem, że każdy w różny sposób radzi sobie z cierpieniem, rozumiem, że ma matkę alkoholiczkę i złodziejkę, że zostawał z nią sam, gdy ojciec był długo w pracy i rozumiem, że poczuł wolność, gdy zostawili mu mieszkanie, ale nigdy nie zrozumiem, jak ludzie, którzy doświadczyli cierpienia, potem wyżywają się na innych, gdy są proszeni o coś tak normalnego jak cisza w nocy. Nie rozumiem jak można być tak podłym. Nie rozumiem jak można ranić innych, gdy samemu zostało się zranionym. Nigdy tego nie zrozumiem.

13.12.2025

1804.

Jak to się stało, że moje życie wygląda tak jak teraz? Mam wrażenie, że prawie wszystko dzieje się poza moją kontrolą. Życie mi się przydarza i tak przydarzają mi się sąsiedzi, nieustannie. Jak to się stało, że przez ponad dwadzieścia lat było spokojnie, a potem zaczęło się robić coraz gorzej i gorzej, aż do teraz. Małoletni sąsiad jak obiecał tak zrobił. Codziennie przyprowadza kolegów, bo może, bo mieszka na najwyższym piętrze i wolno mu wszystko, przede wszystkim robić mi na złość. Myślę, że robi to specjalnie, bo przerosło go upokorzenie, że jest w końcu dorosły, a ktoś śmie zwracać mu uwagę. Niesamowite, że raz w stresie zwracał się do mnie per pani, a innym razem jak do koleżanki mówiąc, że i tak będzie robił co zechce, bo potem wyjeżdża. Myślę, że wyjazd się nie uda, a nawet jeśli do niego dojdzie, wróci z podkulonym ogonem. Budzą mnie po nocach krzyki, głośne rozmowy, walenie w biurko, bieganie po klatce, budzi to tylko mnie, bo przecież to ja mam w sobie ból, który nie pozwala mi na spokojny sen. Ach, i pokój na tej samej kondygnacji. Wczoraj przebrała się miarka. Stało się coś, co nawet zaskoczyło mnie. Nie mogłam do nich pójść, poszła moja mama, o dziwo, sąsiad zero godności, wysłała do otworzenia drzwi kolegę. Obiecali, że będą cicho, nie byli. Obudziłam się po godzinie snu, mimo że miałam wciśnięte w uszy zatyczki. Obudziłam się z niedowierzaniem. Czułam się i tak źle fizycznie, liczyłam, że sen pozwoli zapomnieć o rozdzierającym bólu, ale wstałam do toalety, a oni nadal tam byli, głośni. Mój organizm zareagował w dziwny sposób, stresem. Nie wiem, co to było. Moje stopy stały się lodowate, a twarz gorąca, tak jak pamiętnego dnia udaru. Dostałam okropnych drgawek całego ciała, których nie mogłam opanować. Im bardziej chciałam uspokoić się równomiernym oddychaniem, w tym gorszą panikę wpadałam nie mogąc nic zrobić ze swoim ciałem. Mój brat w swoim pokoju jeszcze nie spał. Zawołałam go z bezradności. Siedziałam w kuchni na stołku trzęsąc się jak galareta, on stał przy mnie, rozmawialiśmy. Piłam wodę, cały czas, bo suchość w gardle stała się nie do zniesienie. Próbowałam się uspokoić oddechami. Nic. Przyszedł czas na zmierzenie ciśnienia. Kosmos, wyskoczyło do góry, serce w spoczynku prawie 150 (gdzie normalnie mam max 70). Pokazało arytmię, drugi raz w życiu. Może to przez te drgawki ręki pomiar był niewłaściwy? Dobrze, że nie mam już anemii, bo z pewnością bym zemdlała. Długo trwało to coś, nie chciałam żadnej karetki, po co. Może daliby mi coś w zastrzyku na uspokojenie, ale wiedziałam, że muszę to opanować sama, bo żaden szpital nie jest gotowy na mnie. Jeśli to był atak paniki i jeśli będzie się powtarzał, musiałam to wytrzymać sama. Wdech wydech. Starałam odciągnąć swoją uwagę od walącego w piersi serca i zapełnić myśli czymś innym. Poczułam się na tyle lepiej, aby wrócić do swojego pokoju, ale poleżałam chwilę, usłyszałam ich i drgawki znowu wróciły. Brat zlitował się nade mną i zamienił pokojami. Gdy wszyscy byli już gotowi do snu koledzy opuścili lokal u góry. Zrobili mi krzywdę, a potem wyszli jakby nigdy nic. Brat rano potwierdził, że też ich słyszał leżąc w moim pokoju. W nocy budziłam się co mniej więcej godzinę przez te litry wody, które w siebie wlałam. Nie śniło mi się nic. Grudzień to najgorszy czas w roku, zawsze tak było i nigdy nie jest inaczej, nigdy nie miałam szczęścia w grudniu, choć nie o szczęście tu chodzi a nadzieję, którą zmienia życia. Boże, uratuj mnie lub zabierz. Nie mam siły na nic. Ból fizyczny i psychiczny jest ponad moje siły. Czasem zamykam oczy i widzę jak wjeżdża we mnie samochód i nie ma mnie ani żadnego problemu. Kiedyś będę wyjeżdżać w grudniu na rekolekcje i zamykać się w klasztorze przed całym światem, aby odnaleźć się na nowo. Kiedyś. Tymczasem jestem tu. Nie rozumiem, czemu to jest moje życie. Nie zrobiłam nigdy nikomu krzywdy (świadomej), a wszyscy dookoła krzywdzą mnie (nieświadomie?). Urząd Pracy pierwszy raz w życiu wysłał mi smsa z propozycją pracy, taką pode mnie, może by coś z tego wyszło, gdyby nie brak dojazdu na 5 raną na drugi koniec świata. Śmieszne to wszystko, choć nadal się nie śmieję. Boli mnie bycie kobietą, to jak zmienia się moje ciało, jak rządzą nim hormony, jak coraz bardziej się boję, że kiedyś będę musiała wyjść z domu w taki krwawy dzień i zostanę i stracę wszystko za każdym razem, gdy przegram ze swoim ciałem, którego nie chcę. Chciałabym już być bytem nie ziemskim, chciałabym być już w świecie bez chorób i zmartwień. Nikt kto nie walczył codziennie z bólem, nie zrozumie moich pragnień. Grudzień mija tak szybko. Zgubiłam telefon, na chwilę, w koszu z szalikami i czapkami. Chodziłam z niedowierzaniem po sklepie szukając zguby, a po dłuższym czasie zrezygnowana pomodliłam się do św. Antoniego, wzięłam ostatni zamach ręką i był mój telefon, leżał, Chwała Panu. Nie rozumiem za to, czemu dziewczyna pracująca, którą poprosiłam o pomoc, a która nie mogła do mnie zadzwonić na telefon przez wewnętrzny regulamin sklepu, gdy zobaczyła mnie tydzień później spytała, czy znowu nie zgubiłam telefonu. Bezsensu. Było minęło. Czemu ma służyć rozpamiętywanie przez obce osoby mojego roztargnienia? Dlatego unikam kontaktu z obcymi. Przypominają mi o zakłopotaniu, wstydzie i trudnościach. Ta dziewczyna nie wie, że zbierałam się kilka minut zanim weszłam z powrotem do sklepu i poprosiłam o pomoc. Nie wie, że byłam w stanie wrócić do domu bez telefonu, aby tylko nie wchodzić w interakcje z kimś obcym i nie powiadomić go o swojej żałosnej sytuacji. Wolałam zostać bez telefonu niż czuć wstyd za każdym razem, gdy będę pojawiać się w tym miejscu. Mam nadzieję, że dzisiejszej nocy będę spać jak kamień skoro wczorajsza okazała się koszmarem. Mam nadzieję, że nie wybudzi mnie jak po udarze bijące zestresowane serce. Nie mam siły na powtarzanie wszystkiego od nowa. Utrata kontroli to najgorsza rzecz w życiu. Jeśli nie masz oparcia chociaż w jednej rzeczy, nie masz nic. Zaczęłam układać puzzle z kotami, które kupiłam dwa lata temu. Upłynęło wiele czasu zanim do nich zasiadłam. Chciałam w ten sposób przekierować swoje myśli na coś innego niż ten cały bałagan dookoła mnie. Szło mi jednak kiepsko i z układaniem i ze skupieniem. Puzzle to trudna układanka. Zupełnie jak życie. Czasem trzeba wiele wysiłku, aby złożyć wszystko w sensowną całość. 

25.11.2025

1803.

Czasem mam ochotę napisać tutaj o wszystkim, od początku do końca, a potem nie wziąć odpowiedzialności za ani jedno swoje słowo. Ale nie potrafię. Biorę odpowiedzialność za każdy swój oddech, za każdą swoją myśl, pokutuję za swoich rodziców, którzy nie wzięli odpowiedzialności za swoje czyny, a ja przyrzekłam sobie, że nigdy nie będę taka jak oni. Nie jestem ani swoją matką, ani swoim ojcem, jestem kimś trzecim, kimś jeszcze gorszym.

21.11.2025

1802.

Naiwnie myślałam, że wyższy poziom żelaza we krwi mi pomoże, ale nic bardziej mylnego. Zdrowie nie rozwiązuje problemów, jeśli problemy zdrowotne nieustannie się namnażają. Nienawidzę być kobietą, tym bardziej bezużyteczną, z mojej kobiecości nie będzie już nic pożytecznego dla tego świata. Marzy mi się menopauza, nawet jeśli jej obecność zwiększy ryzyko kolejnego udaru. Marzy mi się zdrowie. Nigdy nie marzyłam o czymś tak bardzo jak teraz. Przesłania mi to wszystko inne, ta myśl, że mogłabym jeszcze raz poczuć jak to jest być zdrowym na ciele. Ból przesłania mi zbyt wiele rzeczy. Może przeżyłabym to wszystko inaczej, gdyby bolałam nie w tym ciele jedna rzecz, ale boli mnie tak dużo różnych części tego ciała i części w tym ciele, że czasem leżę i marzy mi się koniec końców, wiecie, ostateczny. A potem przypominam sobie, że inni cierpią gorzej i mocniej i lekarstw brak, pomocy brak, funduszy brak. Mam wiele przemyśleń na różne tematy, zakazane, takie o których nie można mówić, bo potem inni za dużo sobie myślą. W moim idealnym scenariuszu nikt nic ode mnie nie chce, nie ma wobec mnie oczekiwań, nie myśli na mój temat nic, jestem wolna i inni są wolni ode mnie. W moim idealnym świecie oczywiście mam mnóstwo pieniędzy, aby uciec, gdziekolwiek, jak najdalej. To miejsce tutaj, w moim założeniu to wszystko miało wszystkich do mnie zniechęcić, ale coś poszło nie tak. Najgorsze jest to, że wcale mi to nie przeszkadza. Uśmiecham się. Jestem nietykalna. Jestem dotknięta czymś, co nie powinno nawet się wydarzyć. Co jeśli od początku kłamię? Co jeśli skłamałam tylko w tej jednej kwestii, aby chronić siebie? Niezależnie co się wydarzy, zawsze na końcu będę chronić siebie. Tę ostatnią część mnie, do której nie ma dostępu żadna choroba, żaden ból, żaden mężczyzna i żadna kobieta, żaden człowiek bliższy czy dalszy, a tym bardziej obcy. Jestem senna. Jutro nie będę pamiętać tych słów. Wrócę tu za kilka tygodni i zdziwię się ogromnie, że to byłam ja. Nikt mnie nie rozumiał lub zrozumiał źle, w oparciu o własne interpretacje, bo nie potrafiłam napisać wprost o co mi chodzi. Bo wiedziałam, że pewne rzeczy należy zachować dla siebie, na zawsze.

11.11.2025

1801.

Jest po dwudziestej pierwszej, a mój szczawik nie złożył się cały do snu. Czyżby światło żarówki wydało się mu światłem słońca? Czasem myślę, że w jednej osobie nie może być tyle pęknięć, ale oto jestem. Ciężko mi Boże, ze wszystkim co muszę dźwigać i z tym brakiem lekarstwa na ból wszelkiego rodzaju. Podobno nie nakładasz na ludzi ciężarów, których nie są w stanie udźwignąć, czy więc sama przygniatam się tym wszystkim i iść dalej nie mogę? Przegrałam niedawno bitwę z sąsiadem, a przecież nie chciałam z nikim walczyć, chciałam tylko ciszy nocnej o północy, a wyszło, że chcieć sobie mogę, bo on nie poniesie żadnych konsekwencji niezależnie od tego co zrobię. Konsekwencje ponoszę zawsze ja. Okazuje się, że nie czeka mnie nic innego przez najbliższe miesiąca i lata - konsekwencje cudzych czynów. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina, że tu jestem, bo psuje dobrą zabawę. Nikt nie lubi ludzi, którzy psują dobrą zabawę. I co teraz? Nie uważam, że zasłużyłam na to wszystko tak jak na swoje krzywdy nie zasłużyły niewinne dzieci krzywdzone przez dorosłych. Najgorsze są kary, które spadają i przygniatają zupełnie za nic, za samo bycie w tym samym miejscu i czasie i tyle i to jest niesprawiedliwość, najgorsza. Nie chcę nic od świata, nie bawi mnie bycie tutaj od dziecka, chcę tylko spokoju, może i świętego, ale najlepiej jakiegokolwiek. Kiedy się sprzedam złu za odrobinę ciszy? Niektórzy ludzie nie powinni zakładać rodzin, a tym bardziej mieć dzieci, jeśli nie mają za sobą długoletniej terapii wyprowadzającej ich z mrocznych zakamarków duszy. Zdaję sobie sprawę, że w takim wypadku nikt nie zakładałby rodzin i może tak powinno być. Widzę to po tym aroganckim gówniarzu, do którego nie dociera nic, ani po dobroci ani po złości. Sytuacja z przed kilku dni się powtórzyła, znowu był hałas. Widzę to po sobie, do której nie dociera nic. Znowu zapanuje cisza.

10.11.2025

1800.

Wychowałam sąsiada. Punkt 22 opuścił mieszkanie z kolegami. Ciekawe na jak długo? Nie że puste mieszkanie, ale ten spokój. Czemu dobre rzeczy trwają tak krótko? Lekarz spojrzał na mnie i powiedział, że wyglądam dobrze. A potem spytał, czy nie jestem w ciąży. Wszystko mu się pomyliło, to znaczy ja z inną pacjentką. Przeprosił, a potem znalazł w pamięci prawidłowe powiązanie ze mną - udar. Niesamowite, że ten udar już zawsze będzie moim punktem odniesienie wszystkiego. Kim byłabym bez tamtego dnia? Na pewno sobą, a teraz to nie wiem, ale się domyślam, że coś poszło nie tak.

1.11.2025

1799.

Nie zostało ze mnie wiele, mnie w sobie, kim byłam, kim powinnam być i czemu mnie nie ma. Jestem pochłonięta niesprawiedliwością zdarzeń, które mnie dotknęły i dotykają, zwłaszcza nocą. Trauma. Przecież nikt nie reaguje w taki sposób na takie błahostki, ale moje ciało pamięta tamte ponure lata i drży. Nie drży mi głos, jestem stanowcza i bojowo nastawiona, a potem gdy zamykają się wszystkie drzwi, a na końcu te do mego pokoju, który nawet nie jest mój, jest obcym domem, w którym mieszkam, bo lepiej tu niż na ulicy, rozpadam się na kawałki. Ile takich scen widziało kino światowe? Klasyka gatunku. Za zamkniętymi drzwiami rozgrywają się największe i najcichsze osobiste dramaty, wtedy gdy nikt nie patrzy. A na końcu ta złość, że gdybym była kimś innym to wszystko wyglądałoby inaczej. Czekam na moment kiedy wreszcie stanę się kimś innym, wiedząc jednocześnie, że taki moment nigdy nie nastanie.

27.10.2025

1798.

Napisałabym, że dzisiaj mnie nic nie boli, ale gdybym dotknęła jakiegoś miejsca na swoim ciele na pewno odezwałby się ból. Zaczęłam oglądać dating diaries pewnej młodej youtuberki. Poznała chłopaka, również youtubera, spędzali ze sobą mnóstwo czasu przez internet, wymieniali się radami odnośnie do swojej pracy, dzielili też wiele wspólnych zachowań związanych z codziennym życiem i planami na przyszłość. Spotykali się również na żywo, ale w pewnym momencie dotarło do niej, że ona nie czuje nic, a on już wpadł po uszy. Przyznał się, tak jak ona przyznała się, że nie wyjdzie z tego nic. Najgorsza sytuacja. Nic nie czujesz, ale mimo to darzysz drugą osobę sympatią i nie chcesz jej zranić. Darzysz sympatią na tyle, że chcesz obecności tej osoby w swoim życiu, ale dociera do ciebie, że ta osoba nie będzie zadowolona z przyjaźni. A potem jest ci przykro, że ktoś się stara, pokonuje dla ciebie kilometry, przywozili ulubione książki, pamięta o drobnych rzeczach, a ty w zamian masz do zaoferowania tylko rozczarowanie i odrzucenie, bo przecież nie można zmusić się do czegoś tak ważnego jak związek. Rzeczywistość, chce się rzec brutalna, nie jest tym samym co radosne internetowe życie. Bywam miła dla ludzi, bo tak trzeba i wypada, bo tak zachowują się grzeczne dzieci, a potem każdy odbiera moje zainteresowanie jako zauroczenie. Nie raz robiły się z tego kłopoty, które kończyły się w ten sam sposób - zerwaniem kontaktu dla dobra wszystkich. Dla odmiany, jedyna osoba, na której zależało mi od 18 roku życia do momentu mojego udaru (bo udar uzdrawia cudownie ze wszystkich chorych uczuć), zwyczajnie wykorzystała moje bycie miłą i pomocną, a potem zrobiła najgorszą rzecz, po tylu latach wspierania z mojej strony, nie odezwała się słowem widząc w jakiej sytuacji się znalazłam. Co więcej, nie zabolało mnie to (bo gdy wali się życie takie rzeczy już nie mają znaczenia), wprawiło tylko w osłupienie. Tak mi dobrze nie czuć nic, nie uczestniczyć w tym świecie osób dorosłych, gdzie trzeba kierować swoimi romantycznymi uczuciami. Wzdrygam się z lekkim obrzydzeniem na myśl o tym, że mogłabym się zakochać w kimkolwiek kiedykolwiek i dotknąć jakiejś osoby w intymny sposób. Chroń mnie Panie przed takim nieszczęściem. Zamykam oczy i przypominam sobie jak leżeliśmy latem na dachu galerii. Ciekawie czy dla kogoś z tam zgromadzonych wyglądaliśmy jak para, którą nigdy nie będziemy. Zrozumiałam to w momencie, gdy wyjawiłeś mi swój sekret (choć moje są gorsze z punktu widzenia mężczyzny i całkiem nie do przeskoczenia) i zrozumiałam też, że jednocześnie nie potrafię nie mieć cię w swoim życiu. Gdy nie pisaliśmy ze sobą przez pewien czas, nawet zapomniałam, że istniejesz. Jaka jest więc prawda? Tego jeszcze nie wiem. Czytam wszystkie maile od początku, raz na miesiąc, jakbym chciała znaleźć odpowiedź w tych sprzecznych informacjach. Oglądam te wszystkie programy telewizyjne, gdzie łączą ludzi w pary, aby poobserwować to życie obce i niezrozumiałe, ale przez to fascynujące. Czy to naprawdę tak bardzo pożądana w tym życiu rzecz - znalezienie kogoś - że warto sprzedać swój wizerunek, intymność i myśli w telewizji, aby tylko osiągnąć cel? Nagrałam kiedyś wideo, dla kogoś, nigdy go nie wysłałam, och, Bóg nade mną czuwa, bo wysłuchałam tego wczoraj, zupełnie przez przypadek, szukałam czegoś innego, i chyba nie wybaczyłabym sobie nigdy, gdybym musiała nosić ciężar tamtych słów po dzień dzisiejszy. Za to mam pamiątkę z tego jak uroczą, ale brzydką pyzą byłam. I mam pamiątkę moich krzywych zębów. Teraz uśmiecham się do lustra i myślę sobie, nic mnie nie bawi, ale za to mam ładny uśmiech. Mógłby być jeszcze warty milion dolarów, których potrzebuję.

26.10.2025

1797.

Dałabym wiele, aby zobaczyć zachodzące słońce nad polskim morzem jesienną lub zimową porą. Ile to już lat nie mogę tam dotrzeć? Znowu widzę na Instagramie relacje obcych mniej lub bardziej osób, które są tam zamiast mnie właśnie teraz. Sprawdziłam ceny biletów na pociąg i tylko ciężko westchnęłam. W 2014 roku bilet był tańszy o jedną trzecią. Potrzebuję nowego roweru, więc dalekie wycieczki nie są dla mnie. Odkładam na rower, bo istnieje duże prawdopodobieństwo, że w tegoroczną zimę mój rozpadnie się całkowicie. Cały wieczór siedzę z wrażeniem, że chciałam napisać tu o czymś ważnym, ale moje myśli są puste. Mam w sobie tylko to wrażenie, że znowu zapomniałam. Znowu zapomniałam, że pewnych spraw należy nie tykać, bo to wróży tylko kłopoty.

25.10.2025

1796.

Grasz, patrzę jak grasz, choć to nie prawda, patrzę, że grasz, a jak, nie mam pojęcia, nie znam tych gier. Ciekawią mnie ludzie, ale cały czas staram się być mniej ciekawska, więc udaję, że połowa z tych osób już nie istnieje. Miałam podjąć decyzję do końca bieżącego miesiąca w związku z psychoterapią, ale nadal nie ma we mnie decyzji. Mam szansę, mam skierowanie, mogłabym zrobić to za darmo, ale wszystkie placówki wydają się być położone za daleko. Dlaczego nie ma w pobliżu 10 kilometrów żadnego psychologa na Narodowy Fundusz Zdrowia? Czemu to ciągle musi być ten cholerny Lublin? Mam do wyboru milion placówek, a i tak wybiorę najgorszą i zmarnuję jedyną darmową szansę. W prawdzie nie wierzę, że to pomoże na zaciskanie zębów w nocy, ale co jeśli się mylę. Boże, chciałabym się kiedyś pomylić, ale nie pomyliłam się jeszcze nigdy, jeśli chodzi o ocenę tego, co kołacze mi w głowie.

24.10.2025

1795.

Myślę o tym, że pisałam w tym roku wyjątkowo dużo, a jeszcze trochę tegorocznych dni przed nami, stanowczo za dużo. Mimo to nic nie przebije roku 2013. Kim wtedy byłam? Nie pamiętam, ale na pewno musiałam wypisać z siebie wiele sytuacji, aby przetrwać. Przeczytałam ostatnio książkę “Strużki”. Przygnębiła mnie niespodziewanie mocno, a zaczęła się nudnie i schematycznie, ot młodzież nie radząca sobie z rzeczywistością, a potem z tej młodzieży wyrośli dorośli, tacy jak my, grający zawsze przed wszystkimi, nie potrafiący mówić wprost o swoich uczuciach. Potem obejrzałam film “Kiedy stopi się lód”. Zupełnie nie spodziewałam się tak drastycznych scen i celu, w jakim zostanie wykorzystany lód. Dobiło mnie to. Następnego dnia włączyłam koreański film “Normalna rodzina”, cudem znalazłam taki z napisami, oczywiście w otchłaniach internetu. Uwielbiam takie filmy, gdzie nie wiadomo, czego spodziewać się po bohaterach, a na pewno nie takiego zakończenia. Jak to mówią raz na wozie, raz pod wozem. Myślę o tych historiach, które poznałam przez te dni i uwierzyć nie mogę jak ciężko jest wszystkim, nawet fikcyjnym bohaterom. Wiele kryje się w drugim człowieku, a prawdą jest, że nikt nie skrywa dobrych rzeczy. Nie rozumiem wielu ludzi. Nie rozumiem nawet siebie. Choć to nie tak. Rozumiem siebie za dobrze, nie rozumiem tylko, jak mogłabym stać się kimś innym i właściwie w jakim celu. Pamiętam, gdy pisałam magisterkę, okropny czas, ale za to poznałam ciekawe malarskie osobowości. Pamiętam słowa Józefa Pankiewicza, który czerpał z Goethego, a brzmiały one “Tylko przemienia pozostaję wierny. Powinniśmy nie być, ale wszystkim stawać się… i dopóki nie ma w tobie tego umieraj i stawaj się, jesteś tylko smutnym przechodniem na mrocznej ziemi.” Zbyt długo tkwię w jednym miejscu, chciałabym być już kimś innym, gdzieś indziej, u boku innych ludzi, najbardziej chciałabym nie być, choć moje nie bycie oznacza nie bycie na Ziemi, a w innym świecie, w który wierzę, dlatego tak się tutaj męczę. Mam nadzieję, że się mylę, ale czasem wydaje mi się, że któreś z nas powie o jedną rzecz za dużo i posypie się wszystko na raz. Znowu. Z drugiej strony wiem, że się mylę, bo nigdy nic nie mówię. Nawet nie wiem, jaki słów miałabym użyć. Pamiętaj, ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Wielu rzeczy o ludziach chciałabym nie wiedzieć, ale już za późno; będę te informacje nosić w sobie do końca życia. To jak drobne kamyczki, które uwierają w bucie i niby możesz iść, bo co tam taki mały kamyczek, a jednak ciężko czuć go nieustannie pod stopą.

7.10.2025

1794.

Lekarz spojrzał mi w oczy, a dokładnie w spojówki i stwierdził, że jest lepiej. Podobno nabrałam też rumieńców, a mi było na przemian ciepło i zimno od zmiany temperatur w pomieszczeniach. Siedziałam 45 minut w poczekalni z samymi starszymi mężczyznami. Wszyscy wyglądali na przeziębionych. Nie pamiętam kiedy ostatni raz byłam chora na zwyczajne przeziębienie, wiecie, katar, gorączka, kaszel lub ból gardła. Bolą mnie za to inne części ciała, aby równowaga w przyrodzie została zachowana. Odebrałam wyniki badań, z tragicznego 7,4 dobiłam do 10,6. Lekarz miał rację patrząc mi w oczy, jest lepiej, a nawet lepiej niż się spodziewałam, jeszcze trochę, myślę, że miesiąc i wyniki będą w normie. Mimo to już czuję różnicę, moje ciało jest mniej zmęczone, moje myśli mniej splątane. O dziwo, na mięsno-buraczanej diecie nie schudłam, ale straciłam kilka centymetrów w talii. Gdybym w wieku dojrzewania nosiła gorset, możliwe, że dobiłabym do tego idealnego 60cm w obwodzie. Nikt nigdy nie trzymał mnie w talii. Pewnie to nieprawda, ale teraz nie przypominam sobie żadnych rąk. Nie pamiętam połowy swojego życia. Dobrze nie mieć wspomnieć, dobrze nie pamiętać kim się było. Myślę, że to było na szkolnej dyskotece w podstawówce. Myślę, że na zdjęciach trzyma mnie nie jedna koleżanka w pasie. Myślę, że mogę się mylić, że nikt, ale wiem, czego nie zrobił nikt. Uwielbiam być inna od wszystkich, choć nie o odmienność tu chodzi, a komfort w związku ze swoimi wyborami. Uwielbiam robić to co chcę, a nie to co muszę. Uwielbiam mieć wybór, bo nie miałam wyboru przez większość swojego życia, wiele rzeczy mi się po prostu przytrafiało. Anemia na szczęście raz jest, a raz jej nie ma, przy odpowiednich staraniach. Czy wampiry dzięki piciu ludzkiej krwi nie miały nigdy anemii?

3.10.2025

1793.

Patrzę na szczawik, który rozwinął się jak szalony, w przeciwieństwie do mnie. Nastała jesień, a on lada moment zakwitnie. Chyba to ciepło kaloryferów go ożywiło, mimo że nie stoi na parapecie. Czuję się lepiej fizycznie, oby badania krwi, które muszę zrobić niebawem wyszły lepiej niż w poprzednim miesiącu. Właściwie to muszą, nie ma innej opcji. Gdybym miała od nowa zacząć tę pielgrzymkę po gabinetach lekarskich dosłownie bym oszalała. Chciałabym pójść do pracy w trybie natychmiastowym, ale moje możliwości są opłakane, więc chce mi się płakać. Ktoś w sierpniu wstawił na facebooku zdjęcie z podpisem “Na stacji życie zawsze wsiadam do złego pociągu”. Minęły dwa miesiące, a mi w głowie siedzi to zdanie, z tym zdjęciem z pustego peronu pośród pól, a na nim ty, kimkolwiek teraz jesteś. Czasem myślę, że potrzebuję tej znajomości otwierającej drzwi do polskich szpitali i poradni bez kolejek. Chciałabym mieć rzeczy załatwiane po znajomości, ale pozostaje mi ciągle męczyć się ze wszystkim samej. Bezsensowna wizyta u psychiatry; na psychoterapię już nie idę. Uznałam, że i to nie ma sensu, jeśli nie mogę wybrać tego kogo chcę. Nie mam ochoty brać udziału w NFZ-towskiej loterii.

28.09.2025

1792.

Wdech wydech. Będzie bolało. Znowu wszystko poszło nie tak jak zakładałam. Dzień, w którym przyszło mi udać się do psychiatry był jedynym deszczowym dniem w ciągu dwóch tygodni, bo przecież muszę mieć pod górkę. Wstałam przed budzikiem, o 4:39 nad ciemnym ranem, bo przełożyli mi wizytę na nie dogodną godzinę, a ja się zgodziłam, bo przecież nic nie robię, tak, bo jestem bezrobotna. Nie jest to do końca prawdą, ale oficjalnie tak wygląda rzeczywistość. Dzień przywitał mnie ponuro, ale chmury z deszczem przeszły gdzieś obok. Wzięłam małą parasolkę, użyłam jej potem tylko raz na pięć minut. Wsiadam w busa, bo nie miałam wyjścia, jak zwykle nic nie jedząc, aby do tych zakrętów i dołów na trasie nie puścić pawia. Wystarczyła mi raz taka przygoda pięć lat temu podczas podróży, aby unikać jedzenia przed korzystaniem z komunikacji publicznej. Dawno nie jechałam nigdzie tak rano i już zapomniałam, że tak wiele osób zaczyna dzień o nieludzkiej porze, aby inni mogli spać dłużej. Jechałam i nie myślałam o niczym, tylko tym gorącym powietrzu, bo kierowca uznał, że skoro temperatura gwałtownie spadła z dwudziestu pięciu do piętnastu stopni to trzeba rozpalić piec, to znaczy włączyć ogrzewanie, aby wszyscy jeszcze poczuli ciepło. Przeczekałam w galerii handlowej do godziny wizyty, bo miałam to szczęście, że przychodnia znajdowała się pięć minut drogi od, a nieszczęście miałam takie, że musiałam wejść na siódme piętro po schodach, bo nie ma mowy, abym jechała windą sama, a tym bardziej z obcymi osobami. Weszłam do środka niczym do domu, ale i tak poczułam się tam obco, mimo że panie w rejestracji, dużo młodsze ode mnie dziewczyny były bardzo sympatyczne. Wypełniłam dokumentację i zaczęłam odpowiadać na pytania zadawane przez drobną blondynkę. Pani psychiatra też musiała być ode mnie młodsza. Dzisiaj, będąc kilka dni po tej wizycie myślę, że będzie dobrym specjalistą, jeśli nigdy nie dotknie jej wypalenie zawodowe. Okazuje się jednak, że jestem zbyt słaba, aby brać jakiekolwiek leki, które mają dziesięć stron skutków ubocznych. Nic nie przeraża mnie w życiu tak jak krwotok z dróg rodnych, a przyjmowanie trzech leków wpływających na rozrzedzenie krwi to zdecydowanie za dużo. Choć tak naprawdę odstawiłam te leki ponieważ moje szumy w uszach przerodziły się w piski, a do tego doszło mrowienie i drganie całego ciała. Nie ma rzeczy gorszej, gdy nie możesz wytrzymać samemu ze sobą. Nie po to te jedenaście lat temu, gdy ktoś rzucił mi za plecami petardę przekonałam siebie, że dam radę, aby teraz z powodu tego samego się wykończyć. Wdech wydech. Gdy usłyszałam o pobycie na oddziale dziennym, takim, gdzie przychodzisz i wracasz na noc do domu, obudziły się we mnie wszystkie reakcje obronne. Nie chodzi tutaj o sam fakt znalezienia się w takim miejscu, ale o fakt, że znowu musiałabym wstawać o nieludzkiej godzinie i jechać i jechać i jechać. Mimo to doceniam, że zaproponowano mi kilka rozwiązań, już nie mówiąc o poradni leczenia bólu, tylko kto miałby mi wystawić to skierowanie, znowu mój lekarz rodzinny, który zaraz będzie musiał wystawić mi skierowanie do każdej poradni w tym kraju. Dziwnie mi z tym wszystkim. Żyję z przewlekłym bólem, ale żeby pozbyć się tego bólu muszę brać tabletki, które “niszczą” coś w moim ciele. Nie ma lekarstwa bez skutków ubocznych, więc zadecydowałam, że te, które wystąpiły to dla mnie za wiele. Łatwiej męczyć się z czymś znanym od pięciu lat kolejny (i miejmy nadzieję ostatni) rok niż przyzwyczajać do nowych, wkurzających dolegliwości, które wpędzają mnie w nerwicę. Nie będę co miesiąc eksperymentować z lekami, aż znajdę ten idealny. Teraz czekam niecierpliwe aż mój organizm się wyciszy, bo teraz wszystko we mnie drży i piszczy, jestem tym zmęczona. Zanim wzięłam pierwsze tabletki przepłakałam cały poranek, a potem zdziwiłam się, że zawroty głowy trwały tylko jeden dzień, a nie tydzień jak mnie uprzedzono. Kilka dni później przepłakałam wieczór nie wiedząc co mam robić, a na drugi dzień wstałam z rana, przełknęłam kolejne gorzkie łzy myśląc o wyrzuconych w błoto niemałych pieniądzach i nie wzięłam żadnej tabletki. Pozostało mi skierowanie do poradni na NFZ. Może skuszę się na tę terapię, jeśli trafię w tej loterii państwowej służby zdrowia na odpowiedniego psychoterapeutę. Jeśli nie, znowu zmarnuję kolejną szansę, bo taki papierek wystawia się tylko raz. Tak, i znowu napiszę to co zawsze, gdybym tylko miała pieniądze, moje życie nawet bez zdrowia byłoby bardziej zdrowsze niż moje życie bez zdrowia i pieniędzy.

20.09.2025

1791.

Nie doczekałam się wizyty u psychiatry. Myślałam, że dzisiaj będę już w innym miejscu. Wszyscy myśleliśmy, że ten wrzesień będzie wyglądał inaczej, prawda? Za to zdążyli wznowić moje leczenie ortodontyczne. Tego też się nie spodziewałam. Miałam czekać miesiąc na nakładki, a czekałam tylko dwa tygodnie. To były dwa tygodnie oddechu, ale silny ból znowu tu jest, nigdy się nie kończy. Mimo to jest nadzieja, że jest bliżej końca niż dalej. Dzień w którym zdejmą mi aparat będzie najpiękniejszym dniem mojego życia. Pewnie to nie prawda, ale warto mieć nadzieję na zmiany. Ostatnie dni lata są przyjemnie gorące. Zapomniałam kupić pieczarki, bo nie zaszłam dzisiaj do żadnego sklepu spożywczego, nie miałam po co. Dopiero, gdy wieczorem otworzyłem notatnik na telefonie zobaczyłam, że jednak miałam. Wsiadłam na rower, obowiązkowo w kamizelce odblaskowej i pojechałam. Ciepły wiatr wiał w moją twarz i zrobiło mi się szkoda, że letnie noce w tym roku nie były właśnie takie, przyjemnie ciepłe i że nie wracałam do domu później, bo nie miałam gdzie, za co i z kim wyjść. Zamykałam się w domu na długo przed zmrokiem, z powodu zmęczenia i fizycznego bólu. Obecnie wszystko pozostaje bez zmian. Może następny tydzień będzie lepszy, a wiem, że nie będzie, bo ten remont w mieszkaniu szkodzi nam wszystkim. Z tego wszystkiego zapomniałam, że 18 września minęło pięć lat od mojego udaru.

10.09.2025

1790.

Już trzecią noc pod rząd łoś przychodzi na tutejsze pola i ryczy, a potem szczekają wszystkie psy dookoła. Czego on tu szuka? Ja szukam spokoju i go nie mam. Sypiam źle. Pisałam nie raz, że jestem zmęczona, tak bardzo, i oto zagadka została rozwiązana, można powiedzieć, że minimum rok za późno. Lekarz fizjoterapeuta miał rację wysyłając mnie do psychiatry, choć może nie miał, ale na pewno przed wizytą musiałabym zrobić badania krwi, które pokazałyby, że nie jest dobrze. Może po części to przyczyna mojego niskiego progu bólu, ta niewystarczająca krew? Mój lekarz rodzinny spojrzał na mnie i skarcił jak dziecko. Skarcił w śmieszny sposób, bo wspomniał, że co jeśli będę mieć partnera i będziemy chcieli mieć dziecko. Nie wiem, czemu uznał to za argument ważny, w moim przypadku zupełnie bezużyteczny, ale nie przypomniałam mu, że bliżej mi do menopauzy niż macierzyństwa. Bardziej przestraszyłoby mnie “będzie mieć pani kolejny udar”. Ale nie będę, bo tak postanowiłam, nigdy więcej szpitalnego łóżka w tak młodym wieku, a najlepiej w żadnym wieku. Dlatego muszę jeść mięso. Mam jeść, ale jak jeść, gdy jedzenie sprawia fizyczny ból. Mimo to lepiej jeść w bólu niż mieć dożylne wlewy z żelaza. Jest jednak nadzieja, taka malutka, że jeśli z tej ciężkiej anemii wyjdę, to mój próg bólu może wzrośnie i będzie lepiej, a może nawet jakimś cudem przestanę zaciskać te zęby nocami. Niestety, leczenie ortodontyczne trwa i końca nie widać. Okazało się, że jestem dopiero w połowie leczenia. Co za nieporozumienie. Rozpiska na kartce wyglądała inaczej, a tymczasem rzeczywistość jest inna. Ciężko mi, właśnie przez ten ból, bardziej niż przez przewlekłe zmęczenie. Mam chwilę oddechu, czekam na dalszy plan, więc w chwili obecnej nic nie przesuwa moich zębów. Ból jest mniejszy, ale prawda jest taka, że nie powinno być go wcale. Kto poskłada tę układankę w całość? Psychiatra? Nie jestem przekonana, ale nie mam już wyjścia, bo uruchomiłam tę maszynę, mimo że nie mam na nią ani siły, ani funduszy. Ale jeśli znowu będę zdrowa i odzyskam siły to może jeszcze uda mi się zostać milionerką? Może wtedy rozwiąże wszystkie problemy, swoje i innych? Tymczasem muszę codziennie jeść coś, co mi nie smakuje i wypijać litrami sok z buraka. Tak naprawdę to niewielkie poświęcenie w zamian za lepsze samopoczucie. Za pół roku powinnam czuć się jak nowo narodzona. Za pół roku znowu powinnam być kimś innym.

6.09.2025

1789.

Wdech wydech. Chciałam napisać tutaj wczoraj, ale burza odebrała nam prąd na cztery godziny, a potem nastała noc i położyłam się spać zmęczona tym wszystkim, co wydarzyło się w przeciągu dwóch dni. Dzisiaj powinnam już leżeć w łóżku, ale nie jestem senna. Wszystko nagle potoczyło się innym torem, ale nie jestem przekonana co do tego, czy podoba mi się ta droga. Coś się we mnie zmieniło, jeszcze nie potrafię tego określić, ale chwyta mnie to za gardło i sprawia, że nie mogę się na niczym skupić. U ortodonty okazało się, że moje leczenie wcale nie miało dobiegać końca, cóż, zwykłe niezrozumienie, a raczej rozbieżność z rozpiską na kartce, którą otrzymałam trzy lata temu. Jest to szczęście w nieszczęściu, bo nagle nie muszę mieć w portfelu tej ogromnej sumy pieniędzy, ale jest to nieszczęście w szczęściu, bo nadal jestem w procesie, który mnie dobija rzutując negatywnie na każdy obszar moje życia. Chciałam, aby kolejny zestaw nakładek trwał krócej niż trzy lata, ale nie nastawiam się na optymistyczną wersję, a najgorszą z możliwych - dwa lat. Jak będzie, czas pokaże. Dalszy plan leczenia otrzymam za miesiąc. Teraz czekam, ale sama nie wiem na co. Już nawet nie na cud. Dolegliwości bólowe przerosły mnie tak bardzo, że po wizycie u ortodonty poszłam do lekarza rodzinnego. Dotarło do mnie, że powinnam zrobić to już dawno, ale przekonana, że jestem bliżej końca leczenia niż dalej uznałam, że dam radę i okazuje się, że wszystko poszło nie po mojej myśli. Dzień za dniem, ból i ból i zmęczenie, co (po udarze?) popsuło się we mnie tak naprawdę? Trochę ponad tydzień i wyląduję w nowej, nieznanej przychodni w gabinecie nowego lekarza. Wybrałam kogoś innego niż polecał fizjoterapeuta, którego też powinnam odwiedzić, ale chyba muszę go zmienić na kogoś tańszego, bo jestem biedna. Niesamowite, że nie wiem kim jestem, ale wiem, że jestem biedna i obolała i mogę być za chwilę nadal biedna, ale może mniej obolała. Boję się leków, wszystkich, bo boję się tego, że nigdy nie wiem, czy mój stan to stan w którym niezwłocznie należy się ratować, bo potem będzie za późno i zrobi się z tego poważny, nieodwracalny problem, czy to stan "samo minie, najważniejsze to przetrwać". Nie wiem, nigdy nie wiem. Skutki uboczne są nieprzewidywalne i ciężkie do zniesienia. Panie u ortodonty powiedziały, że mam ładną linię szczęki, gdy się uśmiecham. Dowiedziałam się też, że mam niesymetryczne dziurki od nosa i zrozumiałam, dlaczego mój prawy profil różni się od lewego i czemu czasem wyglądam na zdjęciach jak inna osoba. Niby zawsze to widziałam, bo fotografuję się tylko z jednej strony, tej lepszej, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że ktoś kiedyś spojrzy na moją twarz tak dokładnie.

3.09.2025

1788.

Boję się tego, co czeka mnie jutro. Boję się tego, że nie mam skąd wziąć tej ogromnej sumy pieniędzy. Boję się, że padnie jeszcze wyższa kwota niż zakładam. Boję się, że nie dam rady przetrwać kolejnego dnia w tym stanie…bólu. Boję się, że znowu zacznie się ta męcząca wędrówka od lekarza do lekarza, czekanie dniami, miesiącami, a może latami na wizyty, badania, diagnozę. Boję się, że nigdy nie odzyskam siły, że będę tak już zawsze, że będę czekać tylko na to, aż stanie się coś, co wybawi mnie z obecnego stanu. Boję się, że będę musiała latami spłacać długi godząc się na niegodną i wyczerpującą pracę, która ostatecznie uczyni ze mnie zombie (och, ale czy już nie jestem martwa za życia?). Boli mnie, dzień po dniu, godzina po godzinie, minuta po minucie. Oszukiwanie się i wmawiania, że nie boli jest śmieszne. To jak ta scena z “Miodowych lat”, gdzie Karol Krawczyk wmawia sobie, że ząb go nie boli, aby potem wydrzeć się na cały głos, że jest inaczej. To ja, ale nie unikam lekarzy ze strachu, unikam z braku pieniędzy. Boję się jutra. To już nawet nie obawa, to strach, że nie otrzymam pomocy, bo mnie na nią nie stać. Siedzę i myślę tylko o tym. Chciałabym, aby było już po wszystkim. Chciałabym, aby powiedzieli mi, że za miesiąc zdejmą ten aparat i od teraz będzie inaczej, mniej boleśnie, ale nie powiedzą tego, bo mam te zęby w szczęce i wiem, że nadal są ułożone nieprawidłowo. Tak samo nieprawidłowo ułożone jak to co w mojej głowie.

W takich mementach myślę o wszystkich osobach, które kiedykolwiek weszły na ścieżkę mojego życia i zrobiły dla mnie coś ważnego, choć nawet o tym nie wiedzą. Kładę zmęczoną głowę na poduszce i zamykam oczyma do snu i jest mi przykro, że żadna z tych osób nie uwierzyłaby jak bardzo pomogła mi przetrwać na różnych etapach życia. Jest mi też żal, bo ostatecznie ich wysiłek doprowadził donikąd, bo najtrudniej wygrać z samym sobą.

30.08.2025

1787.

Najgorszy tydzień dolegliwości bólowych w tym roku. Nie pomogły tabletki przeciwbólowe, ten przeklęty i jedyny paracetamol, który mogę wziąć nie dał nic, więc znowu jestem nikim tylko tym niekończącym się bólem, jakby moja kara za to kim jestem i jakie mam ciało miała trwać wiecznie. Jestem zmęczona swoim życiem, tym obecnym, jestem zmęczona walką z własnym organizmem, bo bez pieniędzy jestem na przegranej pozycji. Najtaniej i najprościej byłoby zrobić coś, aby przyjęli mnie na przymusowe leczenie do zakładu psychiatrycznego, wtedy bez kolejek, za darmo i od ręki można otrzymać odpowiednie leki na receptę bez tego czekania miesiącami do specjalisty. Naprawdę po udarze służba zdrowia w pandemii zrobiła mi wielką krzywdę nie obejmując odpowiednim leczeniem. Wszystko potoczyło się nieprawidłowo doprowadzając mnie do tego punktu bez wyjścia. A nawet jeśli doprowadziłam się tu sama, podejmując szereg błędnych decyzji, to stało się tak, ponieważ publiczna służba zdrowia nie udostępniła mi odpowiednich środków wspomagających powrót do zdrowia, gdyż pandemia była ważniejsza. Pomogłam sobie na tyle, na ile starczyło mi oszczędności. Ból. Spałam dzisiaj 11 godzin. Jestem zamęczana tym spaniem, a potem siedzeniem w jednym miejscu bez ruchu z powodu bólu. Jestem zmęczona bólem i krwawieniem i tymi spiętymi mięśniami. Jestem zmęczona tym, że jestem. Jestem zmęczona tym, że nie jestem sobą, a wiem, że kiedyś byłam kimś innym. Chciałabym stać się osobą, którą miałam być na początku tego świata; tą, którą w swym zamyśle stworzył Bóg. Na pewno nie miałam skończyć jak psychopatka bez serca.

27.08.2025

1786.

Nie jestem dobra w obliczeniach, ale minęło mniej więcej pół roku, a moje koncertowe zatyczki do uszu się znalazły. Zamiatałam podłogę w przedpokoju, jak zawsze, gdy trzeba. Stoi tu szafka, wiadomo, na niej telefon, kubek ze śrubokrętami, notesy wciśnięte w organizer, klucze do różnych drzwi oraz dużo różnych pierdół, taki składzik wszystkiego. Zamiatałam tę podłogę, nawet nic nie strąciłam, a na tej podłodze leżał znajomo wyglądający pojemnik z breloczkiem. Szaleństwo, nie wierzyłam własnym oczom. Widocznie ktoś wyciągając coś z tego małego półkowego bałaganu strącił też moje zatyczki. Leżały i czekały na mnie jak prezent.  To tak ważna rzecz, że musiałam poświęcić jej oddzielny wpis.

20.08.2025

1785.

Mam kilka screenów kilku wiadomości, mam, ale do nich nie wracam. A potem szukam czegoś innego, na innych screenach i trafiam na ten jeden, który boli najbardziej. Nie pamiętam o tym na co dzień, jestem gdzieś poza tym, to nie znaczenia, nie jestem zła, nie noszę w sobie urazów, potrafię nawet ciepło myśleć o przeszłości, a potem te słowa, od nowa  przecinają niechcący niczym brzeg kartki palec, gdy chwyci się go nieostrożnie. Nie rozumiem jak osobie, która realnie cierpi, nie urojeniowo, to nie choroba psychiczna a fizyczna, jak można powiedzieć, żeby przestała umierać z bólu, jakby to był wybór, jakby ból fizyczny można było zatrzymać czymś więcej niż tabletką. Przez takie osoby całe życie udawałam kogoś kim nie jestem, bo nie wolno pokazywać swojego bólu na zewnątrz, to nie wypada, to psuje innym zabawę, to jest męczące i denerwujące. Też jestem zmęczona byciem człowiekiem. Nie wiem, może to brak empatii? Nie wiem, nie rozumiem. Już mi tak wszystko jedno, bo wszystko było żartem, ale mi nie jest do śmiechu. Nie powinnam tego pisać. Jestem senna. Zmęczona. Biedna. Piszę to w kółko, bo nie mam nic innego w tym życiu. Chciałabym być kimś innym. Mądrym, pięknym i ważnym. I bogatym. Ta wielka rodzina ma same problemy, a moja matka chce uratować wszystkich, ale nie potrafiła nigdy własnych dzieci. Żyjemy w chorych czasach, chorym miejscu, z chorymi myślami. Nie wiem kim jestem, po co tu jestem; dlaczego to byłam ja i po co było to wszystko. Dlaczego to co dla innych zwykłe, łatwe, normalne i właściwie, mi wydaje się trudne, nienormalne i chore? Cisza. Nie ma rozwiązania, bo niektóre rozwiązania są tylko dla bogatych, pieniądze dają możliwości. Dopóki nie zacznę zarabiać milionów nigdy nie wygram sama ze sobą. Tęsknię. Dobranoc. Jak dobrze, że kiedyś zaśniemy na wieki.

18.08.2025

1784.

Minął rok i znowu poszłam na dożynki, najpierw wyjątkowo grupą, a wieczorem sama. Bo przeważnie chodzę sama i bawię się sama, jeśli nie masz wyjścia to tak robisz. To znaczy masz wyjście, albo siedzisz w domu i oglądasz ściany, albo wchodzisz i oglądasz świat, więc wyszłam z domu. Tłum ludzi, każdy z kimś, parami, grupami, stadami, tylko ja sama jedna jak palec, no nie do końca, ja plus moje duchy przeszłości. Ludzi tłum, a myśli takie dziwne. Ktoś to kiedyś już śpiewał. Nie znalazłam tych zatyczek, rozpłynęły się gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie. Przyszłam posłuchać jednego zespołu z czterech zaproszonych. Stałam bardzo blisko sceny, ale z boku, za głośnikami. Szkoda, że nie można tak na każdym koncercie, ale szkoda że nie każdy jest na boisku pod lasem. Stałam i obserwowałam ludzi. Było mnóstwo młodzieży, której styl ubierania bardziej przypominał fanów grupy rockowej, a nie disco. Podczas wakacji nie ma obciachu, bo grupą ludzi z którą spędza się czas jest grupa wybrana, a nie przypadkowy zlepek negatywnie oceniających osobowości klasowych. Wszyscy bawili się świetnie, niektórzy nawet za dobrze zataczając się od ilości wlanego w siebie alkoholu. Słuchałam, obserwowałam, uśmiechałam się. Kim byłam w tym tłumie? Czy byłam kimkolwiek? Jakaś podpita pani przyjezdna zapytała o rozkład imprezy, ale nie znałam go na pamięć. Ktoś na mnie wpadł dwa razy i dobrze, że wtedy nie upadłam, na tę trawiastą murawę, bo byłam ubrana za ładnie, aby stracić takie ubrania w zetknięciu ziemią. Choć ziemia spiera się łatwo, trawa trochę gorzej. Stałam tam, ale jakby mnie tam nie było, bo moje myśli krążyły wokół spraw ciężkich, a nie lekkiej wiejskiej potańcówki. Wszyscy mieli jakieś życie, a nawet jeśli na ten moment gorsze od mojego, potrafili zaszaleć w ten jeden wieczór. Ludzie pełni emocji, wierni fani gatunku, albo fani na jedną noc, dali się ponieść tej fali, a ja stałam i słuchała, patrzyłam i nagrałam coś na pamiątkę. Mój ojciec był fanem disco polo, pewnie jak wszyscy w szalonych latach 90-tych. Jedno z moich najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa to kilkuletnia ja na koncercie znanego zespołu. Nie wiem, czy to prawda, ale mam taki obraz sceny w głowie, obraz dużej sceny. Czy byłabym kimś innym, gdyby ojciec miał jakiś wpływ na moje życie? Wpływ nie tylko negatywny, ale pozytywny i rozwojowy? Czy byłabym dziewczyną, która chodzi za rękę z chłopakiem na wiejskie festyny? Pytań wiele, ale na żadne nigdy nie uzyskam odpowiedzi, choć liczę po cichu, że po śmierci dowiemy się, jak pięknie wyglądałoby moje życie, gdyby wszystko nie poszło w nim nie tak jak trzeba. Naprawdę chciałabym być najbardziej zwyczajną dziewczyną pod słońcem, prostą i głupszą niż jestem, dla której wszystko byłoby czarno białe i toczyło się według utartego biegu, pierwsze zakochanie, pierwszy pocałunek, pierwszy partner, ślub i wesele, pierwsze dziecko, kolejne dziecko, praca, wymarzony dom na działce z olbrzymim ogrodem i sadem. Nawet nie jestem w stanie dopuścić do siebie prawdy o sobie, bo załamię się po raz jedyny i ostatni. Więc poszłam na ten festyn wiedząc, że ktoś taki jak ty by ze mną na niego nie poszedł i zrozumiałam, że muszę przestać przelewać na ludzi swoje wizje życia, które mogłoby zaistnieć. Potrzebuję z kimś zatańczyć. Tak bardzo lubiłam tańczyć przez pół swojego życia. Potrzebuję, aby ten fizyczny ból zniknął. Cztery dni pod rząd było podejrzenie dobrze, chodziłam uśmiechnięta i wdzięczna a dzisiaj, po zarwanej nocy, obudziły mnie znajome dolegliwości i już nie mogę znieść tego wszystkiego i chwyta mnie za gardło strach, że nie wygrzebię się z tego nigdy i nigdy już nic nie będzie miało sensu. Przyszłam sama, wróciłam sama, choć wracałam z tłumem młodzieży. Nie muszę mówić, że jako jedyna zarzuciłam na siebie kamizelkę odblaskową? Wszyscy pozostali byli ubrani na czarno. To ten wiek, mój, że śmierć nie jest straszna, ale to ta bieda, że mandat byłoby za wysoki.

16.08.2025

1783.

Zaczęłam prasować ubrania, mnóstwo ubrań, bo weekend to taryfa na tańszy prąd, więc zmęczona wzięłam się za obowiązki, a w tle włączyłam konferencję na temat przyjaźni. Miałam ją zapisaną od tygodni, ale brak czasu i znalezienie w sobie koncentracji i skupienia na godzinę było trudne. Cisza, tylko ja i ja. Lato, gorący wieczór, ciepła noc, jeszcze cieplejsza od pary z żelazka. I od parownicy też. To było intensywne prasowanie z edukacją w tle. Gdybym mogła, zacytowałabym całość tutaj, ale to niemożliwe. Dowiedziałam się wiele nowych rzeczy o sobie, o nas, o błędach, które popełniłam, nawet w ostatnim czasie. Najważniejsza jest w życiu przyjaźń, zawsze o tym wiedziałam, a jednak nikt nie chciał zostać moim przyjacielem na zawsze. Bo przyjaźń buduje się w trudzie i bez pośpiechu, nie bez błędów, ale w próbach zrozumienia. To naprawdę temat rzeka. Zaczęło się wylewać się ze mnie wszystko, znowu, to będzie ciężka końcówka lata. Bo usłyszałam na tej wirtualnej konferencji: “najgorszą głupotą jest odchodzić od przyjaźni wtedy, kiedy boimy się zranić drugiego człowieka. Kiedy boimy się, że on nas zrani. Bo największą raną samą w sobie jest brak przyjaźni.” Myślę sobie, że to co przed udarem było dla mnie ważne, te wszystkie moje przyjaźnie małe i duże, gdzie zawsze byłam pierwszą, która pytała, pisała, pukała do drzwi, po udarze odeszły w niepamięć, gdy zamilkłam. Gdzie popełniłam błąd? Nigdzie. Po prostu przygniotły mnie problemy, głównie zdrowotne, z których nie potrafię się wygrzebać, więc to zrozumiałe, że nie mam siły nadążyć za ludźmi. Może to moje marne usprawiedliwienie na wszystko, ale co mogę zrobić? Co mam zrobić? Czy coś mogę? Tylko odsunąć się w cień, bo jestem marginesem społecznym. Jutro dożynki, będzie impreza. Pamiętam jak to wyglądało rok temu, pamiętam wszystko, klatka po klatce jak w filmie. Jutro będzie inaczej, choć spędzę ten czas z tymi samymi osobami, plus jedna więcej, już poza brzuchem mamy. Pamiętam, że rok temu płakałam. W tym pewnie też zapłaczę, choć z całkiem innego powodu. Zbiera mi się na płacz, to jak przerywnik w ciągu dnia. Jem i nagle łzy. Jadę rowerem i nagłe łzy. A potem mija chwila i wracam do sobie, bo naprawdę nic się nie stało, od dawna nic się nie dzieje.

14.08.2025

1782.

Wpis z dnia 3 maja 2020 roku wygrzebany z archiwum na instagramie:

“Miałam sen. Gdy wracałam do domu, znalazłam się nagle wśród strzelaniny. Żeby uniknąć kulki w głowę, padałam na ziemię udając, że już zostałam zabita. Jak to we śnie, wypadłam wiarygodnie i uszłam z życiem. Tego samego dnia znalazłam się na imprezie, jakby nigdy nic siedziałam wśród znajomych, ale nadal miałam w sobie wrażenie, że przecież stało się coś przerażającego, a jednocześnie niesamowitego - zabójcy nie są tak naiwni, powinni mnie dla pewności dobić. Chciałam o tym całym wydarzeniu komuś opowiedzieć. Ten ktoś siedział przede mną odwrócony plecami, a ja nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Bardzo chciałam porozmawiać z tą osobą, a jednocześnie nie byłam w stanie zdobyć się na odwagę. Ocalenie życia wydało się czymś nie wartym uwagi, a może nie warte stało się to, co myślałam i czułam… Nie mogę znieść jak bardzo sny obnażają ukrytą prawdę. Nawet jeśli o tym nie myślę, jeśli dni mijają po sobie bez sensu i jest spokojnie, to gorzkie sny przypominają o tym jak chorym człowiekiem jestem… Jak w nic nie wierzę i jak nie potrafię wybić sobie z głowy pewnych rzeczy - one krążą we mnie jak trucizna. I wiem jak bardzo byście mnie znienawidzili, wiedząc jak to wszystko wygląda naprawdę… Ale was już w jakiś sposób mnie nie ma. A raczej nie ma mnie dla was. Dzisiaj wkurzył mnie pies, nawet nie wiem czyj i to długa historia, ale nagle dotarło do mnie, że minęło kilkanaście lat po nic. Uświadomiło mi to stanięcie oko w oko z psem, który nie mógł przestać ujadać. Ja stałam, on stał i mogłabym tak stać do rana, ale nie miałam czasu. Najchętniej bym go zabiła, bo stanął mi na drodze, ale nie miałam czym. Wiem, to straszne. Ale jestem chora. Nie myślę racjonalnie od lat. Tyle modlitw o uzdrowienie, a nadal jest we mnie więcej zła niż dobra. Ale dobro wygrywa na końcu, więc kiedyś zostanę zniszczona. Dobranoc. Oby nic się nam więcej nie śniło. Nie chcę pamiętać.”


Nie wiem, czemu to wygrzebałam z przeszłości. Szukałam czegoś innego, ale zatrzymał mnie ten długi monolog. Pięć miesięcy później dostałam udar. Wszystko co robiłam i o czym wtedy myślałam doprowadziło mnie prawie na łoże śmierci. Do czego doprowadzą mnie dzisiejsze myśli? Do czegoś złego, czy dobrego?

11.08.2025

1781.

Nieporozumienie czy niezrozumienie? Wyszłam z domu na koncert muzyki, której nawet nie słucham, w tłum ludzi, których nawet nie znam. Właściwie to wsiadłam w samochód brata z jego narzeczoną i jej koleżanką i pojechaliśmy. Stałam sama, aby chronić swój słuch, bo moje koncertowe zatyczki się nie znalazły, a wydanie prawie stu złotych na identyczne, aby użyć ich podczas jednego wyjścia, byłoby głupotą przy mojej biedzie. Stałam sama, pośród tłumu obcych ludzi, a właściwie obok, bo w tym ścisku ktoś po lewej i po prawej stronie zahaczał o mnie swoim ciałem. Stałam sama, bo młodsze pokolenie z którym przyjechałam udało na plac bliżej sceny, w dodatku kontrolowany. Może to lepiej, nie wiem, co powiedziałby ochroniarz, gdyby zobaczył, że mam w woreczku pokrojony w kawałki imbir, w razie mdłości podczas podróży samochodem, i ciekawe, czy wiedziałby, że to imbir. Uwielbiam być anonimem w tłumie ludzi, być związana z tym tłumem wspólnym celem, a jednak bez przymusu odzywania się do kogokolwiek. Stałam oparta o murek, jak dobrze, że miałam ten murek, i patrzyłam, słuchałam i myślałam o tym, że cały świat nie ma sensu. Chciałabym być w tłumie bliżej sceny i pomachać do kamery z głupią minął, ale ktoś kiedyś zniszczył mi słuch jednym rzutem petardy, choć jestem przekonana, że na to nie zasłużyłam. Stałam tam zmęczona i chciałam, aby wszystko się skończyło. Zmęczona tym czego nie mam i tym co mam, czyli niekończący się fizyczny ból, który sprawia, że tracę zmysły. Próbuję się nie załamać, ale gdzieś w głębi siebie jestem przerażona, że to się nie kończy, te pięć lat bólu i zmęczenia odbiły się we mnie w najgorszy możliwy sposób. I nie mogę się poddać, bo to zniszczy innych. Nie mogę poinformować mojej rodziny, że nie mogę tak dłużej żyć, bo nie stać już nikogo na moje leczenie. Boże, gdybym miała pieniądze zamknęłabym się w zakładzie psychiatrycznym na resztę życia skoro do klasztoru mnie nie przyjmą. Cisza. Obiecałam sobie, że już nigdy nie odezwę się do nikogo. Nie dlatego, że mam w sobie negatywne uczucia względem innych. Uwierzyłam, że jestem tak zepsutym człowiek, że nie powinnam niszczyć nikomu życia swoją obecnością dopóki się nie naprawię, a w takim tempie, jak wiemy, nie wystarczy mi czasu. Jestem na przegranej pozycji. Chyba, że dosięgnie mnie ręka samego Boga, położy ją na mojej małej głowie i powie “dziecko, wracaj do domu, od teraz wszystko będzie dobrze”. Ale myślę sobie, jestem tutaj i nie jest dobrze. Jak od “jestem dostępny kiedy tylko będzie miała ochotę” przeszliśmy do w domyśle - denerwujesz mnie - włóż sobie tę lampkę w …ę. Czy tak zachowują się dorośli? Czy mężczyźni w moim świecie nie mają szacunku do kobiet? Czy naprawdę zasłużyłam na to co mam, a czego nie chciałam? Czy potrafię, a wiem, że potrafię, być ponad to i przeprosić? Czy niezależnie od tego po czyjej stronie leży wina, zawsze jestem skłonna prosić o wybaczenie, bo zawsze czuję się winna? Wybaczcie mi za to, że żyję, ale naprawdę nie żyję już lat, od dziecka, bo dziecko we mnie umarło wraz z za krótkim dzieciństwem. Cisza. Jest we mnie tylko jedno pragnienie, aby ból fizyczny zniknął, abym przestała się budzić z rana z uczuciem, jakby przejechał mnie czołg i ulgę miało przynieść tylko dobicie. Chcę być kimś innym i chcę innego życia. Nie wierzę, że zostałam stworzona do tak marnych rzeczy, jak umieranie z bólu, naprawdę to jest tak bardzo słabe, że i mi robi się już słabo. I słabo mi, bo byłam przez chwilę zakochana w czymś, co nigdy nie istniało.

6.08.2025

1780.

Chyba nie jestem dobra z genetyki, bo ciągle w głowie próbuję policzyć, czy mogło trafić również na mnie. Znowu w tej wielkiej rodzinie ruszył temat choroby Fabyre’go i ciągle nie wiadomo, od kogo mogło się zacząć i czy właściwie ten zły gen idzie od strony kobiet czy mężczyzn. Gdzie był początek i gdzie będzie koniec? Na niekorzyść działa udar kryptogenny w młody wieku. Nie chce mi się wierzyć, że mogłoby trafić i na mnie, z drugiej strony już nic nie zdziwi mnie w tym życiu, myślę sobie, a potem dziwię się wszystkiemu co mnie otacza. Mam chwilę oddechu. Jak na osobę bezrobotną zawalam się pracą od rana do nocy, aby nie myśleć o bólu i o wszystkim innym. Uciekam jak zawsze od siebie, bo prawda o mnie jest niewygodna nie tylko dla mnie. Robię to dla dobra wszystkich, choć zdaję sobie sprawę, że wszyscy nigdy nie zrozumieją. Coraz bliżej końca leczenia ortodontycznego, coraz więcej obaw, bo nic nie działa prawidłowo. Czuję się tak, jakbym przecierpiała te trzy lata po nic, tak dla zabawy, jakby cierpienie sprawiało mi przyjemność. Siedzę, a może powinnam już spać, bo mogę napisać coś, czego będę żałować. Myślę sobie, to moje miejsce, czemu mam się ograniczać, czemu nigdy nie mogę mówić tego, co myślę. Może dlatego, że moje myśli to nie moje uczucia, ani nawet moje prawdziwe ja, które gdzieś jest we mnie, pod tym wszystkim co złe, trudne, męczące. Znowu przez chwilę byłam kimś kto pomyślał, że zostanie pocałowany, a właściwie powinnam napisać pocałowaną, bo zaraz wszyscy od zaimków się oburzą, że nie używam poprawnych form. Co za głupie czasy, w których życie mi się nie podoba. Tak, myślę sobie, chciałam kogoś wykorzystać przez chwilę, widząc jednocześnie, że to nie udałoby się nigdy. Nie można chcieć zrobić czegoś tylko z ciekawości, jeśli nie z ciekawości nie zrobiłoby się tego nigdy, bo to zabawa najgorsza ze wszystkich - ludzkimi uczuciami. Boże, może nie wszyscy tak dużo myślą o tym, jak mogliby skrzywdzić innych, ale mnie to zawsze przerażało, że mogłabym zrujnować komuś życie tak jak ojciec zrujnował nasze, bo miał swoje egoistyczne zachcianki. Mam 35 lat i jestem jak dziecko. I chciałabym napisać jak dziecko, którego nigdy nikt nie dotknął, ale ile dzieci jest dotkniętych za wcześnie w zły sposób? Boże, może to dobrze, że tak wiele mnie ominęło i że pochowałam się już za życia, bo niektórzy noszą rany głębsze niż moje. Dziwne to wszystko, ja też, dlatego pomalują sobie włosy. Pora wrócić do korzeni. Niby mój naturalny kolor to rudawy blond, kiedyś wołano za mną złotowłosa, kiedyś, gdy byłam jeszcze dzieckiem, a teraz mogę być co najwyżej rudą wredną małpą nie słodkim rudzielcem. Szkoda tego lata, wiecie, bo to kolejne lato w którym nie pojadę na festiwal Macieja Musiałowskiego do zamku, aby poczuć się jak najprawdziwszy duch straszący w komnatach.

20.07.2025

1799.

Drogi pamiętniczku, dzisiaj bolało mnie mało, tak mało, że byłam w szoku i nie wiedziałam co ze sobą zrobić, więc chciałam zarobić to co zawsze, zniknąć. Jestem zmęczona i zła, że tyle pieniędzy poszło na marne, w dodatku nie moich i kiedy ja to odpracuję, nigdy, bo już nigdy nic nie będzie takie same. Te mijające pięć lat zmieniło mnie bardzo, więc nie wiem kim jestem, ale jestem kimś nieakceptowanym przez nikogo, a tym bardziej przez siebie. Nie chcę tu być, bo bycie tutaj sprawia, że jestem chora, coraz bardziej. Niesamowite, że to miejsce mnie ukształtowało, miejsce w którym nie chciałam dorastać, otoczona zachowaniami, których nie chciałam widzieć, a tym bardziej wchłonąć w siebie. To wszystko zadziało się poza moją kontrolą, tak jak to nieszczęsne zaciskanie zębów przez sen. Niezależnie co zrobię, efekt końcowy nie jest pozytywny. Porażka. Starałam się, Bóg mi świadkiem, że starałam się nie raz, ani nie dwa, a jednak nie była w stanie naprawić tych trzydziestu pięciu lat w żaden sposób sama, a tym bardziej z kimś. Wydaje mi się nierealne, aby obcy ludzie mogli mi pomóc, więc nie ma dla mnie ratunku. Chyba, że Bóg istnieje.  

13.07.2025

1798.

Jak mam o tym wszystkim napisać, żeby nie zostało zrozumiane źle? Może nie napiszę nic. Może zostało napisane już wystarczająco, a słowa ostatecznie nie znaczą wiele, a może nie znaczą nic. Jak to się stało, że przeszliśmy od “no może w ogóle nie powinniśmy utrzymywać ze sobą kontaktu i widzieć się raz na rok” do spontanicznego spotkania? Jak to się stało, że miałam wrócić do umierania z bólu w czterech ścianach, a zgodziłam się na spotkanie, a nawet mam wrażenie, że trochę je zasugerowałam swoimi oczekiwaniami? Nie wiem, stało się, naprawdę możemy być znajomymi na zawsze, jak ci wszyscy moi znajomi, którzy są ze mną zawsze, we mnie, nawet gdy na nich nie patrzę. Może te kilkanaście lat temu było mi bez różnicy, czy jesteś, czy znikasz, na studiach walczyłam o przetrwanie, choć nie chodziło o same studia, ale o wszystko co działo się we mnie i dookoła mnie. Nieważne. Jesteśmy znajomymi, a jednak ciągle nie jestem pewna, czy to nie skończy się źle dla którejś ze stron. Mimo to ucieszyłam się, choć bałam się, że mogę wstać w najgorszym wypadku z zawrotami i mdłościami i będę musiała napisać “sorry, dzisiaj się nie spotkamy”. Jechałam szynobusem, bo miało być wygodniej, a okazało się, że byłam sardynką w puszcze. Naprawdę nielimitowana sprzedaż biletów na tej trasie w wakacje to największy błąd przewoźnika. Stałam w przejściu, obok siedzenia z nastolatkiem, którym całą podróż scrollował media społecznościowe. Trzymałam się barierki, a przez szybę moje plecy grzało słońce. Myślałam o tym, że powinnam wybrać inny kolor sukienki i że może powinnam zostać w domu tak jak mi doradziłeś, że może powinnam już nigdy nikogo nie zapraszać do swojego życia. Tymczasem zwrot akcji. Najzabawniejsze jest to, dla mnie najzabawniejsze, że naprawdę nie byłam pewna, czy Ty to Ty, gdy stałam na przejściu. Gdybym była, pomachałabym Ci już z oddali, tak aby wszyscy zobaczyli, że ktoś jeszcze na mnie czeka. I znowu skarciłam się w myślach, że nie przegadaliśmy wcześniej, jak mamy się witać i żegnać i sama nie wiem, czy chcesz mnie nie dotykać, czy wolisz trzymać dystans. Lato, każde lato jest dziwne, ale to letnie dni najbardziej pamiętam. Też jestem dziwna i pełna sprzeczności. Nawet taki spacer po mieście wydaje mi się trochę nienormalny. Patrzę na ludzi dookoła, na życie innych, na biegające głośne dzieci i ich spokojnych, lub nie, rodziców, na modnie ubrane nastolatki, na ich odważny krok i pewność siebie, patrzę na spieszących się gdzieś ludzi i siedzących spokojnie jedzących lody turystów; patrzę i czuję się oddzielona od tego wszystkiego, bo nie ma dla mnie miejsca w takim świecie, jeśli najpierw nie naprawię siebie, a wiemy, och, wszyscy to wiedzą, że mnie na to po prostu nie stać. Życie. To teraz będzie najciekawszy moment, bo przecież od kiedy noszę aparat ortodontyczny, jedzenie poza domem to dla mnie jeszcze większa udręka. Ty wiesz, a może nie, ale robię to dla Ciebie, choć nawet tego nie potrzebujesz, ale chcę mieć normalne relacje z osobami, które wiedzą o mnie trochę więcej niż przeciętny mieszkaniec tej okolicy, czyli więcej niż imię i nazwisko. Dobrze, że mnie nakarmiłeś, bo wiesz, “głodnych nakarmić, spragnionych napoić”. Rozbawiła mnie ta cała sytuacja, ale pozytywnie. Naprawdę nienawidzę siedzieć naprzeciwko kogoś i jeść, to ta część moich nieleczonych zaburzeń odżywiania, która zostanie we mnie na zawsze. I jeszcze te problemy ze zgryzem. To wszystko jest żałosne, a jednak na tyle zabawne, że potrafię śmiać się z siebie i swojej sytuacji. Nie chciałam się oceniać surowo. Jeśli zjemy ze sobą sto takich posiłków nic już nie będzie trudne, choć nie sądzę, że uda nam się tak długo ze sobą wytrzymać. Mam jednak nadzieję, że kiedyś to ja zabiorę Cię na obiad, bo będzie mnie na to stać. Albo upiekę Ci ciasto i przywiozę, ale porą mniej roztapiającą słodkie wypieki, chyba, że byłoby to ciasto drożdżowe. Lato. Grzaliśmy się na dachu galerii handlowej, my starzy, zmęczeni życiem ludzie, gdzie głównie otaczała nas młodzież. Nie napiszę, że chciałabym mieć znowu te naście lat, ani nawet dwadzieścia parę, bo nie chciałabym bez gwarancji tego, że byłabym kimś zupełnie innym. Nie leżałam nigdy z nikim na dachu i pewnie na długo zapamiętam to leniwe, słoneczne popołudnie. Wiesz, że nie mówię wszystkiego co mam na myśli; nie jestem w stanie mówić o pewnych rzeczach głośno, słyszeć swój własny głos w przestrzeni publicznej, ale czasem nie mam w głowie nic i to najlepszy moment, jaki może mi się przydarzyć. Mam w sobie spokój i pustkę, jestem tu i teraz, nie dręczy mnie parszywa przeszłość, która zrobiła ze mnie osobę niezdolną do wielu rzeczy, ani ponura wizja przyszłości oparta na przesłankach, leżę i jest mi dobrze, spokojnie, niebo jest błękitne, a demony uśpione. A potem pojawia się myśl, że nadejdzie kolejny dzień i trzeba będzie zaczynać wszystko od nowa ze sobą samą, swym największym przeciwnikiem. Leżeliśmy. Nie chciałeś spać, a mogłabym wyciągnąć rękę w Twoją stronę i pogłaskać Cię po głowie jak własne dziecko. Wiem, nie chciałbyś być moim dzieckiem, a jednak tak mam, że chciałabym się troszczyć o swoich znajomych, choć ostatecznie nie potrafię zaopiekować się nawet sobą.

5.07.2025

1797.

Mój mężczyzna wrócił na wojnę. Ja wróciłam na swoją. I tak oddzielnie toczymy bitwy w życiu realnym lub wirtualnym. Piszę tutaj tak często, aby nie oszaleć, ale chyba oszalałam, o czym świadczy już pierwsze zdanie tego wpisu. Chciałabym, aby wszystko zniknęło. Chciałabym już nie być.

4.07.2025

1796.

Będzie bolało. Zwolnili moją mamę z pracy. Wprawdzie za trzy miesiące odejdzie oficjalnie, ale to już postanowione. Dyrektor z bólem serca wręczył jej papier do podpisania, ale szkołą zarządza burmistrz, więc pierwsza w kolejce do odstrzału była moja mama, która po prostu przejdzie już na ubogą emeryturę. Jak ona teraz będzie ratować te nieszczęśliwe rodziny, a właściwie na razie tę jedną, bo oto znowu nad ciotką wisi widmo więzienia. Na szczęście sprawy w polskich sądach ciągną się latami, więc może to jeszcze nie tego lata ją zamkną. Jeśli stałoby się to teraz, mama chce “adoptować” najmłodszego potomka tej rodziny, tego, którego ojciec się wyrzekł, a były mąż ciotki nie przyjmie, bo przecież to nie jego. Uwielbiam jak moja matka ratuje wszystkich, tylko nigdy nie potrafiła uratować własnej rodziny, ale nie ma co się dziwić, w końcu rodzinę tworzy mężczyzna i kobieta, więc dźwigając samej ten ciężar ratowała się jak umiała na tamten czas. Boli mnie, wszystko. Jeszcze trzy miesiące, a może trzy lata. Mam wrażenie, że to nie skończy się nigdy, ten ból i to nieudolne leczenie. Bez pieniędzy nie mam gdzie szukać pomocy. Pieniądze dają możliwości, ich brak spycha na margines. Chciałabym, żeby to wszystko wyglądało inaczej. Zbiera mi się na płacz w przypadkowych momentach dnia. Robię coś, aby odciągnąć uwagę od bólu, ale czuję ten ból i zaczynam płakać z obawy, że to nigdy się nie skończy. Jestem tak potwornie zmęczona, jestem cała zmęczeniem, już nawet nie jestem człowiekiem. Przeraża mnie to. Wyrosłam z płakania dawno, ale jeśli płaczę, to znaczy, że coś się we mnie rozpada i nie złoży się w całość już nigdy. Napiszę to co zawsze, moje małe pocieszenie, to wszystko kiedyś się kończy, jak dobrze, że to jedna prawda dla wszystkich. Może ktoś kiedyś weźmie mnie jeszcze za rękę i pociągnie gdzieś, tylko nie w ciemną ulicę, najlepiej w stronę światła.

30.06.2025

1795.

Lato. Jechałam rowerem, bo czym innym mogłabym jechać (czasem szynobusem, ale rzadko, jeszcze rzadziej busem) i tak bardzo nie chciało mi się zatrzymywać i grzebać w poukładanych rzeczach, aby nasmarować ręce kremem z filtrem, że teraz siedzę i żałuję swojej decyzji, bo słońce tradycyjnie musnęło mnie na czerwono. Dzisiaj nie było gorąco, ale wiatr zrobił swoje. Boli mnie trochę. Chciałabym, aby to był mój jedyny problem w życiu - jak złagodzić ból gwałtownej opalenizny. Płakałam z bólu, jak co miesiąc, ze strachu, że tak już będą wyglądać moje miesiączki. Jestem uziemiona na niemal cały okresu i nikt nigdy nie przyjmie mnie do pracy gdy będę musiała brać pod rząd trzy dni wolnego co miesiąc. Nikt nigdy nie przyjmie mnie do pracy, gdy będę umierać z powodu różnego bólu, nieprzewidywalnego, nie dającego się okiełznać. Chciałabym móc iść do lekarza, specjalisty, do poradni leczenia bólu, chciałabym, aby było mnie stać na pomoc, której nigdy nie otrzymam. Słucham historii ludzi, których uzdrowił Bóg i myślę sobie “czemu nie ja, Boże, czemu nie możesz zabrać tego wszystkiego, a najlepiej zabrać mnie stąd w lepsze miejsce”. Bolało mnie bardzo, a byłam sama w domu i przez chwilę zastanawiałam się, czy gdybym zadzwoniła po karetkę, ktoś by mi uwierzył w to, że już nie mogę dłużej tak żyć. Leżałam, zawsze przesypiam te dni, aż jestem zmęczona od snu, bolą mnie wszystkie kości od leżenia i braku ruchu. Myślę wtedy o tym, jak bardzo to wszystko nie miało nigdy sensu i jak bardzo chciałabym zrobić coś dla zabawy, wiecie, just for fun, zrobić coś na co mam przez chwilę ochotę, choć wiem, że potem już tej ochoty mieć nie będę. Potrzebuję pieniędzy, dużo, piszę o tym cały czas, tak jak potrzebuje tego samego ciotka G., a za nią ciotka M. i jak co miesiąc dzwonią telefony z prośbami, jakbyśmy byli Narodowym Bankiem Polskim. Wiadomo, w pierwszej kolejności pomaga się matkom z dziećmi. W tej ziemskiej hierarchii jestem gdzieś na szarym końcu. Nie, nie oczekuję pomocy. Oczekuję, że wpadnę na jakieś rozwiązanie, które sprawi, że znowu uratuje się sama. Tylko motywacji brak. Potrzebuję tak dużo. Potrzebuję, aby zniknęli stąd upierdliwi sąsiedzi, albo abym zniknęła stąd ja. Potrzebuję pieniędzy, bo potrzebuję zdrowia. Potrzebuję zdrowia, bo potrzebuję pracy, aby zarobić pieniądze. Potrzebuję świętego spokoju, ale tu wszyscy są niespokojni. Stał przy mnie starszy mężczyzna, specjalnie wsadziłam nos w telefon, a i tak po nieudanej próbie zagadania do dziewczyny obok, zwrócił się do mnie. Myślał, że ludzie czekający na otwarcie sklepu mają pieniądze, aby poratować go w potrzebie i dać na alkohol, bo niby na co innego. Zaśmiałam się w duchu. Gdybyśmy mieli pieniądze, wcale by tu nas nie było, pod tymi drzwiami, czekających na otwarcie jak konie na start biegu.

23.06.2025

1794.

Czerwiec zaraz zniknie. Byliśmy w odwiedzinach u dwumiesięcznego W., choć naprawdę byliśmy w odwiedzinach u jego rodziców, a on smacznie spał w wózku. Gdy się obudził był grzeczny i radosny i niesamowite jak niektóre dzieci potrafią być spokojne, gdy mają pełnych miłości rodziców. Jechaliśmy w gorącą niedzielę, nie zeszłą, wcześniejszą i klasycznie, jak to w podróży, zrobiło mi się słabo i niedobrze, od tego ciepła i spiętych mięśni twarzy i oczu. Wiecie że można mieć spięte oczy, wewnątrz? Można mieć też spięty mózg. To dziwne uczucie, te wszystkie napięcie w ciele, niby nie dzieje się nic złego, a jednak coś jest nie tak, nie tak jak powinno być, nie tak funkcjonuje zdrowe ciało. Od razu przyspieszyło mi bicie serca, bo przypomniałam sobie udar, bo co jeśli to nie był zwykły brak świeżego powietrza, a coś głębiej w moim ciele. Brat otworzył okna, mimo że włączona była klimatyzacja. Jechaliśmy, a ja chciałam wysiąść, położyć się gdzieś i zasnąć, ale musiałam zagryźć zęby i udawać, że te zakręty nie sprawiają, że umieram. Uratował mnie tylko imbir. Nie zjadłam obiadu, dostałam go na wynos. Nie zjadłam deseru. Nie zjadłam nic. Wypiłam szklankę wody i sok, też z dodatkiem imbiru. Gdy wracaliśmy do domu pomyślałam, że nie nadaję się do życia w społeczeństwie i dawne nawyki nigdy nie giną i zdrowie nigdy nie wraca, jest co najwyżej znośnie i że chciałabym żyć z dala od ludzi, sama ze sobą, bez świadków, wiem, że ktoś już gdzieś napisał. Przed wyjazdem powrotnym zapomniałam skorzystać z toalety. Miałam kolejne załamanie nerwowe tego dnia, załamanie nad samą osobą, nad tym kim jestem i jak wygląda moje życie. Musieliśmy zatrzymać się po drodze gdziekolwiek i nie było nawet tego gdziekolwiek. Coś zaczepiło się o samochód i zaczęło rytmicznie stukać. Już myśleliśmy, że to hamulce i nie dojedziemy do domu, że stanie się coś - może zapali - i nie dojedziemy do domu już nigdy. Ale wystarczyła jedna dziura w drodze i to coś odpadło, czymkolwiek było i dźwięk ucichł. Zatrzymaliśmy się na poboczu. Wśród pól i zarośli załatwiłam swoją potrzebę fizjologiczną modląc się o to, abym nie miała spotkania pierwszego stopnia z kleszczem. Gdy wyszłam z krzaków, myśląc o własnej głupocie, jakiś obcy chłopiec jadący rowerem po chodniku powiedział mi dzień dobry, a ja pierwszy i ostatni raz w tym życiu odpowiedziałam mu to samo. Reszta drogi powrotnej przebiegła bezproblemowo. Nie wiem, jakim cudem miałam jeszcze siłę wyjść na koncert, ale poszłam i topiłam się w słońcu myśląc o tym, że jestem zmęczona tym bólem i fizycznym czuciem się źle codziennie od prawie pięciu lat. Myślałam też o tym, że gdy siedzieliśmy przy stole na tarasie, jedząc obiad - ja wzrokiem - otworzyło się przede mną proste, “zwykłe” życie, ale szczęśliwe, bo szczęście ma ten, kto jada przy stole z własną rodziną. Pomyślałam sobie, że to jak wygrać na loterii. Żona, świeżo upieczona matka po raz drugi, nie musiała się stroić, tak jak przekazują te durne poradniki, bo mąż cię zostawi, gdy zobaczy taką w nieładzie, nieumalowaną, taką zwyczajną, “brzydką”, nie seksowną. Ojciec rodziny jadł ze smakiem to co przygotowała żona i zabawiał gości rozmową. Wszyscy jedli obiad - tylko nie ja - mały spał w mieszkaniu w wózku, można było zerknąć w tamtą stronę przez otwarte drzwi na taras, koty chodziły swoimi ścieżkami, a pogoda dopisywała. Niesamowite jak kojąca potrafi być taka normalność. Niesamowite, że można siedzieć przy jednym stole w zgodzie i bez skrępowania. Niesamowite, że można cieszyć się swoją obecnością. Niesamowite, że ludzie potrafią zbudować zdrową relację, rodzinę, mieć siebie na dobre i na złe, mieć dzieci, mieć w sobie troskę, mieć w sobie przekonanie że to ma sens. Cieszę się, że komuś się udało. Napełnia mnie to niewyobrażalnym ciepłem, a jednocześnie uderza jak bardzo jestem od tego daleko i jak obca mi to definicja szczęścia. Gdybym musiała założyć rodzinę, zapłakałabym się na śmierć. To dziwne, przykre i przytłaczające, również dla mnie, ale to jestem ja, moja kochana rodzino, jestem kimś tak bardzo odmiennym od ludzie, którzy mnie otaczają i których spotykam, aż sama nie wiem, kim jestem. Najgorzej, że ciągle jestem.

19.06.2025

1793.

Podobno miałam urodziny, podobno kiedyś się urodziłam. Czy trzydzieści pięć to liczba mająca jakiekolwiek znaczenie? Mi przypomina tylko o pięciu minionych latach, które minęły jak zły, dosłownie bolesny sen. Zrobiłam tort. Biszkopt wyszedł śmiesznie krzywy i nie urósł tak jak powinien. Masa i owoce były pyszne, więc całość wyszła na plus. Nigdy nie robiłam sobie tortu, nie w ostatnich latach, ale w tym roku miałam ochotę, choć nie powinnam wydać pieniędzy na takie przyjemności i właściwie uważam to za bezsensowny pomysł. Ale w życiu, którego nie mam i mieć nie będę, jedliśmy ten tort razem, bo przywiozłam go tak jak obiecałam. Dostałam życzenia od rodziny i znajomych, tych którzy pamiętali, czyli trójki, choć nie ważne, czy dostałam te życzenia, wolałabym dostać w zmian zdrowie. Gdzieś w głębi siebie, jeśli mam jakąś głębię, czuję, że to się nie uda, to całe leczenie i nigdy nie wrócę już do siebie. Chciałabym być tym, kim miałam być w zamyśle Boga, zanim za dużo rzeczy poszło nie tak. Czternasty dzień czerwca, te 35 lat temu była uroczystość Bożego Ciała, zawsze o tym pamiętam i myślę sobie, to musiało coś znaczyć, gdybym była tylko sobą. Gdy najmłodszy brat złożył mi życzenia, chyba się wzruszyłam, ale nikt tego nie zauważył, bo każdy był zajęty swoimi sobotnimi obowiązkami i ja również pracowałam, choć ta moja praca jest bardziej po to, abym nie oszalała. Muszę oszukiwać siebie na każdym kroku, stwarzać pozory, że nie przegrałam swojego życia, że jeszcze da się wszystko poukładać. I może się da, jeśli dotknie mnie ręka Boga, która zmieni moje serce. Tymczasem jestem starsza i wcale nie mądrzejsza, za to rozsądna na tyle, aby wiedzieć, kiedy przestać marzyć o czymś, co nie należy do mnie. Był kiedyś taki film, wygrzebałam go znowu, taki film, którego tematyka nie jest w mi w żaden sposób bliska, ale pamiętam go już wiele lat, pamiętam te słowa: “Byliście kiedykolwiek naprawdę spragnieni, otworzyliście karton mleka, wzięliście łyk i okazało się zepsute? To działo się we mnie na zawsze.”