To takie głupie, że jedno i to samo wydarzenie z czasem nabiera odmiennego znaczenia. Pamiętam ten moment, który miał być zapowiedzią dobrej przyszłość. Miałam nadzieję, Boże, miałam nadzieję, te słowa brzmią tak nierealnie z moich ust, ale miałam nadzieję. Kto by pomyślał, że każdy kolejny miesiąc będzie utwierdzał mnie w przekonaniu, że podjęłam jedną z najgorszych decyzji w swoim życiu. Nie mogę wyjść z podziwu jak bardzo się pomyliłam, nigdy nie pomyliłam się tak bardzo, bo nigdy nie uwierzyłam tak bardzo, że mogę coś zmienić tak drastycznie. Ile miesięcy przyjdzie mi jeszcze płacić za jeden błędny ruch? Myślę, że bieżący rok okazał się równie ciężki jak siedem ostatnich lat. Trudno mi uwierzyć, że grudzień przyniesie zmiany na lepsze. Myślę, że może być tylko gorzej, patrząc na to, że od zawsze w grudniu wszystko chrzaniło się najbardziej, a święta to dla mnie tak stresujący czas, że mam ochotę ukryć się gdzieś pośrodku lasu i wrócić jak będzie po wszystkim. Dzisiaj okazało się, znowu zresztą, że bez znajomości nie możesz mieć nic, nawet czegoś tak marnego jak staż za gówniane pieniądze, bo ogłoszenia zamieszczane przez podobno poważne instytucje publiczne, są przeznaczone dla wybranych, czytaj znajomych pracujących tam ludzi. Czemu więc ogłoszenia pojawiają się na stronach? Aby zmylić takich naiwnych ludzi jak ja. Grudzień powinien być czasem nadziei, tymczasem nie opuszcza mnie wrażenie, że w grudniu skończy się wszystko, bo nie zniosę siebie w styczniu z wisielczym nastrojem, podwyższonym poziomem stresu i słusznym przekonaniem, że jestem bezużytecznym dorosłym dzieckiem na utrzymaniu już nie wiadomo czyim. Czasem wracam do domu, bo jeszcze zdarza mi się wychodzić z domu, i przypływa do mnie ta myśl, że wtedy musiałam być kimś innym, skoro zdecydowałam się podjąć taką a nie inną decyzję. Uderza mnie ten moment, bo pamiętam swoją reakcję, pamiętam jak prawie rozpłakałam się z radości, bo uzyskałam coś, czego nikt wcześniej nie otrzymał, a potem, Boże, powinnam tam zostać, nie straciłabym nic, a na pewno nie tak wiele, a tak, straciłam wszystko, na czym mi zależało. Jak to możliwe, że tamta radość tak naprawdę była tylko żałosnym śmiechem.
27.11.2017
23.11.2017
956.
Nie pamiętam, o czym był poprzedni wpis, choć mam wrażenie, że opublikowałam go wczoraj. Nie zerknę, aby sobie przypomnieć, bo to nie ważne. Chciałabym tak samo nie pamiętać o tym wszystkim, co czyni mnie niezdolną do normalnego i prostego, ale pożytecznego i dającego satysfakcję życia prowadzącego ku wieczności. Chciałabym uwolnić się od tego, co od lat ciągnie mnie w dół, ale to jak zły urok, którego nikt nie jest w stanie ze mnie zdjąć. Nie radzę sobie od lat, choć wiedzą o tym może dwie osoby, w sensie uświadamiają sobie po jak cienkim gruncie stąpam (z momentami polepszenia i wracania na właściwy tor). Moja rodzina lubi żyć w nieświadomości i nie mam im tego za złe, każdy stara się chronić swoją poszarpaną przez czas i złe zbiegi okoliczności duszę. Niestety, nie mogę pogodzić się z tym, że moja rodzina nie daje mi prawa do określenia się jako osoba nie odczuwająca szczęścia, choć nie kwalifikuję się do osób nieszczęśliwych. W moim półrocznym, comiesięcznym spadaniu w dół radzę sobie całkiem dobrze. Dawniej, w podobnej sytuacji nie trzymałam się na poziomie. Nadal trudno zmusić mi się do położenia spać o wcześniejszej porze, choć padam ze zmęczenia, a potem trudno podnieść mi się z łóżka mimo, że moje ciało dostało odpowiednią ilość godzin - mózg jednak nie wie po co wstawać - ale miewam się lepiej niż kiedyś na bezrobociu. Nieustannie (od wielu lat) próbuję dojść do tego, czemu dzieje się ze mną to, co się dzieje. Czemu jestem tak poblokowana i niezdolna do wielu rzeczy, niesprawiających innym trudności. Szukam prawdy, która mnie wyzwoli, ale obawiam się, że jeśli prawda mnie wyzwoli, to zabije moją rodzinę, więc i mnie późniejsze poczucie winy. Niestety rzeczywistość nie dostosuje się magicznie pod wpływem mojego działania, o czym przekonuję się nieustannie w ostatnim czasie. W dodatku podejmowanie konkretnej decyzji zajmuje mi tydzień, więc moje szanse w każdym przypadku spadają o siedem dni. Nie powinnam obwiniać się za to, że robię postępy w wolniejszym tempie. Niestety, świat pędzi nieubłaganie i ten kto nie potrafię się dostosować, odpada z gry na starcie. Ludzie nie szukają odpowiedzi na wiele pytań, tylko po prostu żyją, ale kiedy zaczynam po prostu żyć, poczucie winy nie daje mi spokoju, bo moje po prostu żyć to egoistyczne nic nie robienie. Łatwo jest żyć, gdy nie musisz martwić się o brak pieniędzy, bo pieniądze odciążają połowę zmartwień wiążących się z podstawowym codziennym funkcjonowaniem i nikt mnie nie przekona, że nie mam racji. Jeszcze gorzej jest żyć nic nie robiąc, ani dla innych, ani dla siebie. Mam w sobie tyle chęci, które niespożytkowane, tylko mnie zasmucają, bo nikt nie chce dać mi szansy. Ostatnio najbardziej męczy mnie jednak to, że codziennie jestem kimś innym. Moje otoczenie jest identyczne, moje czynności monotonne i powtarzalne, ale sama przechodzę przez kilka różnych osobowości i znowu przeszkadza mi to, że nie wiem kim jestem. Od tego bezsensu uaktywniło się nieracjonalne myślenie, przez co nieustannie muszę sobie tłumaczyć kim jestem, co jest dla mnie ważne i jedyne co mogę zrobić to oszukać się, że jestem odważna i mogę znieść jeszcze więcej przykrych rzeczy niż do tej pory przetrwałam i że dam radę ze wszystkim, nawet jeśli przez kolejne lata nic nie ułoży się po mojej myśli. Dam radę, bo ostatecznie wierzę w Anioła Stróża, który będzie strzegł mnie do ostatniej chwili. Tak jak to tej pory. Jestem więc niedoszłą samobójczynią, umieram raz na kilka dni i piszę pożegnalne listy, aby na końcu nie pozostawić żadnej odpowiedzi, robiąc wszystkim na złość. Potem kocham życie tak bardzo, że wzruszam się jadąc z uśmiechem rowerem, jakby to był największy luksus. Jestem najgorszą przyjaciółką, która nie jest w stanie odezwać się już do nikogo, bo nie ogarnę ani swojego “co u mnie” ani innych, tak pogmatwane życie się stało, a potem zostaję najlepszą internetową pomocą. Jestem nikim dla znajomych i wszystkim dla kogoś nieistniejącego. Jestem nastoletnią fanką koreańskiej popkultury i dorosłą kobietą zainteresowaną koreańską kulturą. Jednego dnia nie jestem w stanie zmusić się do wejścia do sklepu, bo mijanie znajomych ludzi lub mówienie “dzień dobry” tym, którzy zaraz będą chcieli w czymś pomóc, jest wkurzające, aby innego dnia wejść z uśmiechem i wydać ponad zaplanowaną normę. Jestem zła na swoją przeszłość i przerabiam ją na nowo nocami i dniami, co zwiększa moją nienawiść do samej siebie, aby potem z wdzięcznością spojrzeć na wszystko co mnie spotkało i w jednej chwili odciąć się drastycznie od tamtych wydarzeń, jakby nic nigdy złego się nie stało. To głupie, że jednego dnia wydaje nam się, że nie damy rady, a drugiego jakoś trwamy, choć nie zmienia się zupełnie nic, i mija pół roku, dziesięć lat i ciągle nic. Nikt nie jest gotowy na prawdę, którą w sobie noszę, nawet ja sama, więc może nigdy nie odkryję prawdy, której poszukuję. Pewne rzeczy na zawsze pozostają milczeniem. Zawsze wolałam poświęcić siebie niż krzywdzić innych, choć inni mogą nie rozumieć, skąd bierze się u mnie takie myślenie i czemu twierdzę, że to nie tylko wymysł mojej wyobraźni. Ostatnio miałam ochotę na błyskawiczną zupkę chińską. Wszyscy wiemy, że to niezdrowe i śmieciowe jedzenie, ale raz na jakiś czas można. Kiedyś jedną taką zupkę dzieliłam na pół i jadłam jako dwa różne dania w ciągu dnia. Jadłam tak tygodniami. Myślę, że od tamtego czasu moje życie zgubiło resztkę normalności.
Subskrybuj:
Posty (Atom)