31.12.2014

844. Podsumowanie roku.

Kiedy myślę o minionym roku, mogę napisać tylko jedno: parszywy czas. Końcowe i początkowe miesiące zawsze takie są, w szczególności, gdy dochodzi do tego „sezonowa depresja”. W tym roku nie było odstępstw od normy. Na początku dobiła mnie walka z „pracą magisterską” (teraz mam wrażenie, że to było w innym życiu), na koniec dobija mnie brak pracy i wiążące się z tym wszystkie okropne rzeczy, od braku pieniędzy, przez brak możliwości spotkań ze znajomi, po bezużyteczność i bezsens własnego istnienia. Uroczo, czyż nie?
Ogólnie 2014 rok okazał się porażką, lecz to nie znaczy, że w tym całym gorzkim czasie, nie pojawiły się momenty piękne i warte zachowania w pamięci. Podczas tworzenia pisemnej pracy, mającej zamknąć moje pięcioletnie studia, spędziłam wiele czasu w bibliotekach i czytelniach, zmęczona i przygnębiona, lecz dwie wizyty pamiętam wyjątkowo. Choć bałam się i martwiłam, to siedząc przy jednym stole w gronie koleżanek, które tak jak ja musiały walczyć z konsekwencjami wyboru „pechowego seminarium”, zapomniałam na moment o wszystkich zmartwieniach, gdy niemal beztrosko przeglądałyśmy stertę książek, żartując i marudząc na przemian. Podczas drugiego posiedzenia byłam tylko z jedną, długowłosą koleżanką. Zamiast skupić się na pracy, rozmawiałyśmy szeptem, trochę przeszkadzając innym czytelnikom. Jednak nikt nas nie wygonił. Bardziej zadziwiający był fakt, iż siedząca przed nami kilka ławek studentka, zaczęła rozmawiać przez telefon, nie przejmując się uwagami bibliotekarza. W sumie pamiętam też całe specjalne sprowadzanie jednej książki z drugiego końca Polski. Musiałam odwiedź czytelnie w dzień po przepłakanej nocy, czułam się wtedy jak wrak człowieka, bolały mnie opuchnięte oczy, a w dodatku nie mogłam zrobić skanów (biblioteka wypożyczająca nie pozwoliła), więc tworzyłam ręczne notatki przez kilka godzi. W sumie zużyłam mnóstwo energii życiowej na tworzenie pracy magisterskiej, pewnie dlatego do tej pory trudno mi odnaleźć się w pulsującej życiem rzeczywistości. Później był dzień obrony pracy magisterskiej, czyli 18-nasty czerwca. Pamiętam go ze względu na wyjątkową obojętność, która mi towarzyszyła. Nawet, jeśli ostatecznie udało mi się napisać pracę i z sukcesem (tzn. może dla innych to byłby sukces) ukończyć studia, ten czas pozostanie w mej pamięci jako nic nie warty. Ostatni rok studiów, którego końcówka przypadła na mijający już rok, uświadomił mi, że całe życie męczyłam się robiąc rzeczy, które nie dawały mi satysfakcji, a w dodatku odgradzały od tętniącego życiem świata i zamykały w sobie, za co nieustannie płacę. Po ukończeniu studiów uświadomiłam sobie, że mimo wszystko jestem dobra w wykonywaniu rzeczy, których nie cierpię, a do tego dają mi one poczucie stabilności, które zniknęło wraz z ukończeniem studiów. W tym roku nauczyłam się też, że nie potrafię już żyć ani w więzieniu, ani na wolności. Ostatecznie pewnie wychodzi na to, że jestem zwyczajnie głupia z tym swoim męczeniem się. Wspomnę jeszcze, że miłym akcentem po obronie było wspólne, wieczorne wyjście z koleżankami do Centrum Kultury na jeden z filmów Xaviera Dolana. I choć życie nie było wtedy ani trochę lepsze, a w dodatku wiedziałam, że potem będzie tylko gorzej (co się potwierdziło), cieszyłam się jak głupia, że mam przy sobie osoby, z którymi mogę spędzić czas w pożyteczny i miły sposób. Może jeszcze kiedyś uda nam się poczuć wiatr w żaglach. Jeśli o mnie chodzi, może przestałam tonąć, ale statku zbudować nie potrafię, tylko tak sobie dryfuję na resztkach tratwy, czekając, nawet nie wiem, czy na ratunek.
Ważnym czasem w 2014 roku był lipiec, na który przypadł mój wyjazd nad morze do poznanej na tumblrze P. Spotkanie planowałyśmy ponad rok i właściwie to cud, że po tak krótkim czasie udało nam się zobaczyć, zwłaszcza, że realizacja takich pomysłów do tej pory trwała u mnie latami; oczywiście z prostego powodu, który zawsze mnie ogranicza, czyli z braku pieniędzy. Był to słodko-gorzki czas, który ostatecznie wspominam bardzo dobrze, mimo upału każdego dnia, otarć na stopach i fizycznego osłabienia w pierwszych dniach. Z chęcią znowu wsiadłabym do pociągu i udała się na północ, aby tym razem ujrzeć w zimowej scenerii morski krajobraz. Właściwie chciałabym zobaczyć jak jest nad morzem o każdej porze roku. Morze nie musi być polskie. Wspomnę jeszcze tylko, że podczas tygodniowego pobytu w Gdyni miałam okazję spotkać inną koleżanką, mieszkającą w okolicy, tym razem po prawie trzech latach internetowej znajomości. Cały ten wyjazd nad morze był dla mnie wielką niespodzianką, na którą tak naprawdę nie zasłużyłam. Znam osoby, na których spotkanie nadal czekam, mimo wielu lat wirtualnej znajomości. (Chciałabym, żeby i nam się udało.) Myślałam więc, że na te dwa spotkania również będę musiała czekać latami, bo życie stawało się coraz gorsze. Równie dobrze mogłabym nie doczekać się nigdy. Tymczasem los okazał się łaskawy, choć zanim wszystko zostało dopięte na ostatni guzik, musiałam wycierpieć swoje. Lipice mijającego roku zostanie w mojej pamięci na zawsze jako piękny czas. Nawet, jeśli musiałam rozstać się z czymś cennym.
Na koniec chcę wspomnieć o najważniejszym wydarzeniu w tym roku, a nawet w całym swoim dotychczasowym życiu. Być może to stwierdzenie jest przesadą, ale w kategorii „pure happiness” jest jak najbardziej prawdziwe. Czternastego dnia czerwca spełniło się moje marzenie. Przypisuję temu dniowi tak dużą wartość, gdyż dla mnie marzenia są czymś tak bardzo nierealnym, że aż niemożliwym do zaistnienia. Taki dzień jak tematem nie miał prawa się wydarzyć, nigdy, tymczasem, nie dość, że jeden z moich ulubionych koreańskich zespołów przyjechał do Polski, to w dodatku miałam pieniądze na kupno biletów, więcej, mogłam swoją radością podzielić się z drugą osobą i tak oto na koncert zaprosiłam P., a że obie tkwimy w „koreańskim świecie”, nie musiałam jej długo namawiać. Dzięki temu spotkałyśmy się po raz drugi w tym roku, co również jest cudem, gdyż byłam przekonana, iż na kolejne spotkanie przyjdzie nam czekać latami. O samym koncercie wspominałam już na blogu nie jeden raz, więc nie będę znowu wzdychać jak niesamowitym przeżyciem jest spełnienie marzenia. Po prostu w takim dniu jak tamten istnieje tylko czyste szczęśnie niezakłócone żadnym negatywnym uczuciem. Do tej pory, nawet gdy miało spotkać mnie coś miłego i wyczekiwanego z radością, zawsze towarzyszyły temu obawy, stres czy niepewność. Dzień koncertu był wyjątkowy, bo wszystko co złe zniknęło. Zamykam oczy i znowu tam jestem, wspomnienia ciągle we mnie żyją, i choć nadal odczuwam szczęście i wdzięczność z powodu tego jednego wyjątkowego dnia, teraz towarzyszy mi melancholia. Oczywiste wydaje się napisanie, że nigdy nie zapomnę najszczęśliwszego czasu swojego życia, zwłaszcza, że był mi dany, aby osłodzić resztę gorzkich dni w tym roku.
Poza tym, w tym roku, po kilku latach nie widzenia się, spotkałam dobrego znajomego. Od października zaczęłam regularnie ćwiczyć. Trochę później „ujrzałam diabła” i nie mogłam uwierzyć, że po raz kolejny płaczę do utraty tchu. Tego samego miesiąca przez kilka dni bolała mnie klatka piersiowa w okolicach serca podczas oddychania. Wtedy też pierwszy raz w życiu zemdlałam i pierwszy raz miała robione EKG. (Badania na szczęście nie wykazały nic, więc prawdopodobnie był to ból na tle nerwowym.) Miesiąc później otrzymałam maila z wieściami od osoby z przeszłości i siedziałam w osłupieniu, nie dowierzając, że życie potrafi być tak dobre. W grudniu, zupełnie przypadkowo (mam szczęście do takich przypadków, aż czasem nie wierzę, że tak można) odkryłam chorobę jednej z koleżanek i siedziałam w osłupienia, nie dowierzając, że życie potrafi być tak niedobre. W grudniu Poczta Polska dostarczyła mi w dwóch różnych dniach dwie urocze kartki od tej samej osoby. Pożegnałam się też z dwoma przyjaciółkami, które wyprowadziły się z sąsiedztwa, wyjeżdżając w dwie różne strony Polski i tak oto ostatecznie umarło dzieciństwo. Otrzymałam również niespodziewane życzenia świąteczne i pomyślałam, że życie bywa dziwne. W Boże Narodzenie brat mojej mamy wraz z rodziną miał poważny wypadek samochodowy, który cudem nie zakończył się śmiercią. To wszystko, o czym mogę napisać, aby nie rozdrabniać się jeszcze bardziej i nie zacząć wymieniać wszystkich dni, w których płakałam przed snem, bo nie chcę dopuszczać do siebie myśli, że w tym roku zgubiłam wszystko to, nad czym tak ciężko pracowałam w roku ubiegłym. Na koniec dodam, że część mnie będzie tęsknić za mijającym już rokiem, natomiast druga część może odetchnąć z ulgą, że to już koniec. I aż ciśnie się na usta: jeszcze nie ostateczny koniec.

30.12.2014

843. Zmusić się do życia, znaczy zmusić się do...

Za każdym razem, gdy biorę głębszy oddech, stwierdzam w myślach, że w moim pokoju jest naprawdę zimno. Kiedy zerkam na ozdobiony przeze mnie w podstawówce farbami do szła talerzyk i widzę na nim mój pierścionek nastroju, który jest czarny, stwierdzam w myślach, że w moim pokoju jest naprawdę zimno. Moje stopy odziane w grube skarpety i ciapy są również zimne i naprawdę nie wiem, czemu tuż przed północą zachciało mi się pisać o chłodzie w moim pokoju, zwłaszcza, że to nic nadzwyczajnego przy niskiej temperaturze za oknem, starym i nie wystarczająco szczelnym. Z zimowych opowieści mogę jeszcze dodać, że dwudziestoletni Jackson doznał szoku kulturowego widząc pierwszy raz w życiu rękawiczki szczepione sznurkiem, który rozerwał, myśląc, że to tylko sklepowe złączenie w celu nie zgubienia pary. Jego niedowierzająca mina, gdy usłyszał, że sznureczek zarzuca się na szyję, była cudowna, zaś śmiech Sungjae w tle jeszcze bardziej potęgował zabawny wydźwięk całej sytuacji. Ostatecznie najważniejsze jest to, aby było ciepło, a że program nagrywany był w nocy na dachu późną jesienią, rękawiczki okazały się przydatne w każdej postaci. Zajrzałam do e-book’a z książką Grzegorza Musiała, choć robię to bardzo rzadko, bo nie lubię czytać książek na komputerze, ale w miałam chwilę natchnienia i postanowiłam ruszyć do przodu o kilka stron, ale nie mogłam, bo co chwilę zatrzymywał mnie jakiś fragmentu. Czasem mam wrażenie, że zamiast cytować ulubione myśli mogłabym odesłać czytelnika do całej książki, jakże bogatej w warte przytoczenia słowa. Na zakończenie jednak będzie fragment „Stanu płynnego”, bo przecież nie mogę skopiować tutaj całej książki.

„Zmusić się do życia, znaczy zmusić się do jedzenia, choć wszystko wymiotuje w tobie, skręca się w potwornym proteście, choć wszystko krzyczy w tobie NIE!
Czekanie na następną MOŻLIWOŚĆ.
Taki jest sens życia w ogóle. Taka jest życiowa konieczność. Niewykluczanie niczego, co dopiero się wydarzy.
Niezamykanie spraw, których jeszcze nie ma.
Coś, co można by chyba nazwać nadzieją, choć lękam się nieprzejrzystości tego słowa.
Prawdopodobnie istnieje pewien gatunek ludzi genetycznie pozbawionych nadziei, tak jak istnieje genetyczny rodzaj albinizmu lub brak jednego palca u nogi. Rozumieć tych ludzi to rozumieć pewną Najwyższą Konieczność, która za nas rządzi, której podlegają nasze kroki wiodące nas ku życiu lub ku przepaści. Są to ludzie skazani na przepaść. W ich serca wmontowano maleńkie ciało magnetyczne, ciągnące ich ku samounicestwieniu.”

29.12.2014

842. Ile dni zajmuje odchorowanie rodzinnych spoktań?



Wydawało mi się, że nie zdecyduję się już na wpis w tym miesiącu, a ostatni będzie zawierał podsumowanie roku, jednak od kilku dni chodzi za mną potrzeba napisania „o wszystkim i o niczym”, lecz do tej pory zmęczenie skutecznie mi to utrudniło. Choć wydaje mi się, że uderzę konkretnie w świąteczną nutę jak zwykle wplatając w to wątki zbędne.
Święta to taki czas, w którym wszystko co poza religijne, jest dla mnie trudne, a czasem niechętnie przeze mnie przyjmowane, choć staram się, mniej lub bardziej dzielnie, wszystko przetrwać, przemilczeć i odesłać w niepamięć. Z tegorocznego świątecznego czasu (poza poważnym wypadkiem samochodowym brata mojej mamy wraz z  rodziną), zapamiętam wizytę u babci, kobiety, która wydała na świat dziewięcioro dzieci, w tym mojego zagubionego (w różny sposób) ojca. Podczas różnych kalendarzowych świąt do babci zjeżdża niemal cała rodzina, choć w zimowym okresie wizyty rozłożone są na poszczególne dni, gdyż pojawienie się wszystkich na raz w niewielkim mieszkaniu byłoby trochę niewygodne, co nie znaczy, że przez to niemiłe. Jak to bywa przy odwiedzinach licznej rodziny, w domu robi się zaraz głośno, zwłaszcza, że część cioć i wujków posiada pociechy w przedziale wiekowym 6-14, więc to hałaśliwy okres. Do tego można dołączyć rozmowy przy stole, tym głośniejsze im więcej kieliszków wódki wleją w siebie mężczyźni, a także włączony telewizor, momentami nie wiadomo dla kogo. Od tego wszystkiego zwyczajnie zaczyna boleć mnie głowa, zwłaszcza, że jestem przyzwyczajona do ciszy, na co dzień nawet nie słucham głośno muzyki. Do fizycznego osłabienia mogę dodać jeszcze jeden czynnik. Babcia ma dom, w którym ogrzewanie pomieszczeń zapewnia palenie w piecu znajdujący się w kuchni, a jest to piec starodawny, taki z fajerkami, gdzie jednocześnie można stawiać garnki i gotować, choć akurat kuchenkę gazową z piekarnikiem babcia też posiada. (Kiedyś też mieliśmy piec. Do mojego dziesiątego roku życia, na jego białych kafelkach, zawsze w zimie roztapialiśmy z bratem plastelinę. Potem była przeprowadzka, w kuchni stała już kuchenka gazowa i nastały inne czasy.) Ogrzewanie w ten sposób mieszkania sprawia, że temperatura w poszczególnych pomieszczeniach jest różna, a że nie potrafię siedzieć w jednym miejscu, czyli przy stole, gdzie co chwilę zwracają uwagę na to, że mało jesz (bo przecież podczas świąt zawsze je się dużo, a tym bardziej u babci), więc i moje ciało poddane zostaje „zmianom klimatycznym”, co dodatkowo wypływa na mój ból głowy. Natomiast jeśli mowa o psychicznym samopoczuciu podczas odwiedzin, na wizytę przeważnie zbieram się z lekką niechęcią, bo zwyczajnie nie lubię tłumów, a do tego jestem ograniczona tematycznie (choć może to tylko rozbieżność w repertuarze tematów, bo wiadomo, ja mogę tylko o filmach, Korei Południowej i smutnym życiu, ale niekoniecznie swoim) lub zwyczajnie nudna, więc siedzę w milczeniu, obawiając się, że zaraz ktoś zada mi pytanie, na które nie znam odpowiedzi. (W niektórych przypadkach odpowiedzenie na zwykłe „co u mnie” nagle staje się najtrudniejszą rzeczą pod słońcem.) Mimo wszystko mam to szczęście, że posiadam naprawdę miłe ciocie, jak i wujków, i nigdy nie zdarzyło mi się z nikim wejść w ostrą dyskusję. Właściwie nie mam w pamięci żadnej sytuacji, która pozostawiłaby we mnie niechęć do kogoś z rodziny. Być może to zasługa rzadkich okazji do spotkań lub zwykłe potwierdzenie tego, że najtrudniej w zgodzie żyje się z najbliższą rodziną (domownikami). W każdym razie spotkania u babci po kilkunastu minutach od przekroczenia progu stają nawet sympatyczne. Lubię obserwować otoczenie, przysłuchiwać się rozmowom innych lub siedzieć z dziećmi, które nie zwracają na mnie zbytniej uwagi, chyba, że sama do nich zagadam. W tegoroczne święta odwiedziliśmy babcię w Wigilię (po Wigilii u drugiej babci) oraz 26 grudnia, kiedy przy stole siedziała również moja młodsza o pięć lat siostra cioteczna z narzeczonym. Biorą ślub w styczniu. Kiedy przyjechali, trzeba było trochę inaczej usiąść się przy stole i tutaj miała miejsce jedna zabawna sytuacja, w której ciocie z troską próbowały mnie przekonać, że siedzenie, jak to się mówi, na rogu stołu (choć naprawdę nie siedziałam centralnie przed nim) nie jest dobrym pomysłem, bo przecież zostanę starą panną. Oczywiście sytuacja mnie rozbawiła, bo nie wierzę w zabobony, a tym bardziej za mąż się nie wybieram, więc mogłam potwierdzić w ten sposób swój życiowy wybór, ale czasem lepiej nie zaczynać całej dyskusji z cyklu „ale jak to nie chcesz wychodzić za mąż” lub „jeszcze ci się odmieni”, bo wiem, że ani nie potrafiłabym tego krótko i sensownie wytłumaczyć, ani nie miałabym siły na dyskusję, że jednak mi się nie odmieni, więc grzecznie oznajmiłam, że nie przejmuję się tym rogiem i było po kłopocie. Ostatecznie nie ma sensu rozwodzić się nad czymś, co tak naprawdę nie ma żadnego wypływu na życie moich wujków i cioć. Co najwyżej będą bawili się na jednym weselu mniej w swoim życiu. 
Siedząc tamtego popołudnia u babci przy świątecznym stole, pomyślałam, że mam dużą rodzinę, z którą miło od czasu do czasu posiedzieć w zabawnej atmosferze. Jednak myśl ta utrzymała się do momentu, w którym nagle uświadomiłam sobie jak bardzo nie pasuję do tego ładnego obrazka z wielu powodów. Przeważnie wychodzi tak, że muszę odchorować świąteczne spotkania przez kilka dni, bo zderzenia z obcym światem bywają równie fascynujące, co niebezpieczne, choć akurat w te święta wystarczył jeden dzień. Siedząc tamtego popołudnia u babci przy świątecznym stole, przestraszyłam się nagle, że chyba upadłam na głowę, wyrażając zgodzę na uczestnictwo w styczniowym weselu, choć trzy tygodnie temu naprawdę pomyślałam, że może to być ciekawe i zabawne doświadczenie, odciągające mnie na moment od ciemnej strony mocy, ale przecież demony są przy mnie zawsze, łażą za moimi plecami jak cień, więc jak mogłam być tak naiwna. Teraz zastanawiam się, ile dni zajmie mi odchorowanie takiej rodzinnej imprezy.

13.12.2014

841. "Żegnaj, moja konkubino"

Kiedy w minionym tygodniu przeglądałam program telewizyjny, moją uwagę po raz kolejny przykuł wyraz łyżwiarstwo, który pojawiał się tam od kilku dni. Szybko i za każdym razem na nowo, orientowałam się, że program nie dotyczy łyżwiarstwa figurowego, które jako dziecko uwielbiałam oglądać. W tamtym momencie przeszukałam swoją pamięć, zastanawiając się, czy widziałam kiedyś tańczącą parę tej samej płci na jakichkolwiek zawodach, jednak nic konkretnego nie przyszło mi do głowy. Nie miałam też potrzeby, aby poszukać informacji na ten temat w intrenecie i tak zapomniałam o łyżwiarstwie figurowym, na kilka dni, bo temat powrócił do mnie w sposób który lubię, czyli pod postacią zbiegu okoliczności. Zdaję sobie sprawę, że od wielu miesięcy w niemal co drugim wpisie pojawia się wyraz film, ale nic nie poradzę na to, że oglądam wiele i lubię od czasu do czasu o tym wspomnieć. W tym tygodniu obejrzałam m.in. chiński film „Żegnaj, moja konkubino” z 1993 roku. By przybliżyć historię zawartą w filmie, pozwolę sobie zacytować krótki opis zamieszczony na filmweb.pl, otóż film przedstawia historię dwóch mężczyzn, którzy spotykają się w sławnej szkole opery i zostają przyjaciółmi na całe życie. Jeśli popatrzymy na tytuł filmu, a potem jego opis, nie trudno się domyślić, że rolę konkubinę w operze odgrywał chłopak, ponieważ aktorami byli tam wyłącznie przedstawiciele płci męskiej. Jedną z moich rozrywek jest konto na tumblrze, gdzie często po seansie umieszczam sceny z filmu, a w tym celu przeszukuję tagi. Tym razem nie było inaczej. Błądząc pomiędzy zdjęciami, kolażami i cytatami, moją uwagę przykuły fotografie mężczyzny jeżdżącego na lodzie. Od razu zorientowałam się, że pochodzą z zawodów łyżwiarstwa figurowego, a on sam musiał tańczyć do któregoś z utworów znajdujących się w filmie. W ogóle jego stylizacja nawiązywała do tytułowej konkubiny, więc wszystko stało się oczywiste, zanim zaczęłam szukać dalej. Okazało się, że mężczyzną na zdjęciach jest Johnny Weir, a właściwie John Gravin Weir-Voronov, trzydziestoletni amerykański łyżwiarz, natomiast występ nawiązujący do filmu pochodzi z bieżącego roku. Oczywiście na youtube jest prawie wszystko, więc postanowiłam obejrzeć jego program artystyczny (tutaj). Ku mojemu zaskoczeniu nie pojawił się tam sam. W trakcie występu dołączył do niego łyżwiarz i tak oto nawiązanie do filmowej przyjaźni i operowych scen znalazło zastosowanie w pełni. Nie był to jednak występ pary, lecz program solowy. Nie zmienia to jednak tego, że właśnie film „Żegnaj, moja konkubino” będzie łączył się z występem, podczas którego po raz pierwszy ujrzałam dwóch mężczyzn wspólnie tańczących na lodzie.

1.12.2014

840. I believe in this drink, but they call me a non-believer.

Pierwszy grudnia dwa tysiące czternastego roku, jak to możliwe, że jeszcze żyję? Nie przebywam jednak wśród żywych, lecz nieustannie o nich myślę. Codziennie do moich myśli wpada ktoś ze znajomych, z którymi dzielą mnie kilometry lub milczenie, czasem jedno i drugie. Czasem chciałabym podzielić się z nimi wieloma słowami, a jednak życie nie polega na nieustannym zasypywaniu innych wyznaniami. Nie raz zdobywałam się na szczerość i prosiłam, aby nigdy nie zapomnieli moich słów, wiedząc, że może już nigdy nie będę miała okazji powtórzyć ich drugi raz. Czasem, gdy próbuję zasnąć, boję się, że zapomnieli jak wiele znaczyła dla mnie ich obecność na danym etapie życia. Cieszyłabym się, gdyby nadal byli, lecz niektórzy gdzieś zniknęli, a mi brak już odwagi, by burzyć ich spokój swoją niespodziewaną i kłopotliwą obecnością. Oprócz „zapomnianych słów”, boję się też całego grudnia, bo to miesiąc, w którym większość, mimo pogarszającej się pogody, oczekuje pozytywnego czasu, zwłaszcza wraz z nadejściem świąt, a odkąd pamiętam, u mnie w domu świąteczny czas z roku na rok charakteryzuje się tendencją spadkową, czyli przemienia się w jedno wielkie zbiorowe przygnębienie, z którego wynikają spięcia. Teraz jest we mnie jeszcze więcej obaw, zwłaszcza po kolejnej kłótni, która odbyła się ostatniego dnia listopada, chyba tylko po to, aby podsumować i tak wystarczająco parszywy jedenasty miesiąc roku. Mam poczucie winy, że żyję, więc boję się chyba jeszcze tego, że nie umrę wystarczająco szybko lub wystarczająco szybko nie wydarzy się coś, co wyrwie mnie z cienia śmierci. Tak naprawdę nie chciałam pisać o tym wszystkim, o czym napisałam do tej pory. Wystarczyłoby tylko zaznaczenie nadejścia grudnia i wspomnienie, że nie mam skąd wykombinować sukienki na styczniowe wesele, ani butów, właściwie niczego, co pozwoliłoby mi przyjąć zaproszenie. Nie mam nawet od kogo pożyczyć tego wszystkiego. Nie posiadam też porządnej kurtki zimowej. W tamtym roku na jeden z egzaminów wybrałam się w cienkiej, bo miała kaptur, a ja potrzebowałam kaptura. Było wtedy minus dwadzieścia stopni, a na pewno wiał wiatr. Czekając na miejski autobus, miałam wrażenie, że stoję w krótkim rękawku. Przetrwałam, tak jak wszystkie minione zimy, z mrozem, smutkiem i śmiercią w tle. Nie jestem jednak niczyim bohaterem, nawet swoim, co nie znaczy, że nie byłam odważna, kiedyś. Teraz już nie jestem.
___
Muzyka: Epik High (ft. Kim Jong Wan of Nell) – Amor fati