Wczoraj obejrzałam film „Turtles can
fly”. Do tej pory nie mogę znaleźć słów, które mogłyby opisać to, co
widziałam. Takie obrazy pozostają na długo w pamięci, a może nawet na
zawsze. Często łapię się na tym, że powracają do mnie filmowe sceny,
które kiedyś uderzyły we mnie pięknem, sytuacją lub grą aktorską lub
jeszcze czymś innym; powracają i tak samo jak podczas seansu ściskają
wnętrzności. Okropne i zarazem cudowne uczucie.
28.09.2013
27.09.2013
780. „anonimowy przechodzeń z jednej pustki do drugiej”
18) Wiem, że nadejdzie taki dzień,
taki list, taki człowiek. Wszystko od nowa się rozpocznie. Oto dworcowy
peron, gdy pożegnawszy już, obracasz się, nie czując w sobie niczego i
napotykasz utkwiony w sobie wzrok. Jeszcze nic z niego nie zrozumiesz,
ten ktoś jest ci obojętny, ale to nieważne. On wie, że znalazł się tu
dlatego, że twej pustce potrzebny był znów jakiś początek. Twemu
milczeniu – śmiech. Że właśnie teraz ktoś musi tobie zapalić papierosa.
On jest tu zwyczajnie, ot, przechodził. Taki jeden ktoś, kto wieczorami szlifuje bruki, kto w jednej porządnej knajpie w mieście co miesiąc przepija całą swoją bezsensowną pensję. Kto – jak i ty – cierpi na chorobę miejsca i bycia, dla kogo, być może, coś jeszcze ma znaczenie.
On – jak i ty – przypadkowo znalazł się w tym punkcie czasu i przestrzeni; anonimowy przechodzeń z jednej pustki do drugiej, nim „przyjdzie mu pogrążyć się w ramionach Boga” (kto to powiedział? kto to zrozumiał? kto tę prostotę poją pierwszy?)
- Grzegorz Musiał, „Czeska biżuteria” (1983) On jest tu zwyczajnie, ot, przechodził. Taki jeden ktoś, kto wieczorami szlifuje bruki, kto w jednej porządnej knajpie w mieście co miesiąc przepija całą swoją bezsensowną pensję. Kto – jak i ty – cierpi na chorobę miejsca i bycia, dla kogo, być może, coś jeszcze ma znaczenie.
On – jak i ty – przypadkowo znalazł się w tym punkcie czasu i przestrzeni; anonimowy przechodzeń z jednej pustki do drugiej, nim „przyjdzie mu pogrążyć się w ramionach Boga” (kto to powiedział? kto to zrozumiał? kto tę prostotę poją pierwszy?)
____
Gdy sięgam do książek Grzegorza Musiała –
w całości miałam okazję przeczytać tylko jedną (dostępność w bibliotece
marna) – „W ptaszarni” ; fragmenty innych poznajdywałam w artykułach
lub książkach o literaturze(choć i tak tego niewiele); do tego czytałam
„Dzienni z Iowa” (gdzie był na stypendium literackim) oraz tomik wierszy
„Kraj wzbronionej miłości” – wracając, gdy sięgam do jego książek –
powieści , nie liczy się, że pisze o homoseksualistach w PRL-u, bo to
nie są książki o literaturze stricte homoseksualnej. Dramat bohaterów
polega na tym, że należą do „pokolenia,
które wydało homoseksualistów przeważnie niezdolnych do przemiany w
gejów, obserwujących młody gejowski żywioł z zazdrosnej odległości i
przez pryzmat własnej niemocy”. Właśnie, ilu z nas odczuwa niemoc,
gdy towarzyszy nam poczucie odmienności w relacji do innych osób lub
różnych aspektów życia? Czasem chcemy poczuć się tak samo wolni, a
jednak jesteśmy zablokowani. Nie ma dla nas nigdzie miejsca, bo nie
potrafimy go znaleźć. Próbujemy, ale też uciekamy. Wszystko wydaje się
obce, odległe i już nie wiemy, czy dobrowolnie przyszło nam żyć pod
szklanym kloszem, czy też ktoś ukrył przed nami inne światy. I tak w
książkach Grzegorza Musiała znajdujemy obserwację płynącej
rzeczywistości; zwyczajne życie, w którym od czasu do czasu ktoś się
pojawia. Znajdujemy mieszanie się przeszłości z teraźniejszością,
wspominanie słodko-gorzkich chwil z balansowaniem między poczuciem winy a
poczuciem słuszności czynów. Bohaterom towarzyszy tęsknota za światem,
który nigdy dla nich nie zaistnieje. Ale gdzieś w poczuciu klęski
pojawia się ledwie widoczna nadzieja, której nie powinno być, gdy
zapadamy się w sobie, głębiej i głębiej. Jednak Niebo obiecuje spokój i
szczęście, których nigdy nie znaleźli. I mają wiarę w coś czego nawet
nie potrafią pojąć, ale jest to szczera tęsknota za tym, co obiecuje
ukojenie po wszystkich bolesnych oddechach.
Gdy sięgam do książek Grzegorza Musiała przede wszystkim uderza mnie fakt, że ten pisarz, poeta, tłumacz z języka angielskiego, jest absolwentem Akademii Medycznej w Gdańsku, lekarzem okulistą. Myśl, że obecnie pracuje w Bydgoszczy, przyjmując na co dzień pacjentów w zawodzie wymagającym precyzji, wydaje mi się niesamowita w połączeniu z wrażliwością poetycką. Pójście do gabinetu i uczestniczenie w zwykłym badaniu ostrości wzroku tablicą Snellena w obecności osoby, której biografia nie wybiega poza oficjalne dokonania pisarza – poety, a większości prywatnego życia, lat młodości, miłosnych uniesień, można się jedynie domyślać, jawi się jako fascynujące doświadczenie, zwłaszcza gdy jest się po lekturze książek. Tu nie tylko treść, ale też styl urzeka. Mnie bardzo. Chciałabym zafundować sobie „Czeską biżuterię” (tą ostatecznie mogę przeczytać na raty w czytelni) lub „Al fine” (zwłaszcza tą!), jeśli poza, oczywiście, funduszami, uda mi się znaleźć którąś w sprzedaży, bo z tym też marnie. Swoją drogą, zastanawia mnie, jaka byłaby książka, którą dzisiaj napisałaby pan Musiał. Ostatnie były dzienniki, ale wydane kilka lat temu, powieści pochodzą z lat 90-tych ubiegłego wieku. Jestem ciekawa, tak jakoś.
Gdy sięgam do książek Grzegorza Musiała przede wszystkim uderza mnie fakt, że ten pisarz, poeta, tłumacz z języka angielskiego, jest absolwentem Akademii Medycznej w Gdańsku, lekarzem okulistą. Myśl, że obecnie pracuje w Bydgoszczy, przyjmując na co dzień pacjentów w zawodzie wymagającym precyzji, wydaje mi się niesamowita w połączeniu z wrażliwością poetycką. Pójście do gabinetu i uczestniczenie w zwykłym badaniu ostrości wzroku tablicą Snellena w obecności osoby, której biografia nie wybiega poza oficjalne dokonania pisarza – poety, a większości prywatnego życia, lat młodości, miłosnych uniesień, można się jedynie domyślać, jawi się jako fascynujące doświadczenie, zwłaszcza gdy jest się po lekturze książek. Tu nie tylko treść, ale też styl urzeka. Mnie bardzo. Chciałabym zafundować sobie „Czeską biżuterię” (tą ostatecznie mogę przeczytać na raty w czytelni) lub „Al fine” (zwłaszcza tą!), jeśli poza, oczywiście, funduszami, uda mi się znaleźć którąś w sprzedaży, bo z tym też marnie. Swoją drogą, zastanawia mnie, jaka byłaby książka, którą dzisiaj napisałaby pan Musiał. Ostatnie były dzienniki, ale wydane kilka lat temu, powieści pochodzą z lat 90-tych ubiegłego wieku. Jestem ciekawa, tak jakoś.
24.09.2013
779.
W niedzielę prawie zemdlałam i prawie się udusiłam. W pierwszym
przypadku ocalili mnie inni (mając do końca świadomość całej sytuacji,
mimo pisku w uszach i pogłębiającej się ciemności, chciało mi się śmiać,
jak zawsze, gdy przydarza mi się coś żenującego; zaznaczmy, że nigdy
nie zemdlałam całkowicie) w drugim przypadku sama poradziłam sobie z
zagrożeniem. Szklanka herbaty, stojąca na stole, też była pomocna.
Dzisiaj o pierwszej w nocy, gdy zamierzałam się udać spać, w Kandzie był jeszcze poprzedni dzień, a na facebooku mignęła mi informacja o relacji na żywo z rozdania Polaris Music Prize. Postanowiłam obejrzeć backstage, do momentu prezentacji zespołu Tegan and Sara. (Galę odpuściłam, bo raz, panny Quin są w trasie, więc nie mogły się pojawić, a dwa, występy przeważnie pojawiają się później na youtube. O wynikach też można przeczytać na drugi dzień.) Okazało się, że czekałam godzinę tylko po to, by obejrzeć to samo video, które widziałam kilka dni wcześniej. Wspaniale, co nie? xD
Moje szanse na listopadowy koncert nadal są nijakie, choć za „użyczenie” pokoju brat winien mi jest sto złotych, na którego otrzymanie nawet nie liczę. Człowiek, jeśli czegoś bardzo chce, składa przeróżne deklaracje, a jak przychodzi do ich realizacji, wychodzi figa z makiem, gdy już dostaliśmy to, na czym nam zależało. Tyle dobrego, że nie jestem naiwna i nie wierzę w żadne słowo mojego brata.
Na koniec najważniejsze. Skróciłam włosy o połowę. Mama powiedziała, że wyglądam jak małolata. Cieszę się z odmłodzenia o pięć lat.
Dzisiaj o pierwszej w nocy, gdy zamierzałam się udać spać, w Kandzie był jeszcze poprzedni dzień, a na facebooku mignęła mi informacja o relacji na żywo z rozdania Polaris Music Prize. Postanowiłam obejrzeć backstage, do momentu prezentacji zespołu Tegan and Sara. (Galę odpuściłam, bo raz, panny Quin są w trasie, więc nie mogły się pojawić, a dwa, występy przeważnie pojawiają się później na youtube. O wynikach też można przeczytać na drugi dzień.) Okazało się, że czekałam godzinę tylko po to, by obejrzeć to samo video, które widziałam kilka dni wcześniej. Wspaniale, co nie? xD
Moje szanse na listopadowy koncert nadal są nijakie, choć za „użyczenie” pokoju brat winien mi jest sto złotych, na którego otrzymanie nawet nie liczę. Człowiek, jeśli czegoś bardzo chce, składa przeróżne deklaracje, a jak przychodzi do ich realizacji, wychodzi figa z makiem, gdy już dostaliśmy to, na czym nam zależało. Tyle dobrego, że nie jestem naiwna i nie wierzę w żadne słowo mojego brata.
Na koniec najważniejsze. Skróciłam włosy o połowę. Mama powiedziała, że wyglądam jak małolata. Cieszę się z odmłodzenia o pięć lat.
23.09.2013
778. Zazwyczaj dowalamy sobie za winy niepopełnione...
Zazwyczaj dowalamy sobie za winy
niepopełnione. Przykładowo, gdy coś jawi nam się jako przyczyna tego, iż
rzekomo jesteśmy bezwartościowi, a nasze poczucie bycia gorszym od
innych (bo oczywiście zamiast zaprzestać porównywania się z innymi,
robimy to przy każdej okazji, jakbyśmy nie mogli zbudować siebie od
podstaw, bez ingerencji innych osób, często z poza naszej
rzeczywistości, wnoszących do naszego życia tylko poczucie winy za
niedoskonałości ciała lub umysłu), mówi nam, że warto każdą porażkę w
naszych oczach zakończyć mocnym uderzeniem w siebie samych. A żeby
przypadkiem nie zapomnieć, dokładamy kolejnych ciosów, później coraz
bardziej naturalnie, jakby nasze życie polegało na kolekcjonowaniu
urazów i wynajdywaniu coraz to nowszych luk oddalających od doskonałości
posiadanej przez innych. Takim sposobem skupiamy się na sobie, lecz w
destruktywny sposób. Im bardziej nam się nie udaje, tym bardziej
chodzimy poobijani, przy okazji dowalając wszystkim tym, którzy są
nieskazitelni w naszych oczach, a nie potrafią nam pomóc. Bo skoro mi
przyszło być gorszym, czemu wszyscy ciut lepsi się mną nie zajmą. I nie,
oni nie mają prawa do gorszy dni; przecież i tak mają więcej. Z jednej
strony obwiniamy siebie za syf świata, by z drugiej strony poturbować
też innych, aby nie czuć się obco ze swoim przekonaniem i odciążyć nasze
wypchane negatywnymi uczuciami dusze, które naprawdę zostają jeszcze
bardziej zagracone przez cały chaos wynikający z nieumiejętności i
rozróżnienia przyczyn. I tak, przykładowo, twierdzimy, że jesteśmy
nieatrakcyjni, ale nie możemy być nieatrakcyjni sami z siebie. Nie do
zaakceptowania jest nasza atrakcyjność, nawet, gdy słyszymy zapewnienia o
jej istnieniu i niedorzeczności naszych słów, ale nie, jesteśmy
nieatrakcyjni, tak właśnie myślimy i obwiniamy o to, może, rodziców,
którzy nie zapewnili nam odpowiednich genów, więcej, czemu jeszcze nie
zaczęli zbierać dla nas na operacje plastyczne. Dochodzimy do absurdów i
sami czujemy się potem absurdami i już właściwie nie wiemy, co jest
prawdą, kim jesteśmy w tej plątaninie kłamstw, których nie chcieliśmy,
ale różne sytuacje, nieumiejętnie przetrawione, zaczęły w nas
pielęgnację fałszywych myśli. Żeby było zabawniej, wierzymy tak bardzo w
nasze kłamstwa o niedoskonałości, odrzuceniu przez innych czy naszej
niskiej wartości, że nie potrafimy dostrzec jak uderzamy w innych, gdy
racjonalnymi argumentami próbują dotrzeć do naszych irracjonalnych
przekonań, chcąc wyprowadzić z błędów. Czasem wygląda to tak, jakbyś do
szaleństwa zakochali się w nieodpowiedniej osobie, mordercy czy
gwałcicielu, i nikt nie jest w stanie wykorzenić z nas oślepiającego
uczucia, dopóki sami nie zrozumiemy, że nie tędy droga, jeśli chcemy się
uwolnić. Błądzimy długo, tracimy siły, inni wkoło nas także; zamykamy
się w sobie, oddalamy. Ile lat żyjemy zniewoleni schematami, w które
sami się uwikłaliśmy, bo nikt nie wytłumaczył nam, że coś jest
nieprawdą? Potem łatwiej brnąć nam w znane „jestem zerem”, niż pójść
nową drogą, powiedzieć sobie dosyć i spojrzeć na samego siebie
przychylnym okiem. I jak mamy nie wierzyć innym, gdy nas poniżają, jeśli
sami się poniżamy? Jak mamy lubić innych, gdy nie lubimy siebie? A gdy
nastaje moment przełomu i dostrzegamy, powoli, ale jednak, że jesteśmy
wypchani kłamstwami na temat samych siebie, nie jest łatwiej, bo nagle
orientujemy się, że nie wiemy, kim jesteśmy. Boimy się tego, co
znajdziemy pod stertą brudu. Rany, ciągle otwarte; strach; „wstydliwe”
pragnienie bliskości; łzy nieokazywane nikomu? Dochodzimy do chwili, gdy
chcemy zmian, ale to także nie jest proste. Samemu trudno próbować,
porządkować, gdy ma się tendencje do komplikacji, tworzenia wręcz
burdelu w głowie. To trochę jak z odchudzaniem. Na początku wierzymy w
swoje siły, trzymamy się nowych postanowień, by po jakimś czasie
zanotować kryzys i chęć powrotu do starych przyzwyczajeń. I jest tylko
jedno lekarstwo – inni ludzie. Kto nie przyzna mi racji, że ze wsparciem
jest łatwiej? Kto mi powie, że życzliwie nastawiony do nas człowiek nie
jest cenną siłą dodającą otuchy?
Latami żyłam z nienawiścią do samej
siebie. Nie potrafię wskazać momentu rozpoczynającego; nie potrafię też
wskazać momentu chęci wyrwania się ze szponów negatywnych uczuć. Choć
możliwe, że pewnego razu dowaliłam sobie tak bardzo, iż miałam tylko
dwie drogi: wykrwawienie się na amen lub wołanie o pomoc. (Z głębokości wołam do Ciebie, Panie!, Psalm 130)
Nie chcę snuć opowieści o dokonanych wyborach; o tym, jaka była, a jaka
jestem; zapewniać o zmianach; deklarować poprawę. Chciałabym, żeby to
było widać po mnie, po moim życiu. Tylko wtedy inni uwierzą, że się
zmieniłam.
18.09.2013
777. Oldboy
„Gdy się śmiejesz, świat się śmieje z tobą, kiedy płaczesz, płaczesz w samotności.”
(Oh Dae Su, „Oldboy”)
(Oh Dae Su, „Oldboy”)
Chyba miesiąc temu wspominałam, że muszę
obejrzeć film „Oldboy”(2003). Stało się to dopiero dzisiaj. Koreański
thriller. 10 na 10. Tegoroczny amerykański remake, o którym naprawdę nie
można powiedzieć, że jest remakiem (mimo że już na zwiastunie widać
takie same ujęcia jak w koreańskiej wersji!), gdyż to adaptacja
japońskiej mangi o tym samym tytule, do której wykupiono prawa
autorskie, ale koreański film został zrealizowany w oparciu o tą samą
mangę, więc na jedno wychodzi, dlatego zastanawiam się, jaki jest cel
„kopiowania” filmu po dziecięciu latach i sięganie do tej samej
historii, ujętej (już) świetnie pod względem aktorów (Choi Min Shi
grający głównego bohatera sam wykonał wszystkie triki kaskaderskie),
zdjęć, muzyki? Zarzucenie, że robią to tylko dla kasy, byłoby obrazą dla
osób tworzących film, a jednak… Jako miłośniczka pierwszych wersji,
myślę, że tegoroczny „Oldboy” będzie tylko odgrzewanymi kotletami. Może
oficjalnie to ekranizacja komiksu, ale nie spodziewałabym się tam czegoś
nowego, chyba, że tej amerykańskość (jeśli rozumiecie, co mam
na myśli), która do mnie nie przemawia, zwłaszcza w konkurencji ze
specyfiką i klimatem koreańskiego kina. Twarzy ze skośnookimi oczami i
donośnego głosu, przeradzającego się w darcie mordy (Koreańczycy
ogólnie mówią głośno; już nie mówiąc o śmianiu się) zastąpione „białym”
człowiekiem to już nie to samo. Nawiasem mówiąc, sporo znanych aktorów
odmówiło przyjęcia roli w tegorocznej produkcji. Jestem za to ciekawa,
jak Josh Broiln zje żywą ośmiornicę, której nieumiejętna konsumpcja
prowadzi do śmierci. A może Amerykanin zamiast tego zje jakieś
amerykańskie jedzenie?
13.09.2013
776. Papierosy, kawa i ja?
Przyjechał wujek, by naprawić kran w
łazience. Rozmarzyłam się, gdy pił czarną kawę (nasza lodówka nie miała
tymczasowo mleka) i zapalił papierosa w mieszkaniu, na co wyraziłam
zgodę. Od lat wybiera te same; ciocia – jego żona – także, „Mocne”,
umieszczone w białym opakowaniu.
Wyobrażacie sobie, że nie piję kawy, żadnej? Parę łyków w całym życiu. Uwielbiam jednak jej zapach. Nawet nie gardzę tym, co ma smak kawowy. Jednak sama kawa do mnie nie przemawia; wolę herbatę. Papierosy „paliłam” kilka razy, przy czym palenie jest wzięte w cudzysłów, bo było bez zaciągania się. Raz do filmu, kilka razy dla zabawy. Nie będę się już „chwalić” (dla niektórych nie ma czym), że wszystko było po osiemnastce.
Kiedy wujek pił kawę i palił papierosa, rozmarzyłam się, bo ponura pogoda, jeszcze nie deszczowa, idealnie pasowała do tych dwóch rzeczy. Wyobraziłam sobie samą jako zrujnowaną pisarkę, scenarzystkę i kobietę, która w deszczowe lub śnieżne noce bezsenność pogłębia litrami parującej kawy, a stres wypala w papierosach skręconych w kolorowych bibułkach. Do twarzy byłoby mi z ponurymi myślami, ironią w ustach, mdłym światłem w pokoju, byciem na „nie” i byciem daleko, w rozciągniętym swetrze, za to perfekcyjnym makijażu oraz odrobiną smutku w oczach. Ale z pewnymi rzeczami nie należy się bawić. To, co namalowane atrakcyjnie, w pozornie fascynującym opakowaniu, może okazać się na końcu zgubne. Zguba też pasowałaby do mojego życiorysu, razem z nałogami, więc jej nie chcę, by odrzucić banalność zakończenia.
Wyobrażacie sobie, że nie piję kawy, żadnej? Parę łyków w całym życiu. Uwielbiam jednak jej zapach. Nawet nie gardzę tym, co ma smak kawowy. Jednak sama kawa do mnie nie przemawia; wolę herbatę. Papierosy „paliłam” kilka razy, przy czym palenie jest wzięte w cudzysłów, bo było bez zaciągania się. Raz do filmu, kilka razy dla zabawy. Nie będę się już „chwalić” (dla niektórych nie ma czym), że wszystko było po osiemnastce.
Kiedy wujek pił kawę i palił papierosa, rozmarzyłam się, bo ponura pogoda, jeszcze nie deszczowa, idealnie pasowała do tych dwóch rzeczy. Wyobraziłam sobie samą jako zrujnowaną pisarkę, scenarzystkę i kobietę, która w deszczowe lub śnieżne noce bezsenność pogłębia litrami parującej kawy, a stres wypala w papierosach skręconych w kolorowych bibułkach. Do twarzy byłoby mi z ponurymi myślami, ironią w ustach, mdłym światłem w pokoju, byciem na „nie” i byciem daleko, w rozciągniętym swetrze, za to perfekcyjnym makijażu oraz odrobiną smutku w oczach. Ale z pewnymi rzeczami nie należy się bawić. To, co namalowane atrakcyjnie, w pozornie fascynującym opakowaniu, może okazać się na końcu zgubne. Zguba też pasowałaby do mojego życiorysu, razem z nałogami, więc jej nie chcę, by odrzucić banalność zakończenia.
„Lubię palić. Zapalić papierosa to
jak zapomnieć. Kiedy wszystko się chrzani, tylko to mi zostaje. Zapalić
papierosa i siedzieć cicho. To maskuje gówno. Dym z papierosa pokrywa,
to gówno. Są miętowe, albo waniliowe. Niektórzy takie lubią. Papieros
mentolowy. Papieros waniliowy. Papieros czekoladowy. Papieros
papierosowy. Palenie chroni mnie przed szaleństwem, trzyma mnie przy
życiu. Trzyma przy życiu aż do śmierci.” (z filmu „Wyśnione miłości”)
Gdyby było mnie stać na oba nałogi,
weszłabym w nie, ale gdyby były nieszkodliwe. Kiedyś usłyszałam, że
papierosy do mnie pasują, jakkolwiek to rozumieć. Może wyglądam
atrakcyjniej z dymem przy ustach? (Jeśli w moim przypadku można mówić o
atrakcyjności.) A może jest coś pociągającego w połączeniu dziecinnych
rysów twarzy (mam niewiele ponad dwadzieścia, a ciągle dają mi naście) i
nałogu dla nieletnich? Może to ten obrazek.
Na koniec dodam, uwielbiam występy Placebo z lat 90-tych, gdzie Brian palił papierosa między śpiewaniem, choć podejrzewam, że jego struny głosowe nie były zadowolone z tych poczynań. Uwielbiam też pewną piosenkę zespołu Hey i choć nie palę, nie pijam kawy, to jednak potrafię sobie wyobrazić, co znaczy: „Kocham ten stan, cudowne sam na sam, [...], papierosy, kawa i ja.”
Na koniec dodam, uwielbiam występy Placebo z lat 90-tych, gdzie Brian palił papierosa między śpiewaniem, choć podejrzewam, że jego struny głosowe nie były zadowolone z tych poczynań. Uwielbiam też pewną piosenkę zespołu Hey i choć nie palę, nie pijam kawy, to jednak potrafię sobie wyobrazić, co znaczy: „Kocham ten stan, cudowne sam na sam, [...], papierosy, kawa i ja.”
11.09.2013
775. Przyjaźnie małe i duże.
Historie wplecione w piosenki, kartki książek wypchane opowieściami,
filmy snujące wątki, czy to zbyt wiele fikcyjnych sytuacji, choć
prawdopodobnych i możliwych do zaistnienia, miesza mi w głowie tak
bardzo, że przenoszę je na znajomych i już nie wiem, kto jest kim? Jakie
są nasze role, jaki jest nasz scenariusz, jaka melodia gra nam w
duszach? A może inaczej, może cudze historie otwierają mi oczy i widzę
mnóstwo niedociągnięć, niedomówień, przemilczeń? Nie kłamię, ale też nie
mówię prawdy; nikt nie pyta, nikt nie otrzymuje odpowiedzi; nikt nie
potrzebuje moich słów, które mają wyjaśniać, bo nikt nie wie, co niby
mogłyby wyjaśniać; ostatecznie i zawsze wychodzi na to, że to u mnie
trzeszczy odbiornik. Jak siebie ustawiłam, tak mam. I to mnie wkurza;
gdy moje ustawienie w oczach innych jest kłopotliwe, a najlepiej
powiedzieć, że „znowu sobie coś ubzdurałam”. Dobrze, jeśli moje odczucia
są bzdurą, proszę się nie dziwić, że zaczynam milczeć. Po co wam
kolejne bzdury? Właściwie stać mnie tylko na jedną z tych notek, gdzie w
trakcie gubię się między osobami i mieszam wątki; gdzie wszystko zlewa
się w całość i nikt nie umie odgadnąć, gdzie tkwił problem. A jeśli problemem jestem tylko ja, to będzie dalsza część mojej walki przeciwko sobie samemu, o siebie.
Muszę się wypisać, by potem nie wybuchnąć, przy kimś, bo to nie
prowadzi do niczego dobrego. „Musisz z kimś rozmawiać, bo tłumienie
wszystkiego w sobie do niczego dobrego nie prowadzi.” Bla, bla, bla.
Oczywiście, że nie prowadzi; mam wrzody na duszy. (Umiesz mnie otworzyć,
zrób to.) Jednak mniejsze niż kilka miesięcy temu, mogę się pochwalić.
Od czasu do czasu muszę sobie szczerze porozmawiać, sama ze sobą, bo i
tak ostatecznie zacne gron specjalistów twierdzi, że sobie coś tam
ubzdurałam. Dziękuję za szczerość, która nie jest przyjemna w odbiorze,
ale chociaż wiem, kto traktuje mnie jak zlepek nadprogramowych bzdur.
Spoko. Wiecie, to czasem wygląda tak, jakbym taplam się w gówienku, a
inni się z tego śmieją, gdy ostatecznie obracam wszystko w żart. Spoko,
uwielbiam czarne komedie i nie ma w tym ani odrobiny ironii.
Teraz do innych niewiast. Popatrz, widzisz, dostrzegasz? Moje ciało nie współpracuje z moim wnętrzem; jestem zablokowana, pilnuje każdego ruchu, dobieram starannie słowa, nie umiem okazać radości, nie umiem okazać rozpaczy… nie potrafię tego wszystkiego, gdy jestem z ludźmi. Czuję się niepewnie. Do niedawna myślałam, że tego typu zaburzenia pojawiają się wśród obcych, nieznanych, sporadycznie spotykanych, niestety, teraz już przy wszystkich. Swoboda towarzyszy mi tylko w samotności i przy domownikach. Jestem nader żywiołową osobą; wybucham śmiechem na cały blok, wykrzykuję pojedyncze słowa na całe gardło, komentuję wszystko, co ukazuje mi telewizor, często z najmłodszym bratem. Razem jesteśmy szaleni. Wszystko jest proste, zwyczajne i nieskomplikowane, bo z dala od świata, który nie tyle, co odrzuciłam, ale nie zostałam w nim przyjęta w sposób, jaki chciałam, a innej drogi nie było. Nikt nie chciał prowadzić skomplikowanej marudy, rozumiem. Nigdy nie przypuszczałam, że posunę się tak daleko, że będę coraz bardziej nieobecna, że inni pozwolą mi znikać, a jednak szeptane do snu miesiącami: „po prostu mnie zostawcie, niech samo się rozpadnie” zaistniało. Niestety, niepotrzebnie, bo jak zwykle za późno, gdyż życzenie stało się nieaktualne, kiedy postanowiłam odrobinę urosnąć (chyba tak jak Lilly z „Hotelu New Hampshire”; jej się nie udało, obawiam się, że może mnie spotkać ta sama porażka). Zamieniłam więc dawne życzenie w inne: „powiedz mi jak mam żyć, bo nie wiem, czym jest życie”. Szukam rozwiązania w prostocie, staram się kierować prosto, nie zapętlać, nie stwarzać sztucznych tworów myślowych. Gdy hormony płatają mi figle, do czego jestem przyzwyczajona, gdy brak mi cukru we krwi lub jestem strapiona, zastanawiam się, czy trwa we mnie stan przejściowym czy wręcz permanentny. Rozeznaję czyja to sprawka, że czuję się tak przerażająco nieswojo. Może brudnego smutku, który nie umiera nigdy, a może to coś nowego, jeszcze nienazwanego, co wiedzie nas ku końcu? Na palcach jednej ręki potrafię policzyć, ile razy widziałyśmy się w ciągu dziesięciu miesięcy. Moja wina, moja wina, moja wina. Nagle nie potrafię sobie przypomnieć, jak to było chodzić razem do jednej klasy, na wspólne zakupy, nocne zabawy; przesiadywać godzinami na rozmowach o wszystkim i niczym. Nie wiem, jak to było, gdy nie rozdzielił nasz czas, odległość, własna codzienność – moja coraz bardziej zamknięta, twoja coraz bardziej otwarta. Czy nie mam racji twierdząc, że brak wspólnie przebytego czasu osłabia więzi? Jednak wiem, że nie to szwankuje. Przecież bywa, że nie widuję kogoś często, nas też nie pierwszy raz wciągnęło własne życie, ale z drugiej strony są tacy, których nie widziałam przecież nigdy, a gdy przywołuję w myślach ich postaci, są jakby bliższe; mogę przeżyć z nimi wszystko, tak jak tylko zechcę. Czy wydają się bliższymi, bo nie przeżyłam z nimi jeszcze nic? Czy to daje mi komfort namalowanie siebie, jak tylko zechcę, bez uników? Mam wrażenie, że weszłam w rolę, której wcale nie chciałam przyjąć, ale dostałam taką, lepszej nie było, a ja chciałam przeżyć, więc gram. I zapomniałam o wszystkich twoich ulubionych rzeczach, nie chciałam znać twoich znajomych (wybacz, akurat tutaj się cieszę, że nie poznałam tej pewnej połowy, bo byłoby ze mną jeszcze gorzej), nie nauczyłam się prześladować twoich dni, choć powinnam skupić się na znanym niż cudzym, ale naiwnie uwierzyłam, że nic nie rozdziela osób takich jak my. Zapomniałam, że skrzywiam się, gdy mnie nie prostują i gdy myślę tak, nie umiem już inaczej, a potem wszystko mi się plącze i nie potrafię znaleźć tego jednego, małego, cholernej błędu, który uruchomił domino, zmieniając wszystko na zawsze. Bo dla mnie już nic nie będzie takie jak dawniej. Nie jest mi dobrze, gdy o tym piszę; jest mi przykro, że wszystko toczy się w ten sposób; niezbadany, nieoczekiwany, nieunikniony. Jednak na tym nie kończy się świat, prawda? Prędzej czy później to musiało się stać. Lepiej, że przyszło wcześniej i niespostrzeżenie. To nie tak, że nie posiadam żadnych wspomnień; mam ich mnóstwo, są piękne i wyraźnie, ale też bolesne, zwłaszcza w porównaniu z tym, że nie potrafię rozpoznać dawnych emocji i uczuć; wszystko wydaje się chłodne i niedostępne. Pamiętam etapy, które odłączały nas po trochu. Ale odłączenia nie muszą być złe. Może jeszcze wyjdzie nam to na zdrowie?
Przesiaduję tygodniami w domu, nie prowokuję myśli, porządkuję dni, a potem muszę iść i żyć, ale jak, gdy świat jest chaosem? Otwieram słoik z porzeczkowym sokiem i rozlewam go na podłogę; wzdrygam się na sygnał dzwoniącej komórki; denerwuję się, gdy mówię; uśmiecham się nienaturalnie; staram się nie analizować wyglądu; nie łączyć faktów, zapomnieć o historiach nie należących do mnie; godzę się z faktem, że dorosłyśmy i rozdzieliłyśmy. Nigdy już nie połączy nas to, co zaiskrzyło, gdy tańczyłyśmy razem na zabawie choinkowej w zerówce. Momentami nawet dochodzę do wniosku, że gdybyśmy nie poznały się jako dzieci, a byłybyśmy teraz tymi osobami, którymi jesteśmy, lecz nie poznanymi ze sobą, nie udałoby się nam zawrzeć znajomości, a co dopiero zaprzyjaźnić tak mocno. (Może dlatego teraz pozostało już tylko spadanie?) Być może ta wypowiedź zahacza o brutalność, ale jest tylko luźną myślą, gdybaniem, które ostatecznie nie znaczy wiele; przecież znamy się od lat. Jeśli jednak cię uderzy, po tym, jak w prosty sposób tutaj dojdziesz, nakierowana (oczywiście) przeze mnie, przypomnij sobie jak próbowałam nie płakać przy mojej małej spowiedzi, a ty obiecałaś, że będziesz przeglądać tego przeklętego bloga, a nie zajrzałaś na niego ani razu, bo nawet nie przyszło ci do głowy, by poprosić o adres, którego przez te wszystkie lata nawet nie zapisałaś. I to nie tak, że mam pretensje. Nigdy nie wymuszam na innych zainteresowania moją osobą. Łatwiej pogodzić się z byciem nudną i niechcianą, niż tracić energię na bycie zauważoną. Może czasem fajnie poczytać, jak ktoś wypruwa sobie flaki w szarej rzeczywistości, ale na dłuższą metę poświęcić potrafi się niewielu i trwać. Przecież wiem, wszyscy bywamy przemęczeni. Sama przyznałam się do zapominania o innych, o tobie też. Ale nie oszukujmy się, jesteś przeciwieństwem mnie.
Próbuję odgadnąć, jakim cudem znam te wszystkie osoby, które znam (w realnym i internetowym świecie), choć są diametralnie różne ode mnie i właściwie nie mamy prawa się znać. Może dlatego, że wszystko jest za mało głębokie, a może przeciwnie, bardzo głębokie i wychodzące poza powierzchowność? A może jesteśmy za bardzo od siebie oddaleni i dzięki temu nie uderzamy boleśnie w swoją codzienność, tylko tak, od czasu do czasu się poszturchamy? Mamy dobre kontakty, bo mamy rzadkie kontakty; mamy rzadkie, więc są słabe. Łączy nas wiele podobnych przeżyć, ale ostatecznie nie łączy nas nic poza wymianą myśli. Chciałam tylko kogoś, z kim mogłabym spędzać beztrosko czas, ale nie dostałam nikogo, chyba za karę, i pozostałam teraz bez siły na jakiekolwiek próby podchodzenia zbyt blisko do ludzi. Gorzej, momentami przeraża mnie moja własna obojętność, której nie chcę, ale ona jest. Momentami brak mi siły. Ostatecznie staram się… staram się nie zabić.
Notkę piszę już trzeci wieczór, może nawet chciałam jej już nie dodawać, gdy wiem, jak bardzo jest nielogiczna, bo co raz zaprzeczam sobie samej. Do tego natrafiłam na wykład, w którym była mowa o strachu. Strach zniewala, boimy się, że coś się nie uda, boimy się, że jesteśmy nieatrakcyjni, niewykształceni, marni, źli, nieporadni, biedni, niekochani, zniewoleni, że nie będziemy umieli żyć bez tego, czy tamtego, że taki albo taki ruch przyniesie nasz koniec i nie damy rady, nie wytrzymamy już dłużej. Lecz, gdzie jest źródło strachu? Rozpoznajecie źródła swoich leków? Moje są nabyte, wlane, niekontrolowane. Tyle jeszcze przede mną, choć już odrapałam morza strachu, i ciągle jestem, i ciągle wierzę. Nie lękajcie się. Może dlatego postanowiłam dodać tą notkę, by nie unikać prawdy niedopuszczonej przez strach. Nie chcę bać się swoich słabości. Chcę obnażyć je przed innymi, by wiedzieli. Wychodzić, być i nie bać się porażek. Nie dać się strachowi. Przestać być obserwatorem; zacząć być aktywnym, wyrywać się i wyjść zza bezpiecznego ”wszystko w porządku, jakoś leci”. Dlatego dodaję tą notkę, bo nie jest dobrze być samemu ze zgniłymi myślami. Boję się, że jednak nie ominę otwartych okien. „Mijaj zdrów otwarte okna.” Nie jestem zdrowa, jeszcze nie. Ale to nie znaczy, że mam przez któreś wyskoczyć, już, zaraz teraz, prawda? (Chociaż ta scena w filmie „Hotel New Hampshire” była akurat piękna, lecz sam film dział się zbyt szybko, zwłaszcza, gdy oglądało się go po zapoznaniu z książką.) Teraz pora zostawić za sobą niepoprawne, przygnębiające myśli, wziąć głęboki oddech, spiąć pośladki i próbować do końca. Nie. Teraz pora na sen. Już po pierwszej.
Teraz do innych niewiast. Popatrz, widzisz, dostrzegasz? Moje ciało nie współpracuje z moim wnętrzem; jestem zablokowana, pilnuje każdego ruchu, dobieram starannie słowa, nie umiem okazać radości, nie umiem okazać rozpaczy… nie potrafię tego wszystkiego, gdy jestem z ludźmi. Czuję się niepewnie. Do niedawna myślałam, że tego typu zaburzenia pojawiają się wśród obcych, nieznanych, sporadycznie spotykanych, niestety, teraz już przy wszystkich. Swoboda towarzyszy mi tylko w samotności i przy domownikach. Jestem nader żywiołową osobą; wybucham śmiechem na cały blok, wykrzykuję pojedyncze słowa na całe gardło, komentuję wszystko, co ukazuje mi telewizor, często z najmłodszym bratem. Razem jesteśmy szaleni. Wszystko jest proste, zwyczajne i nieskomplikowane, bo z dala od świata, który nie tyle, co odrzuciłam, ale nie zostałam w nim przyjęta w sposób, jaki chciałam, a innej drogi nie było. Nikt nie chciał prowadzić skomplikowanej marudy, rozumiem. Nigdy nie przypuszczałam, że posunę się tak daleko, że będę coraz bardziej nieobecna, że inni pozwolą mi znikać, a jednak szeptane do snu miesiącami: „po prostu mnie zostawcie, niech samo się rozpadnie” zaistniało. Niestety, niepotrzebnie, bo jak zwykle za późno, gdyż życzenie stało się nieaktualne, kiedy postanowiłam odrobinę urosnąć (chyba tak jak Lilly z „Hotelu New Hampshire”; jej się nie udało, obawiam się, że może mnie spotkać ta sama porażka). Zamieniłam więc dawne życzenie w inne: „powiedz mi jak mam żyć, bo nie wiem, czym jest życie”. Szukam rozwiązania w prostocie, staram się kierować prosto, nie zapętlać, nie stwarzać sztucznych tworów myślowych. Gdy hormony płatają mi figle, do czego jestem przyzwyczajona, gdy brak mi cukru we krwi lub jestem strapiona, zastanawiam się, czy trwa we mnie stan przejściowym czy wręcz permanentny. Rozeznaję czyja to sprawka, że czuję się tak przerażająco nieswojo. Może brudnego smutku, który nie umiera nigdy, a może to coś nowego, jeszcze nienazwanego, co wiedzie nas ku końcu? Na palcach jednej ręki potrafię policzyć, ile razy widziałyśmy się w ciągu dziesięciu miesięcy. Moja wina, moja wina, moja wina. Nagle nie potrafię sobie przypomnieć, jak to było chodzić razem do jednej klasy, na wspólne zakupy, nocne zabawy; przesiadywać godzinami na rozmowach o wszystkim i niczym. Nie wiem, jak to było, gdy nie rozdzielił nasz czas, odległość, własna codzienność – moja coraz bardziej zamknięta, twoja coraz bardziej otwarta. Czy nie mam racji twierdząc, że brak wspólnie przebytego czasu osłabia więzi? Jednak wiem, że nie to szwankuje. Przecież bywa, że nie widuję kogoś często, nas też nie pierwszy raz wciągnęło własne życie, ale z drugiej strony są tacy, których nie widziałam przecież nigdy, a gdy przywołuję w myślach ich postaci, są jakby bliższe; mogę przeżyć z nimi wszystko, tak jak tylko zechcę. Czy wydają się bliższymi, bo nie przeżyłam z nimi jeszcze nic? Czy to daje mi komfort namalowanie siebie, jak tylko zechcę, bez uników? Mam wrażenie, że weszłam w rolę, której wcale nie chciałam przyjąć, ale dostałam taką, lepszej nie było, a ja chciałam przeżyć, więc gram. I zapomniałam o wszystkich twoich ulubionych rzeczach, nie chciałam znać twoich znajomych (wybacz, akurat tutaj się cieszę, że nie poznałam tej pewnej połowy, bo byłoby ze mną jeszcze gorzej), nie nauczyłam się prześladować twoich dni, choć powinnam skupić się na znanym niż cudzym, ale naiwnie uwierzyłam, że nic nie rozdziela osób takich jak my. Zapomniałam, że skrzywiam się, gdy mnie nie prostują i gdy myślę tak, nie umiem już inaczej, a potem wszystko mi się plącze i nie potrafię znaleźć tego jednego, małego, cholernej błędu, który uruchomił domino, zmieniając wszystko na zawsze. Bo dla mnie już nic nie będzie takie jak dawniej. Nie jest mi dobrze, gdy o tym piszę; jest mi przykro, że wszystko toczy się w ten sposób; niezbadany, nieoczekiwany, nieunikniony. Jednak na tym nie kończy się świat, prawda? Prędzej czy później to musiało się stać. Lepiej, że przyszło wcześniej i niespostrzeżenie. To nie tak, że nie posiadam żadnych wspomnień; mam ich mnóstwo, są piękne i wyraźnie, ale też bolesne, zwłaszcza w porównaniu z tym, że nie potrafię rozpoznać dawnych emocji i uczuć; wszystko wydaje się chłodne i niedostępne. Pamiętam etapy, które odłączały nas po trochu. Ale odłączenia nie muszą być złe. Może jeszcze wyjdzie nam to na zdrowie?
Przesiaduję tygodniami w domu, nie prowokuję myśli, porządkuję dni, a potem muszę iść i żyć, ale jak, gdy świat jest chaosem? Otwieram słoik z porzeczkowym sokiem i rozlewam go na podłogę; wzdrygam się na sygnał dzwoniącej komórki; denerwuję się, gdy mówię; uśmiecham się nienaturalnie; staram się nie analizować wyglądu; nie łączyć faktów, zapomnieć o historiach nie należących do mnie; godzę się z faktem, że dorosłyśmy i rozdzieliłyśmy. Nigdy już nie połączy nas to, co zaiskrzyło, gdy tańczyłyśmy razem na zabawie choinkowej w zerówce. Momentami nawet dochodzę do wniosku, że gdybyśmy nie poznały się jako dzieci, a byłybyśmy teraz tymi osobami, którymi jesteśmy, lecz nie poznanymi ze sobą, nie udałoby się nam zawrzeć znajomości, a co dopiero zaprzyjaźnić tak mocno. (Może dlatego teraz pozostało już tylko spadanie?) Być może ta wypowiedź zahacza o brutalność, ale jest tylko luźną myślą, gdybaniem, które ostatecznie nie znaczy wiele; przecież znamy się od lat. Jeśli jednak cię uderzy, po tym, jak w prosty sposób tutaj dojdziesz, nakierowana (oczywiście) przeze mnie, przypomnij sobie jak próbowałam nie płakać przy mojej małej spowiedzi, a ty obiecałaś, że będziesz przeglądać tego przeklętego bloga, a nie zajrzałaś na niego ani razu, bo nawet nie przyszło ci do głowy, by poprosić o adres, którego przez te wszystkie lata nawet nie zapisałaś. I to nie tak, że mam pretensje. Nigdy nie wymuszam na innych zainteresowania moją osobą. Łatwiej pogodzić się z byciem nudną i niechcianą, niż tracić energię na bycie zauważoną. Może czasem fajnie poczytać, jak ktoś wypruwa sobie flaki w szarej rzeczywistości, ale na dłuższą metę poświęcić potrafi się niewielu i trwać. Przecież wiem, wszyscy bywamy przemęczeni. Sama przyznałam się do zapominania o innych, o tobie też. Ale nie oszukujmy się, jesteś przeciwieństwem mnie.
Próbuję odgadnąć, jakim cudem znam te wszystkie osoby, które znam (w realnym i internetowym świecie), choć są diametralnie różne ode mnie i właściwie nie mamy prawa się znać. Może dlatego, że wszystko jest za mało głębokie, a może przeciwnie, bardzo głębokie i wychodzące poza powierzchowność? A może jesteśmy za bardzo od siebie oddaleni i dzięki temu nie uderzamy boleśnie w swoją codzienność, tylko tak, od czasu do czasu się poszturchamy? Mamy dobre kontakty, bo mamy rzadkie kontakty; mamy rzadkie, więc są słabe. Łączy nas wiele podobnych przeżyć, ale ostatecznie nie łączy nas nic poza wymianą myśli. Chciałam tylko kogoś, z kim mogłabym spędzać beztrosko czas, ale nie dostałam nikogo, chyba za karę, i pozostałam teraz bez siły na jakiekolwiek próby podchodzenia zbyt blisko do ludzi. Gorzej, momentami przeraża mnie moja własna obojętność, której nie chcę, ale ona jest. Momentami brak mi siły. Ostatecznie staram się… staram się nie zabić.
Notkę piszę już trzeci wieczór, może nawet chciałam jej już nie dodawać, gdy wiem, jak bardzo jest nielogiczna, bo co raz zaprzeczam sobie samej. Do tego natrafiłam na wykład, w którym była mowa o strachu. Strach zniewala, boimy się, że coś się nie uda, boimy się, że jesteśmy nieatrakcyjni, niewykształceni, marni, źli, nieporadni, biedni, niekochani, zniewoleni, że nie będziemy umieli żyć bez tego, czy tamtego, że taki albo taki ruch przyniesie nasz koniec i nie damy rady, nie wytrzymamy już dłużej. Lecz, gdzie jest źródło strachu? Rozpoznajecie źródła swoich leków? Moje są nabyte, wlane, niekontrolowane. Tyle jeszcze przede mną, choć już odrapałam morza strachu, i ciągle jestem, i ciągle wierzę. Nie lękajcie się. Może dlatego postanowiłam dodać tą notkę, by nie unikać prawdy niedopuszczonej przez strach. Nie chcę bać się swoich słabości. Chcę obnażyć je przed innymi, by wiedzieli. Wychodzić, być i nie bać się porażek. Nie dać się strachowi. Przestać być obserwatorem; zacząć być aktywnym, wyrywać się i wyjść zza bezpiecznego ”wszystko w porządku, jakoś leci”. Dlatego dodaję tą notkę, bo nie jest dobrze być samemu ze zgniłymi myślami. Boję się, że jednak nie ominę otwartych okien. „Mijaj zdrów otwarte okna.” Nie jestem zdrowa, jeszcze nie. Ale to nie znaczy, że mam przez któreś wyskoczyć, już, zaraz teraz, prawda? (Chociaż ta scena w filmie „Hotel New Hampshire” była akurat piękna, lecz sam film dział się zbyt szybko, zwłaszcza, gdy oglądało się go po zapoznaniu z książką.) Teraz pora zostawić za sobą niepoprawne, przygnębiające myśli, wziąć głęboki oddech, spiąć pośladki i próbować do końca. Nie. Teraz pora na sen. Już po pierwszej.
| (Cytat z książki „Hotel New Hampshire”, zdjęcie moje.) |
Wczoraj zapomniałam wspomnieć, że
ostatecznie i tak chciałabym zabawić się w gospodynię (którą nigdy nie
była i nawet nie umiem być, ale postarałabym się, obiecuję) i zrobić
cudowne przyjęcie, na które zaprosiłabym każdą osobę, z którą mam/miałam
bliższy kontakt (fakt, nie byłoby to wielkie party). Potem
podeszłabym do każdej osoby z osobna i porozmawiała, dzieląc się
wszystkimi związanymi z nią myślami. Na koniec podziękowałabym za
wszystko, mocno ściskając. Może to przyjęcie wyglądałoby trochę jak etap
przejścia wiodący ku wyjaśnieniu, zamknięciu i zniknięciu i może tym by
była ta zabawa do rana, ale może byłoby to odejście od dawnego,
nieuporządkowanego i wejście w nowe, uporządkowane. Och, aż przypominają
mi się tutaj wykłady z Antropologii kultury i słynne rytuały przejścia. Właśnie, przejdźmy przez to razem, kiedyś, bo na razie nadal jesteśmy daleko, za daleko.
7.09.2013
774. „Mijaj zdrów otwarte okna”
Ostatnie dwa wpisy są już kłamstwem. Książka „Hotel New Hampshire”
okazała się świetna. Im bliżej byłam końca, tym wolniej czytałam; było
mi szkoda rozstawiać się z niesamowitą przygodą. (544 strony minęły
szybko, więc już mam kolejną książkę pana Irivinga i 738 nowych stron.)
Dowiedziałam się, o kim pisała Sara w swoich piosenkach, dopasowałam
sytuacje do słów. Ponadto zastanawiam się, co/kto jest moim
niedźwiedziem. Nauczyłam się, że smutek nie umiera nigdy i smutek z definicji nie bywa miły.
No i zamiast „powodzenia” mam ochotę mówić „mijaj zdrów otwarte okna”.
Miałam nie popełniać zbrodni oglądania ekranizacji, ale już ściągnęłam
film. Chcę się rozczarować osobiście. A jeśli powiem, że chciałabym
pomieszkać w hotelu, czy kiedyś mi się uda? Książki jednak bywają
niebezpieczne; przewracają w głowie. Hotel.
2.09.2013
773. There was a terrible storm…
Uderzyła mnie ciemność o dwudziestej, silny wiatr i deszcz za dnia, gdy
miałam ochotę usiąść na balkonie z książką w ręku i zacząć topić się od
promieni słońca. Nie pamiętam, czy tego lata było lato. Kiedy większość
dni przebywa się w domu, bez różnicy, jaki jest świat. Zanim nastały
wakacje, była upalna sesja egzaminacyjna. Potem nastały gorące noce
pełne robaków oblepiających sufit. Musiałam pić dużo wody, co jest
zadziwiającym i tylko letnim zjawiskiem. Czasem mam wrażenie, że zimą
mogłabym nie pić wcale. Opaliłam jedynie stopy, które wystawały spod
długich spódnic, może nieznacznie też dekolt, reszta mnie wygląda na
nietkniętą. Od kilu dni narzucam na ramiona sweter. Dziwnie patrzeć
przez kuchenne okno na szkołę, mnóstwo zaparkowanych samochodów i tłumy
odświętnie ubranych dzieci, nie należąc do całego zamieszania. Miło
oddychać z ulgą, że szkoła należy do przeszłości. W liceum wychowawczyni
mówiła, że będziemy tęsknić za tym czasem. Gówno prawda. Już bardziej
jestem w stanie uwierzyć, że będzie brakować mi studenckich czasów, choć
ani nie były imprezowo-pijacko-towarzyskie, ani naukowo-kujonowe,
ale nie były też byle jakie, mogłabym wspominać wiele i długo, i
jeszcze się nie skończyły. Miałam sen o bliźniaczkach Quin, a potem
ogłosili pierwszy koncert zespołu w Polsce. Zbieg okoliczności
zaskakuje, lecz to, że nie posiadam ani pieniędzy, ani osoby, która
udałaby się wraz ze mną, nie jest żadnym zaskoczeniem. Poraża mnie fakt,
że mam kilku świetnych znajomych, a jednak wszyscy różnią się ode mnie
pod względem upodobań. Na logikę biorąc, tylko P. mogłaby ze mną
zaszaleć, gdyby nie mieszkała na drugim końcu Polski. Nie lubię jednak
momentów, w których moja lista rzeczy nieosiągalnych się powiększa. Wolę
wypierać ze świadomości przykre rzeczy. (Żebyście widzieli jak
próbowałam nie płakać, gdy płakałam. Haha.) Nie warto zalewać
negatywnymi uczuciami szarych dni, by nie zrobiło się z tego bagno, z
którego trudno się wydostać. Cały dzień pocieszałam się więc książką
„Hotel New Hampshire”, która jest lepsza niż się spodziewałam po
pierwszych kartkach. Czarna komedia, o którym zapewnia opis zawarty na
tylnej okładce, bardzo mi odpowiadania. Jest nawet adaptacja filmowa,
która mówi, że jest nieporozumieniem i nie należy jej oglądać, a ja
wierzę na słowo, nie zamierzam sprawdzać. Sara była rozczarowana.
Właśnie, nie odkryłam jeszcze źródła tekstu piosenek, aczkolwiek wiem, w
których relacjach go szukać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)