30.12.2017

961. Podsumowanie roku.

Byłabym niewdzięczna pisząc, że nie spotkało mnie nic dobrego w mającym roku, prawda? Oczywiście chciałam to zrobić, chciałam napisać jak bardzo zawiodłam się na tym roku, ale prawda jest taka, że zawiodłam samą siebie, bo ostatecznie zawsze jestem winna, ale pomyślałam, że powspominam dobre rzeczy, aby na końcu stwierdzić, że były chwilą, która i tak przeminęła.
Najpierw był styczeń. Od razu przed oczami maluje mi się obraz imprezy integracyjnej z osobami z byłej już pracy. Bawiliśmy się w domku pośrodku ciemnego lasu, bez świadków i zasięgu. Mieliśmy nawet ognisko i ciepłe kiełbaski jedzone na mrozie. Nigdy nie spędziłam tak fantastycznie czasu z obcymi ludźmi jak podczas tamtej zimowej nocy. Boże, jak bardzo chciałabym kiedyś znowu przetańczyć noc bez obawy uszkodzenia słuchu, poczucia, że muszę na siłę być bardziej towarzyszką, bo wymaga tego ode mnie otoczenie i z ludźmi, którzy bez obaw potrafią się bawić na całego, choć nie staczają się do nieprzyzwoitego poziomu.
Zima nigdy nie wydawała mi się tak przyjemna jak tamtej nocy. Byłam więc naiwnie przekonana, że tak pomyślnie rozpoczęty rok w końcu przyniesie równie pomyślne rozwiązania. Niestety, zapomniałam, że Sylwestra spędziłam w domu naćpana antybiotykami, a może już wtedy byłam po ostatniej dawce, czyli sto dwudziestej tabletce, co nie zmienia tego, że nie mogłam czuć się dobrze, bo przykładowo flora bakteryjna po antybiotykoterapi odbudowuje się nawet przez rok czasu. Nadal nie wierzę, że wepchnęłam w siebie tyle leków w ciągu dziesięciu dni i cierpiałam z powodu skutków ubocznych, a jak to mówi stare powiedzenie, jaki nowy rok taki cały rok. Wprawdzie udało mi się zwalczyć bakterię w żołądku i pozbyć anemii, choć nie stosowałam się potem do zaleceń lekarza i zrezygnowałam zarówno z wizyt kontrolnych u gastrologa jak i hematologa. Nie przeszkodziło mi w uznaniu siebie za osobę zdrową na ciele. Resztę roku przetrwałam bez wizyt u lekarzy i mam się dobrze. Mój najmłodszy brat obecnie choruje, ksiądz na ambonie wspominał o krążących wirusach, a kobiety w sklepie rozmawiały o przechorowanych świętach, więc moja odporność naprawdę się poprawiła i nie licząc dożywotnich szumów usznych i mętów/muszek w oczach, jestem zdrowa, więc mogę przyznać, ten rok dał mi siłę fizyczną (nie licząc porażki w odzieży używanej), więc mogę być wdzięczna za to, że moje dwuletnie wycieczki po gabinetach lekarskich w tym roku dobiegły końca.
Zima była wyjątkowo wypełniona miłymi wspomnieniami. Pamiętam, że udało mi się kilka razy wyjść na piwo i pizzę ze znajomi, mi, osobie, która sporadycznie pije alkohol i nie ma znajomych na wieczorne wyjścia. Po zimie nastała wiosna, a ja nadal wychodziłam na piwo i miałam znajomych. Nigdy nie zapomnę tego jednego wieczornego spotkania w marcu, kiedy obcy ludzie stali mi się wyjątkowo bliscy, ale nie zapomnę szczególnie jednego momentu. Kiedy wyszłam odebrać dzwoniący telefon, młodszy kolega wyszedł za mną do łazienki (choć nie wiem, czy mógł zrobić to specjalnie). Tak spotkaliśmy się w przejściu i nie wróciliśmy już do towarzystwa. Trochę szkoda, że nasz rozmowa trwała zaledwie dziesięć minut, bo jak zwykle musiałam być pierwszą, która wychodzi ze względu na brak powrotnego transportu do domu. (Czy naprawdę muszę być Kopciuszkiem i wychodzić przed północą z każdego “balu”?) Mimo to moment, gdy siedzieliśmy na schodach rozmawiając, a on spontanicznie pokazał mi swój tatuaż, wyjątkowo utkwił mi w pamięci. Potem widywaliśmy się przelotem w pracy. Czasem mogliśmy porozmawiać, gdy w biurze był mniejszy ruch. Jestem wdzięczna za wszystkie polecone filmy i seriale (naprawdę uwielbiam, gdy podsyła mi tytuły do obejrzenia, choć ostatnio oglądam więcej koreańskich programów rozrywkowych niż filmów) oraz późniejsze słowa otuchy, gdy oboje odeszliśmy z pracy i rozmawialiśmy na messengerze zarywając noc. Nie zapomnę też zaskakującego uścisku na pożegnanie po tamtej rozmowie na schodach oraz niezjedzonego pożegnalnego ciasta, które sama zrobiłam. Nie dziwę się, że masz tyle koleżanek, bo sprawiasz, że czują się przy Tobie komfortowo i szkoda, że nigdy nie zostanę jedną z nich, bo ile mogę mieć znajomych na odległość i przez internet, spotykanych raz na rok, a może nawet i nie. Mimo to cieszę, że mogłam słuchać Twoich żartów i tego jak potrafisz śmiać się z siebie, choć czasem miałam wrażenie, że gdzieś w tym pozytywnym i żartobliwym sposobie bycia musi być drobne oszustwo. Wygląda to tak, jakbym poświęciła Tobie dużo myśli w tym roku, ale to nieprawda, w tym roku myślałam więcej o kimś innym, prawdopodobnie o sobie samej. Myślę, że dzięki osobom ze swojej byłej pracy uwierzyłam, że mogę być całkiem normalna, a jednocześnie uświadomiłam sobie, że daleko mi do odnalezienia się w realnym świecie. Postanowiłam więc zmienić miejsce pracy i tak oto wielkie marzenia okazały się wielką porażką, bo w grudniu zaczęłam siódmy miesiąc bezrobocia.
Mogę powiedzieć, że brak pracy to największe rozczarowanie tego roku, które zafundowałam sobie przez własną naiwność i głupią wiarę w to, że mogę być kimś innym. Miałam jednak pisać o rzeczach, za które jestem wdzięczna, więc już wracam na odpowiedni tor. Bezrobocie dało mi lato wypełnione po brzegi samotnymi rowerowymi przejażdżkami, w otoczeniu natury, po terenach nigdy dotąd nieodkrytych miejsc. Zwiedziłam las, w którym znajdował się domek z zimowej imprezy wspomnianej na początku. Tak naprawdę zaczęłam jeździć po tamtejszych stronach, aby sprawdzić, czy odnajdę to miejsce w dziennej letniej scenerii i udało mi się dopiero przy kolejnym podejściu. Po odkryciu postanowiłam “zaliczyć” wszystkie oznaczone drogi w tamtych stronach, co dawało kilkadziesiąt kilometrów dziennie. Jeździłam całymi dniami we wszystkie strony świata od swojego miejsca zamieszkania, co prawdopodobnie było swego rodzaju syndromem ucieczki; pewnie dlatego niewiele się u mnie zmieniło, bo powinnam starać się bardziej zamiast jeździć tu i tam, jakby życie polegało tylko na tym. Musiałam jednak uciec od myśli, która sugerowała, że mam ochotę zarzucić na szyję sznur i pozbyć się wszystkich problemów za jednym zamachem. Co gorsza wiedziałam, że nigdy tego sznura nie zacisnę i byłam równie przerażona faktem, że w moim świecie nie istnieje prawdziwa ucieczka od problemów. Wyjeździłam rowerem trochę zmartwień, a do tego okryłam nieznane okolice, których poznawać nie miałam nigdy potrzeby, a które teraz trochę polubiłam, czując się jak turystka odkrywająca magiczne miejsca. Sprawiało mi to dużo dziecięcej frajdy, zwłaszcza, że będąc w drodze zawsze czuję tę wolność, a ruch sprawia wrażenie, jakby wszystko mogło się wydarzyć.Oczywiście po drodze nie wydarzyło się zupełnie nic, co mogłoby zmienić moją rzeczywistość, ale dzięki tak dużej ilości duchu moje poczucie winy z powodu jedzenia wynosiło zero. Chciałabym udać się do “zaczarowanego” lasu także zimą; zdjęcia wyszłyby tam bardzo ładnie, zwłaszcza nad zamarzniętym stawem, ale choć mamy kalendarzową zimę, nie mamy śniegu ani mrozu, a nawet gdybyśmy mieli, nie mam pojęcia, kto mnie by tam zawiózł, bo na pewno nie rower.
Tegoroczne lato pozwoliło mi również na dwa wyjazdy do dużych miast: Warszawy i Poznania. W Warszawie po dziesięciu latach internetowej znajomości spotkałam E. Aż chce się krzyknąć - w końcu! Ten sierpniowy upalny dzień był niesamowity, nie tylko dlatego, że poszłyśmy razem na koncert, a przecież nie mogę chodzić na koncerty, ale dlatego, że poczułam dawno zagubioną swobodę przy obecności drugiej osoby. Miałam wrażenie, że spędzam czas z kimś, kogo widuję na co dzień, co do końca nie było kłamstwem, bo ostatnie dwa lata pisałyśmy ze sobą codziennie. Brzmi nierealnie, nawet dla mnie, ale jest faktem. Szkoda tylko, że nie opuszcza mnie wrażenie, iż było to nasze jedyne spotkanie w realnym świecie. W tym niemożliwym przekonaniu utwierdza mnie doświadczenie, które pokazało mi, że czekam latami na pierwsze spotkanie, a gdy już następuje, jest krótkie i intensywne, po czym blednie, a czekanie na kolejne nie dobiega końca. Czasem zastanawiam się, czy mam takiego pecha, czy naprawdę niektóre osoby dane mi jest spotkać tylko raz.
W Poznaniu byłam po raz pierwszy i spędziłam tam kilka dni w odwiedzinach u przyjaciółki. Od lat nie spędziłyśmy ze sobą tylu dni we dwie, ale stało się tak tylko dzięki temu, że mąż pojechał na szkolenie. W dodatku jak za dawnych czasów spałyśmy w jednym łóżku, choć właściwie nie do końca jak za dawnych, bo spałyśmy teraz we trójkę. Przyjaciółka była wtedy w ciąży, więc oprócz dotrzymywania jej towarzystwa, mogłam trochę pomóc. Najbardziej z tamtych dni pamiętam wizytę w palmiarni i mogłabym pracować w takim miejscu, gdyby istniała taka możliwość, a jak wiemy, taka możliwość nie istnieje.
Skanuję w pamięci resztę roku i dociera do mnie, że w tym roku po raz pierwszy w życiu nie odpisałam na czyjąś wiadomość. Czasem dziwnie mi z tym faktem, bo nawet jeśli nie daję sobie rady z jakąś relacją, piszę o tym drugiej osobie wprost, tymczasem całkowicie zignorowałam próbę kontaktu ze mną i wyszło mi to na dobre. Trudno uwierzyć, że obudził się we mnie zdrowy egoizm, ale jestem przekonana o słuszności swojej decyzji. Nie powinnam odpisywać na wiadomość napisaną po północy przez wtedy podobno zaręczoną osobę, teraz jak się okazało odręczoną i będącą w związku z kimś innym. Ktoś, kto wcześniej wykorzystał moje zaufanie i dobre chęci, mieszając mi w głowie nieprawdziwymi historiami, nie powinien oczekiwać ode mnie wiele. Pozostawione bez odpowiedzi wiadomości ciążą, więc to najlepiej wymierzona przy okazji kara.  Jestem wdzięczna, że ta historia, choć przyniosła mi dużo stresu ciągnąc się od ubiegłego roku, w tym dobiegła wreszcie końca. Niestety, karma wraca, więc pewnie dlatego po raz pierwszy ktoś nie odpisał na moją wiadomość, choć “niebawem” brzmiało obiecująco, a po ośmiu miesiącach brzmi jak zwykłe zbycie. Myślę, że jest w tym trochę mojej winy, “mówiłam” dużo dziwnych rzeczy, w tym roku chyba trochę mi odbiło; nie lubię siebie takiej zaangażowanej. To znaczy, chyba nie ma nic złego, gdy zależy nam na utrzymywaniu z kimś kontaktu, jeśli znamy się od kilku lat, ale moi kiedyś bliscy znajomi zawsze prędzej czy później znikają, bo albo mylnie odbierają moje intencje, albo zwyczajnie nie jestem im potrzeba. Czasem mi trochę przykro, choć wiem, że wina nie może leżeć tylko po jednej stronie. Ostatecznie zawsze myślę o tym, że rzeczywistość mało kogo rozpieszcza i każdy walczy ze swoimi demonami, więc jeśli ktoś znika z mojego życia i wychodzi mu to na dobre, nie mogę czuć się źle z tego powodu.
Byłabym niewdzięczna pisząc, że nie spotkało mnie nic dobrego w mającym roku i jak widać udowodniłam, chyba głównie samej sobie, że mam też miłe wspomnienia. Wiecie, że nigdy wcześniej nie napisałam tak obszernego podsumowania. Poprzednie sprowadzały się do jednego zdania nienawiści. Można powiedzieć, że w tym roku coś się zmieniło, chyba moje podejście do różnych sytuacji. Niestety, nie przemieniłam się w niepoprawną optymistkę, choć udało mi się cierpieć mniej bez potrzeby. Postanowiłam przemilczeć te wszystkie niewyobrażalnie przykre sytuacje, przez co wydaje się, że mój rok był lepszy i może był, ale najważniejsze dla mnie rzeczy okazały się porażką, więc podsumowanie, które powinno odnosić się do całości roku, wypada smutno w moim sercu. Jednak to nie ma znaczenia, bo mój smutek znika pod obojętnością przerywaną strachem. Zawsze w styczniu jestem okropnie spięta i przerażona myślą, że oto mamy nowy roku, a moje dni wyglądają tak samo żałośnie. Chcę zmian, od lat pali mnie ta potrzeba, ale nigdy nie udało mi się dojść do tego, jak to zrobić. Jutro, w ostatni dzień roku, najsilniej odczuję potrzebę zniknięcia z Ziemi. Nigdy nie było inaczej. Kolejny już rok (chyba ósmy) spędzę Sylwestra sama oglądając powtórkę występów z koreańskiej sceny muzycznej. Wysiedzę do północy, poczekam aż dźwięk fajerwerków ucichnie i położę się spać. Już teraz wiem, że gdy będę próbowała zasnąć, zacznę płakać, ale tym razem nie nad swoim życiem. Powiedzcie mi, czy mogę uznać ten rok za dobry, jeśli ktoś tak wspaniały jak Kim Jonghyun postanowił zniknąć z tego świata. Jeśli jemu nie udało się odnaleźć w sobie siły, aby dalej żyć, jak ja mam przeżyć resztę swoich dni. Porównanie naszych istnień jest zupełnie nie na miejscu i wcale nie chcę tego robić, ale jak, jak mamy żyć, gdy zamiast dążyć do prawdy i szczęścia musimy plątać się w kłamstwach, bo wydaje nam się (często słusznie), że nie zostaniemy zaakceptowani ani przez bliskich, ani przez społeczeństwo. Wolność to samotna droga, jak śpiewa Theo Hutchcraft w jednej z piosenek.

Żegnam ten rok bez żalu.

25.12.2017

960.

Dla pewności przejrzałam kilka wpisów z poprzednich lat, ale naprawdę nie musiałam tego robić, aby wiedzieć, że żaden grudniowy wpis na tym blogu nigdy nie był optymistyczny. Nie wiem, czemu Święta Bożego Narodzenia zawsze były dla mnie grą, w której zawsze przegrywam. Tylko czas spędzony w kościele w te dni zawsze wydawał mi się wyjątkowy i pożyteczny, i to przygnębiało mnie równie mocno, bo przecież nie powinnam być radosną tylko w murach świątyni, powinnam nieść radość w świat. Niestety, wtedy czułam się dobrze wszędzie tylko nie we własnym domu. Może dlatego nadal echa tamtych dni ciągle we mnie tkwią i tak bardzo chcę się z tą wyrwać, a im bardziej chcę, tym bardziej mi nie wychodzi. W tym roku wyjątkowo obyło się bez dramatów, bez kłótni rodzinnych, bez poczucia przegranej, choć miałam jeden gorszy moment jako osoba bezrobotna w gronie osób, które mają określone, stabilne życie lub chociaż wiedzą, co chcą robić w życiu. Mimo to z wdzięcznością pomyślałam o tym, że od tragicznego 2012 roku moja dusza stała się naprawdę lżejsza. To jedyna rzecz, na której zależało mi bardzo mocno, wtedy, gdy pięć lat temu postanowiłam sobie, że muszę się ratować, choć nie wiedziałam jeszcze jak. Nie dobrnęłam jeszcze do celu. Moje wpisy świadczą o tym, jak wiele jeszcze przede mną pracy i jak bardzo bywa zagubiona, gdy daję ponieść się emocjom lub głupim myślom, albo gdy wyrasta przede mną sytuacja, która wydaje się nie do przebrnięcia. Mimo to ten błogi spokój i możliwość zaśnięcia bez ciężkiego serca, które szepcze, że nic nie jest już warte, aby bić dalej, jest czymś pięknym. Można by przypuszczać, że naprawdę tegoroczny grudzień jest trochę szczęśliwszy, ale to nie do końca prawda. Jest bardzo smutny. Mija tydzień, a ja codziennie zasypiam z obrazem Jonghyuna i próbuję zrozumieć coś, czego nie da się zrozumieć. Co z tego, że wiem, jak to jest nie móc dłużej, do tego stopnia, że desperacko próbujesz oszukać wszystkich, nawet siebie i dzięki temu nikt nie wie, że twój wesoły chód to czołganie się ostatkiem sił, ku przepaści. Co z tego, że wiem, jeśli świat, kultura, otoczenie, ludzie i rzeczy, którym trzeba stawić czoła, nic, zupełnie nic nie jest podobne, dlatego nigdy nie mogłabym stwierdzić, że wiem, jak się czuł, bo za pomocą jakiej miary miałabym porównać skalę jego uczuć z moimi. Tego nie da się nigdy zmierzy. Dzisiaj pisałam z koleżanką, mieszkającą na drugim końcu Polski. Ostatni raz widziałyśmy się na koncercie VIXX w 2014 roku, a w sumie widziałyśmy się dwa razy w życiu, po tym jak poznałyśmy się na tumblrze. Jej życie zmieniło się bardzo przez ostatnie lata, w tym roku została mamą, i nagle podczas naszej rozmowy dotarło do mnie, że może nie wiedzieć. Miałam rację, nie wiedziała. Zanim przekazałam jej tę smutną wiadomość, ogarnął mnie niespodziewany nawet dla mnie strach i smutek, bo jak można przekazać coś tak tragicznego drugiej osobie, która zawsze tak ciepło wypowiadała się o zespołach i pokochała na równi z tobą ten sam świat. Wtedy zaczęłam  bardzo mocno płakać, bo choć przez większość czasu odtwarzam tę informację jak wspomnienie złego snu, to tym razem dotarł do mnie realizm tej sytuacji, cały tragizm jednego ludzkiego życia, które nie powinno się tak zakończyć.

18.12.2017

959.

Wstałam dzisiaj za późno. Kiedy wszyscy wychodzą z domu z rana poza mną, najpierw wybudzają mnie swoim hałasem za wcześnie, a gdy zasypiam ponownie, potem wstaję później niż planowałam; nawet dzwoniący w międzyczasie budzik nie pomaga. Czasem wyłączam go przez sen. Podczas śniadania zetknęłam na instagram, gdzie powitał mnie radosny news o ślubie pewnej pary, a potem zrobiło mi się ciepło na sercu, że fani akceptują ten związek, bo kto nie wie, ten wiedzieć musi, że koreańscy fani akceptują mało rzeczy, a związki idoli najtrudniej. Termometr wskazał dzisiaj minusową temperaturę. Tylko dwa stopnie poniżej zera, więc zdecydowałam się na jazdę rowerem, bo uznałam, że jestem spóźniona, i jeśli chcę wysłać kartki świąteczne najtaniej jak mogę, to muszę zrobić to o jak najwcześniejszej porze. Nie zrozumcie mnie źle, nie szkoda mi przeznaczać pieniędzy na takie rzeczy, ale jako osoba, której dochód wynosi zero, liczę każdy grosz, który mi pozostał, jakby to było jedyne odniesienie tego, że czuję się troszeczkę niezależna. Pojechałam, nie zmarzłam, wysłałam kartki, wróciłam do domu, zalogowałam się do swojego konta na twitterze i wybuchłam płaczem. Od tamtej pory nie mogłam przestać płakać, choć momentami udało mi się złapać oddech i powstrzymać łzy. Dopiero, gdy odłączyłam się od internetu, przestałam płakać. Teraz trochę pobolewa mnie głowa, a ociężałe powieki sygnalizują, abym położyła się już spać, ale chcę pisać. Jedyna radość, jaką przyniósł mi domowy areszt dnia dzisiejszego to fakt, że mogłam płakać w spokoju, bez pytających oczu współpracowników, nauczycieli, przechodniów, bo przecież byłam sama, w dodatku bez zajęcia, które musiałabym wykonać natychmiast. Nie zrobiłam więc dzisiaj nic poza wizytą na poczcie i czytaniem mediów społecznościowych. Nie wiem, od czego zacząć, aby przekazać to, co teraz czuję. Koreański przemysł muzyczny bywa bezlitosny, koreańskiej społeczeństwo i tak wywiera dużą presję, zwłaszcza na osoby młode,  a będąc osobą publiczną musisz być jak święty, który nie może mieć żadnej skazy. Jeden “skandal”, który czasem jest niesprawiedliwie oceniany przez opinię publiczną, może przekreślić czyjeś istnienie na rynku muzycznym. A już na pewno musisz odpokutować, nawet jeśli nie zawiniłeś, musisz publicznie przeprosić. Jesteś idolem, musisz reprezentować godnie kraj. Jesteś synem lub córką, musisz godnie reprezentować rodzinę, bo jesteś odbiciem swoich rodziców. Jesteś osobą publiczną, nie możesz być sobą. Jesteś częścią koreańskiego społeczeństwa, gdzie depresja i inne choroby psychiczne to temat tabu, więc nie możesz tego mieć, to zbyt duży problem. Jesteś człowiekiem cierpiącym, ale nie możesz cierpieć, musisz się ciągle uśmiechać, przecież robią ci codziennie zdjęcia, tysiące fanów, śledzą twój ruch, są dla ciebie, ale mogą też wystąpić przeciwko tobie, bo ostatecznie i tak jesteś ich własnością, skoro istniejesz dzięki ich zainteresowaniu. Jesteś osobą publiczną, więc można napisać o tobie wszystko, przychylne, jak i pełne nienawiści komentarze, bo w sieci jest się anonimowym. Na pewno wygląda to bardziej skomplikowanie niż opisuję i ma duże powiązania z koreańską kulturą i innymi aspektami. Chcę też dodać, że nie wszyscy fani są tak trudni i niewyrozumiali i nie każdy traktuje idola, jak swoją własność. Można powiedzieć, że idole, kiedy już po trudach okresu trainee (gdzie właściwie przygotowują ich też do bycia idolem, więc i do odgrywania zawodu jaki wybrali) i walki o popularność (bo debiut nie równa się z sukcesem) mają wszystko, w końcu zyskują lepszy status społeczny, robią to, co zawsze było ich marzeniem i na co ciężko pracowali, ale prawda jest taka, że nie mają czasu na nic poza pracą, a ich życiem rządzi wytwórnia, w mniejszym lub większym stopniu. Mają wszystko, ale nie mają wolności; nie mogą być do końca sobą, bo nie wiedzą, czy ludzie zaakceptują ich takich, jakimi są poza sceną. Iluż z nas udaje i skrywa niewygodne tajemnice, których nie zaakceptowałaby rodzina, czy najbliżsi przyjaciele? Wszyscy jesteśmy w pewnym stopniu kłamcami, przez co cierpimy, nie dając sobie rady w różnych momentach życia, bo boimy się nawet prosić o pomoc. Czemu o tym wszystkim piszę? Nigdy nie potrafiłam wyobrazić sobie, jak zareagowałbym, gdyby jedna z osób, które podziwiam i które wniosły dużo radości do mojego życia, nagle zniknęła. Zawsze bałam się tej myśli, gdy widziałam kolejny smutny nagłówek, który mnie bolał, ale jeszcze nie wyrywał serca. Teraz wyrwano mi serce i czuję ogromną pustkę. “Znaliśmy się” osiem lat. To długi okres czasu, aby  przywiązać się do czyjejś obecności, nawet na odległość, do czyjegoś głosu, śmiechu, gestów. Można kogoś tak zwyczajnie polubić, za to kim jest i co sobą reprezentuje, za piękne piosenki, przenikliwy wokal, za wrażliwość, za dzielenie się tym co dobre, za wspieranie innych i za uśmiech mimo głębokiego zmęczenia. Niestety, czasem ciemność, która pochłania nas od środka, bywa bezlitosna i silniejsza. Nawet, jeśli potrafimy dzielić się przykrymi i trudnymi sprawami, nawet jeśli mamy odwagę, aby wspierać innych i poruszać tematy trudne i dawać słowa otuchy zmęczonym życiem osobom, sami często nie potrafimy uratować siebie i poprosić o pomoc. Dla mnie taki właśnie był, wspierał ciepłym słowem i radami wiele osób podczas swoich audycji, pisał wzruszające piosenki, dzielił się swoim talentem,  był życzliwy i uśmiechnięty, troszczył się o bliskich, dawał z siebie wszystko, ciężko pracował, osiągnął sukces, spełnił marzenia… Niestety, depresja jest bezlitosna, zniekształca świat, w którym żyjesz i wysysa siły każdego dnia. Dzisiaj śmiercią samobójczą zakończył swoje życie koreański piosenkarz Kim Jonghyun. To ciągle wydaje się złym snem, z którego chciałabym się obudzić, ale nie chodzi tu o mnie, jego rodzina, pozostali członkowie zespołu i przyjaciele muszą cierpieć milion razy bardziej i mogą nigdy nie pogodzić się ze stratą, bo nawet jeśli zdawali sobie sprawę z tego, jak cierpi, nigdy nie mogli przewidzieć tego, że tak to się skończy, dlatego mam nadzieję, że nie będą się obwiniać.

9.12.2017

958.

Myślę sobie, może napiszę coś jeszcze zanim zamieszczę podsumowanie roku, które mogłyby okazać się podsumowaniem mojego życia, abym mogłabym odejść na wieki, żeby stać się smutnym duchem nie mającym nawet siły nękać ludzi, ale wiem, że tak się nie stanie i jeszcze bardziej się spinam, bo nie potrafię tak po prostu umrzeć. Noszę w sobie naiwne pragnienie zaśnięcia na wieki, bo choć radość sprawia mi tak wiele rzeczy, nawet tak drobnych, że to niepojęte umierać z radości na widok jednego zdjęcia lub smaku ulubionej herbaty, a jednak ta radość wydaje się pusta i nic nie znacząca, bo trwa krótko, przez co musi być ciągle uzupełniana. Myślę sobie, może coś napiszę, nieustannie kręci mi się w głowie mnóstwo myśli, ale jak już piszę, właśnie teraz, to ogarnia mnie strach, że moja uporządkowana rzeczywistość, wypełniona nawet sensownymi zajęciami, to tylko ucieczka przed ciosem, który powali mnie znowu na kolana. W końcu kładę się spać o przyzwoitej porze, wstaję nie za późno, czasem pójdę na roraty, codziennie ćwiczę, jem mniej, nadal oglądam dużo koreańskich programów rozrywkowych, dzięki czemu ciągle chodzę uśmiechnięta, przeglądam ogłoszenia o pracę, choć wiem, że w ten sposób nie znajdę tutaj pracy, ale robię to, aby nie zarzucić sobie, że siedzę bezczynnie. Robię te wszystkie rzeczy tylko po to, aby oszukać się, że jeszcze żyję jak normalny przeciętny mieszkaniec tego kraju i właściwie nic mi nie dolega, ani bezrobocie, ani brak życia towarzyskiego, ani pozamykane w klatkach na cztery spusty uczucia, które tłuką się jak szalone, bo chcą stamtąd wyjść, a może tak mi się tylko wydaje, bo czasem mam wrażenie, że jeśli nie nakarmię się emocjami innych, nie czuję nic. Trudno mi rozgryźć siebie samą, choć łatwo mi określić, czego chcę, a czego nie chcę. Pewnie fakt, że mam to czego nie chcę i chcę tego, czego nie mogę mieć lub nie potrafię tego zdobyć, sprawia, że jestem strasznie rozbita. Wtedy próbuję uświadomić sobie, że to czego chcę może nie być tym, co będzie dla mnie dobre, a to czego nie chcę, może okazać się cenną lekcją. Zamykam oczy w poniedziałkową noc, a otwieram w niedzielny poranek. Oczywiście to nieprawda, a jednak takie mam wrażenie. Dni pędzą tak szybko, a moja sytuacja pozostaje bez zmian, że nie wiem już, co myśleć o sobie i swoim życiu. Jedyny postęp to moje nastawienie i trzymanie się kupy, czyli nie panikowanie, nie ryczenie w poduszkę i nie stresowanie się, gdy nie dzieje mi się realna krzywda, choć fakt, że przez cały tydzień nie udało mi się dodać jednego ogłoszenia, więcej, napisać go do końca, uświadamia mi, że uciekam od rzeczy trudnych. Całe życie to robię. Nie ma sensu zaprzeczać temu odkryciu. Uciekam od rzeczy trudnych, jeśli nie muszę ich robić, prawdopodobnie dlatego, że za długo tkwiłam w trudnych sytuacjach, które prowadziły mnie na skraj załamania, co w konsekwencji sprawia, że teraz nie chcę stawiać czoła niczemu, bo wydaje mi się, że nie dam już rady albo wpakuję się w kolejną przygniatającą sytuację. Oczywiście bez spróbowania nie dowiem się, czy dam radę. Jednak należę do podobno tych mądrych osób, które uświadamiają sobie, że pewne wybory pociągają za sobą określone konsekwencje, a skoro konsekwencje mogę też dotyczyć innych osób, tym pewniejsze jest moje wycofanie. Nawet nie wiecie, ile raz patrzyłam jak bliskie mi osoby ranią siebie i innych swoimi wyborami, i nawet jeśli mieli świadomość jakie to niesie konsekwencje, nadal w to brnęli. Były to najsmutniejsze historie, które słyszałam i nawet teraz widzę, jakie echo odbija się od tamtych decyzji. Oczywiście sama wybierałam nie raz źle, ale jest jedna decyzja, która odróżnia mnie od wszystkich moich znajomych, jedna jedyna, która sprawia, że wygrywam chociaż “świętość” w tej dziedzinie życia. Myślę sobie, może coś napiszę, i tak piszę i piszę, a przestać nie mogę, choć nie wiem, czy napisałam prawdę czy same bzdury. Gdybym w trakcie pisania nie miała dodatkowego bodźca jakim jest youtube, który resetuje moje negatywne myśli, ten wpis by nie powstał. Czemu? Gdy zaczynałam pierwsze zdanie, już dopadało mnie wrażenie, że wariuję wraz z tym jak docierało do mnie, w jakiej sytuacji jestem i że tak będzie już zawsze, skoro po raz trzeci w przeciągu trzech lat przerabiam ten sam okropny scenariusz. Może obawiam się wielu rzeczy, ale poza swoją bezużytecznością, która cały czas mówi mi, że moje życie nie ma najmniejszego sensu, bo nawet jak coś robię to przecież nie robię nic, ani dla siebie, ani dla innych, obawiam się tego, że przestanę wierzyć w Boga, bo coś przygniecie mnie tak bardzo. Nie wyobrażam sobie siebie jako osoby niewierzącej, choć też nie uważam się za osobę o silnej wierze. Czasem zastanawiam się, co musiałby się wydarzyć, abym utraciła wiarę. Co by się stało, gdyby Boga nie było, gdybym nie składała codziennie rąk do modlitwy, gdyby nie istniała Wyższa Siła, która nadaje sens światu, nawet jeśli mój prosty rozum tego nie dostrzega. Pewnie niektórzy stwierdziliby, że zyskałabym wolność i wyzwoliła się od zabobonów. Może tak, może nie. Wiecie, co bym zrobiło, gdyby utraciła punkt odniesienia mojego życia, moich zasad, moich działań i myśli? Jak myślicie, co bym zrobiła, gdyby Boga nie było?