Mam tak wiele do opisania, że aż nie
wiem, od czego zacząć. Czuję w kościach, że będzie to długi wpis. Od
miesiąca wyczekiwałam dnia, w którym udam się na pierwszy w swoim życiu
koncert. Zawsze chciałam uczestniczyć w tego typu wydarzeniach, ale
piętrzące się trudności za każdym razem skreślały brutalnie moje szanse.
Trauma sukcesywnie rosła mniej więcej przez dziesięć lat, aż do dnia, w
którym zaparło mi dech w piersiach, gdy dowiedziałam się, że jeden z
koreańskich zespołów przyjeżdża do Polski, więcej, jeden z moich
ukochanych zespołów. Ten, kto orientuje się w mapie koncertowej
wykonawców z Korei, wie, że owa informacja była jak cud, o który nikt
nie śmiał nawet prosić w najbliższym czasie. Tymczasem stało się. Gdy
pomyślę o kilku miesiącach wstecz, mam wrażenie, że dostałam prezent za
wszystkie przepłakane noce nad własnym życiem. Podczas pobytu nad morzem
nie wydałam wszystkich oszczędności, co w zawiązku z koncertem okazało
się niesamowitym zbiegiem okoliczności. Bilety nie należały do tanich. W
innym przypadku nie mogłabym pozwolić sobie na ich kupno. Tymczasem
udało mi się zaprosić koleżankę i nabyć bilet również dla niej. Tak oto
pozbyłam się ostatnich oszczędności w życiu i poczułam się w pełni
szczęśliwa. (Ostatni raz takie uczucie towarzyszyło mi podczas
prezentacji stworzonych z koleżankami filmików na studiach.)
Dzień przed koncertem nie mogłam zasnąć.
Byłam tak bardzo przepełniona emocjami, że leżąc na łóżku uśmiechałam
się do siebie w ciemnościach jak wariat. Była pijana szczęściem. Mój sen
trwał tylko dwie i pół godziny. Obudziłam się o 4:30 i nie wiem jakim
cudem nie wyrobiłam się na autobus o 6:30. Pojazd przejechał przystanek w
momencie, w którym otwierałam drzwi prowadzące na zewnątrz z klatki
schodowej. Poczułam przerażenie, wiedząc jak ciężko jest uprosić o
cokolwiek mojego młodszego brata, ale równocześnie nie potrafiłam sobie
wyobrazić, że te kilka sekund opóźnienia przekreśli oczekiwania,
nadzieje i jedyną szansę w życiu. Zadzwoniłam do domu. Brat w ciszy
zawiózł mnie do najbliższego miasta, skąd bez problemu mogłam dostać się
do kolejnej miejscowości na pociąg. Choć całkowicie bez dalszych
problemów się nie obyło. Byliśmy blisko celu, gdy mężczyzna, który
przegapił swój przystanek, zaczął mieć o to pretensje do kierowcy busa.
Nie będę tutaj rozstrzygać, kto miał rację w tym sporze (choć wiadomo,
że kierowca, bo to pasażer powinien wiedzieć gdzie wysiada) i jak bardzo
kłócili się podczas kilkunastu minut, ale myślałam, że prędzej zginę w
wypadku, niż dotrę na pociąg, tak bardzo zdenerwowanie kierowcy miało
wpływ na prowadzenie przez niego pojazdu. Przyciskał wściekle pedał
gazu, nawet gdy staliśmy na czerwonym świetle. Mój strach na szczęście
nie urzeczywistnił się. Dotarłam punktualnie na pociąg i spokojnie
dotarłam na Dworzec Zachodni w Warszawie. Dwadzieścia minut później na
miejsce dodarła moja koleżanka z nad morza. Jak dobrze było znów ją
uściskać. Nasze drugie spotkanie w życiu. Nasz pierwszy wspólny koncert.
Pierwsza osoba, z którą mogę w pełni dzielić zainteresowania. Kolejna
osoba, która mieszka ode mnie zbyt daleko. Minęły cztery dni. Chciałabym
pójść z nią na spacer brzegiem morza.
Bez problemu dotarłyśmy pod klub
komunikacją miejską. Zostałyśmy zapisane na listę i miałyśmy przed sobą
pięć godzin oczekiwania na koncert. Tak jak większość osób dużo czasu
spędziłyśmy w centrum handlowym, gdyż było tam zdecydowanie chłodniej
niż na dworze. Gdy modliłam się o dobrą pogodę, nie spodziewałam się tak
ciepłego i słonecznego dnia. Ucieszyłam się, że zespół nie musiał
oglądać brzydkiej Warszawy przy równie brzydkiej pogodzie. Kiedy do
wpuszczania na sale pozostała godzina, okrążałyśmy kilka razy klub bez
szans na ujrzenie któregoś z członków zespołu. Znalazłyśmy za to
spokojne miejsce w cieniu oraz rozmawiających i palących papierosy
menadżerów zespołu na balkonie. My też siedziałyśmy i rozmawiałyśmy, bez
palenia oczywiście. Raz z wizytą wpadli samochodem panowie policjanci
podejrzewający nas o picie alkoholu. Cóż, bilety na koncert nie
kosztowały mało, do tego trzeba było zapłacić za podróż do Warszawy w
obie strony, więc nawet gdybyśmy były osobami pijącymi alkohol przed
imprezami, w tym przypadku nie byłoby nas stać na procentowe napoje.
Poza tym, kto zalewa sobie umysł, gdy z drugiego końca świata przyjeżdża
jego ukochany wykonawca? To bezsensu. Takie chwile powinno przeżywać
się w całkowitej świadomości, zwłaszcza, że sytuacja, w której ulubiony
wykonawca przyjeżdża z drugiego końca świata jest już sama w sobie
nierealna.
Wpuszczanie do klubu przedłużyło się o
pół godziny, gdyż każda osoba musiała zostać przeszukana pod kątem
posiadania niebezpiecznych rzeczy. Na salę nie można było też wnosić
jedzenia oraz picia. Potem każdy dostawał opaskę na rękę, której
założenie również pochłaniało trochę czasu. Pozbycie się bagażu w szatni
zajęło nam kilka chwil, choć mogło krócej, ale po wejściu na salę i tak
byłyśmy miło zaskoczone, że stoimy bliżej sceny niż przewidywałyśmy.
Obserwowałam pracowników ochrony klubu i muszę przyznać, że wyglądali na
zainteresowanych naszym sposobem oczekiwania na zespół, jak i samą
interakcją na linii fani-zespół oraz pożegnaniem zespołu już po
koncercie przed klubem. Jeden z panów spytał, za co ich tak bardzo
lubimy, co było zrozumiałe, bo w końcu pan na co dzień nie ma do
czynienia z tym, z czym mają fani koreańskich zespołów, a do tego w
klubie odbywają się imprezy innego typu, więc fani zachowują się inaczej
względem zespołu, mniej rodzinnie. Momentami miałam wrażenie, że
przyjechałam w odwiedziny do przyjaciół, a nie na koncert. Może dlatego
nadal nie mogę uwierzyć, że w najbliższych dniach nie będzie kolejnych
odwiedzin.
Sam koncert, tak jak przewidywałam, minął
zbyt szybko. Starałam się bacznie wszystko obserwować i utrwalić każdą
chwilę w pamięci. Z po koncertowych relacji osób wywnioskowałam, że
wiele z nich odniosło dokładnie takie samo wrażenie jak ja, a
mianowicie, członkowie zespołu na zdjęciach i nagraniach wyglądają
perfekcyjne, ale na żywo prezentują się jeszcze lepiej. Zawsze słyszy
się o manipulacji obrazem, o pracy stylistów, o nierealności obrazu
komputerowego czy papierowego, tymczasem gdy cała szóstka stanęła na
scenie, okazało się, że wyglądają lepiej niż na zdjęciach i nagraniach
zrobionych przez profesjonalistów. Chwila, w której po praz pierwszy
widzisz na żywo osobę oglądaną dotychczas tylko przez szklany ekran,
zapiera dech w piersiach. Największe wrażenie wywarł na mnie ruchu ciała
podczas tańca oraz mimika twarzy i spojrzenie oczu. Cała szóstka w
końcu przede mną ożyła, choć z drugiej strony odniosłam wrażenie, że
przebywam w magicznym świecie, bo przecież niemożliwe jest, aby tak
wyglądali ludzie. Każdy z nich jest piękny. Nie mówię tutaj o byciu
ślicznym chłopcem. Mam na myśli piękno, które uderza w ciebie, gdy
patrzysz na dzieło sztuki, na piękny obraz czy zachwycającą scenę w
filmie. To było tego rodzaju przeżycie. Profesjonalizm i perfekcja. Nie
ma sensu, abym opisywała cały koncert od początku do końca. Po prostu
przyznam, że bawiłam się fantastycznie.
Przykro było patrzeć na dojeżdżający bus z
zespołem. Nadal czuję pustkę, gdy pomyślę, że już nigdy może nie
powtórzyć się nasze kolejne spotkanie. Zasmuca mnie, że widuję ludzi
tylko raz w życiu, a potem przez długie lata muszę męczyć się z
dopadającą tęsknotą i dusić w sobie wszystkie niewypowiedziane słowa.
Muszę jeszcze zaznaczyć, że jestem dumna z tego, że podczas wszystkich
spotkań z zespołem, zarówno w sobotę, jak i w niedzielę, fani zachowali
się jak kulturalni ludzie, a nie jak bestie. Czasem trudno opanować
emocje na widok swojego idola, a tymczasem już powitanie na lotnisku
było serdeczne.
Mój pobyt w Warszawie nie był tylko
koncertem. Zapamiętam przede wszystkim nisko latające samoloty na
błękitnym oraz nocnym niebie, które kierowały się w stronę pobliskiego
lotniska, albo też z niego wylatywały. Szkoda, że nie policzyłam
wszystkich przelatujących nad moją głową. Ich dźwięk wydawał się
wyjątkowo cichy.
Zapamiętam też oczekiwanie na pociąg powrotny do domu. Obie z koleżanką
miałyśmy kurs po szóstej rano, więc po koncercie czekało nas aż siedem
godzin czekania. Nie znalazłyśmy w pobliżu żadnej całodobowej
restauracji McDonalds, więc czekała nas noc na dworcu. Wyznaczona
poczekalnia była wypełniona po brzegi, więc zrezygnowałyśmy z dusznego
powietrza i zapachu bezdomności. Do tej pory trudno mi uwierzyć, że
przetrwałyśmy na zimnej posadzce. Byłyśmy tak zmęczone, że bez oporów
znalazłyśmy miejsce pod jedną ze ścian, po czym położyłyśmy się spać,
choć wyspać się było trudno. Twardo i chłodno. Niesamowite, że nikt nas
nie okradł. Do czwartej nad ranem ruchu był znikomy. Wybrałyśmy ścianę
przy tunelu łączącym dworzec PKS z dworcem PKP. W dodatku na ścianie
obok wisiały niewielkie tablice informujące o przyjazdach i odjazdach
pociągów, a ściana była ukośna, należało podjeść naprawdę blisko, aby
odczytać numer peronu, na którym znajduje się pociąg. Nie wiem, ile osób
patrzyło na nas podejrzenie, gdy byłyśmy pogrążone we śnie. Musiałyśmy
wyglądać na pijane, bezdomne albo nieżywe. Podszedł do nas tylko jeden
nietrzeźwy pan, który staną nade mną i wybrudził ze snu pytaniem o to,
czemu śpimy na podłodze. Pan brzmiał na odrobinę zmartwionego.
Oznajmiłam, że czekamy na pociąg. Tylko tyle zdołałam z siebie wydobyć.
Powiedział, że nie chce nic nam zrobić, a potem wymamrotał, że też czeka
na pociąg i też musi się położyć spać. Wybrał miejsce za filarem, przy
innej ścianie. Gdy ruch na dworcu zaczął się zwiększać, my również
zaczęłyśmy się rozbudzać. Zaspane obserwowałyśmy jak do życia budzi się
miasto. Dodam tylko, że z wcześniejszych godzin nocnych pamiętam jeszcze
parę, która również czekała na pociąg. Dziewczyna spytała, czy chcemy
„szluga”, ale jesteśmy nie palące, więc nie nawiązaliśmy bliższej
znajomości przy papierosie. Udało mi się tylko zarejestrować, że miała
na imię Aleksandra i zrobiło mi się dziwnie smutno.
Do domu wróciłam po raz pierwszy
pociągiem z przedziałami, gdyż nie miałam wyboru. Budziłam się i
zasypiałam co stację. Widziałam, że oprócz mnie dwie osoby z siedmiu nie
mogą zapanować nad zamykającymi się powiekami. Przedziały są
przerażające. Osiem osób ściśniętych razem w małej przestrzeni. Jednak
wtedy było mi obojętne jak wyglądam podczas snu. Zmęczenie wzięło górę.
Potem był kurs autobusem i tak dotarłam do domu.
Minęły cztery dni od dnia koncertu, a ja
nadal mam przed oczami scenę. Zasypiam i budzę się z jej obrazem. Po
koncertowa depresja to normalne zjawisko; przecież widzę, że nie tylko
ja na nią cierpię. Wiem, że relacja na linii idol-fani jest ograniczona.
Wiem, że momentami jest to gra, ale wiem też, że artyści są przywiązani
do swoich fanów i wiedzą, że bez nich by nie istnieli. Wiem też, że
ilość spotkań zespołu z oficjalnym fanklubem w Korei Płd. jest tak
częsta, że idole rozpoznają po jakimś czasie znajome twarze. Po cichu
zazdroszczę tym wszystkim koreańskim fankom, które mają mnóstwo okazji
by spotkać ulubionych idoli. Sposób działania przemysłu muzycznego oraz
promocja zespołu są tam tak rozbudowane, że niemal codziennie możesz
widzieć ulubione twarze. Na pewno to daje złudzenie codziennych spotkań z
przyjaciółmi. Chciałabym żyć w takiej iluzji. Chciałabym… Wiem jednak,
że ten koncert to było więcej niż mogłabym sobie wymarzyć i nie powinnam
chcieć więcej. Mogę jedynie oczekiwać kolejnego koncertu w Polsce, albo
w Europie, choć nie wierzę, że dożyję takiej chwili, nie dlatego, że
ona nigdy nie nadejdzie, ale dlatego, że spełnienie drugiego skrytego
marzenia to zbyt dużo jak na jedno życie.