30.04.2013

742. I wont't tell one soul.

Pierwsza tegoroczna burza tutaj, nad blokiem została zakończona. Przez ściany pokoju przebija chłód. Sezon grzewczy dobiegł końca. Nawet nie zauważyłam, kiedy kaloryfery stały się chłodne. Wczoraj spałam przy uchylonym lekko oknie; nie pamiętałam, że jest otwarte od kilku dni. Dzisiaj spędziłam cały dzień poza domem, będąc na uczelni, więc nawet przez niewielką szparę wiatr zrobił swoje. Dni znów są chodne. Moje dłonie są niemal lodowate. Och, czy teraz nastał czas notek o pogodzie i stanie otoczenia?
W moim żołądku wylądowały cztery małe proszki na ból brzucha (w ciągu doby). W takich momentach wracam wspomnieniami do czasów, kiedy byłam kobietą dwa razy w roku, bo tak chciałam i tak sobie zrobiłam, ale na pewno nie krzywdę. Miałam wtedy siedemnaście lat. Miałam chaos w głowie. Za to nie bolał mnie brzuch, nie bolało mnie całe ciało. Lecz czym jest jeden dzień w obliczu ciągnących się lat naznaczonych fizycznym bólem? Nie narzekam, przeczekując w milczeniu momenty zakłócające codzienność. Nie jestem przecież chora.
Szczególnie we wtorki nie czuję się wyspana. Walczę z ociężałymi oczami. Walczę z bezsensem pisania tej notki. Jestem senna, a jednak nie chcę kończy jeszcze wtorku. Może napiszę o tym, co robiłam ostatnio na „zakazanym” forum? Chyba chciałabym tym zaznaczyć jeden z tych dni, gdy świeża fala wspomnień powraca, choć wydaje mi się, że przy obecnym spokoju i odrobinie sennego nastroju, mogę nie oddać tego, co mój umysł przesadnie maluje jak emocjonującą scenę z filmu. Dla odbiorcy może być mdłe i bez wyrazu.
Forum odwiedziłam w celu usunięcia pozostałych opowiadań, bo nie pozostało we mnie ani odrobiny entuzjazmu do swojej dawnej działalności. Najprościej było wejść we wszystkie tematy, które założyłam, co też uczyniłam, nie chcąc błądzić po działach. Przed oczami migały mi również komentarze, moje i innych. Słowa, wszędzie słowa. Gdyby można było wziąć nóż i porozcinać te zapisane „kartki”. Taki niewinny wymysł wyobraźni, bo wbijanie ostrych narzędzi w ekran komputera nie wchodziło w grę. Jeden wieczór z falą słodko-gorzkich wspomnień, na który mogłam sobie pozwolić bez skutków ubocznych. Byłam realnie niezadowolona, byłam na siebie zła. Znajdowałam się w magazynie z książkami poukładanymi jak wieże. Wszystkie były moim dziełem; na kartkach tysiąc bzdur; fikcja łączącą się z litanią próśb i mnóstwem nadziei. Jedna strzała szczęścia, a potem trucizna rozlewająca się po ciele. Wszystko było wymysłem rozgorączkowanej wyobraźni. Nożyczki w ręce i złość w duszy. Szłabym na oślep, celując w każdą z wieżyczek. Darłabym lub cięła kartki, zadawałabym ciosy ostrym narzędziem. Na końcu padłabym na kolana, płacząc nad każdą krzywdą wyrządzoną sobie, a przede wszystkim innym.
Musicie przyznać, że głupia ta filmowa wizja, pewnie mało oryginalna, co nie byłoby minusem, jednak rola nie do odegrania przeze mnie. Nie potrafię być nieustannie zła. Nie umiem rozpamiętywać. Mogę tylko wspominać z niechęcią, mówiąc: tak właśnie było; nie ma się czym chwalić. I jeśli w najbliższych dniach nadejdzie ten jeden (choć nadal planuję się wymigać), gdzie jak na dywaniku u dyrektora będę zachęcana do spowiedzi, to muszę o tym pamiętać, że nie ma się czym chwalić, a tym bardziej wspominać, bo naprawdę skończę na kolanach i we łzach.
Żartuję z tym ostatnim. Mimo to nadal nie chce mi się o tym gadać. Popisać sobie mogę, w ramach rozrywki i ku pamięci. Reszta jest milczeniem. Za czasów szkolnych nie byłam u dyrektora na dywaniku, to za czasów życia też nie zamierzam być.

26.04.2013

741. Trochę nie wyszło.

Wstajesz z zamiarem wyjścia z domu i nawet udaje ci się dostosować strój odpowiednio do pogody, ale autobus nie zabiera cię w podróż, bo jest pełny. Nawet nie przyszło ci do głowy, żeby uwzględnić zakończenie roku klas maturalnych. Stoisz nadal na przystanku, odliczając upływające minuty i zastanawiasz się, czy dojedziesz na czas, jeśli minie jeszcze pięć.
Niespodziewanie podjeżdża jakiś chłopak; wygląda na ponad dwadzieścia pięć, mówi „cześć”, a tobie jest dziwnie, bo ostatnio od nieznajomych słyszysz „dzień dobry”, a potem zwrot grzecznościowy „pani”. Okazuje się, szuka firmy samochodowej, wyraz „auto” w nazwie ci to uświadamia, ale nie masz zielonego pojęcia, że w twojej miejscowości coś o takiej nazwie jest, a tym bardziej w okolicy twojego miejsca zamieszkania. Głupio, bo zawsze gdy pytają, nie znasz odpowiedzi; nazw ulic, nazw miejsce – gdy jesteś w obcym mieście, a wychodzi na to, że u siebie także nie. Miga ci jednak przed oczami numer domu przy nazwie ulicy i jest jeszcze dziwniej, bo przecież to tylko dwa oczka wyżej niż numer twojego bloku. Zerkasz jeszcze raz na kartkę i widząc nazwisko, chce ci się śmiać, bo okazuje się, że poszukiwany jest sąsiad, nie byle jaki, bo brat twoich przyjaciółek-bliźniaczek. Wskazujesz więc na czerwony dach budynku, który widniej za blokiem, a gdy pan znika w swoim w busie i odjeżdża, uświadamiasz sobie, jak mało wiesz, o tym, co dzieje się w najbliższym otoczeniu. Pewnie nawet nie znasz nazwisk sąsiadów, których przybywa wraz z domami w okolicy. Jeszcze dziwniej ci z faktem, że od pięciu miesięcy między tobą a przyjaciółkami nie istniała żadna poważna rozmowa. (Choć akurat o działalności brata wiedziałeś, ale ci umknęło.) Zostałeś zastraszony przez samego siebie, więc jak mogłeś mówić przez ściśniętego gardło? Niesamowite, ile przemilczeń się uzbierało. Jednak to nie trapi cię tak bardzo, bo uśmiechasz się na myśl, że jeszcze kilkanaście godzin wcześniej wywołałeś wilka z lasu. Zastanawiałeś się, nawet pisząc o tym we wcześniejszej notce, kto tym razem cię zaczepi i o co spyta. Proszę, już przed dziewiątą rano przyszła odpowiedź.
Podjeżdża w końcu drugi autobus. Masz półgodzinne opóźnienie, ale to nie dyskwalifikuje cię w dotarciu na zajęcia. Wszystko idzie sprawnie, nawet brak korka przy budowie autostrady jest miłym zaskoczeniem. Nie skupiając się na wierze, pogodzie i wszystkim innym, docierasz na miejsce. Opóźnienie wynosi dziesięć lub dwadzieścia minut, w zależności od tego, o której tym razem rozpoczął się wykład. Na korytarzu jest pusto i cicho. Pierwsze drzwi są zamknięte, choć wydawało ci się, że wybierasz prawidłowe. Potem podchodzisz do drugich, gdzie na białej kartce różowym markerem ktoś napisał: „inscenizacja teatralna”. Wstrzymujesz oddech i starasz się rozpoznać, czy tutaj trwa wykład, na który przybyłeś. Głos wykładowcy brzmi znajomo, a jednak sala, do której prowadzą aż trzy drzwi, odpycha cię od siebie i głupiejesz, bo nie pamiętasz, które są tymi prawidłowymi. Mogłoby się wydawać, że przecież każde, ale tylko jedne są otwierane. Głupio ciągnąć za każdą z klamek. Minuty uciekają i nie potrafisz wejść. Nie wiesz jak. Nie lubisz się spóźniać. Nie lubisz zwracać na siebie uwagi. Nie lubisz w tym momencie nic, nawet siebie. Bo chcesz wejść, a coś cię blokuje. Ostatecznie zostajesz na korytarzu. Powstrzymujesz falę smutku pomieszanego ze złością, która w ciebie uderza. Może kiedyś w tej sytuacji zacząłbyś płakać, ale teraz przyjmujesz swoją przegraną ze spuszczoną głową. Zawsze przegrywasz w tak śmieszny i głupi sposób. Wiesz, że jesteś najsłabszy w prostych momentach, które wymajają tylko odrobiny woli. Wystarczy nie myśleć, a działać. Tego jednak nie umiesz.
To głupie, że takie przedpołudniowe wydarzenie potrafi rozbić resztę dnia. Nie potrafisz zrobić nic pożytecznego, tylko pozwalasz kończyć się dniowi, poddając się jego rytmowi. Nie zajmujesz jednak myśli nieudanym wyjściem z domu, straconymi pieniędzmi na przejazd, wyczekiwaniem w ciepłym słońcu na przystanku, ani nawet bólem zatok, który pojawił się przez ten uparcie wiejący, silny wiatr. Za to udało ci się wrzucić list do skrzynki. Niestety, podejrzewasz, że adresat najprawdopodobniej otrzyma go po długim, majowym weekendzie. Trochę szkoda, ale co zrobić. Za to wypadałoby coś zrobić z częstym pisaniem długich notek nie wartych uwagi. Jesteś w nich niemal mistrzem, wiesz o tym, Kirke?

25.04.2013

740. I'm not yoour hero.

Pozwalam całkowicie wykruszyć się temu, co zostało. Ciągle widzę, jak bardzo byłam zagubiona i jak ciężko, ale zarazem zbawiennie, jest mi przyjmować prawdę.
Przykro słyszeć, nie bezpośrednio, ale w „rozmowach na temat” jak się śmieją. Gdyby wiedzieli, jak wiele odniesień jest w słowach, bezsensownych ich zdaniem, do mojego życia osobistego, równie dobrze uznaliby mnie za bezsens. Osoby z podobnymi doświadczeniami także. Nie wymagam, by wszyscy przyjęli coś za słuszne. Wymagam tylko szacunku. Bo jeśli się różnimy, to nie powód do drwin. Nie jestem zasmucona ani nastawiona złośliwie. Jest mi przykro, bo w takiej sytuacji pozostaje obrona, a mnie stać tylko na jedną – zamknięcie się przed nimi w sobie. Może to niedojrzałe, ale nigdy nie byłam skłonna do dyskusji z osobami, które nie są w stanie zrozumieć, że ktoś może w coś wierzyć i daleko mu do śmiechu, gdy poważne rozmowy dotykają jego życia.
Teraz siedzę i zastanawiam się, ile nieświadomych słów chlapnęłam, niechcący drapiąc czyjąś duszę. Próbuję też wyłapać, ile niepotrzebnych słów dałam innym, działając pod wpływem uczuć. Ale moje uczucia od początku były złe. Dowiedziałam się o tym dużo później; nawet kilka lat po.


Widząc błędy, etapami rezygnowałam z czegoś, co pokochałam, choć teraz wiem, że taki czasownik jak „kochać”, w ogóle nigdy nie pasował do tej całej sytuacji. I choć działanie samo w sobie nie miało być czymś złym, bo intencje były dobre, ostatecznie doprowadziło do upadku. Teraz, pozbywając się oślepiającego umysł światła-pragnień, odpycha mnie od tego, co „kochałam”. Do tego, obserwując jak coś złego jest przedstawiane w sposób piękny, tak, aby podobać się i przyciągać, martwi mnie, bo wiem, że od wewnątrz zatruwa i niszczy. Odczułam to na własnej skórze. Ale jeszcze bardziej przeraża, że zaciera się prawidłowa reakcja na pewne rzeczy i wszystko przewraca się do góry nogi. Będziemy gloryfikować zło, tępiąc dobro. Nie jestem jedyną, która widzi, jak świat zmierza do upadku, a krew jest na naszych rękach. Byłam nastolatką, gówniarą i czułam jak porządek ustalony przez wieki rozsypuje się. Jestem po dwudziestce i już wiem, że nie były to obawy dorastającego dziecka. Widziałam jak upadamy, widzę jak chcemy upadać. Też chciałam i miałam, co chciałam. I już NIE chcę.
Jak mam wytłumaczyć innym, że po dziesięciu latach staję się wreszcie innym człowiekiem? Jak pojęłam, że walka z samą sobą nigdy nie była bezsensowna, bo chroniła mnie przed oddaniem się we władanie temu, co złe? Jak mam mówić ludziom, że chciałam…
Możecie się śmiać i uważać, że oszalałam, ale nigdy nie pasowałam do tego świata; nie do tych kłamstw, którymi karmią nas co dnia.
Może to wygląda tak, jakbym siedziała pełna emocji, ale gdybyście mieli okazję prześwietlić moją duszę, zobaczylibyście, że nie kłamię, twierdząc, iż jestem oazą spokoju. Moje ciało współgra z duszą. Tak jak pierwszy raz w życiu traciłam kilogramy, nie będąc na diecie, bo chorowało moje wnętrze (sześć kilogramów w dziewięć miesięcy od bycia w chaosie; nie powiem, że się nie cieszę z tego skutku ubocznego), tak teraz moje powolne ruchy mówią, że odpoczywam po walce. I nawet, jeśli kiedyś przyjdzie mi znów to robić – walczyć, mam nadzieję, że zareaguję szybciej.

Z poważniejszych rzeczy, mogę dodać, że jeśli pani-kierowca busa rozmawia ze mną na temat paznokci u rąk, to boję się pomyśleć, kto następny mnie zaczepi, a przede wszystkim, jakie słowa skieruje w moją stronę.
Najważniejsze. Napisałam list

23.04.2013

739. Szukając swojego odbicia.

Mówię sobie, nie dzisiaj, a w czwartek, a jednak jestem. (Juro za to odpokutuję. Myślę, że dość boleśnie.) Bo dokończyłam czytać na jutrzejsze zajęcia z Antropologii kultury książkę Williama Goldinga, Władcy much; swoją drogą genialną; w końcu pan Golding Nobla dostał nie bez przyczyny. Przepisałam też dzisiejszy wykład z Wybranych zagadnień z teorii humanistyki i zrozumiałam jak bardzo chciało mi się spać, bo notatki są skąpe, w dodatku z pourywanymi w połowie zdaniami. Powinnam sobie życzyć powodzenia na czerwcowym egzaminie.
Właściwie mogłabym już udać się w krainę snu, bo oczy stanowczo mówią, że czas opuścić powieki, ale zanim to uczynię, wspomnę jeszcze o jednym. W innym przypadku ta notka nie miałabym większego sensu, choć właściwie żadna nie ma, poza osobistym, a to niewielki sens.
Tydzień temu do piosenki I was a fool zespołu Tegan and Sara wyszło tak zwane „Lyric Video”. Musiałabym poświęcić oddzielną pracę na temat całej kariery muzycznej (aktywność od 1995) i życia osobistego trzydziestotrzyletnich kobiet, by wszyscy pojęli jak bardzo rozbawił mnie pomysł na realizację, choć nie znaczy, że uważam go za zły. Oczywiście wytwórnia zaangażowana w promocję też maczała w tym palce. Pomijając jednak to wszystko, dzisiaj miała miejsce premiera oficjalnego teledysku do tej samej „pieśni”, którą osobiście kocham, jak cały album Heartthrob, już nie mówiąc o pozostałych sześciu krążkach. Od lutego dzień w dzień słucham i przestać nie mogę. (Słowa o spacerowaniu z duchem widniejące w nagłówku na blogu są właśnie autorstwa Sary Quin.) Na wyjście drugiego, promującego teledysku do ostatnio wydanego albumu, czekałam od kiedy tylko na tumblr mignęło mi zdjęcie z planu zdjęciowego. Chyba minął już miesiąc, a może jeszcze nie. W każdym razie szczęśliwi mieszkańcy Kanady, Australii i Wielkiej Brytanii mogli obejrzeć teledysk na swoich stronach. Jak miło, że akurat na australijskiej zadziałało, bo na europejskiej napisali, że nic mi nie pokażą. (Mieszkać w Polsce i być fanem zespołu to wyzwanie; trzeba umieć panować nad jękiem zawodu, gdy coś nie działa.) Właściwie to australijska strona też niewiele pomogła, bo z moim staruszkiem-komputerem jedynie na youtube i to w rozdzielczości 240p działa cokolwiek. Do czasu wrzucenia przez wytwórnię video na oficjalny kanał zespołu, pozostaje mi oglądanie gif-ów. Bo żeby obejrzeć w lepszej jakości na tablecie, też muszę czekać na youtube.
Moje dotychczasowe wrażenia? Cóż, zakochani fani są bezkrytyczni, a nawet jeśli mają wrażenie, że ich wizja na realizację byłaby lepsza(i wcale nie mówię, że umieściłabym się zamiast tamtej dziewczyny), to wiecie, wszystko mija, bo wystarczy, że w teledysku pojawią się wokaliści (w tym przypadku wokalistki) i jest idealnie.

17.04.2013

737. Spotkajmy się kiedyś w moim raju.

Liczba chcących mnie spotkać, przekroczyła liczbę osób, z którymi chciałabym się spotkać. Cuda i dziwy. Można powiedzieć, że całe życie gdzieś wewnątrz czekałam, aby ktoś realnie i świadomie chciał mnie przy sobie mieć na kilka chwil (jest coś potwornie żenującego w pisaniu o tym, więc starym zwyczajem przez noc wyprę te słowa z pamięci, a przynajmniej moje bpd się aktywuje i zrobi to za mnie), choć nigdy nie mogłam pojąć, dlaczego właściwie nadawałabym się do bycia i jakie byłby powody chęci innych. Wystarczy na mnie spojrzeć. No tak, tylko akurat wy – czytający, i ci jeszcze nie spotkani, nie bardzo mogą zobaczyć, zwłaszcza prawdę objawiającą się w moim zewnętrznym istnieniu. Ostatnio trochę się zmieniła, bo choć nadal funkcjonuję w sprzecznościach wyznaczanych dniami miesiąca, przez ostatni czas nauczyłam się porządkować wszystko w głowie bez wprowadzania zbędnego niepokoju. Nadal jest we mnie coś dziwnego, ale przyjemnego, jakby przekraczając wtedy (a poza mną nikt nie wie kiedy) swój próg bólu, odzyskałam ciszę, której nie miałam do dziesięciu(!) lat.
Odbiegłam jednak zbyt daleko od głównego tematu, czyli spotkań. I jak to bywa ze spotykaniem innych, ostateczna decyzja należy do mojego życia (ale nie zawsze zależącego ode mnie), które szczerze informuje: nie masz szans, kochanie, i tak będziesz siedzieć przez całe lato w domu; dobrze wiesz jaka jest sytuacja. Tak, wiem. I tym razem moje życie się nie myli. Znam wszystkie przeciw, które przekreślają każde najmniejsze za. Powtarzając latami ten sam scenariusz, nic nie jest już w stanie mnie ani zaboleć, ani poruszyć w jakiś inny, nieprzyjemny sposób. Nawet nie wiecie, ile szarpałam się ze sobą, by teraz ze stoickim spokojem przyjmować takie wiadomości od życia. W jeden wieczór nie wypracujemy w sobie wytrzymałości na bodźce.
Może dostając pocztówkę z Pragi, zrobi mi się po ludzku przykro, że mnie tam nie ma i nie mogę wysłać takiej samej kartki innym, ale nie za wiele czasu zajmie ta chwila, bo bezsensem byłoby zatapianie się w przykrości wynikające z przeciwności losu. Wystarczy mi radosna myśl, że P. naprawdę zależało, abym pojechała, choć osiemnastolatka obiecująca roztoczenie opieki nad dwudziestotrzyletnią dziewczyną, to dosyć zabawna sytuacja. Nie pytajcie. Też nie pojmuję moich internetowych znajomości, choć osoby poznane i znane w ten sposób znaczą dla mnie nie mniej niż znajomi istniejący w tej samej rzeczywistości.
Tymczasem przed snem piszę w myślach długie listy (zwłaszcza do tej, z którą naprawdę je wymieniałam), których nigdy nie przeleję na papier. Bo nagle okazało się, że pisać jest trudniej niż mówić, gdy pewnego dnia słowa pisane obróciły się przeciwko mnie. Więc snuję listy, licząc po cichu, że ich treść przekażę wam kiedyś w cztery oczy. A jeśli nie zdążę, jeśli nam się nie uda, to… to wybaczcie mi wszystko, czego nie potrafiłam zrobić i o czym mówić wprost, bo nie każdą walkę zdążyłam jeszcze wygrać.

11.04.2013

736. Słoneczne dni nadchodzą, a wraz z nimi ludzie.

Zamówiona książka doszła w środę, a zamówiła się dlatego, bo jej dostępność w bibliotece jest rzadka (ciągle ktoś wypożycza i weź tu traf na chwilę między jednym przejściem a drugim), a na egzamin należy zapoznać się z treścią. Claude Levi-Strauss – „Myśl nieoswojona”. Posiadam wydanie z 1969 roku. Stare książki są piękne, tak jak zapach przeszłości ukryty między ich kartkami. Zapłaciłam trzydzieści dwa złote (plus koszt przesyłki), a był to najtańszy egzemplarz spośród oferowanych na allegro. Wykładowca – ksiądz, jeden z tych, którzy swoją intrygującą dziwnością przyciągają, wyraził chęć odkupienia, gdyby ktoś zainwestował. Po zdanych (oby!) egzaminach (u niego będą dwa) oddam książkę w dobre ręce, a myśl, że zrobię to nie chcąc nic w zamian, daje mi prostą radość. Może to głupie, ale mam wrażenie, że warto żyć dla tego jednego momentu, w którym będę miała stuprocentową pewność, że robię coś słusznego i w jakimś sensie wartościowego, bo posiadam coś, z czego będą mogli korzystać później inni, gdy tego czegoś się pozbędę z domu. Nawet jeśli to wszystko tylko wymysł mojej wyobraźni, noszenie w sobie kilkusekundowej sytuacji wręczenia książki jest, najprościej mówiąc, fajne, choć podobno jak mówi się, że coś jest fajne, to nic nie znaczy, ale teraz znaczy, bo pozwala mi zasnąć z miłą i sensowną myślą, niż z powracającą wizją swojej bezwartościowej i roztrzaskanej egzystencji.
____
Słoneczne dni nadchodzą, a wraz z nimi ludzie. W autobusie starsze osoby – pan i pani, który akurat siedzieli obok siebie na tyle busa, a byłam też tam ja – rozmawiali o murzynach, jakby największym nieszczęściem było posiadanie innego koloru skóry niż biały; „ale co zrobić, tak już pan Bóg ich stworzył, to nie znaczy, że są źli, ale za murzyna w życiu bym nie wyszła za mąż”, „i on ożenił się z murzynką i nie chciało mi się iść na ślub”. Przykre, prawda?

Przed biblioteką zaczepiła mnie pani, prosząc o pieniądze. Nawet nie zarejestrowałam na co, bo skupiłam się na wkładaniu wypożyczonych przed chwilą ciężkich książek do torby, a potem wyjmowaniu portfela. Nie zastanawiałam się, ile było prawdy w potrzebie, bo zawsze takie sytuacje wybijają mnie z mojego zamkniętego świata, ale dam każdemu (jeśli mam), kto nie jest jedną z cyganek stojących codziennie w okolicach dworca PKS, zarabiających na życie kłamstwem „bo brakuje mi do mleka dla dziecka 20 groszy” (wierzycie?) lub nic nie wartą wróżbą, gdyż los jest w naszych rękach, a nie na ręce.

Szłam chodnikiem prowadzącym w dół, a obok znajdował się rząd kamienic, zaś w bramie prowadzącej na podwórko stał tłum ludzi, a w nim panowie w specjalnych ubraniach z napisem na plecach „pogotowie kryzysowe”. Przechodząc obok usłyszałam, jak ktoś rozmawiający przez telefon, powiedział, że jeden z budynków może zwalić się w każdej chwili. Trochę szkoda by było, gdyby wszystkie kamienice runęły, zanim znajdę tą, w której zamieszkam, a może minąć kilkadziesiąt długich lat nim nastanie ten dzień. Nie wiem jak wy, ale pogodziłam się z myślą, że mogę spędzić całe życie mieszkając w jednym i tym samym miejscu, czyli tutaj gdzie jestem teraz. Ludzie przecież tak żyli i żyją, a nie ma w tym nic złego. Bo po co niepotrzebnie szarpać się z czymś, czego nie da się zmienić i marnować energię na poboczne wątki egzystencji? Gorzej, jeśli nie zrobi się nic wartościowego (dla innych), będąc w jednym i tym samym miejscu. Obawiam się tylko tego… Tylko tego, że mój oddech nic nie znaczy.

9.04.2013

735. Przeszłość nieodgadniona.

Już wczoraj wiedziałam, że znowu napiszę, bo tradycyjnie świadomość nie daje mi spokoju, gdy na-dzień-dobry widnieje jeden z tych żałosnych postów, które powstają wtedy, gdy kompletnie nie wiem, co ze sobą zrobić, a jedyna broń, jaką posiadam, to słowa przeciw wszystkim. Zauważyłam, że niedzielne wieczory tak na mnie działają – przygnębiająco. Cały tydzień jawi mi się wtedy jako pasmo zmarnowanych szans. Obwiniam się cały czas, nie wiedząc, co robić, gdy patrzę sparaliżowana, jak nie docieram do nikogo.
Muszę też przyznać, choć niechętnie, iż wiedziałam, że jeśli częściej zacznę pozwalać sobie na publiczne wylewanie przemyśleń, zaraz zacznę to robić niemal siedem dni w tygodniu, jakbym wierzyła, że moje myśli warte są zapisu. (Na szczęście nie wierzę, więc liczę, że szybko minie ten „atak”. Swoją drogą, bawi mnie ilość komentarzy w porównaniu z ilością odsłon – dwadzieścia jeden przy trzydziestu dwóch tysiącach wygląda niewiarygodnie – ale tak to bywa, gdy ma się bloga prawie 8 lat, a połowę notek wraz z komentarzami ukrytą w blogowym koszu).
Teraz na bieżąco można śledzić czyjeś życie, jeśli się nim ktoś dzieli, a może to robić na sto sposobów w stu różnych miejscach w internecie. Niewiarygodne, że jeszcze tak nie dawno dopiero po śmierci znajdywano pamiętniki, które rzucały nowe światło na los człowieka. Właśnie. Bo gdy przeczytałam, że dziennik Witolda Witkiewicza (malarza okresu Młodej Polski) został złożony przez jego matkę wraz z ciałem w trumnie, poczułam jakiś dziwny żal. To jak podziwiać kogoś i nie mieć okazji nigdy poznać jego osobistych słów. Chociaż jeśli głębiej się na tym zastanowić, papierowy dziennik pisany jest by uchwycić chwile, które należą tylko do nas, a nie z myślą o lekturze dla znajomych i nieznajomych. I może dobrze, że kartki pochłonęła ziemia, bo patrząc na to, jak wiele błędów i nadinterpretacji rodzi analiza i odczytywanie tekstów po latach, można jedynie cieszyć się, że matka uchroniła syna przed ciekawskimi.
Właśnie. Bo przypomniało mi się, że gdy przeczytałam artykuł, w którym pewna uczona kobieta, człowiek wykształcony i kształcący studentów na jednej z polskich uczelni, doszła do wniosku, że „Kamienie na szaniec” to książka zawierająca wątek homoseksualny, to aż ręce mi opadły. Daleko mi do bycia homofobką, zwłaszcza, że interesuję się nurtem lgbt, jednak przekraczanie granic i tworzenie na siłę świata pełnego homoseksualnego pierwiastka jest przesadą. I już nie chodzi o orientację seksualną, ale o to, że ludzie nie wierzą w siłę przyjaźni, szukając wszędzie ukrytych pragnień niczym Freud. Dla mnie to smutne i chyba nie chcę żyć w takim świecie, a wiem, że to mnie czeka, bo ten świat już taki jest i kiedyś będę musiała do niego wyjść.
Wracając jednak do mojego wpisów z wczoraj, stał się po prostu nieaktualny. Dzisiejszy dzień zaczął się ciężko, bo przez sen wyłączyłam budzik, lecz półgodzinne opóźnienie nie wybiło mnie z rytmu. Właściwie dobrze się stało. Senny, cichy i nużący wtorek sprawił, że moje myśli też się uspokoiły. To zawsze pomaga, bo wszystkie siły skupiasz wtedy na utrzymaniu organizmu przy życiu, by nie paść jak kłoda na zajęciach i przypadkiem nie zapaść w sen zimowy, bo znowu u mnie śnieg, a w głośnikach God of snowy fields.
Musze podzielić się jeszcze tym, że po trzech latach dostałam zwrot notatek i materiałów z historii sztuki. Pogodziłam się, że przepadło, nawet wybaczyłam i nie miałam za złe. Zdarza się i tyle. Dziwnym trafem, niedawno zastanawiałam się, jak zareaguje koleżanka, gdy któregoś dnia, może kilka lat po studiach, znajdzie wśród papierów moje kartki, jeśli jeszcze nie spłonęły lub nie wylądowały w koszu. I jak już wspomniałam, znalazła, oddając w łazience wraz z przeprosinami. Jednak nie miałam okazji, by spytać, jak zareagowała, gdy podczas porządków znalazła ten „skarb”. (Tak, z radością spojrzałam na strony z Secesją.) Właściwie nawet gdybyśmy nie były w łazience, nie zadałabym pytań, które usiłują wydobyć z ludzi opis ich uczuć, bo czasem lepiej nie być niepotrzebnie ciekawym.

8.04.2013

734.

Ile niewypowiedzianych słów przepadło na zawsze. A może ważniejsze były od tych wszystkich wypowiedzianych. (Wiesław Myśliwski)
Ciężko rozmawiać na co dzień z ludźmi, wiedząc, że poza naszą codziennością istnieją osoby, do których otworzyłoby się z chęcią usta. Tylko oni nie potrzebują naszych słów, bo mamy słownik zbyt ubogi, by dać im cokolwiek od siebie. Jesteśmy bezużyteczni, jesteśmy nie dla nich.
Wydech i wydech. Tylko tyle mogę teraz zrobić, by nie rozbić się na kawałki, gdy nieznany wcześniej smutek wdziera się w ciało i duszę.

6.04.2013

733. Jaśniejszy odcień szarości.

Widziałam, że to wróci, bo ciągle jestem tą samą osobą, ukształtowaną przez bieg czasu, którego nie da się wymazać. Nadal wszystko jest świeże, minął niecały miesiąc. I wiedząc, że to wróci, miałam przewagę, by nie ulec i nie pozwolić sobie na błądzenie po trawiących uczucia melodiach i historiach nie należących do mnie. Zabawne, że nigdy nie traciłam świadomości, umiejąc racjonalnie określić swój punkt położenia. Mimo to istnieje we mnie ciągła obawa, że stracą kontrolę, a z nią samą siebie. Lecz mając Anioła Stróża, jak mogę się bać?
Myślę, że moim największym wrogiem jest rozbudzanie i pielęgnowanie złych wizji, a jest ich wiele, gdy znów rozbijam myśli na cztery strony świata, wiedząc, jak wiele kilometrów i niewypowiedzianych słów nas dzieli. Coś ciągle zmienia się we mnie, lecz wszystko wkoło pozostaje nieruchome. Jak dopasować swoje przemienienie do starego układu?
Wczoraj odwiedziła nas siostra cioteczna z narzeczonym. Wyjechali miesiąc temu do Włoch. Przyjechali pozałatwiać jeszcze kilka spraw. Moje zamknięcie dnia przed dwudziestą to normalność od lat, więc nikogo nie zdziwił widok dziewczyny w piżamie, totalnie nieogarniętej. Właściwie wyglądałam, jakbym była chora, co kłamstwem nie jest, gdyż od dwóch lat zmagam się z zatokami. Zresztą, rodzina to tylko rodzina. Nie dbam o wygląd. Mimo to dziwna sytuacja. Nie byłam zadowolona z przyjazdu. Nigdy nie jestem przygotowana na widok ludzi. Odwiedziny kogokolwiek na moim terenie bytowania nie działają na mnie dobrze; zwłaszcza, gdy znowu walczę z widmem błędów ostatnich miesięcy. Głupie, prawda? Lecz trudniej jest walczyć niż bezmyślnie poddać się fali. I wyszłam i byłam tam. Było nawet miło, byli na chwilę, nadal w biegu. I uderzył mnie fakt, że od kilku miesięcy ktoś mnie dotknął. Uświadomiłam to sobie dzisiaj i zrobiło mi się niedobrze. Potem, gdy wyszli, próbowałam nie płakać. Próbowałam. Niedoskonała i zła. Tak będzie dopóki nie dotrę do celu, a droga jest długa i z przeszkodami, a krzywd do naprawienia wiele. Chciałabym więcej siły, bo to coś, z wnętrza mnie, a może z zewnątrz – och, tak trudno mi określić źródło – znów tu jest i próbuje mnie złamać.
Szukałam słów, by zmienić adres tumblr. Spojrzałam na półkę z książkami i przeczytałam „Jaśniejszy odcień szarości”. Wzięłam i odnalazłam miejsce z zakładką, w którym przerwałam czytanie. Coś mnie uderzyło, chyba pięścią w brzuch. Sięgnęłam do listów, znajdując właściwy, z tym jednym zdaniem: „to może być kolejna wskazówka, ale nie musi”. 11 czerwca 2012. Niedługo minie rok. Książka leży nieprzeczytana. Wyobrażacie sobie, jak czułam się trzymając list i patrząc na niedokończone strony? Czy naprawdę przegrałam bitwę o Ciebie?

4.04.2013

732. Pan G. powiedział: „Będziesz moja” i wybrał muzykę klasyczną.

Melodia, której nie da się wymazać z pamięci. Aż żal ogarnia duszę, że nigdy nie miało się styczności z pianinem czy fortepianem. Blade place delikatnie sunące po czarno-białych klawiszach. Dźwięk na żywo. Poczuć i płakać do końca dni.
Alessandro Marcello – Concerto D in Minor BWV 974, II Adagio (wykonanie Glenn Gould).
Ktoś mówi, że transkrypcja należy do Bacha, ale to nie czas, by przeszukiwać poza-internetowe źródła. Brak możliwości również. Zostaje Alessandro i utwór, który zakończył film Je Te Mangerais. Wtedy po raz pierwszy słono smakowały łzy. Potem było lato, tamto wyjątkowe, i 23 sierpnia, gdy pisałam:
Znowu włączyłam „You’ll be mine”. Dzisiejszy dzień był tym filmem. Nie mogłam powstrzymać się od przewijania i ponownego odtwarzania niektórych scen, przede wszystkim ze względu na nastrój i emocje zbudowane za pomocą muzyki. Nawet teraz słucham utworu z ostatniej sceny. Jest wykonany na wiolonczeli. (Oryginał grany na fortepianie). Znowu płaczę. Nie kontroluję tego. Jeden dźwięk porusza wrażliwą strunę w moim ciele. To pierwszy utwór, który działa w ten sposób. Czuję przebiegające pod skórą dreszcze. Płaczę, jakby moje życie właśnie rozpadało się na tysiąc kawałków bez możliwości ponownego sklejenia. Melodia mnie kruszy. W tym momencie myślę, że nie mam już nic poza bezkresnym smutkiem.
Hymn mojego życia. Włosie smyczka dociskane do strun; pewne pociągnięcia, wbijające się w skórę. Boli, tak bardzo boli, gdy mury pękają, otwierając wnętrze. Wracasz, by sprawdzić, czy nadal działa. Odtwarzasz zapis na youtube z uspokajającym widokiem morza w tle. Ilość komentarzy od ostatniej wizyty wzrosła, więc czytasz i aż kuje cię coś w środku, gdy widzisz, że większość zjawiła się tutaj po przeczytaniu książki „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. Popularna pozycja, której okładkę łatwo można rozpoznać. Też ją znam. Pamiętam, że po informacji na temat treści i kilku recenzjach, wiedziałam, że nigdy (chyba, że w ramach analizy) nie sięgnę do czegoś wyidealizowanego, fikcyjnego, przekazującego fałszywe wyobrażenia świata i człowieka, który jest istotą kierującą się popędami. (Bo chyba jednak nie jesteśmy zwierzętami, a ludźmi, prawda, już nie mówiąc, że stworzonymi na obraz i podobieństwo Boga, ale och, przecież Boga nie ma, tak jak godności, więc jesteśmy przedmiotami do zabawy, nawet w książkach). Do czegoś słabego pod względem literackim, w dodatku napisanego przez autorkę inspirującą się Zmierzchem, którego swoją drogą nie czytałam, ani nie oglądałam. Przepraszam wszystkich fanów, ale to nie moja bajka, zmysły, fascynacje, emocje. Moje dwadzieścia dwa lata z całym, być może dla niektórych zbyt marnym, bagażem doświadczeń potrzebują historii niosących prawdę, ujętą w gustowne słowa. Pięćdziesiąt twarzy Greya to podobno wciągająca i szokująca książka. Gdy o tym słyszę, w mojej głowie kołaczą słowa z wykładu z filozofii sztuki: wolność i kreatywność to hasła głoszone w dzisiejszej sztuce. Ważne, żeby szokować. Czy ktoś jeszcze myśli o prawdzie i pięknie?
Tak, robię to, udzielam sobie prawa do krytyki czegoś, co znam powierzchownie. Proszę, oburzcie się, ale tak jak wy subiektywnie odbieracie książkę, tak ja muzykę. Adagio jest pięknym utworem, który związałam ze swoją duszę, więc jak mogę pozwolić na plugawe słowa w oprawie genialnej melodii? Nie wiem, czemu pan Grey grał ten utwór i nie zabraniam mu lubić muzyki klasycznej, ale niech mi nikt nie mówi, że wiąże się to z jego wrażliwością wspaniałego kochanka, który przedmiotowo traktuje kobiety. To dla mnie profanacja. To jak próba uwiedzenia cukierkami młodego chłopca przez dorosłego mężczyznę, wmawiając mu, że to, co nastąpi potem, będzie tak samo słodkie jak smak czekolady, który czuje w ustach. Jestem tak bardzo na nie, że chyba mi trochę przykro, bo ludzie to robią – mieszają piękno z syfem, udając, że wszystko jest w porządku.

3.04.2013

731. Byle jedna róża z wianka bogini…

Mamy kwiecień. Już dawno po pierwszej w nocy. Nie chcę spać, nie czuję się senna. Tylko oczy trochę bolą. W jeden dzień napisałam pracę na temat wybranej duchowości, więc cieszę się z małego sukcesu, mając nadzieję, że przeczytane książki zostawią we mnie trwały ślad. I mam, mam w pamięci gorzkie słowa:
Sztuka i tylko sztuka, byle jej uśmiech albo cień uśmiechu, byle jedna róża z wianka bogini, bo z nią sława i dostatek i osobiste zadowolenie – mniejsza o resztę; gubi się w szalonej gonitwie rodzinę, moralność, ojczyznę, związek z Bogiem, gubi wszystko, co dodatnie i święte – lata uciekają, organizacja fizyczna niszczeje, a z nią i talent tak zwany – zostaje tylko rozpacz albo idiotyzm na dnie czaszki – poza tym śmierć – ale żeby tylko śmierć i nicość, ale i to nie, bo dusza nie umiera nigdy.
(Święty Brat Albert Chmielowski)
Znowu to robię, myślę o tym, czym było dla mnie pisanie opowiadań, wtedy i tam, z nimi. Czyj uśmiech chciałam mieć? Kto był moją boginią? Na czyje kwiaty czekałam? Twoje? Lecz zadowolenie z samej siebie osłabło, została rozpacz i chaos, bo kwiaty utraciły woń i zwiędły. A teraz powiem, proszę, weź mnie, przyjmij w swoje myśli ten jeden raz. Weź moje wszystkie cechy i utkaj z nich opowieść o mnie, lepszą niż ta, którą posiadam w głowie. Zrób coś ze mną, namaluj słowami, pobaw się tak, jak ciągle się bawimy. Nawet nie potrafię być zła, nie jestem, nawet na siebie nie.
Za to uśmiecham się krzywo, patrząc wstecz i widzę błąd. Bo nie znajdując tam, gdzie chciałam, próbowałam znaleźć gdzie indziej i przykro mi, że się pogubiłam, śląc słowa w złe strony. Cały wolny tydzień, tylko ten czwartek z zajęciami na uczelni i chęć milczenia, bo nie potrafię już mówić, gdy wiem, że mówiłam wam to, co chciałam innym.
Wiem, ciągle to robię, patrzę wstecz, lecz nie po to, by tęsknić, czy ubolewać, ale by wyciągać wnioski i nie iść złą drogą.