22.03.2019

1027.

Minęło pięć dni i tylko jednego wygrałam ze sobą. Chciałabym nie mieć twarzy i myśli. Przez ostatnie dni spędziłam bardzo mało czasu przed komputerem jak na kogoś, kto regularnie od dziesiątek lat odcina się w ten sposób od rzeczywistości. Zmieniłam dietę, zwiększyłam ilość ćwiczeń razy dwa, zaczęłam przed pracą przekraczać drzwi kościoła. No i co z tego? W domu znowu jestem sobą, taką, jaką nie powinnam być nigdy. Im bardziej się staram, tym bardziej nic mi nie wychodzi. Nie potrafię wytłumaczyć tego, jak funkcjonuje mój mózg. Mam wrażenie, że obracam się w jakimś śnie - na wszystko patrzę przez mgłę. Jestem tutaj ciałem, ale myślami jestem daleko w przeszłości, mam piękną cerę, zgrabną figurę, potrafię tańczyć (nauczyłam się kolejnego układu, ale co z tego jak moje ciało nie potrafi tego zatańczyć), mam dobre myśli, ktoś mnie kocha i ja potrafię kochać, jestem najbrzydszą dziewczyną na świecie, ale mam w sobie tak ogromną światłość, że rozpromienia mnie od środka i jestem piękna w oczach innych. Jestem też gdzieś daleko, w miejscu, gdzie czuję się jak w domu i wiem, że można zacząć od początku tak, jakby nigdy nic się nie stało. Nie, naprawdę to chcę mieć tylko ładną cerę. Czemu zawsze chcę rzeczy, których nie mogę mieć? Wiecie jak to jest nosić w sobie jakieś ciche życzenie, które nigdy nie zostaje spełnione? Mam wrażenie, że cała jestem wypchana takimi życzeniami, więc udaję, że nie mam żadnych życzeń, aby co chwilę nie płakać. Jestem zmęczona, wiem, że Ty też. Kto nas uratuje, jeśli Niebo milczy?

17.03.2019

1026.

Za każdym razem, gdy tutaj piszę, ogarnia mnie poczucie porażki, bo choć bardzo chciałabym napisać o czymś miłym, okazuje się, że nie potrafię. Mam wrażenie, że cofnęłam się do czasów ponurych i odtwarzam wersję siebie z przeszłości. Nigdy nie przypuszczałam, że będę książkowym przykładem dziecka, które nie będzie potrafiło nigdy dorosnąć. Kiedyś z przejęciem słuchałam wykładu o tym, jak osoby nie otrzymawszy w młodości odpowiedniej pomocy, wyrastają na kogoś zagubionego. Bałam się czegoś, co i tak mnie czekało. Nigdy nie potrafiłam poprosić o pomoc kogokolwiek, może z przekonania, że nikt nie jest w stanie udzielić mi realnej pomocy, za którą musiałabym zapłacić realnymi pieniędzmi, których nie miałam, lub jeszcze większym bólem psychicznym, nie tylko moim, ale wszystkich tych, którzy uwierzyli w kogoś, kim nie jestem. Nie będę ukrywać, że męczę się sama ze sobą, właściwie od lat i oczywiście mam okresy dobre, takie, w który wierzę, że potrafię żyć tak, jakby nigdy nic się nie stało, ale zawsze to do mnie wraca. Niezależnie od tego, jak bardzo staram się wtłoczyć swój umysł pozytywne myślenie, mój mózg nie potrafi tego zaakceptować. Noszę w sobie ogromne poczucie winy, że nie potrafię być promieniem w ciemności, przykładem kogoś kto walczy mimo wszystko, bo wierzy, że to ma sens, nie potrafię zrozumieć, skąd ludzie biorą w sobie w siłę do pokonywania trudności. Przecież słyszy się historie osób, które wyszły na prostą i teraz mogą być przykładem wiary, odwagi i spokoju. Wstyd mi o tym pisać, ale to muszę, aby ktoś wiedział, nawet jeśli to tylko duchy w internecie, że znowu się rozpadam. Codziennie kilka łez cieknie po moim policzku, a niedzielą wpływają już wszystkie nagromadzone przez cały tydzień stresu. Co mnie stresuje? Oczywiście praca, myślenie o przyszłość i strach przed tym, że nie mam siły na zmianę swojego życia, a to jest to, czego potrzebuję najbardziej od lat. Oczywiście Bóg cały czas wysyła do mnie ludzi, którzy pilnują mnie, abym nie poległa ostatecznie, ale nadal to za mało, bo jestem tu sama, a wszyscy, którzy mnie otaczają swoim żywym istnieniem są obcy i odlegli. Choć tak naprawdę to ja jestem odległa i obca i jest coraz trudniej mi być tu i teraz, bo jestem gdzieś głęboko tam nieszczęśliwa i nie potrafię tego przyznać nawet przed sobą, bo boje się, że jak rozpadnę się na dobre, to już będzie koniec, więc muszę się trzymać chociaż tego kłamstwa wymalowanego w moim pogodnym uśmiechu. Ciągle towarzyszy mi uczucie, że przez ostatnie lata nic się nie zmieniło i wszystko, co robiłam nie przyniosło żadnego pozytywnego skutku. Rodzi się więc we mnie przekonanie, że nic się nie zmieni, bo problem, którym widocznie jestem ja sama (według innych również, co nie raz dali mi do zrozumienia, a nawet oznajmili wprost) nigdy nie zniknie. Chciałabym, aby moje serce przeszło przemianę, ale mój problem polega na tym, że chcę  aby wyrwano mi serce i wszczepiono nowe. Naprawdę trudno być ze sobą, kiedy podjęcie jakiejkolwiek decyzji wiąże się z ogromnym stresem. Myślę, że ten wpis nie wnosi nic konkretnego i nie jest tym, o czym chciałam naprawdę dzisiaj tutaj napisać, ale spoglądam ciągle na zegarek z myślą, że powinnam położyć się spać o przyzwoitej godzinie, bo jedną z przyczyn rozbicia i kiepskiego funkcjonowania, jest brak snu. A robię to często, zmuszam się do siedzenia do oporu, aż jestem wykończona tak bardzo, że już nie myślę o niczym męczącym, tylko zapadam w stan otępienie i marzę tylko o tym, aby położyć głowę na poduszce i zawinąć się w kołdrę i spać wiecznie. Dzisiaj płakałam bardzo długo, nawet jak chciałam przestać, nie potrafiłam. Cały dzień zastanawiałam się, jak rozwiązać swoje zmartwienia, a ostatecznie doszłam do wniosku, że jestem brzydka i mam przygnębiające myśli i nie dziwię się, że mnie nie lubią. Jestem sama sobie winna. Na koniec dnia rozdrapałam pół twarzy i to błędne koło, bo moja cera pogarsza się od stresu, a żeby zlikwidować stres, rozdrapuję twarz. Wszystko to brzmi bardzo przykro i żałośnie, ale pamiętajcie, mam tylko piętnaście lat.

9.03.2019

1025.

Telewizję zdarza mi się oglądać tylko w weekendy i czasem lubię przysiąść nad tymi wszystkimi programami, które kłamią, że wystarczy zmiana wyglądu, a wszystko zmieni się dookoła. Lubię oglądać te programy, które pomagają, nie tylko kobietom, wyładnieć, jakby to było najważniejsze, bycie ładnym, ale jeśli zastanowimy się nad tym przez chwilę, ładni ludzie mają w życiu po prostu łatwiej i tu nie chodzi o odbiór otoczenia, ale o to, że gdy samemu czujesz się ładnym, zyskujesz pewność siebie, która pozwala iść przez niepewne życie. Mnie natomiast zastanawia, czemu ludzie od zawsze dzielą wszystko na ładnie i brzydkie, i czemu nasze oczy nie widzą wszystkiego jako piękne, i czemu akurat mi przytrafiło się bycie brzydkim, co gorsza, zewnętrznie i wewnętrznie (patrzy wszystkie wpisy tutaj, nie wiem jak ktokolwiek mógłby ze mną wytrzymać, gdyby musiałby zmierzyć się na co dzień z takim chaosem). Gdy byłam młodsza, oglądałam programy o przemianach ludzi i wyobrażałam sobie, że jako szesnastolatka jestem tą szczęśliwą wybranką, która udaje się do programu, aby zrobili jej odsysanie tłuszczu. To naprawdę było głupie z mojej strony myśleć, że ktokolwiek zgodziłby się na taki zabieg u tak młodej osoby, która przecież może ruszyć swój tyłek i zwyczajnie poćwiczyć, aby ten tłuszcz spalić. Właściwie wtedy ucieszyłabym się, gdyby zmienili we mnie cokolwiek. Myślę, że po okresie prawdziwych załamań związanych z własnym wyglądem, kiedy nie potrafiłam patrzeć w lustro bez wybuchów płaczu, nauczyłam się w jakiś sposób akceptować siebie. Po czasie nie chodziło już o to, abym stała się ciemnowłosą szczupłą pięknością o przejrzystych błękitnych oczach z czyichś snów, z czasem zaczęło chodzić o to, abym stała się kimś całkiem innym. Nie chciałam innego wyglądu, chciałam narodzić się na nowo. Tak naprawdę ci ludzie w tych wszystkich programach o przemianach przychodzą tam, bo ich głównym problemem nie jest wygląd, ich problemy odbijają się w ich wyglądzie. Przestali dbać o siebie po różnych ciężkich sytuacjach i z czasem przestało zależeć na wielu rzeczach, a głównie na sobie. Myślę, że ludzie, którzy nigdy nie stracili pewności siebie, zachowali to co najlepsze. Kiedy ktoś zaczyna mówić o sobie źle, zaraz słyszy protest innych, że to nieprawda, że nie wolno tak siebie poniżać i że należy kochać siebie przede wszystkim, aby móc obdarzać miłością innych. Wygląd to tylko dodatek do wewnętrznego piękna, które powinno od nas bić. Nie wiem, czy jestem ładna. Oczywiście mój umysł podpowiada mi tylko jedną odpowiedź. Mój obraz siebie jest zniekształcony od najmłodszych lat przez różne sytuacje i właściwie zawsze jestem zagubiona, jeśli chodzi o rozeznanie tego, kim jestem w oczach innych. Staram się o tym po prostu nie myśleć, bo mam wrażenie, że zaraz zaleje mnie fala pomyj. Najważniejsze powinno być to, kim jesteśmy sami dla siebie, ale tutaj też stąpam po niepewnym gruncie. Przez większość czasu jestem przekonana o tym, że po prostu już nie istnieję. Mój mózg działa naprawdę dziwnie. Dzisiaj oglądałam kolejny z tych programów o przemianie i pomyślałam, że to wszystko jest ustawiane. Nikt nie zmienia tak szybko i nowy wygląd może daje lepsze samopoczucie, ale gdy kamery zostają wyłączone i wracamy do domu z dala od tych wszystkich specjalistów i trenerów, którzy dopingują nasze działania i mówią, że jesteśmy wspaniali i możemy wszystko, magia pryska. Wsparcie innych daje dużo, ale inni nie mogą być przy nas zawsze, a u mnie inni bywają rzadko i nikt nie trzyma mojej ręki, gdy mi ciężko. Dzisiaj oglądałam najgorszy rodzaj z tych wszystkich programów, bo takie przemienione osoby umawiali na randki. Umawianie kogoś z kimś obcym tylko po to, aby przetestować daną osobę wydaje mi się przerażające. Pójście z kimś gdzieś, jeśli nawet nie wiesz, czy polubisz daną osobę, jest dziwne, albo sama jestem dziwna. (Bardzo możliwe że to drugie.) Dwudziestosiedmioletnia kobieta przestała chodzić na randki po szesnastym roku życia, bo ktoś złamał jej serce. Zdarza się, prawda? A potem ten całkiem sympatyczny prowadzący, który pomagał tej dziewczynie (czy mógł mieć coś ze stereotypowego geja, będącego idealnym przyjacielem kobiet?), przeżył szok, że przecież jedenaście lat bez randkowania jest nie do przyjęcia a tym bardziej stracenie dziewictwa w wieku dwudziestu sześciu lat to w ogóle już średniowiecze. Nie wiem, co pomyślałby ten prowadzący na temat moich “historii miłosnych”, ale oglądając takie programy mam wrażenie, że jestem naprawdę ze świata, który już dawno runął, tylko ja zapomniałam zniknąć razem z nim, przez co się męczę, nie mogąc odnaleźć się w dzisiejszych realiach. Myślę, że najgorsza rzecz, jaka mogła mi przyjść do głowy po tym programie, to chęć pójścia na randkę, ale taką z prawdziwego zdarzenia, na jakiej jeszcze nie byłam nigdy, bo nie byłam na żadnej, a jestem starsza od bohaterki wspomnianego programu. (Może naprawdę jestem tak odpychająca, że właściwie nie ma się czemu dziwić? W sumie to jestem dobra w odcinaniu od siebie ludzi, którzy wymagają ode mnie nierealnego.) Na randkę musiałbym umówić się z kimś, kogo lubię (a obowiązkowo z kimś, kimś kogoś zna, może być tylko z okładek gazet), a że wszyscy, których lubię tu nie ma, a nawet mogą nie wiedzieć, że ktoś taki jak ja istnieje, sprawia, że jestem w sytuacji przykrej i trudnej do przeskoczenia. Tym bardziej skomplikowana staje się sytuacja, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że chciałabym pójść na randkę, która nie byłaby zapowiedzią czegoś, co miałoby być kontynuowane. Mi po prostu przyszło do głowy, że miło byłoby zrobić coś, czego nigdy nie robiłam. Ale teraz, gdy o tym myślę, wydaje mi się to bardzo nierozsądne z mojej strony chcieć takich rzeczy, które ostatecznie nie są do niczego potrzebne, bo aby żyć trzeba tylko chleba i wody, a żeby mieć w sobie życie potrzeba Ducha.  Wiem, jak wielki stres uderzyłby we mnie z okazji takiej randki, bo przecież doszło już do tego, że stresuje mnie każdy kontakt z człowiekiem, taka dzika jestem i prawdopodobnie przed spotkaniem uaktywniłoby się we mnie każde z wcieleń, które posiadam, więc śmiałabym się i płakała na przemian, a potem dostałabym rozstroju żołądka. Na końcu uznałabym, że zdecydowanie mi odbiło i co ja w ogóle wyprawiam, jeśli wszystkie romantyczne akcje wywołują we mnie skręt kiszek i mój poziom romantyzmu wynosi 0,1%. A potem okazuje się, że patrzę na takiego M., który jest bardzo romantyczny i jestem jeszcze bardziej zagubiona, bo ściska mi serce, gdy widzę, że jest bardzo troskliwy, a gdy ktoś prosi go o zrobienie czegoś “cringy” (przetłumaczenie tego słowa na polski nie oddałoby jego mocy), on bez oporów to po prostu robi, wiedząc, że komuś sprawi tym radość. Czy ktoś nie mógłby spleść ze mną swojej dłoni i trzymać tak długo, dopóki nie przestałoby mi się zbierać na wymioty? Właściwie zrobiłby to dla mnie M., ale on przecież nie istnieje.

3.03.2019

1024.


To bardzo dużo nic nie znaczących słów, słów, które latami pisałam w swojej głowie, aż w końcu pomyślałam, czemu nie, może to czas, aby spisać wszystko na raz, a potem zapomnieć, jeśli to ma rozwiązać problem. Czasem nie mogę znieść siebie takiej, jakbym trzymała się tej jednej historii, bo nie pozostało mi już żadne miłe wspomnienie, a rzeczywistość jest tak trudna, że muszę karmić czymś swój umysł. Wszystko, o czym tutaj napiszę, będzie reprezentować najbardziej nieracjonalną wersję mnie. Nie mogę być jednak taka cały czas, więc nie jestem, nikt nie jest nieracjonalny cały czas, nawet ataki paniki mijają. Moje resztki rozumu trzymają mnie mocno w objęciach, więc może dlatego na co dzień mało obchodzi mnie to wszystko, o czym tutaj napiszę, a przybiera znaczenie tak ogromne, gdy jestem smutna, zmęczona, czy zestresowana. Bywam na siebie zła, że ta sama historia jest dla mnie wszystkim, a potem niczym. Jestem zła, że to ciągnie się przez dziesięć lat, ale może jest tak tylko dlatego, że wymyśliłam sobie to wszystko, aby nadać trochę dramatyzmu swojemu nudnemu życiu i męczę się tylko dla jakiejś idei, bo życie fikcją jest jedną z moich ulubionych rozrywek, gdy nie mogę znieść bycia tu i teraz. A może naoglądałam się za dużo dramatycznych filmów, które próbuję wpleść w swoje życie? Choć gdyby ktoś przeniósł tę historię na ekran, pewnie płakałabym z zażenowania. Mam wiele wątpliwości związanych w tym wpisem, wątpliwości, które mam od dnia naszego pierwszego spotkania w internetowej rzeczywistości. Snułam tę historię przez ostatnie dziesięć lat na wszystkie możliwe sposoby, aby teraz przytoczyć ją po raz ostatni, choć prawdę powiedziawszy, nie jestem przekonana, co do tego pomysłu, choć od zawsze chciałam wylać to wszystko tutaj i martwić się o to, co będzie dalej. Mój główny problem polega na tym, że zawsze kiedy na spokojnie zbiorę myśli, wiem, że to nieważne i wcale nie muszę o tym pisać, aby zapomnieć, bo przecież zapominam, zawsze zapominam, a potem coś mnie dopada i przeżywam na nowo wszystko, co zostało gdzieś w przeszłości i znowu sypiam źle i czuję się taka zagubiona, nie rozumiejąc, czemu muszę się tak męczyć. A może męczę się nie ze swojej winy, może po prostu Zło krąży po świecie na zgubę dusz ludzkich i wie, jak uderzyć w mój słaby punkt.

Opiszę tę historię, jakby nie była historią moją, choć prawdopodobnie będę używać pierwszej osoby liczby pojedynczej. Sam fakt, że nie uda mi się stworzyć tego w jeden wieczór, sprawia, że biorę się za to, jak za pisanie książki, i nawet jeśli książka może być oparta na osobistych doświadczeniach, autor podsyca ją słowami na dowolny sposób. Podzielenie się tym wszystkim tutaj ma też wiele innych wad, jak choćby to, że będzie to bardzo subiektywna opowieść, a jej treść zależeć będzie od tak prostych rzeczy, jak poziom mojego zmęczenia, czy pogody za oknem, czy piosenki w tle, i przez to nigdy nie będę wiedzieć, czy to o czym piszę ma aż takie znaczenie, czy po prostu mój umysł chce, aby takie znaczenie miała przeszłość. Właściwie uważam, że przeszłość nie ma wielkiego znaczenia. Wszyscy mówią, że należy iść do przodu nie oglądając się za siebie, jakby wierzyli, że można odciąć się od tego, czym skorupka nasiąknie za młodu. Jednak prawdą jest, że odcięcie myśli od czegoś daje wrażenie, że tego nie ma. Co z oczu to i z serca i tak dalej. Można zapomnieć o wielu rzeczach, jeśli nie wiążą się z traumą. Udaje mi się zapominać nawet na długie lata, jakby nigdy nic się nie wydarzyło, a tysiące napisanych słów nigdy nie istniało. Można zapomnieć o wszystkim, gdy wzywa życie, ale takie prawdziwe, z piachem w oczy, a potem ten piach ociera się dłonią i znowu w oddali pojawia się znajoma sylwetka. Dzisiaj usłyszałam, że każde bycie z drugim człowiekiem (nie romantyczne, chodzi o wszystkie rodzaje relacji) nabierze właściwych wymiarów wtedy, kiedy stanie się byciem z tym kimś na stałe, w tym sensie, że ktoś może mieć pewność, że ta druga osoba nie zostawi, będzie wspierać, że po prostu nie pójdzie. Piszę o tym, bo z założenia każda moja relacja miała taka być, może dlatego mam niewielu znajomych, bo zawsze czułam ten ciężar odpowiedzialności, aby nigdy nie opuścić. Było takie zdanie w “Małym Księciu”. Jest takie zdanie w tej książce: “Straciłeś dla mnie tyle czasu, że poczułem się ważny. “A jednak ostatecznie okazało się, że niezależnie jak na to spojrzę i niezależnie od tego, jak wiele usprawiedliwień znajdę, wydaje mi się, że mnie nie lubisz i dlatego powstaje ten wpis, bo nie mogę pojąć tak dużej rozbieżności pomiędzy przeszłością, a teraźniejszością. Ten wpis będzie po części próbą odgadnięcia, czemu inni odeszli, choć pukałam do ich drzwi i czemu czuję się winna, że ostatecznie to moja wina, że nie próbowałam wystarczająco i że przecież to ja nie potrafię budować z nikim zdrowych normalnych relacji i nawet jeśli rozumiem, że każdy z moich znajomych ma własne odrębne życie, to nie rozumiem, czemu nie mogę w nim uczestniczyć jakoś tak normalnie, po ludzku. Jeśli ktoś chce cię zobaczyć, to zawsze znajdzie sposób, aby cię zobaczyć, a jednak moje sposoby się wyczerpały. Próbuję bezskutecznie zrozumieć, czemu każde moje pytanie o spotkanie kończyło się tą samą odpowiedzią - że nie masz czasu, że to zły czas, że później, w przyszłości, odezwiesz się, opowiesz mi o wszystkim, a potem jednak nie opowiesz, bo nie masz siły, bo się zmieniłeś, bo nie jesteś osobą z moich wspomnień. Tylko wiesz co, moje próby kontaktu z tobą to była właśnie chęć poznanie ciebie nowego, zrozumienie, ale jeśli nie chcesz, to co mogę zrobić? Dwa lata czekam na ciebie, a może czekam te dziesięć lat, z przerwami, gdy staram się nie pamiętać o sentymentach. Potem włączam jakieś wideo, konferencję, chcę posłuchać kogoś mądrego, kogoś kto wie lepiej, kto to zrozumiał i ogarną, ale nawet najważniejsi przedstawiciele moralności tego świata, nawet święci, mówią mi, że ktoś taki jak ja nigdy nie zbuduje zdrowych relacji. Będzie to więc wpis o tym, jak chorowałam przez dotychczasowe dziesięć lat. Pragnę jednak zaznaczyć, że chorować można z przerwami, więc oczywiście bywało lepiej, bywało gorzej, choroba odchodziła, choroba przybywała. Myślę że nazwanie tego chorobą jest niestosowne, ale zrozum, muszę tak to nazwać, bo nie potrafię inaczej. Po przeczytaniu tego wszystkiego, o czym napiszę, nawet nie uznasz tego za osobistą urazę, tylko przytakniesz. Nikt normalny nie żyje w taki sposób, nikt normalny nie męczy się tak bardzo sentymentami.

Cofnijmy się o te dziesięć lat wstecz. Musiałam być wtedy bardzo smutną nastolatką, jednak przyrzekłam sobie jedno, że niezależnie od wszystkiego, co będzie działo się w moim życiu, każdą poznaną osobę będę zapraszać do swojego życia na zawsze. Niesamowite, że wtedy wierzyłam w coś takiego, jak na zawsze, a potem przez kolejne lata boleśnie uczyłam się, że nic nie trwa wiecznie poza moim zagubieniem. Lubię wracać myślami do tamtego czasu. Byliśmy niewinni i uroczy w tych całych podchodach, a jednak niezależnie od tego, jak bardzo moje serce chciało wierzyć, że byłam przez chwilę na pierwszym miejscu w twoich myślach, nie mogłam stwierdzić, że naprawdę tam byłam. Moja niska samoocena nie dopuszczała myśli, że mogłabym być dla kogoś ponadprzeciętnie ważna. Przy każdym naszym spotkaniu, których było niewiele jak na minione dziesięć lat, chciałam zapytać, czy patrzyłeś na mnie jak na kogoś więcej, ale z każdym kolejnym rokiem wiedziałam, że nie mogę pytać o takie rzeczy. Nie można wprowadzać zamieszania w czyjeś serce tylko dlatego, że samemu jest się smutnym. Ty byłeś już gdzieś poza tym wszystkim, miałeś nowe życie beze mnie, o którym wiedziałam, bo byłeś na tyle miły, aby dzielić się ze mną swoimi przemyśleniami. Zawsze to doceniałam, a teraz muszę uczyć się na nowo, że i to nie pozostało już dla mnie. Nawet nie wiesz, ile razy wracałam do twoich pierwszych wpisów na blogu, tylko po to, aby przepłakać cały wieczór, bo wiedziałam, że te słowa to coś, co nie istnieje. Ale tamte słowa zawsze dawały mi nadzieję, że może kiedyś moje życie będzie lepsze i pokonam samą siebie i przeistoczę się w piękną mądrą kobietę z twoich snów.  Niestety nie jestem nawet kobietą ze swoich snów. W końcu i blog zniknął z internetu po tym, jak usunęli platformę. Powinnam odetchnąć z ulgą, a jednak skopiowałam najważniejsze dla mnie wpisy. Nie czytałam ich dawno i wiem, że nie powinnam, jeśli nie chcę zrobić kolejnego kroku w tył. Gdy mam ciężki czas, a chyba właśnie mam, to tylko pogarsza sprawę. Najlepszym sposobem na zapomnienie o czymś jest niewspominanie. Ta notka jest i będzie jedynym wielkim zaprzeczeniem tej idei, ale poza tym wpisem nie będzie już wspominania, chyba, że zechcesz stworzyć ze mną nowe wspomnienia.

Pozostawianie komentarza na czyimś blogu zawsze mnie stresowało. To oznaczało początek historii, na którą nigdy nie byłam gotowa. Chciałam tylko wyrazić swoje zdanie, a potem zniknąć, aby nie wchodzić w bliższą relację, a jednak zawsze mówiąc A, mówiłam też B. Pozostało mi to do dzisiaj. Kiedy myślę o naszej znajomości, wracają do mnie urywki różnych sytuacji, które potem mieszają się ze sobą i nie wiem, co było naprawdę, a co przetworzył mój niespokojny umysł na potrzeby tego szalonego filmu, który wraca do mnie we snach, że znowu jesteś przy mnie i to ma sens. Zanim zacznę opisywać szczegółowe sytuacje, chcę abyś zrozumiał, że ostatecznie wszystko jest tylko czymś, co należy do mnie i to jak pamiętam dane sytuacje i jakie wiąże z nimi uczucia jest nawet niepojęte i dla mnie i może ostatecznie tu chodzi tylko o mnie i może ostatecznie potrzebuję tej historii tylko dla siebie, aby stworzyć iluzję, że w moim życiu miało miejsce coś tak ważnego, że nigdy o tym nie zapomnę, choć czasem bardzo bym chciała, a chciałabym zapomnieć mniej, gdybyś potrafił tak jak dawniej widzieć mnie od czasu do czasu, ale nie chcesz i to też mnie trapi, bo nie rozumiem czemu nie chcesz, a może rozumiem, ale nie potrafię przyjąć tak bolesnej prawdy. Ale zanim do tego dojdę, zacznijmy od początku, o ile potrafię.

Mamy niewiele wspólnych wspomnień i widywaliśmy się w trochę nienaturalnych warunkach, zawsze z dala od świata. Pamiętam wszystko bardzo dokładnie, pomimo wielkiego stresu, jaki zawsze mi towarzyszył. A podobno właśnie przez stres nie pamiętamy wiele. Czasem uderza mnie to, że wiem, w co dokładnie byłam ubrana danego dnia i jakie towarzyszyły mi wtedy uczucia; pamiętam to tak bardzo, że gdy zamykam oczy potrafię odtworzyć całą sytuację, jakby wydarzyło się to wczoraj i wtedy zaczynam płakać, bo wiem, że to nieprawda.  Nie opiszę tu naszego pierwszego spotkania, bo może to jedyny raz, kiedy stres zrobił swoje. Pamiętam tylko, jak zbierałam się cały wieczór do tego, aby cię zaczepić i nagle postanowiłam wyrosnąć przed tobą jak egzotyczne drzewo i doprawdy nie wiem, skąd miałam wtedy tyle odwagi. Czasem chciałabym znowu podać ci rękę po raz pierwszy, choć nie wiem, po co. Wonho napisał taką piosenkę o przyjaźni, From Zero, może słuchałam jej zbyt często i coś mi się ubzdurało. Wiesz, co uderza mnie najbardziej? Moje najlepsze przyjaciółki zawsze podczas naszych spotkań pytają o ciebie, jakby nie wierzyły, że nasza znajomość się urwała. Zawsze zaprzeczałam ich przyjacielskim docinkom, że byłeś moją “pierwszą miłością”, bo przecież nie można w taki sposób o tym mówić. Nie chciałam, abyś był moją pierwszą miłością, chciałam, żebyś był ostatnią, a teraz nie jesteś żadną, bo i ja nie potrafię kochać. Pamiętam, jak zaprosiłeś mnie na czyjeś urodziny i do tej pory nie wierzę, że zgodziłam się na tak potężną dawkę stresu, a może wtedy mój młody organizm lepiej trawił takie emocje. Teraz mam wrażenie, że stresuje mnie nawet otwieranie oczu z rana. Pamiętam, jak przyjechałeś po mnie rodzinnym samochodem i jak wspomniałeś, że chciałbyś być tak dobrym kierowcą jak twój tata, ale niedawno odebrałeś prawo jazdy i przed tobą jeszcze wiele kilometrów do przejechania. Nawet nie wiesz, jak bardzo byłam wtedy szczęśliwa, może sama nie zdawałam sobie z tego sprawy. Potem za każdym razem, gdy mnie gdzieś wiozłeś, nie opuszczało mnie wrażenie, że mogłabym spędzić resztę życia siedząc obok ciebie i dać wieść się w nieznane. Chyba większość kobiet  tak ma, że widzi coś atrakcyjnego w mężczyźnie prowadzącym samochód, a może tylko mój brak prawa jazdy przyczynia się do takiego spojrzenia. Często starałam się nie gapić na ciebie gdy siedziałeś za kierownicą, bo to wydałoby się niegrzeczne i dziwne, ale lubiłam gdy mnie gdzieś wiozłeś. Przeważnie odwoziłeś mnie do domu, a to było tak, jakbyś troszczył się o mnie i o to, żebym nie wracała sama nocą, albo nie szła na piechotę tyle kilometrów. Nawet nie wiesz, jak jestem wdzięczna za każdy przyjazd po mnie, jak zmieniałeś dla mnie plany i jak starałeś się zrozumieć, czemu nie lubię zaciągać takiego długu wdzięczności. Raz powiedziałam ci, że lubię być w podróży, bo to już opuszczenie danego miejsca, ale jeszcze podążanie ku czemuś nowemu, nieznanemu. Może dlatego tak boli mnie to, że tu utknęłam i nie potrafię się stąd wyrwać. Powiedziałam ci to wtedy, gdy miałam na sobie długą sukienkę i bardzo stresowałam się tym, że będę musiała w niej wysiąść, bo wiedziałam, że o coś zahaczę i oczywiście tak się stało i nie chciałam, abyś patrzył na moją oddalającą się sylwetkę, ale oczywiście jak zawsze poczekałeś, aż zniknę sprzed twoich oczu. Zawsze chciałam wypaść przy tobie jak najlepiej, jakbym nie pamiętała, że znasz moje słabości. Pamiętasz jak wiele razy wysłałam ci jakąś dziwną wiadomość późno w nocy, a ty nigdy na nie nie odpisywałeś. Czasem męczy mnie pytanie czemu? Czy wychodziłam na aż tak niezrównoważoną? Ale co mogłeś powiedzieć. Zawsze na takie dziwne rzeczy decydowałam się tylko wtedy, gdy myślałam, że nie wytrzymam dłużej i umrę. Myślałam, że mogę napisać o wszystkim, bo to bez różnicy. Może tworzę ten wpis, bo znowu myślę, że nic się nie stanie, że nawet jeśli nie umrę to ty i tak będziesz milczeć, jeśli jakimś cudem tu zajrzysz i będziesz miał siłę to przeczytać.

Nie pamiętam twojej mamy, jej obraz poza płaskimi zdjęciami dla mnie nie istnieje, ale twój tata, czasem mam wrażenie, że pamiętam nawet jego głos. Siedział z nami w salonie waszego domu i próbował wyciągnąć od nas, jak się poznaliśmy, a przecież wtedy dziwnie było mówić, że przez internet. Wymieniliśmy między sobą spojrzenia, a twój tata był na tyle miły, że nie wiercił nam dziury w brzuchu. Zawsze uśmiecham się na to wspomnienie. Spotkanie z twoja rodziną było dla mnie szokiem.  Chyba wtedy pierwszy raz poczułam, że jesteśmy z dwóch różnych światów, że w jakiś sposób nie pasuję do twojej rzeczywistości i to dziwne, że tak dobrze się dogadywaliśmy. Zawsze czułam, że zasługujesz na ciepłą dziewczynę u twego boku, trochę szaloną, ale i mądrą, z pięknym uśmiechem, pewną siebie, taką, która przegoni te ciemne chmury znad twojej głowy.

Kiedy piszę o tym wszystkim, odczuwam do siebie pewnego rodzaju niechęć, bo kiedy myślę o tym wszystkim, czuję się bardzo słaba i zażenowana, jakbym prawdziwa ja patrzyła na tę siebie, która nie może się uwolnić od tych śmiesznych wspomnień. Nie mogę zapomnieć, bo przypisałam temu wszystkiemu bardzo duże znaczenie, wtedy, gdy miało miejsce. Nie wiem, jaka była wtedy pora roku, ale było zimno. Pamiętam jak staliśmy nocą na środku drogi i wyszedłeś specjalnie dla mnie z tej “wielkiej” imprezy w samej koszulce, podczas gdy ja na sobie miałam kurtkę. Kiedy myślę o tamtym czasie, dorosła ja patrzę z dezaprobatą na nastoletnią siebie. Autobusy nie kursowały o tak późnej porze, nie miałam ojca z samochodem, ale ktoś musiał mnie przywieźć, bo według mojej oceny czułeś się zbyt smutny, abym mogła zmarnować okazję na takie odwiedziny. Miałam wtedy znajomego, który znalazł mnie w internecie i prawdopodobnie wykorzystałam jego uprzejmość tamtej nocy. Nie pytając o nic, zawiózł mnie gdzie chciałam. Wydawałam wtedy ostatnie oszczędności na paliwo, bo wiem, że samochód należał do jego rodziców. Choć głupio było brać mu pieniądze, dobrze rozumiałam, że musi. Poza tym zapłacenie zmniejszało mój ciężar wykorzystania. Dla mnie to była przyjacielska przysługa, nie namawiałem go do niczego. Wcześniej przyjechał, aby zajrzeć do mojego komputera, jako że studiował informatykę i znał się na rzeczy, a potem tak po prostu zawiózł mnie do ciebie. Nigdy nie traktowałam go jak przyjaciela, a tym bardziej chłopaka, choć zabierał mnie na wiele przejażdżek motocyklem. Czasem pytał się, czy naprawdę trzymam się jego kurtki, a ja wolałam spaść w trakcie drogi i zginąć niż objąć kogoś, do kogo nic nie czuję. Nie lubiłam być bohaterką romantycznych historii, chyba ta niechęć została mi do dziś. Byłam wtedy bardzo zamkniętą w sobie i zdystansowaną osobą (Boże, piszę o tym, jakbym teraz była ekstrawertyczką), więc nie wiem, czemu w ogóle chciał spędzać ze mną czas, podczas gdy mi wszystko było obojętne poza tobą. Nie potrafiłam być jednak niemiła, nie potrafiłam mówić ludziom, aby “spadali” z mojego życia, i wiele razy męczyło mnie, że to właśnie on nauczył mnie patrzeć na zachody. Myślałam sobie, że nigdy o tym nie zapomnę, że będę patrzeć na kryjące się za horyzontem słońce i w myślach zawsze będzie on, ale on odszedł do własnego życia, a może moje życie zaczęło być poza jego zasięgiem, gdy zaczęłam studia, i zachodzące słońce należy tylko do mnie. Czasem mam wrażenie, że on w ogóle nie istniał, nie wiem kim był i czemu pojawił się przy mnie na chwilę. Nie chciałam tego, bo wszędzie szukałam tylko ciebie. Wtedy, gdy staliśmy nocą na drodze, dzieliła nas spora odległość, byliśmy młodzi i niewinni, a potem staliśmy na innej drodze w parku, w cieplejszy dzień i wtedy po raz pierwszy się przytuliliśmy na przywitanie, a było to kilka lat po tym, jak się poznaliśmy. Spacerowaliśmy łąkami; chciałam powiedzieć ci o wielu rzeczach, moje serce było bardzo ciężkie, tym cięższe, że zrozumiałam, że będziemy mogli spotykać się tylko wtedy, gdy u twego boku nie będzie innej kobiety. I to nie tak, że jeśli nie było innej, a byłam ja, to miałam być tą kobietą u twego boku. Czasem, gdy wyobrażałam sobie tę wersję siebie, którą nigdy nie byłam i nie będę, może chciałam być kimś ważnym w twoim życiu, ale rola powierniczki i tak była dla mnie dużym wyróżnieniem. Raz zażartowałam, że jestem duchem, który wraca z przeszłości, na co odpowiedziałeś, że dobrym duchem, a może to były inne słowa (nie zacznę jednak teraz grzebać w wiadomościach, aby potwierdzić, czy tak rzeczywiście było, bo to mi zaszkodzi), w każdym razie uwierzyłam, że cieszysz się utrzymując ze mną kontakt i może dlatego teraz tak mi źle, bo nie chcesz mnie widzieć.

Dwa lata i każde moje pytania o to, co u ciebie, kończyły się tą samą odpowiedzią, że nie masz czasu, że jest źle i że odezwiesz się później, że napiszesz, ale nie zrobiłeś tego do tej pory, już nie mówiąc o spotkaniu. Nie chcesz mnie widzieć i nie traktuj tego jak wyrzut z mojej strony, bo pisząc to równocześnie pytam siebie, dlaczego nie chcesz, a nie znajdując odpowiedzi jeszcze bardziej pogrążam się w chaotycznych myślach. Ostatecznie wychodzi na to, że nie chcę widzieć ciebie, chcę zobaczyć kogoś, kto mnie odsunął na bok i poznać przyczynę, a potem wrócić do swojego zamkniętego świata bez ludzi, uczuć i twarzy.

Pamiętasz jak siedzieliśmy na dachu w upalny dzień lata i nad miastem zbierały się ciemne burzowe chmury? Moje zdrowie wtedy podupadło i chyba już wtedy piszczało mi w uszach. Zaczęłam przy tobie płakać, pierwszy raz w życiu. Było mi głupio, ale było mi też ciężko. Płakałam cicho, prawie niezauważalnie, wiesz, nie chciałam cię przestraszyć i nie chciałam obarczać cię moimi problemami, choć robiłam to zawsze. Później pytałam siebie nie raz, czemu nie potrafiłeś mnie przytulić. Pytałam siebie, czy i ja przytuliłabym kogoś płaczącego przy mnie. Wydaje mi się, że bliską osobę od razu starałbym się pocieszyć w taki sposób, a może my nie byliśmy na tyle dobrymi i bliskimi znajomymi, abyś mnie pocieszył. Chyba i to nie jest prawdą. Myślę, że ta sytuacja pokazała mi, jak bardzo nietykalna jestem i że ludzie boją się mnie skrzywdzić, jakbym była ze szkła i miała rozkruszyć się pod czyimś dotykiem. Ale i to nieprawda. Sama nauczyłam ludzi, że jest ze mną coś nie tak i lepiej być ostrożnym, czasem myślę, że jestem bardzo odpychająca, chłodna i nie ma we mnie nic, co sprawiłoby, aby inni chcieliby spędzać ze mną czas. Ludzie nie wiedzę jak się przy mnie zachować, bo sama nigdy nie wiem, kim jestem w danym momencie. Położyłeś tylko dłoń na moich plecach, a potem, może dwa lata później, gdy widzieliśmy się po raz ostatni, przytuliłeś tak mocno i długo, że wystarczyło mi to na całe wieki twojej nieobecności. Chyba to jedno z tych wspomnień, przy którym najbardziej boli mnie serce. Tak nie można przytulać kogoś, kto nie jest dla nas ważny, prawda? Czy niezależnie od wszystkiego miałeś dla mnie jeszcze jakieś ciepłe uczucia, gdy wiedzieliśmy się po raz ostatni? Kiedy wchodzę na klatkę schodową, nigdy nie pamiętam, że staliśmy właśnie tam. Miałam obawy, że ten obraz będzie do mnie wracał wtedy, gdy będę tamtędy przechodzić, czyli codziennie, ale tak nie jest. Czułam, że nie zobaczymy się prędko od tamtego momentu. Właściwie pomyślałam, że widzimy się po raz ostatni, bo było to spotkanie wymuszone, a nie chciałam takich wymuszonych spotkań, i zobacz, wcale się nie pomyliłam, choć potem złamałam swoją obietnicę nie narzucania ci się propozycjami spotkania.

Kiedyś spytałam cię o zdjęcie alejki na instagramie. Naprawdę chciałam znać miejsce, w którym byłeś, nie chodziło o nic więcej, a jednak na odpowiedź czekałam miesiąc, choć wymagała jednego zdania. Dopiero, gdy zapytałam drugi raz, poznałam Częstochowę. Pomyślałam wtedy, że nie jestem warta twojej uwagi. Przykro mi, że z czasem nasza relacja zaczęła działać w taki sposób, ale może nasze role po prostu się odwróciły. Czy kiedykolwiek cierpiałeś trochę, bo milczałam? Jeśli tak, to pozwalam ci się cieszyć z mojego cierpienia, choć wiem, że teraz to bez znaczenia.

Pamiętasz, jak odwiedziłam cię latem na stacji benzynowej, gdzie pracowałeś. Naprawdę nie wiem, czemu chciałam cię zobaczyć. Przed samym wejście do sklepu pomyślałam, że chyba oszalałam i z pewnością tak było. Moje serce waliło jak serce nastolatki na widok swojej pierwszej miłości, ale naprawdę stresowała mnie sama sytuacja, bo w moim przekonaniu robiłam coś, czego nie powinnam - znowu zawracałam ci głowę. Myślę, że dlatego czasem żałuję, że w ogóle próbowałam utrzymać z tobą kontakt. Zawsze mówiłam sobie, że będę próbować tylko raz na jakiś czas, bo moje życie nie mogło polegać na szukaniu ciebie wszędzie tam, gdzie nie było miejsca dla mnie. Chciałam być na bieżąco z życiem moich znajomych, ale oni zawsze wymykali mi się z rąk, zawsze byli gdzieś za daleko i nie mogłam tak zwyczajnie zapukać do ich drzwi i wyciągnąć na piwo, aby razem ponarzekać na życie, albo wspólnie świętować ich urodziny, czy radować się z sukcesów. Wszyscy mówią, aby odpuścić i nie uganiać się za osobami, którym nie zależy. Jeśli ci nie zależało, czemu zgodziłeś się na spotkanie ze mną tamtej nocy? Mogłeś mnie olać, mogłeś spać i wypoczywać po ciężkiej dobie w pracy i porządkach wokół domu. Mogłeś mnie olać, co to za różnica, jeśli nie planowałeś później starać się utrzymać ze mną kontaktu. Więc czemu przytuliłeś mnie tak mocno na dobranoc? Czy to było właśnie pożegnanie?
Pamiętam, jak stałam w kuchni i czekałam aż czajnik wyda dźwięk. Która była wtedy godzina? Chwilę przed północą? Stałam oparta czołem o szafkę i myślałam, że chyba oszalałam, że bawię się w przyjmowanie znajomych w swoim pokoju, gdy zrobienie zwykłej herbaty stresuje mnie co najmniej tak, jakby to był egzamin na żonę. Gdy widzę siebie taką we wspomnieniach, a zawsze pamiętam wszystko tak, jakbym obserwowała z boku obcą dziewczynę, to mi siebie żal. Chciałam powiedzieć ci wtedy tak wiele. Było mi ciężko - jak zawsze zresztą (Boże, czy mi może nie być choć raz ciężko żyć ze sobą), było mi ciężko, bo wiedziałam, że tamta domówka to był błąd i ktoś mnie okłamał, a czułam się tak, jakbym to kłamała ja mówiąc prawdę. Powinnam zostać w domu, na zawsze, i nie powinnam godzić się na spotkanie z twoimi znajomymi tylko dlatego, bo chcieli opowiedzieć mi o tobie. Nie będę pisać jednak o tamtym wieczorze, ani o tym co stało się potem, bo przecież pisałam o tym tyle razy, że można zgłupieć. Oczywiście, gdy zerknę do tamtych wpisów robi mi się słabo. Nienawidzę mieć uczucia, które i tak potem okazują się nieodwzajemnione. Czasem myślę, że może po prostu przestałeś mnie lubić, bo stałam się męcząca. A ja po tamtej późnej herbacie u mnie w pokoju naprawdę miałam nadzieję na kolejną herbatę, choć czułam, że to bardzo naiwne z mojej strony. Kiedyś, gdy czekałam na ciebie, kupiłam nawet pakowanie ciasto, które ostatecznie zjadłam sama, bo straciło termin ważności. Byłam żałosna, prawda?

Kiedyś napisałam w żarcie, że za kilka lat możemy wziąć ślub w Las Vegas. Wiesz, że zastanawiałam się sto razy zanim nacisnęłam enter, bo nie wiedziałam, czy mogę pisać takie rzeczy nawet w żartach. Bałam się, że może pomyślisz, że ten ślub chciałabym wziąć na prawdę, a wtedy trochę tak było. Czy myślałam o sobie jako twojej żonie? Pewnie tak, ale pewnie krótko, bo wiedziałam, że to wszystko, co noszę w sobie nie czyni mnie kandydatką na czyjąkolwiek żonę, a tym bardziej twoją i gdybyś wiedział, jak wiele mam problemów już na samą myśl o pewnych rzeczach i sytuacjach, nie udźwignąłbyś tych tematów, nawet będąc superbohaterem. Nikt by tego nie zrobił ludzkimi siłami. Nie będę jednak teraz słodzić ci w tym wpisie i rozpisywać się na temat, dlaczego właśnie ty, bo ostatecznie nie istniejesz i ten wpis to wpis żalu, bo nie chcesz istnieć. Nie chcesz i muszę się z tym pogodzić i tak zrobię, pogodzę się na nowo. Pisałam tutaj o tym nie raz, że chcę pozwolić ludziom odchodzić. Nikt nie należy do nikogo i jeśli nie chcesz to nie musisz tu być, bo najgorzej czułabym się czyniąc cię więźniem moich dni.

Byliśmy też razem w kinie, to na pewno pamiętasz. Robiliśmy razem wiele rzeczy po raz pierwszy i jedyny, czy to nie urocze i dziwne zarazem? Przed seansem poszliśmy jeszcze na kawę. Żartowałeś, czy zjem to ciastko, które było dołączone w gratisie, czy może jestem na diecie. Gdybyś wiedział, ile razy głodziłam się w życiu i jak trudno jeść mi przy ludziach, bo zawsze mam wrażenie, że najmniej atrakcyjna jestem, gdy jem i ktoś patrząc na mnie pomyśli, że taka brzydka i gruba, a tyle w siebie wpycha, to może być nie żartował. Nie czułam się jednak urażona. Powiedziałeś to, bo chciałeś zachęcić mnie do zjedzenia ciasteczka. Ale zobacz, jak miałabym zostać twoją żoną i jak miałabym ci gotować, jeśli tego nienawidzę? Pamiętam, jak kiedyś wspomniałeś, że chciałbyś gotować wspólnie z żoną i myślisz, że mam serce, aby zniszczyć twoje marzenia. Boże, to brzmi jakbyś już mi się oświadczył, a przecież nawet nie chcesz mnie widzieć. I tak właśnie działa mój umysł, całkowicie nieracjonalnie i w oderwaniu od wszystkiego.

Piszę ten wpis kilka dni, a i tak czuję, że nigdy nie uda mi się napisać o wszystkim. Brakuje mi słów. Brakuje mi siły do siebie. Nie chcę tego pamiętać w taki sposób, nie chcę pamiętać kogoś z przeszłości, bo już nigdy tam nie wrócę. Mam przed oczami wiele sytuacji, które pokazują mi, że stałam się zwykłą znajomą i bycie zwykłą znajomą nie musi być złe, prawda? Nie opuszcza mnie jednak wrażenie, że ktoś (a tylko jedna osoba mogła to zrobić) mógł powiedzieć ci coś na mój temat, i to powód, dla którego nie chcesz mnie widzieć, a jednak przez to, że jesteś dobrze wychowany, nie powiedz mi tego wprost. Nie mam odwagi o to zapytać, nie chcę wyjść na kogoś, kto ma urojenia, choć i tak ten wpis jest jednym wielkim urojeniem.

Byłam bardzo przybita tą sytuacją z kłamstwami. Nikt nigdy nie oszukał mnie patrząc wprost w moje oczy. Ale dobrze było to wszystko przemilczeć, dobrze było pozwolić tej osobie wytłumaczyć się wtedy, gdy zechce, ale chyba ta osoba nie miała już nic do powiedzenia. Myślałam, że nigdy nie przejdzie mi złość, bo poszłam na tę domówkę, ale teraz (i w sumie zawsze), gdy oglądam zapisane filmiki z tamtego wieczoru, uśmiecham się widząc ciebie i ją, bo chciałabym, aby tak było zawsze, ty i osoba u twego boku, której pragniesz.

Mnie nie ma w tej historii i tak powinno być. Ludzie nieżywi za życia powinni unikać ludzi żywych, aby nie wysysać z nich dobrej energii. Może dlatego odrzucałeś moje propozycje spotkania, a potem nie raz widziałam cię na urlopie, którego miałeś nie dostać, albo z innymi znajomymi, którzy na pewno byli w jakiś sposób lepsi ode mnie. Nie powinnam jednak dołować się myślą, że nie jestem wystarczającą fajną znajomą i że mój zepsuty słuch wyklucza mnie ze wszystkich rozrywek, w których lubisz uczestniczyć. Pamiętam, jak przejąłeś się tym, co mi się przydarzyło. Napisałeś, że gdybyś tylko mógł jakoś pomóc, to nie powinnam mieć oporów przed napisanie do ciebie. Nie mogłeś dla mnie wiele zrobić, bo tylko Bóg jest w stanie zabrać moją dolegliwość, ale mogłeś zrobić dla mnie coś ważnego - spotkać się ze mną. Nie oczekiwałam niczego więcej. Pomogłoby mi to sto razy bardziej niż bezsensowne rozmowy z lekarzami. Niestety to okazało się najtrudniejsze. Najbardziej zabolało mnie, gdy widziałam jak spotykasz się z osobą, która mnie i ciebie okłamała. I to nie tak, że uważam, że powinniście zerwać kontakt. Wręcz przeciwnie, może twoja obecność na pewno bardzo mu pomaga. Mi po prostu było przykro, że miałeś czas dla niego, a dla mnie wcale.

Może jeszcze nie raz zdarzy mi się usiąść i płakać, gdy pomyślę o naszej małej znajomości, gdy przypomnę sobie o wszystkim, co dobre, ale też trochę smutne, ale tak naprawdę to nieważne, bo wszystkie łzy kiedyś wysychają. Jeśli kiedykolwiek jakimś cudem miałbyś tutaj zajrzeć, a pewnie tego nie zrobisz, musisz wiedzieć, że ten wpis nie jest o tobie, jest o kimś kto istnieje tylko w mojej głowie i wiem, że muszę się z kimś tym rozstać.