27.12.2018

1016. Podsumowanie roku.

Na początku tego roku wyszłam z założenia, że zamiast całorocznego podsumowania, będę co miesiąc streszczać wydarzenia minionych dni, a jednak już po styczniu postanowienie to umarło śmiercią naturalną. Prawdopodobnie dlatego, że w lutym wyrwałam się z rąk śmierci domowej i zaczęłam kolejną pracę. Ten rok kończę również z (nieoficjalną) pracą, więc w tym roku pierwszy raz od kilku lat w okresie zimowym posiadam dochód, dzięki czemu nie czuję się gorsza od znajomych, i nie mam w sobie przekonania, że oto znowu w życiu mi nie wyszło. Bo zakończenie roku wyszło trochę lepiej niż w latach poprzednich. Nie wiem, czy to był dobry rok, ale w porównaniu z ostatnimi latami, a na pewno z rokiem poprzednim, był dobry, co nie znaczy, że fantastyczny. Ale czy ktoś zakłada, że przez całe dwanaście miesięcy życie może być krainą mlekiem i miodem płynącą? Oczekiwanie na takie rzeczy to po prostu naiwność. Czy nie mam racji? Po lutym nastał marzec. Pierwsze miesiące pracy, które przypadły na okres zimowy, wspominam dość wyraźnie. Spędzałam wtedy ogromną ilość czasu przed komputerem, dużo się stresowałam i wracałam późno do domu, z racji tego, że na początku kończyłam pracę o osiemnastej. Zima była krótka, ale jednego tygodnia napadało porządnie i zdarzyło się, że raz wracałam w zawieję śnieżną. Na szczęście po pół godzinnym opóźnieniu autobus przyjechał i dowiózł mnie pod dom. Czy to dziwne, że pamiętam wszystko tak dobrze, jakby wydarzyło się wczoraj? Raz płakałam przy koledze z pracy, a od lat nie płakałam przy drugiej osobie. (Może tylko wtedy, w tamto lato, gdy siedzieliśmy razem na dachu galerii handlowej. Dawno o tym nie myślałam, ale ludziom naprawdę trudno pocieszyć mnie inaczej niż słowem, jakbym miała napisane na czole nietykalna.) W pracy płakałam może nie tylko ze stresu, ale dlatego, że ciężko mi być sobą i nie wiem, czemu nie potrafię być sobą przy nikim, nie licząc kilku dobrych dusz, których nie boi się moja. To oczywiste, że każdy ma jakąś przeszłość, która odbija się w teraźniejszości, albo w chwili obecnej przechodzi przez trudną sytuację, która pozostaje milczeniem. Przecież nie będziemy każdej nowo poznanej osobie opowiadać swojego życia od początku, albo wylewać żali bieżących, bo na tym nie polega życia, i to niemożliwe, aby wszyscy wiedzieli o nas wszystko (od tego jest Bóg), a poza tym możemy po prostu nie chcieć, aby ktoś nosił w sobie nasze obce historie. Należę do osób, które nie chcą, zwłaszcza, gdy nie rozpoznaje w kimś pokrewnej duszy, więc jestem zestresowana tym, że ktoś nie rozumie, skąd wynika moje takie, a nie inne zachowanie. Ten rok nauczył mnie, że istnieje wiele osób, przed którymi muszę być nieprawdziwa, bo inaczej nie chcę. Pod tym względem było mi trudno, właściwie cały rok, a im bardziej kolega chciał ze mną rozmawiać, tym bardziej bezsensowne wydało mi się mówienie. Niby jako ludzie powinniśmy być dla siebie mili zawsze, tak uważam, bo każdy zasługuje na odrobinę uśmiechu, zwłaszcza, że i tak nie jest łatwo być mieszkańcem Ziemi. Więc albo się uśmiecham, albo nie mówię nic. Obecnie potrafimy spędzić razem 6 godzin w pracy (jako że każde z nas przychodzi na inną godzinę) i nie odezwać się do siebie słowem. Nie chcę zostać zrozumiana źle, nie przekreślam nikogo, a tym bardziej nie uważam, że kolega jest, jak to się mówi, złym człowiekiem, bo obiektywnie jest nawet sympatyczny, ale nie potrafię z nim złapać nici porozumienia. Nie wiem, może tylko ja wolę nie przynosić spraw osobistych do pracy podczas, gdy on potrafi opowiedzieć mi o całym swoim życiu, ale to nie o to chodzi i to bardziej skomplikowane, więc tak upłynął mi rok w pracy, dziwnie i trudno, ale nie mówię też, że nie było dobrze, nie licząc moich załamań po popełnianych błędach podczas nauki. Niezależnie, jak bardzo będę z tym walczyć, każde swoje najmniejsze potknięcie będę oceniać surowo, i to nie tak, że specjalnie, to spływa na mnie jak fala, jakby mój mózg nie potrafił już inaczej po tych latach smutku, przy czym mój perfekcjonizm z porównaniu z tym, jak mało rzeczy ma dla mnie jeszcze znaczenie, to bardzo dziwne połączenie. Pamiętam, jak kolega na początku mnie pocieszał i mówił, że nie chce, żebym płakała. Nawet przechodząc obok mnie zmierzwił moje włosy jak małej dziewczynce, jakby tym gestem chciał powiedzieć “ej mała, nie płacz”. Podejrzewam, że teraz nawet nie byłby w stanie podać mi ręki. Zima zawsze ochładza moje i tak zimne serce. Wiecie, co jest najgorsze - uświadamiać sobie swoje dziwne zachowanie, a nie potrafić tego zmienić. Jeśli mówię komuś o czymś dla mnie trudnym, to przeważnie tylko raz, co nie znaczy, że jeśli o tym nie wspominam codziennie, to tego nie ma. Napisałam dużo o pracy w podsumowaniu roku, ale wygląda na to, że człowiek na starość ma tylko dwa nastroje “praca” i “brak pracy”. Po lutym nastał marzec, a potem kwiecień i maj. Nie wiem, czy w tych miesiącach wydarzyło się coś wartego wspomnienia. Musiałbym zajrzeć do archiwum. Jeśli nie pamiętam sama, to pewnie nie wydarzyło się nic. Tak naprawdę nie chcę teraz streszczać każdego miesiąca. To nudne. Wspomnę więc o kilku rzeczach, które uczyniły ten rok ważnym, smutnym i radosnym. O pracy już było, nawet za dużo, nie planowałam rozpisać się aż tak bardzo na ten temat, ale wygląda na to, że potrzebowałam wyrzucić z siebie na koniec to, co siedziało mi gdzieś z tyłu głowy. Oczywiście jestem wdzięczna za to, że zarabiam, ale kończę ten rok z przekonaniem, że chyba w żadnej pracy nie będę potrafiła odnaleźć się stuprocentowo. Czuję się tam często obco, jakby spędzony czas był dziwnym ośmiogodzinnym snem, podczas którego nie wiem, kim jestem, poza tym, że wiem, iż muszę starać się jak najlepiej wykonywać swoje obowiązki i być miła, bo chociaż tyle mogę, choć nie wiem, czy potrafię w ogóle BYĆ. W tym roku moje lato obfitowało w rodzinne spotkania. Dawno tak często nie widywałam rodziny bliższej i dalszej i to znowu namieszało mi w głowie, bo nie potrafię się w tym odnaleźć, ale czasem dobrze jest mieć rodzinę, jakąś część, do której przynależysz choćby z faktu posiadania wspólnych więzów krwi. Chciałabym być bardziej otwarta, tak jak otwarta jestem w mojej wyobraźni, ale ten rok pokazał mi, że oddalam się coraz bardziej od świata i nie wiem, jak to zatrzymać. Mimo to kilka razy usłyszałam, że jestem wyjątkowo uśmiechnięta i chyba ludzie uwierzyli w mój optymizm, więc nawet ja uwierzyłam w jego obecność, więcej, poczułam w sobie zmianę. Nawet jeśli niewielka, to nadal ważna. W tym roku jak na mnie, miałam bardzo mało ciężkich, depresyjnych momentów, takich, w których nie wierzyłam już w nic. Może naprawdę zrobiłam progres, może naprawdę modlitwa czyni cuda, może ciągle ochrania mnie mój prywatny anioł stróż i jeśli naprawdę kiedyś będę mogła stanąć u bram Nieba, to chciałabym, aby to właśnie on jako pierwszy wyciągnął do mnie rękę i poprowadził w stronę światła. Jeśli mowa o spotkaniach wyjątkowych, ten rok był rokiem takich spotkań. Po latach oczekiwania, łez, a nawet strachu, że to może nigdy nie nadejść - spotkałam moją małą A. Nawet teraz, gdy o tym myślę, ogarnia mnie ogromna wdzięczność, bo warto było przeżyć ten rok dla tej chwili, nawet jeśli jestem niezadowolona z tego, że będąc przytłoczoną wydarzeniem, nie potrafiłam otworzyć się wystarczająco i pokazać, jak ważne były dla mnie te niecałe trzy dni razem. Nie jestem jednak na siebie zła, bo liczę, że kolejne spotkanie nadejdzie sto razy szybciej i otrzymam kolejną szansę. Wiecie co, właśnie uderzyło mnie, że w tym roku pierwszy raz w życiu pojechałam sama na kilkudniową wycieczkę i to nie tak, że boję się podróżować w pojedynkę, ale było mnie na to po prostu stać. Nie jechałam do nikogo na noc, ani nikt nie brał mnie ze sobą dla towarzystwa, ani to nie była klasowa wycieczka. W ogóle w tym roku wyjątkowo dużo podróżowałam, jak no moje życie bez podróży. Tak naprawdę nie podróżuję wcale, sama nie wiem czemu, a może wiem - z braku funduszy - a w tym roku nawet udało mi się pojechać na wycieczkę, którą wymyśliłam sobie rok wcześniej - pod kościół na wyspie. Był więc Zwierzyniec, Wrocław i Opole. Do Opola trafiłam całkiem niespodziewanie. Wiedziałyśmy o swoim istnieniu tyle lat, a to właśnie w tym roku całkiem spontanicznie wyszło nasze spotkanie. Prawdę mówiąc już dawno temu powiedziałam sobie, że nie mam siły na nowe bliższe znajomości, najprawdopodobniej do końca życia, a tymczasem sama zaproponowałam spotkanie i jeśli to nie była moja najlepsza podjęta decyzja w tym roku, to nie wiem, co nią było. Pamiętam bardzo dużo z każdej wycieczki, jakby mój mózg nagrał filmy, które mogę sobie dowolnie odtworzyć krok po kroku. Nie będę jednak odtwarzać tego długie filmu, choć jest piękny i pełen emocji. W tym roku widziałam się też z M., aż trzy razy (!), co do tej pory było nieosiągalne przy naszych smutnych życiach, a teraz, och teraz chyba jesteśmy trochę mniej smutne. To wspaniałe, że po studiach udaje nam się utrzymywać nieustanny kontakt, jeśli nie na żywo to pisemny. Wtedy, gdy tak okropnie pokłóciłyśmy się podczas studiów o całkowitą głupotę, myślałam, że nie jestem w stanie z nikim zbudować jakiekolwiek relacji, jeśli chodzę taka rozbita. Gdy myślę o tym roku, jestem wzruszona, że polubiłam szczerze M. i znalazłam w niej prawdziwe oparcie, choć jesteśmy bardzo różne. Niezapomnianym tegorocznym wydarzeniem pozostanie dla mnie koncert zespołu South Club, na który pozwoliłam sobie pójść, choć nie powinnam. Może to była wina koncertu, może zimy, która jest cichsza niż lato, ale moje szumy uszne nie pozwalały mi dobrze żyć i przez cały miesiąc myślałam o nich codziennie i codziennie wydawało mi się, że nie dam już rady - zwłaszcza wieczorem, bo po całym dniu chłonięcia dźwięków, miałam wrażenie, że od nowa jestem na początku drogi i na nowo oswoić się z trudną sytuacją. Jak wielkim zaskoczeniem było dla mnie, gdy leżałam na łóżku późną nocą w Boże Narodzenie i próbowałam zmusić się do spania, choć ani trochę nie czułam się senna, nagle usłyszałam głośne pyknięcie, jakby odetkało mi prawe ucho. Zamarłam na chwilę próbując zrozumieć, co się stało, ale wiedziałam, że coś się zmieniło. Nie odzyskałam słuchu, bo nie straciłam słuchu, ale moje szumy uszne wyrównały się i drażniący pisk, który towarzyszył mi przez cały miesiąc ucichł, a pisk przestał być wwiercającą się w głowę falą dźwięku. Bałam się cieszyć. Obecnie odczuwam tak wielką ulgę, że mój pisk wydaje się niemal ciszą. Czasem próbuję sobie przypomnieć prawdziwą cieszę, ale nie pamiętam, jak to jest kłaść się spać i denerwować, że w pokoju obok ktoś ogląda za głośno telewizję, bo mam w głowie prywatny telewizor, który zgaśnie tylko wraz ze mną. Nie mogę jednak nie mieć nadziei na cud, nawet jeśli to naiwne, ale pozwala mi marzyć, że może jeszcze kiedyś pójdę na koncert. Oczywiście nie żałuję, że poszłam na listopadowy koncert. Dawno nie byłam tak szczęśliwa, jak tamtego dnia. Ciągle mam w pamięci moment, gdy nie mogłam przestać się śmiać, na myśl o tym, że mam te obciachowe “sakiewki” na prezenty i że mam je komuś pokazać, a czuję się zażenowana swoją “biedą”. Wydało mi się to okropnie zabawne i miłe jednocześnie, że mam przy boku dwie osoby, które nawet jeśli będę uważać, że to obciach, to i tak zaprzeczą. Tak jak w tamtym momencie nie śmiałam się w niczyim towarzystwie przez cały rok. Myślałam, że pęknę ze szczęścia. Idąc dalej tropem ludzi, w tym roku pisałam z pewną dziewczyną z Serbii, wymieniając wiadomości na temat wspólnych zainteresowań. Wraz z latem przepadła jak kamień w wodzie. Na pamiątkę mam tylko jej zdjęcie (sprzed kilku lat) i boję się to tym napisać, ale możliwe, że przyczyną jej ciszy nie jest życie, a śmierć i że pokonała ją choroba zwana anoreksją. To dziwne, że ktoś pojawia się w naszym życiu na chwilę, a potem znika, jakby nigdy nie było. Obiecała, że napisze, gdy zechce zniknąć z internetowego świata, ale może nie zdążyła, bo zniknęła też z tego. Jeśli jestem już przy ciszy, jest mi przykro, że zaraz minie dwa lata od naszego ostatniego spotkania. Nie jest to jednak żal. Mi po prostu szkoda, że nie mogę zobaczyć kogoś, komu wiele zawdzięczam. Ten rok jednak przypomniał mi, że nikt nie należy do mnie, ani nikt nie ma obowiązku utrzymywać ze mną kontaktu ze względu na wspólne wspomnienia. Czy mogę napisać, że mam nadzieję, że w przyszłym roku zechcesz mnie zobaczyć? Tylko nie wiem jak, bo ten rok zabrał mi odwagę, aby prosić o spotkania, których chcę tylko ja (lub wydaje mi się, że chcę tylko ja). Szczerze powiedziawszy nie wiem, czemu mi to potrzebne, ale ten rok pokazał mi, że moje niektóre pragnienia nie mają ukrytych intencji. Wspominam znajomych i myślą, że miło byłoby się spotkać. Chociaż jeśli się w to zagłębimy, to pewnie miło byłoby mi, więc może to jednak ma ukrytą intencję, bardzo egoistyczną, bo brakuje mi tych momentów, kiedy w czyimś towarzystwie czułam się szczęśliwa. Może to prawda, że tęsknimy nie za ludźmi, ale za sposobem, w jaki się przy nich czuliśmy. Już kiedyś pisałam o tym, że sposób, w jaki się czuliśmy przy kimś jest równy temu, że pojawia się on za sprawą konkretnej osoby, więc tęsknimy też za osobą. Jednak to nie czas na takie rozważania, bo to wpis podsumowujący rok. Wiem, że teraz uderzam w smutniejszy ton i może powinnam zaplanować ten wpis tak, aby miał tendencję wzrostową, jeśli chodzi o nastrój, ale nie zaplanowałam i trochę za późno na zmiany. W tym roku, mimo wielkich planów, nie udało mi się spotkać P., której życie diametralnie zmieniło się w roku ubiegłym. Miała przyjechać do mnie z synkiem, ale to wszystko okazało się za trudne, a dla mnie za trudna długa podróż do niej. Pewnie dlatego, że już jedną mam za sobą i zniosłam ją źle, dlatego nie dziwię się, że i ona przełożyła swoją do mnie, zwłaszcza, że nie podróżowałaby sama. Może zawiodłam jako koleżanka i powinnam pojechać, ale liczę, że Nowy Rok to będzie rok kolejnych spotkań. Może to nierozsądne oczekiwać, że dostanę tyle czasu, ile potrzebuję, aby każdego ponownie ujrzeć. Właściwie zawsze mam wrażenie, że tego czasu zabraknie. W tym roku zabrakło też czasu na spotkanie z dwiema koleżankami ze studiów, a przecież miałyśmy spotykać się co roku. Poza tym nagle przypomniałam sobie, że pisałam z kimś z poprzedniej pracy. Mam wrażenie, że to nie było w tym roku, a nawet w innym życiu, a jednak archiwum pokazuje ten rok. To dziwne, że chciałam utrzymać kontakt z prawie obcą osobą, choć wiedziałam, że to i tak się nie uda, bo nałożyło się na stresujący czas w moim życiu. Poddałam się. Choć podobało mi się to, że ktoś nie oczekuje niczego w zamian za znajomość ze mną, że tak po prostu dzieli się ze mną wycinkami swojej rzeczywistości, jakby to nie miało znaczenia, że ja to wszystko wiem, bo może to wiedzieć każdy i fajnie być zwyczajnym znajomym, a jednocześnie wyjątkowym przez fakt, że nie łączyło nas nic poza wspólną pracą w przeszłości. Było minęło, jak ten rok. Mimo moich tęsknot za osobami, których nie mogło przy mnie być w tym roku, to było wartościowe 12 miesięcy. Czuję, że wzrosłam jako osoba, choć nie widać tego po moich mało optymistycznych wpisach, ale powtórzę to po raz setny - to miejsce musi być smutne, abym w realnym świecie pozostały mi tylko łzy szczęścia. Jak już wcześniej wspomniałam, moja niechęć do życia zmalała i tylko w ekstremalnych przypadkach myślę o śmierci jako chęci ucieczki od problemów. Częściej mówię sobie, że muszę walczyć mimo wszystko, ale nie po to, aby wygrać za życia, ale aby wygrać po śmierci. Z bardziej przyziemnych rzeczy, mogę wspomnieć o tym, że wraz z końcem jesieni zaczęły wypadać mi włosy, które wraz z początkiem grudnia przestały. Może to załamanie pogody podziałało na mnie w ten sposób? Niestety mój zdrowy organizm, a zdrowy jak w tym roku nie był od dawna, funduje mi od kilku miesięcy bolesne miesiączki i wcale nie chodzi o ból brzucha, a ból głowy. Ból głowy przed miesiączką i w trakcie i jeszcze po, bo czemu by nie. Oby przyszły rok był dla mnie łaskawszy pod tym względem, albo zostanę lekomanką, nie jedyną w tym kraju, bo czasem trudno uwierzyć, ile - my ludzie - zażywamy tabletek przeciwbólowych. Mój ojciec z pewnością podbił te statystyki, bo mój ojciec choruje na raka. Czy nie głupio kończyć wpis podsumowujący widmem śmierci? Może umrzeć w każdej chwili, ale w tym roku jeszcze nie umarł. Jeszcze, bo zostało kilka dni do Nowego Roku, ale myślę, że nie umrze, choć to nie zależy ode mnie. Zamieszczam notkę wcześniej, bo wcześniej ją napisałam. Nawet, jeśli coś ważnego wydarzy się przez te ostatni dni - a prawdopodobnie nie - to opowiem wam o tym, moi nieistniejący czytelnicy (nie wliczając wiernej K., która ma siłę czytać te monotonne wpisy), w przyszłym roku. Na koniec mogę dodać, że to był dobry rok, bo schudłam nie odchudzając się i to jest życie na fali. W następnym roku też schudnę.

1.12.2018

1015.

Będzie to wpis nie inny niż pozostałe, długi, bezsensowny i bolesny. Gotowi nieistniejący czytelnicy?
Rok temu byłam zawiedziona, że na moją listę trafił wokalista, którego nigdy nie będę miała okazji usłyszeć na żywo, bo raz, że nie dotrze do kraju, w którym utknęłam, a dwa, nawet jeśli jakimś cudem, to przecież mój słuch tego nie wytrzyma. Zespół zapowiedział przyjazd do Polski i pomyślałam, że dla takiego wokalisty warto stracić słuch. Nie wiem, od kiedy stałam się taką optymistką w tej kwestii. Czasem mam wrażenie, że jeśli mocno pomyślę, że coś się nie wydarzy lub wydarzy, to moje myślenie zadziała, ale to nieprawda, od samego myślenia nic się nie dzieje. Przez cały tydzień miałam problem z odespałam zarwanej nocy po koncercie spędzonej w dworcowym Mc Donaldzie, a w pracy codziennie rozbrzmiewał dźwięk wiertarki, więc tym zaczęłam tłumaczyć sobie fakt, że moje szumy uszne nagle stały się drażniące. Pamiętam, jak którejś nocy przebudziłam się widząc zapalone światło w sąsiednim pokoju. Uświadomiłam sobie, że nie dlatego, że komuś zachciało się siku, ale dlatego, że o 4:30 mój brat wstał, aby na czas dojechać na poranny egzamin z prawa jazdy, który swoją drogą zdał. Obudziłam się i pierwsze co mnie uderzyło, że cierpię na szumy uszne, choć od dawna o tym nie pamiętałam. Może pójście na koncert było naprawdę złym pomysłem. Leżałam rozbudzona, ale jeszcze z przyjemną myślą, że do dźwięku budzika zostało półtorej godziny i mogę spać dalej, ale ten dźwięk. Próbowałam zasnąć i było mi coraz smutniej i tylko szeptałam prośbę do Najwyższego, żeby mnie cudownie uzdrowił. Tyle słyszy się o cudownych uzdrowieniach, więc czemu mi nie może przydarzyć się coś takiego. Ja wiem, że nie zasłużyłam i pewnie nie potrafiłabym nawet podzielić się tym ze światem, skoro już prawie z nikim nie potrafię rozmawiać, ale może jednak. Rośnie mi w gardle wielka gula żalu, że tyle dobrych rzeczy przekreślam ja sama, może dlatego codziennie wybucham płaczem i codziennie powstrzymuję łzy w sekundę po tym jak wzbiorą, bo boję się rozsypać całkowicie. Zauważyłam, że najczęściej zdarza mi się wpadać w parszywy nastrój, gdy po pracy wracam do domu autobusem. Już jestem poza kolejnym dniem obowiązków, a jeszcze nie w domu, gdzie mogę odciąć się nawet od siebie samej i wszystko we mnie uderza, moje realne bycie tu i teraz, z którym nie potrafię wiele zrobić. Nie wiem, czy mój słuch pogorszył się i ten zepsuty telewizor gra głośniej w mojej głowie, czy może za bardzo się na tym skupiam. Nie potrafię tego ocenić, bo to coś trudnego do uchwycenia. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że na badaniach słuch mam idealny, natomiast w rzeczywisorści jestem nadwrażliwa na dźwięki. Przykro mi, bo myślałam, że może zatyczki mnie uratują i oto otwiera się przede mną koncertowa przyszłość, ale już wiem, że będę musiała zdusić w sobie żal, bo na jakąkolwiek chwilę w przyszłości rezygnuję z koncertów. Każde głośne wydarzenie to ryzyko, a nie chciałabym doprowadzić się do nerwicy. Myślałam że może to przemęczenie, ale gdy w końcu odespałam zarwaną noc, zmiany nie nastąpiły. Wszystko to tylko błędne koło. Żeby zagłuszyć szumy uszne potrzebujesz głośnego dźwięku, ale żyjąc w głośnym świecie możesz pogłębić szumy uszne. Nie żałuję pójścia na koncert, choć tak naprawdę strasznie namieszał mi w głowie, przypominając o świecie, który zawsze będzie odległy i nie chodzi tutaj tylko o sam świat muzyki, czy artystów z zagranicy. Byłam i jestem przeszczęśliwa na myśl o tym, że spędziłam ten wyjątkowy dzień w towarzystwie dwóch wspaniałych koleżanek, a jeszcze bardziej cieszę się z faktu, że chyba się polubiły. Nie potrafiłabym tak w jeden dzień rozmawiać swobodnie z kimkolwiek obcym, bo nawet po roku nie potrafię rozmawiać choćby z D. i to jedna z wielu rzeczy, która uświadamia mi moją beznadziejność w kontaktach z ludźmi. Cofałam się w tej kwestii i nie chcę tego pisać, naprawdę nie, ale to wszystko przez tę nieszczęsną domówkę dawno temu, po której odechciało mi się starać. Naprawdę jestem do tego stopnia nienormalna, że wszystkie swoje nieszczęścia jestem w stanie przypisać tamtej nocy, ale to nieprawda, tam nie wydarzyło się nic, czemu można byłoby nadać takie znaczenie. Dawno nie czułam się tak swobodnie w czyimś towarzystwie, jak podczas koncertowej niedzieli i aż zrobiło mi się obrzydliwe przykro, że nie mogę mieć tego na co dzień. Nie pamiętam, jak to jest jeść w towarzystwie innych bez skrępowania, a gdy siedziałyśmy głodne i pochylone nad ogromnymi talerzami jedzenia, byłam szczęśliwa. Może tylko praca działa na mnie ten sposób. Nie potrafię tam jeść, co nie znaczy, że unikam jedzenia. Jem jak złodziej, w ukryciu, gdy nikogo nie ma w pobliżu, a teraz, gdy praca ogranicza się głównie do siedzenia przed komputerem, zawsze ktoś przy mnie jest i widzę, że jest to problem poważny, bo zaraz okaże się, że nie będę jeść całą zimę. (Oczywiście myśl, że mogę schudnąć bez wysiłku jest przyjemna, jak to, że obecnie potrzebuję paska już do wszystkich spodni. Stanęłam nawet na wagę z ciekawości, choć cyfry nie są wyznacznikiem poczucia sukcesu i w ważę troszeczkę mniej.) To okropne być na tyle mądrym, aby dokładnie dostrzec i zrozumieć swój problem,  ale bezczynnie patrzeć na to jakby z boku. (Dobrze wiem, że gdyby na początku, kiedy zaczynałam pracę, D. nie zwracał na mnie takiej uwagi, to nie miałabym teraz tego problemu; już wtedy nie lubiłam jak ktoś patrzył mi na talerz, bo przecież normalne wyglądam brzydko, a jak jem to pewnie jak świnia, która nie powinna jeść, bo i tak jest spasiona :))). Z koleżankami było dobrze. Boże, gdybym znowu miała takich przyjaciół na co dzień, czy moje życie nie byłoby trochę lepsze? Tymczasem mam wrażenie, że jestem odcięta od rzeczywistości grubą kreską. Obok mnie dzieją się poważne dramaty, a ja na to patrzę i nie wiem, jakby to nie było moje życie, a przecież to mój ojciec jest już na trzeciej chemioterapii w szpitalu i z tego co opowiada mama została go połowa i nie wiem, jak będą wyglądać nasze święta, ale nie mam siły, aby w nich uczestniczyć, w kolejnych udawanych rodzinnych świętach, gdzie wszyscy tak naprawdę mają ochotę gdzieś uciec, ale nie wypada. Koncert był cudowny, choć gdy weszliśmy na salę, zanim zaczęła grać muzyka, już było tłoczno i głośno, wtedy do moich uszu zaczął docierać pisk, choć tak naprawdę ten pisk wydobywał się z moich uszu/głowy i pomyślałam, że jeszcze porządnie nie huknęło, a ja już przegrałem ten koncert. Przestraszyłam się wtedy trochę, ale przecież głupio byłoby wyjść, więc zostałam. Myślę, że dużo pomogły mi specjalne zatyczki i może powinnam chodzić w nich też na co dzień, zwłaszcza, gdy ciągle wiercą w pracy, ale siedzę zrezygnowana, słyszę jak przebijają ściany i jest mi wszystko jedno, jakbym wiedziała, że i tak nadejdzie ten dzień, kiedy nie wytrzymam od tego hałasu w sobie i ze zmęczenia oraz żalu zrobię sobie krzywdę. Nie wiem, jak ludzie z podobnym problemem do mojego dają radę. Wiem, że niektórzy nie dają i nie wiem, jak to dalej będzie ze mną i ze wszystkim, ale nie mam wyjścia, muszę na nowo nauczyć się oszukiwać swój mózg i wmówić, że ten dźwięk nie jest częścią mnie, ale pochodzi z rzeczywistości. Chciałabym mieć wiarę tak wielką, że pomoże mi nie tylko trwać, ale i walczyć, chciałabym nie zwątpić, że jest Ktoś, kto pomaga dźwigać krzyże. Ten wpis to straszny rollercoaster, skaczę po tematach, bo koncert przypomniał mi o tym, jak próbuję dosięgnąć rzeczy, które ostatecznie nic nie znaczą, a jednak mam wrażenie, że dla mnie znaczą zbyt wiele i tu zaczyna się cały problem. Pogoda w dniu koncertu dopisała. Musiałam wstać wcześnie rano, a wstałam z przekonaniem, że niedziela handlowa otworzy drzwi wszystkich sklepów, więc nawet nie wzięłam ze sobą butelki wody, jak to mam w zwyczaju. Okazało się, że nie piłam przez sześć godzin, bo jednak tutejsze sklepy otwierane były o ósmej, czyli dziesięć minut po tym, jak wsiadłam w pociąg. Patrząc na mroźne dni tego tygodnia, pogoda w miniony weekend była łaskawa, więc nie miałam okazji się przeziębić, ale jako, że jestem lekomanką i co tydzień łapie mnie migrena, przede wszystkim od głupiej od zmiany temperatur w otoczeniu, o co teraz nietrudno, gdy wpada się z ciepła do zimna i na odwrót. Na dworze było chłodno, a w klubie duszno i głośno, moja głowa od razu musiała zaboleć. Nie wiem, od kiedy nabyłam umiejętność zapisywania wszystkiego ze szczegółami, ale tak właśnie robię, najważniejsze (z mojego punktu widzenia) momenty zapisuję klatka po klatce. Byłyśmy we trzy, a do klubu wpuszczono nas grupami, ze względu na rozmiar szatni, choć sama szatnia nie była oddzielnym pomieszczeniem. Po otworzeniu drzwi głównych wchodziło się jakby do przedsionka. Tam schody w dół prowadziły do klubu, natomiast schody w górę były prowizoryczną szatnią, gdzie na poręczy zawieszono ubrania. Musiały być do tego przymocowane haczyki, ale nie zwróciłam na to uwagi, bo zainteresował mnie fakt, że zostawiłam koleżanki za drzwiami i tym, że dano nam trzy minuty na bycie gotowym. Nawet rozsypałam drobne pieniądze, którymi miałam zapłacić za szatnię. Potem i tak koleżanki po przejściu punktu “szatnia”, dołączyły do mnie szybko, ale ten cały pośpiech okazał się niepotrzebny, bo i tak czekałyśmy jeszcze troszeczkę, zanim wszystko nabrało tempa. Po drodze znalazły się jeszcze te nieszczęsne gift boxy, o które się martwiłam. Gdyby nie udało mi się pozbyć rzeczy, które ze sobą wzięłam, byłabym zawiedziona. Oczywiście za prezenty zabrałam się na ostatnią chwilę, bo choć myślałam o tym cały miesiąc, moje plany zderzyły się z rzeczywistością i znowu okazało się, że to nie może wyglądać tak, jakbym chciała. Moje podejście do tego, co zrobiłam jest uwikłane w sprzeczności. Z jednej strony myślę o twarzach, na których zagościł uśmiech na wspomnienie małego upominku, a z drugiej wyobrażam sobie jak wszystko ląduje w koszu na śmieci, bo to nadbagaż. Wyobraźnia potrafi płatać figle i co jeśli wdzięczność, z której wobec fanów słyną koreańscy artyści (bo bez fanów przecież nie istniejesz, jeśli muzyka, którą tworzysz nie ma odbiorców), jest cichą pogardą dla tych wszystkich piszczących z zachwytów fanów, a kolejny list z “kocham cię” to śmiech kpiny. NIe, nie napisałam nikomu wyznania miłości, nie jest tym typem fanki, naprawdę podziwiam osoby za ich talent i za to, że im się chce o coś walczyć, rozwijać, starać, i włożyć całego siebie w robienie czegoś dla innych, nawet jeśli to “tylko” muzyka. Zakochuję się w ludziach wyłącznie nieromantyczne. Nie potrafię wyobrazić sobie, jak zareagował otwierając moją kopertę i nawet nie chcę. Może lepiej, jeśli wylądowało to gdzieś w śmieciach. Nie wiem, ja tam wcale nie włożyłam tych smutnych zdjęć. Chciałam zostać zapamiętaną, ale po co mi to, po mi pchanie się w czyjeś wspomnienia, po co wyróżniać się z tłumu fanów, przecież fani to zawsze jedna wielka plama i tyle. Mnie nawet nie stać na płyty sprowadzane z zagranicy. Chciałam zrobić coś specjalnego dla kogoś, a wychodzi na to, że chciałam poczuć się specjalnie przez sekundę. Nie pamiętam twarzy, które mignęły mi przed oczami. To dziwne stać przed kimś tak blisko, a nie pamiętać wiele, tylko te żółto-pomarańczowe okulary. Miałam idealne miejsce na koncercie. Nie mogłam wymarzyć sobie lepszego za bilet, który kupiłam. Czas płynął zadziwiająco wolno i nigdy nie zapomnę, jak szczerze i z wielkim uśmiechem wokalista powiedział, że jesteśmy uroczy z tym naszym tupaniem i “stacja Warszawa”, ta okropna Warszawa, która wkurza brakiem przejść i brakiem przystanków w miejscach, w których powinny być, będzie na zawsze pięknym wspomnieniem, ale przede wszystkim ten głos, który i tak marzy mi się usłyszeć gdzieś przy mnie, acapella, bez głośników filtrujących dźwięki (niestety wiem, że to zbyt wiele jak na moje małe życie) będzie tym najpiękniejszym. W trakcie koncertu miałam nawet jeden mały moment załamania, bo dotarło do mnie, że to wszystko jest tak piękne, a jednak nic nieznaczące, zupełnie nic, bo koncert trwa dwie godziny, a potem wszystkie drzwi są zamykane i każdy wraca do życia realnego, a ja do tego, z którym nie wiem, co zrobić. Nie potrafię odnaleźć się między tym kim jestem, a tym, o co powinnam walczyć, czyli pewnie o siebie. Nie wiem, więc tradycyjnie nie robię nic. Wiedzie, pamiętam jeszcze jeden moment, kiedy weszliśmy już prawie na salę, prawie, bo należało jeszcze pokonać kilka schodków w dół, moim oczom ukazał się cały zespół. Robili grupowe zdjęcia z fanami, a oświetlenie wyłoniło ich z mroku niczym anioły. Uderzyło mnie to bardzo, bo wyglądali nierealnie niczym hologramy, a jednak byli zbyt trójwymiarowi jak na coś sztucznego. Poczułam się, jak na specjalnym spotkaniu fanów z zespołem, które oglądam dzięki uprzejmości koreańskich fanek wrzucających do internetu nagrania z takich wydarzeń. Byli tak blisko, jakby przebili się przez szklany ekran. Wcale nie wpadam w zachwyt, dlatego że stali tacy eleganccy i przystojni. Tu chodziło o to, że byli realni i działo się coś, co w moim przekonaniu nie mogło wydarzyć się nigdy, bo mi nie przydarzają się takie piękne chwile. Na koniec pomachali jeszcze na pożegnanie z uchylonego okna samochodu oraz latarką od telefonu przez szybę i trzeba było wracać. Niestety czekało nas jeszcze siedem, a może już tylko sześć godzin w miejscu naszego przeznaczenia tamtej nocy, czyli McDonalda. Gdy pomyślę o tamtej nocy, wydaje mi się, że siedziałyśmy tam tylko godzinę, góra dwie. W powrotnym pociągu nie mogłam zasnąć w pociągu, choć byłam okropnie senna po ponad 24 godzinach bez snu. Co chwilę wybudzałam się przez osuwającą się z oparcia głowę, a mój stan psychiczny zaczął się pogarszać. Myślę, że to normalne zjawisko - brak snu i wypoczynku odbiera rozum. Zaczęłam myśleć o rzeczach, które normalnie nie zaprzątają mojej głowy. Nadal nie potrafię zrozumieć, czemu jest mi tak pusto. Patrzę na ludzi obok i ze zdziwieniem stwierdzam, że to co dla nich ważne, wielkie i napędzające ich życie, mnie nudzi i odpycha i wiem, że nie chcę tak jak oni, nie chcę, więc jestem od tego odcięta i w swej inności czuję się osamotniona, bo świat uświadamia mi, że jestem wybrakowana, że nie powinnam nie chcieć. Ktoś mówi mi spróbuj, a we mnie coś krzyczy, że nie chcę nawet próbować, że mnie to nie bawi, że to mogłoby przynieść jeszcze większe rozczarowanie niż pustka, którą w sobie mam. Naprawdę głupio mi, że moja w praca w pracy w tym tygodniu polegała na skupieniu się na tym, aby nie robnąć głową o biurko. Ledwo mogłam wysiedzieć. W tym natłoku emocji i niekończącego się zmęczenia zaczęły nawiedzać mnie dziwne sny i znajomi, bo znowu czuję się okropnie, że tak milczę, a chciałam napisać do paru osób, ale nie potrafię zebrać myśli. Nie liczą się chęci, liczą się czyny, więc nic nie znaczę. A na końcu ty, który nie istniejesz, i moje odwieczne pytanie, co takiego zrobiłam, że zostałam odsunięta. Ale rozumiem, sama to robię, choć moje jedyne marne usprawiedliwienie to nieumiejętność odnalezienia się w teraźniejszości. Wiem jednak, że to mój problem, bo to jak odbieramy rzeczywistość, ludzi, i sytuacje to tylko nasz problem. Największym problemem w moim życiu jestem ja sama i nie potrafię się wyeliminować. Wiecie, ciągle marzy mi się święty spokój, ale spokój nie ma nic wspólnego ze świętością, bo spokój to stanie w miejscu, to ucieczka, to rezygnacja. Z drugiej strony trudno jest oddychać z niespokojnym sercem; mieć w sobie stres, który sprawia, że masz ochotę zwymiotować oraz strach w sercu przed oczekiwaniami innych ponad nasze siły. Trudne to wszystko. Bycie tu i teraz jest trudne, więc może dlatego mnie tu nie ma.