31.07.2021

1106.

Nie potrafię określić ram czasowych mojego udaru. Wiem tylko, że byłam w domu przed siedemnastą i stało się to - udar. Nie wiem, o której godzinie wybudziłam się ze snu. Pamiętam tylko, że było mi gorąco i niewygodnie, więc ściągnęłam jeansy i przykryłam się kołdrą, a może kocem, nie wiem, nawet jak zmieniałam pozycję, ale pamiętam ten jeden moment przebudzenia. Świadczy to najprawdopodobniej o tym, że mój uda miał potencjał do bycia epizodem niedokrwiennym przemijającym. Mogę się też mylić, tak naprawdę żaden z lekarzy nie usłyszał ode mnie dokładnego przebiegu mojego udaru, bo będąc później w gabinetach lekarskich zwyczajnie miałam problemy z pamięcią; obrazy i słowa wylatywały mi z głowy. Do tego byłam skupiona na tym, że okropnie kręciło mi się w głowie. Ale zanim to odkryłam, musiałam się wrócić do żywych. Tymczasem ciągle spałam. Na pewno wstawałam raz do toalety jeszcze w piątek. Potem nastała sobota, z której niewiele pamiętam. Tylko to chodzenie do toalety, a żeby tam dojść musiałam trzymać się ściany, tak okropne zawroty głowy miałam. Nawet nie wiem, czy coś piłam, bo na pewno nie jadłam. Spałam i sikałam, bo prawdopodobnie mój organizm się odwadniał. Nie rozmawiałam z nikim z rodziny. Nie wiem, czy mój stan nie wydał im się podejrzany. Na pewno konsultowali się z naszą sąsiadką - pielęgniarką, ale nie przekazali jej wszystkich informacji, a ona nie widziała mnie na żywo, więc nie mam nikomu za złe, że z perspektywy czasu to co mnie spotkało było klasycznym udarem. Wtedy trwała pandemia - jeszcze z czasów sprzed szczepionkowych i sprzed teorii spiskowych, i właściwie czemu zdrowa trzydziestoletnia osoba miałaby mieć nagle udar. Nikt nie zadzwonił po karetkę, bo tak jak wspomniałam w poprzednim wpisie, powiedziałam, że to niepotrzebne i uwierzono mi na słowo. Pamiętam, że w nocy z soboty na niedzielę obudziłam się nad ranem z myślą, że muszę udać się do toalety na siku, więc resztką sił doczołgałam się do toalety. Nawet przez myśl przeszło mi, żeby obudzić kogoś i powiedzieć, że czuję się jeszcze gorzej i nie wytrzymam do rana w takim stanie. Nie wiem, kim wtedy byłam i jak bardzo walczyłam ze swoim umysłem, czyli właściwie sama ze sobą, ale wróciłam do łóżka i nagle dostałam drgawek, których nie byłam w stanie opanować. Myślę, że byłam porządnie odwodniona i wyczerpana. Mój organizm nie dawał rady. Wyczytałam, że jak jest się odwodnionym i pojawiają się drgawki to już prosta droga do piekła. Wtedy nie wiedziałam nic, tylko leżąc rozdygotana w ciemnościach pytałam siebie w myślach “co się ze mną dzieje”. Zasnęłam. Po jakimś czasie - nadal była noc - obudziłam się znowu cała we drgawkach tylko po to, aby zasnąć ponownie. Mogłam wołać po pomoc, ale nawet nie wiedziałam, że jej potrzebuję. Nastała niedziela. Wstałam do toalety. Nadal kręciło mi się potwornie w głowie. Czułam się fatalnie. Tak okropnie nie czułam się nigdy w życiu i nie chciałabym powtarzać tego stanu. Zmierzono mi temperaturę, która sięgnęła lekko ponad 37 stopni. Miałam wypić rozpuszczalny paracetamol, ale czułam się tak źle, chyba było mi niedobrze, że nie byłam w stanie wypić zawiesiny. Zjadłam kromkę suchego chleba i z niewielką ilością wody połknęłam Ibuprom - tak - lek, który w ulotce jako skutek uboczny ma zapisany udar mózgu. Na szczęście nie dostałam po nim kolejnego udaru. Poleżałam jeszcze trochę, a potem zdecydowałam się na wzięcie prysznica. W głowie kręciło mi się nadal. Weszłam do łazienki nie zamykając drzwi ze strachu, że coś mi się stanie i będzie ciężej mnie uratować. Nie wiem, czemu tak zrobiłam, ale gdzieś z tyłu głowy musiałam przeczuwać, że stało i działo się ze mną coś złego. Jeszcze nie wiedziałam, że miałam ogromne szczęście, ale był to też początek długiej, ciężkiej drogi, po której nadal stąpam.

25.07.2021

1105

Osiemnasty dzień września przewrócił mój świat do góry nogami. Ile pamiętam z tego dnia? To był piątek, myślami byłam przy weekendzie, ale musiałam jeszcze przeżyć ten dzień w piwnicy, to znaczy w pracy, w zagraconym już nie tylko sprzętem wędkarskim, ale też bielizną sklepie, przy swoim biurku na szarym końcu, ale nie w ukryciu. Obecnie mnie tam nie ma i nie będzie. Oficjalnie pożegnałam się z tym miejscem wraz z ostatnim dniem marca. Wtedy dotarło do mnie jak bardzo zniszczyło mnie to miejsce. Nie chodzi o to, że ktoś się nade mną znęcał, nic z tych rzeczy. To miejsce aktywowało wszystkie moje lęki, a nieświadome niczego osoby wysysały ze mnie energię dzień po dniu. Trafiłam wśród ludzi, którzy nie byli “moimi ludźmi”. Może ktoś inny potrafiłby odnaleźć się w tym miejscu, ale ja musiałam grać od początku. Nie chcę jednak streszczać trzech lat mojej pracy, ani krzywdzić kogoś słowem. Nie o tym jest ta historia. Wraz z wybuchem pandemii i zbliżającym się wiekiem emerytalnym szefostwa zaczęło być gorzej. Udzielające się wszystkim napięcie związane ze stratami w handlu oraz fakt, że właściciele nigdy nie przejdą na emeryturę z powodu długów sprawiły, że coś pękło. Bez tych rzeczy to miejsce daleko odbiegało od normalnego funkcjonowania. Ale połączenie sklepu wędkarskiego i sklepu z bielizną w piwnicznych podziemiach, gdzie trwał handel stacjonarny i wysyłka internetowa było szaleństwem. Przy jednej branży był tam burdel, a co dopiero przy dwóch. Nie było warunków, by normalnie funkcjonować i nie tylko ja uważałam, że to przesada. Możliwe jednak, że tylko ja nie potrafiłam się tam odnaleźć. Po udarze było jeszcze gorzej. Opuściły mnie fizyczne i psychiczne siły. Szefowa postanowiła bawić się w lekarza, bo przecież mało było mojego nieszczęścia, powinnam zostać dłużej na zwolnieniu lekarskim, żeby za moją pensję nie musiała płacić ona, ale Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Wręcz wymagała ode mnie, abym zasugerowała lekarzowi prowadzącemu lub rodzinnemu (jej było to obojętne), że nie mogę wrócić do pracy. Taka okazja nie zdarza się codziennie. Niecodziennie trzydziestoletnia osoba ma udar mózgu. Nie wiem, czy bardziej byłam zła, czy było mi przykro. Rozumiem, że ZUS to instytucja owiana złą sławą, ale po udarze byłam zdruzgotana, a ona myślała tylko o tym, żeby nie musieć płacić za mnie składek. Wtedy zrozumiałam, że gdy tylko skończy się moja umowa o pracę odejdę. Kolejne miesiące tylko utwierdziły mnie w tym przekonaniu. Ale zanim dojdę do tego punktu, muszę jeszcze opisać dzień udary, a nawet nie zaczęłam tego robić. Był to piątek, osiemnasty dzień września 2020 roku, tak, to już wiemy. Siedziałam w tym zakichanym sklepie przed biurkiem i standardowo marzłam, bo choć wrzesień był ciepło za dnia to noce chłodne, więc nie było szans, aby pomieszczenia w piwnicy się nagrzały. Tego dnia nie przyjechałam do pracy rowerem. Jeździłam rowerem całe lato, dzień w dzień, dopóki nie nakichali na mnie współpracownicy. Wszyscy mieli w nosie tę całą pandemię i nikt nie przestrzegał żadnych zasad. Jedynie strach przed kontrolami sprawił, że mieliśmy żel antybakteryjny na wejściu i tabliczkę z nakazem wchodzenia w maseczce. Zrobiłam tydzień przerwy od jazdy rowerem. Katar przeszedł mi dość szybko, ale po czterech dniach ponownych przejażdżek stwierdziłam, że poranki są już zbyt chłodne i pora żegnać się z latem. W piątek wsiadłam w autobus. W pracy zmarzłam, wypiłam może łyk wody, ciężko było mi grać tego dnia nie siebie i ciężko chodziło mi się do toalety, do której drzwi nie miała zamka. Każde wyjście było dla mnie naznaczone traumatycznym wspomnieniem tego, jak “kolega” z pracy wszedł tam kilka razy bez pukania. Postanowiłam więc mało pić i mało sikać i właściwie w dzień udaru była najprawdopodobniej odwodniona, co nie wyszło na badaniach, bo raz - wzięłam elektrolity, dwa - do szpitala trafiłam ponad tydzień po udarze. Wróciłam do domu zmęczona i zmarznięta, do tego chciało mi się siku. Jechałam jednak z ulgą, że oto udało mi się przetrwać ten dzień w pracy mimo że koleżanka - jedyna normalna tam osoba - miała wolne. Weszłam do domu i nawet nie pamiętam, czy najpierw poszłam opróżnić pęcherz, czy może wzięłam się za rozpakowywanie. W swoim pokoju zrzuciłam z siebie plecak, kucnęłam i zaczęłam wyciągać z niego rzeczy. Przy mnie stał najmłodszy brat i o czymś opowiadał - ale nie pamiętam nic z tego rozmowy. Drugi brat krzątał się po domu. Kiedy wyjęłam co potrzeba, podniosłam się, a przez moją tylną część głowy przebiegł okropny ból, nie trwało to długo. Potem poczułam jak tracę siłę w prawej ręce. Chciałam ją podnieść do góry ale opadła jak ociężała. Zakręciło mi się w głowie. Chyba mówiłam po kolei o tych wszystkich dolegliwościach. Spytałam jeszcze, czy mam czerwone policzki, bo poczułam uderzenie gorąca. Padła twierdząca odpowiedź. Nie wiedziałam. co się ze mną dzieje, to było dziwne uczucie. Gdzieś podświadomie czułam, że to coś niedobrego, ale w tamtym momencie już nie byłam sobą, od razu straciłam rozum. Bracia stali obok mnie i spytali, czy zadzwonić po karetkę. Odpowiedziałam, że nie, że się położę i będzie dobrze. Oczywiście nie powinni mnie posłuchać, ale nie sposób ich obwiniać. Żyliśmy w pandemicznym świecie, po co karetka miałaby przyjeżdżać do zdrowej osoby, której nagle zakręciło się w głowie. Mimo że miałam klasyczne objawy udaru, sama nie wiedziałam, czym jest udar mózgu. Niesamowite, że mając trzydzieści lat nie wiedziałam, czym jest udar, choć przynajmniej raz na tydzień widziałam w telewizji reklamę o specjalnych drinkach dedykowanych osobom w trakcie rekonwalescencji po udarze. Położyłam się na swoim łóżku, a potem powiedziałam, że się prześpię. Postanowiłam zrobić coś, czego stanowczo zabrania się w takim przypadku. Zamknęłam oczy i po sekundzie mnie nie było. Nie istniałam i aż dziwnie mi z myślą, że mogłam się już nigdy nie obudzić.

17.07.2021

1104.

 Mam 31 lat i nie wiem, kim jestem, za to wiem, że 10 miesięcy temu miałam kryptogenny udar mózgu. Nie pisałam tutaj tak długo, że nie pamiętam, czy nadal potrafię. Ale chciałabym opisać tę historię od początku do końca, choć jeszcze końca nie widać. Nie opuszcza wrażenie, być może mylne, że narodziłam się na nowo wraz z dniem udaru i jeszcze nie odkryłam kim jestem w tym nowym wcieleniu, ale wiem, że nie jestem już osobą sprzed dziesięciu miesięcy. Mam wspomnienia, owszem, to nie tak, że zresetował mi się mózg, ale w dużej mierze to już nie ma znaczenia. Nie ważne, gdzie dorastałam, gdzie odbyła się moja edukacja, nie pamiętam ludzi, których poznałam i jakie mieli dla mnie znaczenie, nic nie jest ważne niż to, że byłam najbliżej śmierci w całym swoim dotychczasowym życiu. Żaden lekarz nie odpowiedział jeszcze na pytanie, dlaczego miałam udar, choć istnieje pewne założenie, które za dwa miesiące zostanie potwierdzone kolejną serią badań. Tymczasem ja sama próbuję zrozumieć po co miałam udar. W takim ogromie bezsensu, jakim od zawsze było otoczone moje życie, próbuję zrozumieć czemu tamten dzień miał służyć i czemu właściwie nie umarłam. Bo byłam blisko, bliżej niż wszystkim się wydaje.