Kiedy myślę o minionym roku, mogę napisać tylko jedno: parszywy czas.
Końcowe i początkowe miesiące zawsze takie są, w szczególności, gdy
dochodzi do tego „sezonowa depresja”. W tym roku nie było odstępstw od
normy. Na początku dobiła mnie walka z „pracą magisterską” (teraz mam
wrażenie, że to było w innym życiu), na koniec dobija mnie brak pracy i
wiążące się z tym wszystkie okropne rzeczy, od braku pieniędzy, przez
brak możliwości spotkań ze znajomi, po bezużyteczność i bezsens własnego
istnienia. Uroczo, czyż nie?
Ogólnie 2014 rok okazał się porażką, lecz to nie znaczy, że w tym całym gorzkim czasie, nie pojawiły się momenty piękne i warte zachowania w pamięci. Podczas tworzenia pisemnej pracy, mającej zamknąć moje pięcioletnie studia, spędziłam wiele czasu w bibliotekach i czytelniach, zmęczona i przygnębiona, lecz dwie wizyty pamiętam wyjątkowo. Choć bałam się i martwiłam, to siedząc przy jednym stole w gronie koleżanek, które tak jak ja musiały walczyć z konsekwencjami wyboru „pechowego seminarium”, zapomniałam na moment o wszystkich zmartwieniach, gdy niemal beztrosko przeglądałyśmy stertę książek, żartując i marudząc na przemian. Podczas drugiego posiedzenia byłam tylko z jedną, długowłosą koleżanką. Zamiast skupić się na pracy, rozmawiałyśmy szeptem, trochę przeszkadzając innym czytelnikom. Jednak nikt nas nie wygonił. Bardziej zadziwiający był fakt, iż siedząca przed nami kilka ławek studentka, zaczęła rozmawiać przez telefon, nie przejmując się uwagami bibliotekarza. W sumie pamiętam też całe specjalne sprowadzanie jednej książki z drugiego końca Polski. Musiałam odwiedź czytelnie w dzień po przepłakanej nocy, czułam się wtedy jak wrak człowieka, bolały mnie opuchnięte oczy, a w dodatku nie mogłam zrobić skanów (biblioteka wypożyczająca nie pozwoliła), więc tworzyłam ręczne notatki przez kilka godzi. W sumie zużyłam mnóstwo energii życiowej na tworzenie pracy magisterskiej, pewnie dlatego do tej pory trudno mi odnaleźć się w pulsującej życiem rzeczywistości. Później był dzień obrony pracy magisterskiej, czyli 18-nasty czerwca. Pamiętam go ze względu na wyjątkową obojętność, która mi towarzyszyła. Nawet, jeśli ostatecznie udało mi się napisać pracę i z sukcesem (tzn. może dla innych to byłby sukces) ukończyć studia, ten czas pozostanie w mej pamięci jako nic nie warty. Ostatni rok studiów, którego końcówka przypadła na mijający już rok, uświadomił mi, że całe życie męczyłam się robiąc rzeczy, które nie dawały mi satysfakcji, a w dodatku odgradzały od tętniącego życiem świata i zamykały w sobie, za co nieustannie płacę. Po ukończeniu studiów uświadomiłam sobie, że mimo wszystko jestem dobra w wykonywaniu rzeczy, których nie cierpię, a do tego dają mi one poczucie stabilności, które zniknęło wraz z ukończeniem studiów. W tym roku nauczyłam się też, że nie potrafię już żyć ani w więzieniu, ani na wolności. Ostatecznie pewnie wychodzi na to, że jestem zwyczajnie głupia z tym swoim męczeniem się. Wspomnę jeszcze, że miłym akcentem po obronie było wspólne, wieczorne wyjście z koleżankami do Centrum Kultury na jeden z filmów Xaviera Dolana. I choć życie nie było wtedy ani trochę lepsze, a w dodatku wiedziałam, że potem będzie tylko gorzej (co się potwierdziło), cieszyłam się jak głupia, że mam przy sobie osoby, z którymi mogę spędzić czas w pożyteczny i miły sposób. Może jeszcze kiedyś uda nam się poczuć wiatr w żaglach. Jeśli o mnie chodzi, może przestałam tonąć, ale statku zbudować nie potrafię, tylko tak sobie dryfuję na resztkach tratwy, czekając, nawet nie wiem, czy na ratunek.
Ważnym czasem w 2014 roku był lipiec, na który przypadł mój wyjazd nad morze do poznanej na tumblrze P. Spotkanie planowałyśmy ponad rok i właściwie to cud, że po tak krótkim czasie udało nam się zobaczyć, zwłaszcza, że realizacja takich pomysłów do tej pory trwała u mnie latami; oczywiście z prostego powodu, który zawsze mnie ogranicza, czyli z braku pieniędzy. Był to słodko-gorzki czas, który ostatecznie wspominam bardzo dobrze, mimo upału każdego dnia, otarć na stopach i fizycznego osłabienia w pierwszych dniach. Z chęcią znowu wsiadłabym do pociągu i udała się na północ, aby tym razem ujrzeć w zimowej scenerii morski krajobraz. Właściwie chciałabym zobaczyć jak jest nad morzem o każdej porze roku. Morze nie musi być polskie. Wspomnę jeszcze tylko, że podczas tygodniowego pobytu w Gdyni miałam okazję spotkać inną koleżanką, mieszkającą w okolicy, tym razem po prawie trzech latach internetowej znajomości. Cały ten wyjazd nad morze był dla mnie wielką niespodzianką, na którą tak naprawdę nie zasłużyłam. Znam osoby, na których spotkanie nadal czekam, mimo wielu lat wirtualnej znajomości. (Chciałabym, żeby i nam się udało.) Myślałam więc, że na te dwa spotkania również będę musiała czekać latami, bo życie stawało się coraz gorsze. Równie dobrze mogłabym nie doczekać się nigdy. Tymczasem los okazał się łaskawy, choć zanim wszystko zostało dopięte na ostatni guzik, musiałam wycierpieć swoje. Lipice mijającego roku zostanie w mojej pamięci na zawsze jako piękny czas. Nawet, jeśli musiałam rozstać się z czymś cennym.
Na koniec chcę wspomnieć o najważniejszym wydarzeniu w tym roku, a nawet w całym swoim dotychczasowym życiu. Być może to stwierdzenie jest przesadą, ale w kategorii „pure happiness” jest jak najbardziej prawdziwe. Czternastego dnia czerwca spełniło się moje marzenie. Przypisuję temu dniowi tak dużą wartość, gdyż dla mnie marzenia są czymś tak bardzo nierealnym, że aż niemożliwym do zaistnienia. Taki dzień jak tematem nie miał prawa się wydarzyć, nigdy, tymczasem, nie dość, że jeden z moich ulubionych koreańskich zespołów przyjechał do Polski, to w dodatku miałam pieniądze na kupno biletów, więcej, mogłam swoją radością podzielić się z drugą osobą i tak oto na koncert zaprosiłam P., a że obie tkwimy w „koreańskim świecie”, nie musiałam jej długo namawiać. Dzięki temu spotkałyśmy się po raz drugi w tym roku, co również jest cudem, gdyż byłam przekonana, iż na kolejne spotkanie przyjdzie nam czekać latami. O samym koncercie wspominałam już na blogu nie jeden raz, więc nie będę znowu wzdychać jak niesamowitym przeżyciem jest spełnienie marzenia. Po prostu w takim dniu jak tamten istnieje tylko czyste szczęśnie niezakłócone żadnym negatywnym uczuciem. Do tej pory, nawet gdy miało spotkać mnie coś miłego i wyczekiwanego z radością, zawsze towarzyszyły temu obawy, stres czy niepewność. Dzień koncertu był wyjątkowy, bo wszystko co złe zniknęło. Zamykam oczy i znowu tam jestem, wspomnienia ciągle we mnie żyją, i choć nadal odczuwam szczęście i wdzięczność z powodu tego jednego wyjątkowego dnia, teraz towarzyszy mi melancholia. Oczywiste wydaje się napisanie, że nigdy nie zapomnę najszczęśliwszego czasu swojego życia, zwłaszcza, że był mi dany, aby osłodzić resztę gorzkich dni w tym roku.
Poza tym, w tym roku, po kilku latach nie widzenia się, spotkałam dobrego znajomego. Od października zaczęłam regularnie ćwiczyć. Trochę później „ujrzałam diabła” i nie mogłam uwierzyć, że po raz kolejny płaczę do utraty tchu. Tego samego miesiąca przez kilka dni bolała mnie klatka piersiowa w okolicach serca podczas oddychania. Wtedy też pierwszy raz w życiu zemdlałam i pierwszy raz miała robione EKG. (Badania na szczęście nie wykazały nic, więc prawdopodobnie był to ból na tle nerwowym.) Miesiąc później otrzymałam maila z wieściami od osoby z przeszłości i siedziałam w osłupieniu, nie dowierzając, że życie potrafi być tak dobre. W grudniu, zupełnie przypadkowo (mam szczęście do takich przypadków, aż czasem nie wierzę, że tak można) odkryłam chorobę jednej z koleżanek i siedziałam w osłupienia, nie dowierzając, że życie potrafi być tak niedobre. W grudniu Poczta Polska dostarczyła mi w dwóch różnych dniach dwie urocze kartki od tej samej osoby. Pożegnałam się też z dwoma przyjaciółkami, które wyprowadziły się z sąsiedztwa, wyjeżdżając w dwie różne strony Polski i tak oto ostatecznie umarło dzieciństwo. Otrzymałam również niespodziewane życzenia świąteczne i pomyślałam, że życie bywa dziwne. W Boże Narodzenie brat mojej mamy wraz z rodziną miał poważny wypadek samochodowy, który cudem nie zakończył się śmiercią. To wszystko, o czym mogę napisać, aby nie rozdrabniać się jeszcze bardziej i nie zacząć wymieniać wszystkich dni, w których płakałam przed snem, bo nie chcę dopuszczać do siebie myśli, że w tym roku zgubiłam wszystko to, nad czym tak ciężko pracowałam w roku ubiegłym. Na koniec dodam, że część mnie będzie tęsknić za mijającym już rokiem, natomiast druga część może odetchnąć z ulgą, że to już koniec. I aż ciśnie się na usta: jeszcze nie ostateczny koniec.
Ogólnie 2014 rok okazał się porażką, lecz to nie znaczy, że w tym całym gorzkim czasie, nie pojawiły się momenty piękne i warte zachowania w pamięci. Podczas tworzenia pisemnej pracy, mającej zamknąć moje pięcioletnie studia, spędziłam wiele czasu w bibliotekach i czytelniach, zmęczona i przygnębiona, lecz dwie wizyty pamiętam wyjątkowo. Choć bałam się i martwiłam, to siedząc przy jednym stole w gronie koleżanek, które tak jak ja musiały walczyć z konsekwencjami wyboru „pechowego seminarium”, zapomniałam na moment o wszystkich zmartwieniach, gdy niemal beztrosko przeglądałyśmy stertę książek, żartując i marudząc na przemian. Podczas drugiego posiedzenia byłam tylko z jedną, długowłosą koleżanką. Zamiast skupić się na pracy, rozmawiałyśmy szeptem, trochę przeszkadzając innym czytelnikom. Jednak nikt nas nie wygonił. Bardziej zadziwiający był fakt, iż siedząca przed nami kilka ławek studentka, zaczęła rozmawiać przez telefon, nie przejmując się uwagami bibliotekarza. W sumie pamiętam też całe specjalne sprowadzanie jednej książki z drugiego końca Polski. Musiałam odwiedź czytelnie w dzień po przepłakanej nocy, czułam się wtedy jak wrak człowieka, bolały mnie opuchnięte oczy, a w dodatku nie mogłam zrobić skanów (biblioteka wypożyczająca nie pozwoliła), więc tworzyłam ręczne notatki przez kilka godzi. W sumie zużyłam mnóstwo energii życiowej na tworzenie pracy magisterskiej, pewnie dlatego do tej pory trudno mi odnaleźć się w pulsującej życiem rzeczywistości. Później był dzień obrony pracy magisterskiej, czyli 18-nasty czerwca. Pamiętam go ze względu na wyjątkową obojętność, która mi towarzyszyła. Nawet, jeśli ostatecznie udało mi się napisać pracę i z sukcesem (tzn. może dla innych to byłby sukces) ukończyć studia, ten czas pozostanie w mej pamięci jako nic nie warty. Ostatni rok studiów, którego końcówka przypadła na mijający już rok, uświadomił mi, że całe życie męczyłam się robiąc rzeczy, które nie dawały mi satysfakcji, a w dodatku odgradzały od tętniącego życiem świata i zamykały w sobie, za co nieustannie płacę. Po ukończeniu studiów uświadomiłam sobie, że mimo wszystko jestem dobra w wykonywaniu rzeczy, których nie cierpię, a do tego dają mi one poczucie stabilności, które zniknęło wraz z ukończeniem studiów. W tym roku nauczyłam się też, że nie potrafię już żyć ani w więzieniu, ani na wolności. Ostatecznie pewnie wychodzi na to, że jestem zwyczajnie głupia z tym swoim męczeniem się. Wspomnę jeszcze, że miłym akcentem po obronie było wspólne, wieczorne wyjście z koleżankami do Centrum Kultury na jeden z filmów Xaviera Dolana. I choć życie nie było wtedy ani trochę lepsze, a w dodatku wiedziałam, że potem będzie tylko gorzej (co się potwierdziło), cieszyłam się jak głupia, że mam przy sobie osoby, z którymi mogę spędzić czas w pożyteczny i miły sposób. Może jeszcze kiedyś uda nam się poczuć wiatr w żaglach. Jeśli o mnie chodzi, może przestałam tonąć, ale statku zbudować nie potrafię, tylko tak sobie dryfuję na resztkach tratwy, czekając, nawet nie wiem, czy na ratunek.
Ważnym czasem w 2014 roku był lipiec, na który przypadł mój wyjazd nad morze do poznanej na tumblrze P. Spotkanie planowałyśmy ponad rok i właściwie to cud, że po tak krótkim czasie udało nam się zobaczyć, zwłaszcza, że realizacja takich pomysłów do tej pory trwała u mnie latami; oczywiście z prostego powodu, który zawsze mnie ogranicza, czyli z braku pieniędzy. Był to słodko-gorzki czas, który ostatecznie wspominam bardzo dobrze, mimo upału każdego dnia, otarć na stopach i fizycznego osłabienia w pierwszych dniach. Z chęcią znowu wsiadłabym do pociągu i udała się na północ, aby tym razem ujrzeć w zimowej scenerii morski krajobraz. Właściwie chciałabym zobaczyć jak jest nad morzem o każdej porze roku. Morze nie musi być polskie. Wspomnę jeszcze tylko, że podczas tygodniowego pobytu w Gdyni miałam okazję spotkać inną koleżanką, mieszkającą w okolicy, tym razem po prawie trzech latach internetowej znajomości. Cały ten wyjazd nad morze był dla mnie wielką niespodzianką, na którą tak naprawdę nie zasłużyłam. Znam osoby, na których spotkanie nadal czekam, mimo wielu lat wirtualnej znajomości. (Chciałabym, żeby i nam się udało.) Myślałam więc, że na te dwa spotkania również będę musiała czekać latami, bo życie stawało się coraz gorsze. Równie dobrze mogłabym nie doczekać się nigdy. Tymczasem los okazał się łaskawy, choć zanim wszystko zostało dopięte na ostatni guzik, musiałam wycierpieć swoje. Lipice mijającego roku zostanie w mojej pamięci na zawsze jako piękny czas. Nawet, jeśli musiałam rozstać się z czymś cennym.
Na koniec chcę wspomnieć o najważniejszym wydarzeniu w tym roku, a nawet w całym swoim dotychczasowym życiu. Być może to stwierdzenie jest przesadą, ale w kategorii „pure happiness” jest jak najbardziej prawdziwe. Czternastego dnia czerwca spełniło się moje marzenie. Przypisuję temu dniowi tak dużą wartość, gdyż dla mnie marzenia są czymś tak bardzo nierealnym, że aż niemożliwym do zaistnienia. Taki dzień jak tematem nie miał prawa się wydarzyć, nigdy, tymczasem, nie dość, że jeden z moich ulubionych koreańskich zespołów przyjechał do Polski, to w dodatku miałam pieniądze na kupno biletów, więcej, mogłam swoją radością podzielić się z drugą osobą i tak oto na koncert zaprosiłam P., a że obie tkwimy w „koreańskim świecie”, nie musiałam jej długo namawiać. Dzięki temu spotkałyśmy się po raz drugi w tym roku, co również jest cudem, gdyż byłam przekonana, iż na kolejne spotkanie przyjdzie nam czekać latami. O samym koncercie wspominałam już na blogu nie jeden raz, więc nie będę znowu wzdychać jak niesamowitym przeżyciem jest spełnienie marzenia. Po prostu w takim dniu jak tamten istnieje tylko czyste szczęśnie niezakłócone żadnym negatywnym uczuciem. Do tej pory, nawet gdy miało spotkać mnie coś miłego i wyczekiwanego z radością, zawsze towarzyszyły temu obawy, stres czy niepewność. Dzień koncertu był wyjątkowy, bo wszystko co złe zniknęło. Zamykam oczy i znowu tam jestem, wspomnienia ciągle we mnie żyją, i choć nadal odczuwam szczęście i wdzięczność z powodu tego jednego wyjątkowego dnia, teraz towarzyszy mi melancholia. Oczywiste wydaje się napisanie, że nigdy nie zapomnę najszczęśliwszego czasu swojego życia, zwłaszcza, że był mi dany, aby osłodzić resztę gorzkich dni w tym roku.
Poza tym, w tym roku, po kilku latach nie widzenia się, spotkałam dobrego znajomego. Od października zaczęłam regularnie ćwiczyć. Trochę później „ujrzałam diabła” i nie mogłam uwierzyć, że po raz kolejny płaczę do utraty tchu. Tego samego miesiąca przez kilka dni bolała mnie klatka piersiowa w okolicach serca podczas oddychania. Wtedy też pierwszy raz w życiu zemdlałam i pierwszy raz miała robione EKG. (Badania na szczęście nie wykazały nic, więc prawdopodobnie był to ból na tle nerwowym.) Miesiąc później otrzymałam maila z wieściami od osoby z przeszłości i siedziałam w osłupieniu, nie dowierzając, że życie potrafi być tak dobre. W grudniu, zupełnie przypadkowo (mam szczęście do takich przypadków, aż czasem nie wierzę, że tak można) odkryłam chorobę jednej z koleżanek i siedziałam w osłupienia, nie dowierzając, że życie potrafi być tak niedobre. W grudniu Poczta Polska dostarczyła mi w dwóch różnych dniach dwie urocze kartki od tej samej osoby. Pożegnałam się też z dwoma przyjaciółkami, które wyprowadziły się z sąsiedztwa, wyjeżdżając w dwie różne strony Polski i tak oto ostatecznie umarło dzieciństwo. Otrzymałam również niespodziewane życzenia świąteczne i pomyślałam, że życie bywa dziwne. W Boże Narodzenie brat mojej mamy wraz z rodziną miał poważny wypadek samochodowy, który cudem nie zakończył się śmiercią. To wszystko, o czym mogę napisać, aby nie rozdrabniać się jeszcze bardziej i nie zacząć wymieniać wszystkich dni, w których płakałam przed snem, bo nie chcę dopuszczać do siebie myśli, że w tym roku zgubiłam wszystko to, nad czym tak ciężko pracowałam w roku ubiegłym. Na koniec dodam, że część mnie będzie tęsknić za mijającym już rokiem, natomiast druga część może odetchnąć z ulgą, że to już koniec. I aż ciśnie się na usta: jeszcze nie ostateczny koniec.
