31.12.2014

844. Podsumowanie roku.

Kiedy myślę o minionym roku, mogę napisać tylko jedno: parszywy czas. Końcowe i początkowe miesiące zawsze takie są, w szczególności, gdy dochodzi do tego „sezonowa depresja”. W tym roku nie było odstępstw od normy. Na początku dobiła mnie walka z „pracą magisterską” (teraz mam wrażenie, że to było w innym życiu), na koniec dobija mnie brak pracy i wiążące się z tym wszystkie okropne rzeczy, od braku pieniędzy, przez brak możliwości spotkań ze znajomi, po bezużyteczność i bezsens własnego istnienia. Uroczo, czyż nie?
Ogólnie 2014 rok okazał się porażką, lecz to nie znaczy, że w tym całym gorzkim czasie, nie pojawiły się momenty piękne i warte zachowania w pamięci. Podczas tworzenia pisemnej pracy, mającej zamknąć moje pięcioletnie studia, spędziłam wiele czasu w bibliotekach i czytelniach, zmęczona i przygnębiona, lecz dwie wizyty pamiętam wyjątkowo. Choć bałam się i martwiłam, to siedząc przy jednym stole w gronie koleżanek, które tak jak ja musiały walczyć z konsekwencjami wyboru „pechowego seminarium”, zapomniałam na moment o wszystkich zmartwieniach, gdy niemal beztrosko przeglądałyśmy stertę książek, żartując i marudząc na przemian. Podczas drugiego posiedzenia byłam tylko z jedną, długowłosą koleżanką. Zamiast skupić się na pracy, rozmawiałyśmy szeptem, trochę przeszkadzając innym czytelnikom. Jednak nikt nas nie wygonił. Bardziej zadziwiający był fakt, iż siedząca przed nami kilka ławek studentka, zaczęła rozmawiać przez telefon, nie przejmując się uwagami bibliotekarza. W sumie pamiętam też całe specjalne sprowadzanie jednej książki z drugiego końca Polski. Musiałam odwiedź czytelnie w dzień po przepłakanej nocy, czułam się wtedy jak wrak człowieka, bolały mnie opuchnięte oczy, a w dodatku nie mogłam zrobić skanów (biblioteka wypożyczająca nie pozwoliła), więc tworzyłam ręczne notatki przez kilka godzi. W sumie zużyłam mnóstwo energii życiowej na tworzenie pracy magisterskiej, pewnie dlatego do tej pory trudno mi odnaleźć się w pulsującej życiem rzeczywistości. Później był dzień obrony pracy magisterskiej, czyli 18-nasty czerwca. Pamiętam go ze względu na wyjątkową obojętność, która mi towarzyszyła. Nawet, jeśli ostatecznie udało mi się napisać pracę i z sukcesem (tzn. może dla innych to byłby sukces) ukończyć studia, ten czas pozostanie w mej pamięci jako nic nie warty. Ostatni rok studiów, którego końcówka przypadła na mijający już rok, uświadomił mi, że całe życie męczyłam się robiąc rzeczy, które nie dawały mi satysfakcji, a w dodatku odgradzały od tętniącego życiem świata i zamykały w sobie, za co nieustannie płacę. Po ukończeniu studiów uświadomiłam sobie, że mimo wszystko jestem dobra w wykonywaniu rzeczy, których nie cierpię, a do tego dają mi one poczucie stabilności, które zniknęło wraz z ukończeniem studiów. W tym roku nauczyłam się też, że nie potrafię już żyć ani w więzieniu, ani na wolności. Ostatecznie pewnie wychodzi na to, że jestem zwyczajnie głupia z tym swoim męczeniem się. Wspomnę jeszcze, że miłym akcentem po obronie było wspólne, wieczorne wyjście z koleżankami do Centrum Kultury na jeden z filmów Xaviera Dolana. I choć życie nie było wtedy ani trochę lepsze, a w dodatku wiedziałam, że potem będzie tylko gorzej (co się potwierdziło), cieszyłam się jak głupia, że mam przy sobie osoby, z którymi mogę spędzić czas w pożyteczny i miły sposób. Może jeszcze kiedyś uda nam się poczuć wiatr w żaglach. Jeśli o mnie chodzi, może przestałam tonąć, ale statku zbudować nie potrafię, tylko tak sobie dryfuję na resztkach tratwy, czekając, nawet nie wiem, czy na ratunek.
Ważnym czasem w 2014 roku był lipiec, na który przypadł mój wyjazd nad morze do poznanej na tumblrze P. Spotkanie planowałyśmy ponad rok i właściwie to cud, że po tak krótkim czasie udało nam się zobaczyć, zwłaszcza, że realizacja takich pomysłów do tej pory trwała u mnie latami; oczywiście z prostego powodu, który zawsze mnie ogranicza, czyli z braku pieniędzy. Był to słodko-gorzki czas, który ostatecznie wspominam bardzo dobrze, mimo upału każdego dnia, otarć na stopach i fizycznego osłabienia w pierwszych dniach. Z chęcią znowu wsiadłabym do pociągu i udała się na północ, aby tym razem ujrzeć w zimowej scenerii morski krajobraz. Właściwie chciałabym zobaczyć jak jest nad morzem o każdej porze roku. Morze nie musi być polskie. Wspomnę jeszcze tylko, że podczas tygodniowego pobytu w Gdyni miałam okazję spotkać inną koleżanką, mieszkającą w okolicy, tym razem po prawie trzech latach internetowej znajomości. Cały ten wyjazd nad morze był dla mnie wielką niespodzianką, na którą tak naprawdę nie zasłużyłam. Znam osoby, na których spotkanie nadal czekam, mimo wielu lat wirtualnej znajomości. (Chciałabym, żeby i nam się udało.) Myślałam więc, że na te dwa spotkania również będę musiała czekać latami, bo życie stawało się coraz gorsze. Równie dobrze mogłabym nie doczekać się nigdy. Tymczasem los okazał się łaskawy, choć zanim wszystko zostało dopięte na ostatni guzik, musiałam wycierpieć swoje. Lipice mijającego roku zostanie w mojej pamięci na zawsze jako piękny czas. Nawet, jeśli musiałam rozstać się z czymś cennym.
Na koniec chcę wspomnieć o najważniejszym wydarzeniu w tym roku, a nawet w całym swoim dotychczasowym życiu. Być może to stwierdzenie jest przesadą, ale w kategorii „pure happiness” jest jak najbardziej prawdziwe. Czternastego dnia czerwca spełniło się moje marzenie. Przypisuję temu dniowi tak dużą wartość, gdyż dla mnie marzenia są czymś tak bardzo nierealnym, że aż niemożliwym do zaistnienia. Taki dzień jak tematem nie miał prawa się wydarzyć, nigdy, tymczasem, nie dość, że jeden z moich ulubionych koreańskich zespołów przyjechał do Polski, to w dodatku miałam pieniądze na kupno biletów, więcej, mogłam swoją radością podzielić się z drugą osobą i tak oto na koncert zaprosiłam P., a że obie tkwimy w „koreańskim świecie”, nie musiałam jej długo namawiać. Dzięki temu spotkałyśmy się po raz drugi w tym roku, co również jest cudem, gdyż byłam przekonana, iż na kolejne spotkanie przyjdzie nam czekać latami. O samym koncercie wspominałam już na blogu nie jeden raz, więc nie będę znowu wzdychać jak niesamowitym przeżyciem jest spełnienie marzenia. Po prostu w takim dniu jak tamten istnieje tylko czyste szczęśnie niezakłócone żadnym negatywnym uczuciem. Do tej pory, nawet gdy miało spotkać mnie coś miłego i wyczekiwanego z radością, zawsze towarzyszyły temu obawy, stres czy niepewność. Dzień koncertu był wyjątkowy, bo wszystko co złe zniknęło. Zamykam oczy i znowu tam jestem, wspomnienia ciągle we mnie żyją, i choć nadal odczuwam szczęście i wdzięczność z powodu tego jednego wyjątkowego dnia, teraz towarzyszy mi melancholia. Oczywiste wydaje się napisanie, że nigdy nie zapomnę najszczęśliwszego czasu swojego życia, zwłaszcza, że był mi dany, aby osłodzić resztę gorzkich dni w tym roku.
Poza tym, w tym roku, po kilku latach nie widzenia się, spotkałam dobrego znajomego. Od października zaczęłam regularnie ćwiczyć. Trochę później „ujrzałam diabła” i nie mogłam uwierzyć, że po raz kolejny płaczę do utraty tchu. Tego samego miesiąca przez kilka dni bolała mnie klatka piersiowa w okolicach serca podczas oddychania. Wtedy też pierwszy raz w życiu zemdlałam i pierwszy raz miała robione EKG. (Badania na szczęście nie wykazały nic, więc prawdopodobnie był to ból na tle nerwowym.) Miesiąc później otrzymałam maila z wieściami od osoby z przeszłości i siedziałam w osłupieniu, nie dowierzając, że życie potrafi być tak dobre. W grudniu, zupełnie przypadkowo (mam szczęście do takich przypadków, aż czasem nie wierzę, że tak można) odkryłam chorobę jednej z koleżanek i siedziałam w osłupienia, nie dowierzając, że życie potrafi być tak niedobre. W grudniu Poczta Polska dostarczyła mi w dwóch różnych dniach dwie urocze kartki od tej samej osoby. Pożegnałam się też z dwoma przyjaciółkami, które wyprowadziły się z sąsiedztwa, wyjeżdżając w dwie różne strony Polski i tak oto ostatecznie umarło dzieciństwo. Otrzymałam również niespodziewane życzenia świąteczne i pomyślałam, że życie bywa dziwne. W Boże Narodzenie brat mojej mamy wraz z rodziną miał poważny wypadek samochodowy, który cudem nie zakończył się śmiercią. To wszystko, o czym mogę napisać, aby nie rozdrabniać się jeszcze bardziej i nie zacząć wymieniać wszystkich dni, w których płakałam przed snem, bo nie chcę dopuszczać do siebie myśli, że w tym roku zgubiłam wszystko to, nad czym tak ciężko pracowałam w roku ubiegłym. Na koniec dodam, że część mnie będzie tęsknić za mijającym już rokiem, natomiast druga część może odetchnąć z ulgą, że to już koniec. I aż ciśnie się na usta: jeszcze nie ostateczny koniec.

30.12.2014

843. Zmusić się do życia, znaczy zmusić się do...

Za każdym razem, gdy biorę głębszy oddech, stwierdzam w myślach, że w moim pokoju jest naprawdę zimno. Kiedy zerkam na ozdobiony przeze mnie w podstawówce farbami do szła talerzyk i widzę na nim mój pierścionek nastroju, który jest czarny, stwierdzam w myślach, że w moim pokoju jest naprawdę zimno. Moje stopy odziane w grube skarpety i ciapy są również zimne i naprawdę nie wiem, czemu tuż przed północą zachciało mi się pisać o chłodzie w moim pokoju, zwłaszcza, że to nic nadzwyczajnego przy niskiej temperaturze za oknem, starym i nie wystarczająco szczelnym. Z zimowych opowieści mogę jeszcze dodać, że dwudziestoletni Jackson doznał szoku kulturowego widząc pierwszy raz w życiu rękawiczki szczepione sznurkiem, który rozerwał, myśląc, że to tylko sklepowe złączenie w celu nie zgubienia pary. Jego niedowierzająca mina, gdy usłyszał, że sznureczek zarzuca się na szyję, była cudowna, zaś śmiech Sungjae w tle jeszcze bardziej potęgował zabawny wydźwięk całej sytuacji. Ostatecznie najważniejsze jest to, aby było ciepło, a że program nagrywany był w nocy na dachu późną jesienią, rękawiczki okazały się przydatne w każdej postaci. Zajrzałam do e-book’a z książką Grzegorza Musiała, choć robię to bardzo rzadko, bo nie lubię czytać książek na komputerze, ale w miałam chwilę natchnienia i postanowiłam ruszyć do przodu o kilka stron, ale nie mogłam, bo co chwilę zatrzymywał mnie jakiś fragmentu. Czasem mam wrażenie, że zamiast cytować ulubione myśli mogłabym odesłać czytelnika do całej książki, jakże bogatej w warte przytoczenia słowa. Na zakończenie jednak będzie fragment „Stanu płynnego”, bo przecież nie mogę skopiować tutaj całej książki.

„Zmusić się do życia, znaczy zmusić się do jedzenia, choć wszystko wymiotuje w tobie, skręca się w potwornym proteście, choć wszystko krzyczy w tobie NIE!
Czekanie na następną MOŻLIWOŚĆ.
Taki jest sens życia w ogóle. Taka jest życiowa konieczność. Niewykluczanie niczego, co dopiero się wydarzy.
Niezamykanie spraw, których jeszcze nie ma.
Coś, co można by chyba nazwać nadzieją, choć lękam się nieprzejrzystości tego słowa.
Prawdopodobnie istnieje pewien gatunek ludzi genetycznie pozbawionych nadziei, tak jak istnieje genetyczny rodzaj albinizmu lub brak jednego palca u nogi. Rozumieć tych ludzi to rozumieć pewną Najwyższą Konieczność, która za nas rządzi, której podlegają nasze kroki wiodące nas ku życiu lub ku przepaści. Są to ludzie skazani na przepaść. W ich serca wmontowano maleńkie ciało magnetyczne, ciągnące ich ku samounicestwieniu.”

29.12.2014

842. Ile dni zajmuje odchorowanie rodzinnych spoktań?



Wydawało mi się, że nie zdecyduję się już na wpis w tym miesiącu, a ostatni będzie zawierał podsumowanie roku, jednak od kilku dni chodzi za mną potrzeba napisania „o wszystkim i o niczym”, lecz do tej pory zmęczenie skutecznie mi to utrudniło. Choć wydaje mi się, że uderzę konkretnie w świąteczną nutę jak zwykle wplatając w to wątki zbędne.
Święta to taki czas, w którym wszystko co poza religijne, jest dla mnie trudne, a czasem niechętnie przeze mnie przyjmowane, choć staram się, mniej lub bardziej dzielnie, wszystko przetrwać, przemilczeć i odesłać w niepamięć. Z tegorocznego świątecznego czasu (poza poważnym wypadkiem samochodowym brata mojej mamy wraz z  rodziną), zapamiętam wizytę u babci, kobiety, która wydała na świat dziewięcioro dzieci, w tym mojego zagubionego (w różny sposób) ojca. Podczas różnych kalendarzowych świąt do babci zjeżdża niemal cała rodzina, choć w zimowym okresie wizyty rozłożone są na poszczególne dni, gdyż pojawienie się wszystkich na raz w niewielkim mieszkaniu byłoby trochę niewygodne, co nie znaczy, że przez to niemiłe. Jak to bywa przy odwiedzinach licznej rodziny, w domu robi się zaraz głośno, zwłaszcza, że część cioć i wujków posiada pociechy w przedziale wiekowym 6-14, więc to hałaśliwy okres. Do tego można dołączyć rozmowy przy stole, tym głośniejsze im więcej kieliszków wódki wleją w siebie mężczyźni, a także włączony telewizor, momentami nie wiadomo dla kogo. Od tego wszystkiego zwyczajnie zaczyna boleć mnie głowa, zwłaszcza, że jestem przyzwyczajona do ciszy, na co dzień nawet nie słucham głośno muzyki. Do fizycznego osłabienia mogę dodać jeszcze jeden czynnik. Babcia ma dom, w którym ogrzewanie pomieszczeń zapewnia palenie w piecu znajdujący się w kuchni, a jest to piec starodawny, taki z fajerkami, gdzie jednocześnie można stawiać garnki i gotować, choć akurat kuchenkę gazową z piekarnikiem babcia też posiada. (Kiedyś też mieliśmy piec. Do mojego dziesiątego roku życia, na jego białych kafelkach, zawsze w zimie roztapialiśmy z bratem plastelinę. Potem była przeprowadzka, w kuchni stała już kuchenka gazowa i nastały inne czasy.) Ogrzewanie w ten sposób mieszkania sprawia, że temperatura w poszczególnych pomieszczeniach jest różna, a że nie potrafię siedzieć w jednym miejscu, czyli przy stole, gdzie co chwilę zwracają uwagę na to, że mało jesz (bo przecież podczas świąt zawsze je się dużo, a tym bardziej u babci), więc i moje ciało poddane zostaje „zmianom klimatycznym”, co dodatkowo wypływa na mój ból głowy. Natomiast jeśli mowa o psychicznym samopoczuciu podczas odwiedzin, na wizytę przeważnie zbieram się z lekką niechęcią, bo zwyczajnie nie lubię tłumów, a do tego jestem ograniczona tematycznie (choć może to tylko rozbieżność w repertuarze tematów, bo wiadomo, ja mogę tylko o filmach, Korei Południowej i smutnym życiu, ale niekoniecznie swoim) lub zwyczajnie nudna, więc siedzę w milczeniu, obawiając się, że zaraz ktoś zada mi pytanie, na które nie znam odpowiedzi. (W niektórych przypadkach odpowiedzenie na zwykłe „co u mnie” nagle staje się najtrudniejszą rzeczą pod słońcem.) Mimo wszystko mam to szczęście, że posiadam naprawdę miłe ciocie, jak i wujków, i nigdy nie zdarzyło mi się z nikim wejść w ostrą dyskusję. Właściwie nie mam w pamięci żadnej sytuacji, która pozostawiłaby we mnie niechęć do kogoś z rodziny. Być może to zasługa rzadkich okazji do spotkań lub zwykłe potwierdzenie tego, że najtrudniej w zgodzie żyje się z najbliższą rodziną (domownikami). W każdym razie spotkania u babci po kilkunastu minutach od przekroczenia progu stają nawet sympatyczne. Lubię obserwować otoczenie, przysłuchiwać się rozmowom innych lub siedzieć z dziećmi, które nie zwracają na mnie zbytniej uwagi, chyba, że sama do nich zagadam. W tegoroczne święta odwiedziliśmy babcię w Wigilię (po Wigilii u drugiej babci) oraz 26 grudnia, kiedy przy stole siedziała również moja młodsza o pięć lat siostra cioteczna z narzeczonym. Biorą ślub w styczniu. Kiedy przyjechali, trzeba było trochę inaczej usiąść się przy stole i tutaj miała miejsce jedna zabawna sytuacja, w której ciocie z troską próbowały mnie przekonać, że siedzenie, jak to się mówi, na rogu stołu (choć naprawdę nie siedziałam centralnie przed nim) nie jest dobrym pomysłem, bo przecież zostanę starą panną. Oczywiście sytuacja mnie rozbawiła, bo nie wierzę w zabobony, a tym bardziej za mąż się nie wybieram, więc mogłam potwierdzić w ten sposób swój życiowy wybór, ale czasem lepiej nie zaczynać całej dyskusji z cyklu „ale jak to nie chcesz wychodzić za mąż” lub „jeszcze ci się odmieni”, bo wiem, że ani nie potrafiłabym tego krótko i sensownie wytłumaczyć, ani nie miałabym siły na dyskusję, że jednak mi się nie odmieni, więc grzecznie oznajmiłam, że nie przejmuję się tym rogiem i było po kłopocie. Ostatecznie nie ma sensu rozwodzić się nad czymś, co tak naprawdę nie ma żadnego wypływu na życie moich wujków i cioć. Co najwyżej będą bawili się na jednym weselu mniej w swoim życiu. 
Siedząc tamtego popołudnia u babci przy świątecznym stole, pomyślałam, że mam dużą rodzinę, z którą miło od czasu do czasu posiedzieć w zabawnej atmosferze. Jednak myśl ta utrzymała się do momentu, w którym nagle uświadomiłam sobie jak bardzo nie pasuję do tego ładnego obrazka z wielu powodów. Przeważnie wychodzi tak, że muszę odchorować świąteczne spotkania przez kilka dni, bo zderzenia z obcym światem bywają równie fascynujące, co niebezpieczne, choć akurat w te święta wystarczył jeden dzień. Siedząc tamtego popołudnia u babci przy świątecznym stole, przestraszyłam się nagle, że chyba upadłam na głowę, wyrażając zgodzę na uczestnictwo w styczniowym weselu, choć trzy tygodnie temu naprawdę pomyślałam, że może to być ciekawe i zabawne doświadczenie, odciągające mnie na moment od ciemnej strony mocy, ale przecież demony są przy mnie zawsze, łażą za moimi plecami jak cień, więc jak mogłam być tak naiwna. Teraz zastanawiam się, ile dni zajmie mi odchorowanie takiej rodzinnej imprezy.

13.12.2014

841. "Żegnaj, moja konkubino"

Kiedy w minionym tygodniu przeglądałam program telewizyjny, moją uwagę po raz kolejny przykuł wyraz łyżwiarstwo, który pojawiał się tam od kilku dni. Szybko i za każdym razem na nowo, orientowałam się, że program nie dotyczy łyżwiarstwa figurowego, które jako dziecko uwielbiałam oglądać. W tamtym momencie przeszukałam swoją pamięć, zastanawiając się, czy widziałam kiedyś tańczącą parę tej samej płci na jakichkolwiek zawodach, jednak nic konkretnego nie przyszło mi do głowy. Nie miałam też potrzeby, aby poszukać informacji na ten temat w intrenecie i tak zapomniałam o łyżwiarstwie figurowym, na kilka dni, bo temat powrócił do mnie w sposób który lubię, czyli pod postacią zbiegu okoliczności. Zdaję sobie sprawę, że od wielu miesięcy w niemal co drugim wpisie pojawia się wyraz film, ale nic nie poradzę na to, że oglądam wiele i lubię od czasu do czasu o tym wspomnieć. W tym tygodniu obejrzałam m.in. chiński film „Żegnaj, moja konkubino” z 1993 roku. By przybliżyć historię zawartą w filmie, pozwolę sobie zacytować krótki opis zamieszczony na filmweb.pl, otóż film przedstawia historię dwóch mężczyzn, którzy spotykają się w sławnej szkole opery i zostają przyjaciółmi na całe życie. Jeśli popatrzymy na tytuł filmu, a potem jego opis, nie trudno się domyślić, że rolę konkubinę w operze odgrywał chłopak, ponieważ aktorami byli tam wyłącznie przedstawiciele płci męskiej. Jedną z moich rozrywek jest konto na tumblrze, gdzie często po seansie umieszczam sceny z filmu, a w tym celu przeszukuję tagi. Tym razem nie było inaczej. Błądząc pomiędzy zdjęciami, kolażami i cytatami, moją uwagę przykuły fotografie mężczyzny jeżdżącego na lodzie. Od razu zorientowałam się, że pochodzą z zawodów łyżwiarstwa figurowego, a on sam musiał tańczyć do któregoś z utworów znajdujących się w filmie. W ogóle jego stylizacja nawiązywała do tytułowej konkubiny, więc wszystko stało się oczywiste, zanim zaczęłam szukać dalej. Okazało się, że mężczyzną na zdjęciach jest Johnny Weir, a właściwie John Gravin Weir-Voronov, trzydziestoletni amerykański łyżwiarz, natomiast występ nawiązujący do filmu pochodzi z bieżącego roku. Oczywiście na youtube jest prawie wszystko, więc postanowiłam obejrzeć jego program artystyczny (tutaj). Ku mojemu zaskoczeniu nie pojawił się tam sam. W trakcie występu dołączył do niego łyżwiarz i tak oto nawiązanie do filmowej przyjaźni i operowych scen znalazło zastosowanie w pełni. Nie był to jednak występ pary, lecz program solowy. Nie zmienia to jednak tego, że właśnie film „Żegnaj, moja konkubino” będzie łączył się z występem, podczas którego po raz pierwszy ujrzałam dwóch mężczyzn wspólnie tańczących na lodzie.

1.12.2014

840. I believe in this drink, but they call me a non-believer.

Pierwszy grudnia dwa tysiące czternastego roku, jak to możliwe, że jeszcze żyję? Nie przebywam jednak wśród żywych, lecz nieustannie o nich myślę. Codziennie do moich myśli wpada ktoś ze znajomych, z którymi dzielą mnie kilometry lub milczenie, czasem jedno i drugie. Czasem chciałabym podzielić się z nimi wieloma słowami, a jednak życie nie polega na nieustannym zasypywaniu innych wyznaniami. Nie raz zdobywałam się na szczerość i prosiłam, aby nigdy nie zapomnieli moich słów, wiedząc, że może już nigdy nie będę miała okazji powtórzyć ich drugi raz. Czasem, gdy próbuję zasnąć, boję się, że zapomnieli jak wiele znaczyła dla mnie ich obecność na danym etapie życia. Cieszyłabym się, gdyby nadal byli, lecz niektórzy gdzieś zniknęli, a mi brak już odwagi, by burzyć ich spokój swoją niespodziewaną i kłopotliwą obecnością. Oprócz „zapomnianych słów”, boję się też całego grudnia, bo to miesiąc, w którym większość, mimo pogarszającej się pogody, oczekuje pozytywnego czasu, zwłaszcza wraz z nadejściem świąt, a odkąd pamiętam, u mnie w domu świąteczny czas z roku na rok charakteryzuje się tendencją spadkową, czyli przemienia się w jedno wielkie zbiorowe przygnębienie, z którego wynikają spięcia. Teraz jest we mnie jeszcze więcej obaw, zwłaszcza po kolejnej kłótni, która odbyła się ostatniego dnia listopada, chyba tylko po to, aby podsumować i tak wystarczająco parszywy jedenasty miesiąc roku. Mam poczucie winy, że żyję, więc boję się chyba jeszcze tego, że nie umrę wystarczająco szybko lub wystarczająco szybko nie wydarzy się coś, co wyrwie mnie z cienia śmierci. Tak naprawdę nie chciałam pisać o tym wszystkim, o czym napisałam do tej pory. Wystarczyłoby tylko zaznaczenie nadejścia grudnia i wspomnienie, że nie mam skąd wykombinować sukienki na styczniowe wesele, ani butów, właściwie niczego, co pozwoliłoby mi przyjąć zaproszenie. Nie mam nawet od kogo pożyczyć tego wszystkiego. Nie posiadam też porządnej kurtki zimowej. W tamtym roku na jeden z egzaminów wybrałam się w cienkiej, bo miała kaptur, a ja potrzebowałam kaptura. Było wtedy minus dwadzieścia stopni, a na pewno wiał wiatr. Czekając na miejski autobus, miałam wrażenie, że stoję w krótkim rękawku. Przetrwałam, tak jak wszystkie minione zimy, z mrozem, smutkiem i śmiercią w tle. Nie jestem jednak niczyim bohaterem, nawet swoim, co nie znaczy, że nie byłam odważna, kiedyś. Teraz już nie jestem.
___
Muzyka: Epik High (ft. Kim Jong Wan of Nell) – Amor fati

28.11.2014

839. Blaski i cienie bycia fanem.


Za każdym razem, gdy chcę poruszyć temat związany z koreańskim przemysłem muzycznym, niezależnie czy w formie pisemnej czy ustnej, natrafiam na przeszkodę. Bo niby jak mam przekazać osobom nieinteresującym się choć trochę koreańskim popem te wszystkie informacje, które bez znajomości podstawowych faktów, wydadzą się mi dziwne? Nie chodzi tutaj o samą muzykę, ale o funkcjonowanie zespołów na koreańskim rynku muzycznym, czyli rynku, który określa konkretna kultura. Już relacja na linii idol-fani jest zaplątana w różnego rodzaju „zasady”, a sam idol, w przeciwieństwie do „kolegów” z amerykańskich stacji muzycznych, ma być dobrze wychowany, co wiąże się nie tylko z kulturą osobistą, ale przede wszystkim z przekonaniem, że idol jest reprezentantem społeczeństwa/kraju. Bywa, że skandal równa się ostracyzmowi i końcowi kariery. Za wszelkiego rodzaju drobniejsze wpadki należy oficjalnie przeprosić, nawet gdy nie jest się do końca winnym. Gdy lud uzna, że coś zrobiło się źle, należy odpokutować. Powstają przez to i absurdalne sytuacje, ale to nie czas, aby rozpisywać się na ten temat, bo mój wpis zmierza w całkiem innym kierunku. Niezależnie od tego, czyim jest się fanem, możliwość udziału w koncertach dotyczy każdego. To wydarzenie wywołuje w fanach mnóstwo emocji, niezależnie od tego, czy jest to pierwsza czy dziesiąte tego typu impreza w ich życiu. Oczywiście istnieje też mostów innych okazji, aby zobaczyć swojego idola. Sprzyja temu intensywność promocji podczas wydawania kolejnych singli czy płyt (momentami mam wrażenie, że tak dużej ilości „comebacków” w ciągu roku nie ma nigdzie indziej, co nie zawsze przekłada się na jakość utworów) oraz napięty grafik wypełniony po brzegi sesjami, wywiadami, występami czy audycjami w radiach. Dużą rolę odgrywają też „fanmeetingi” z podpisywaniem płyt i krótkimi rozmowami. Szanse na spotkanie z zespołem są ogromne, a gdy należy się do oficjalnego fanklubu, a do tego mieszka się w Korei Południowej, można liczyć na uczestnictwo jako widownia podczas nagrań różnego typu programów. Wydaje mi się, że prędzej można natknąć się na popularny zespół właśnie podczas wyznaczonych spotkań, niż w biały dzień podczas zwyczajnego spaceru ulicami miasta. Pewnie w jakiś sposób wiąże się to z obawą przed „szalonymi fankami”, ale tak naprawdę tamtejsi idole nie mają czasu na spacery, gdyż większość czasu spędzają w budynkach, wykonując swoje obowiązki lub w samochodach typu van, przemieszczając się z budynku do budynku. Swojego idola można oczywiście „spotkać” też na ekranie telewizora. Obecność zespołu podnosi oglądalność, więc idole pojawiają się wszędzie. Podczas gdy w Polsce udział piosenkarza w reklamie, czy w skład jury programu podchodzi pod sprzedanie się, w Korei Południowej nie ma w tym nic podejrzanego. Wytwórnia organizuje grafik, więc pracę trzeba wykonać.  

To wszystko, o czym napisałam powyżej, sprawia, że przywiązanie do idola staje się większe, choć niekoniecznie bardziej obsesyjne. Właśnie, przypomniało mi się, że ważny w tym wszystkim jest jeszcze pewien fakt. Otóż większość wykonawców w Korei Południowej debiutuje w młodym wieku, a wybrany przez nas idol często jest naszym rówieśnikiem, więc to na pewno skraca dystans i wytwarza innego typu relacją na linii fan-idol. Jednak niezależnie od przedziału wiekowego, każdy wykonawca uświadamia sobie, że jego sukces w dużej mierze zależy od wsparcia fanów. (Cały proces bycia „trainee” – czyli przygotowania do debiutu, który może trwać nawet kilka lat, a nigdy nie wiadomo czy ostatecznie się zadebiutuje – jest cholernie ciężki, więc nie można powiedzieć, że ciężka praca nie jest drogą do sukcesu. Samo podejście Koreańczyków do pracy jest też czymś specyficznym, ale o tym może kiedy indziej.) 

Jak widać, napisałam już o wielu rzeczach, a główny wątek już gdzieś się zagubił. Otóż w tym całym skomplikowanym świecie, istnieje magiczna nić, która łączy fanów i idoli. Zarówno oni, jak i fani wierzą, że łącząca obie strony relacja jest wyjątkowa, a to dziwne przekonanie zrozumie się dopiero wtedy, gdy doświadczyć się tego na własnej skórze. Bo z boku ta magiczna nić wydaje się być tylko wymysłem wyobraźni. Jednak skoro istnieje ona w wyobraźni obu stron, nabiera realności. To po prostu wiara we wspólną idę, którą wciela się w życia, a więc i przez to staje się realna. Obustronna wdzięczność i troska jest momentami czymś tak prawdziwym, że aż niepojętym. Bo czy to możliwe, że w świecie przemysłu muzycznego, w którym chodzi o sukces i pieniądze (choć temat zarobków idoli w Korei to też coś zupełnie innego w porównaniu choćby z zachodnim rynkiem), nagle odczuwasz miłość? Nie chodzi mi tutaj o kolejne wypowiedziane „I love you”, pomachanie dłonią w geście przywitania, ułożenie palców w serduszko, czy posłanie w przelocie uśmiechu, choć te gesty są również ważne. Jednak to wymienione przeze mnie wyżej okazje do spotkań z idolem, często powtarzane, przybierają formę spotkań ze znajomymi, bo członkowie zespołu po jakimś czasie rozpoznają twarze fanów, którzy zjawiają się po raz kolejny, a na pewno pamiętają założycielki oficjalnych stron fanowskich. (Działalność fanów w tym zakresie to kolejny temat na oddzielną notkę. Ogólnie fani robią lepszej jakości zdjęcia niż profesjonalni fotoreporterzy. ) Na youtube jest mnóstwo nagrań z „fanmeetingów”, które są po prostu spotkaniami towarzyskimi, pełnymi żartów i śmiechu. Jest to zwyczajnie przyjemnie spędzony czas w miłym gronie. O ile taka relacja na linii fan-idol wydaje się zdrowsza, o tyle fani z zagranicy, cierpią przed komputerem, czekając na jakąkolwiek szansę na spotkanie. Dotyczy to nie tylko fanów koreańskiego popu. Bo ile szans na zobaczenie wykonawcy ze Stanów Zjednoczonych ma fan z Europy? A ile szans na zobaczenie polskiego wykonawcy ma polski fan? Ogólnie szanse na spotkanie swojego idola przedstawiają się kiepsko, przede wszystkim dla fanów z zagranicy. Jednak w przypadku fanów z zagranicy śledzących koreańskie zespoły, intensywność „spotkań” przejawia się w obecności zespołów w telewizji, a jeśli nie tylko tam, to resztą materiałów za światem dzielą się koreańscy fani na youtube czy innych portalach, więc cały rok „widuje się” swoich ulubieńców. Niezależnie jak wiele radości to sprawia, zwłaszcza, że koreańskie programy są specyficzne (nie wiem, który to już temat w tej notce nadający się na oddzielny wpis),  życie w „koreańskim świecie” staje się realnym problemem, bo przygnębienie związane z nie byciem, oddaleniem, nie możliwością, ciąży na codzienności. Chyba, że żyje się na niesamowitych obrotach i bytowanie w koreańskim świecie jest ciągnącym się snem w gorączce. Jednak gdy nagle pojawia się okazja na uczestnictwo w koncercie, zapala się światełko, które rozprasza mrok, chyba, że nie ma się pieniędzy, więc nastaje jeszcze głębsza ciemność. Pierwszy koncert to jak spotkanie ze znajomymi, z którymi przez kilka lat utrzymywało się kontakt tylko przez internet. Myślę, że ogrom emocji pojawiający się przy takiej okazji, nie jest zarezerwowany tylko na dla fanów koreańskich zespołów, a po koncertowa depresja dotyczy fanów na całym świecie. O tym wszystkim przypomniałam sobie, gdy jeden z koreańskich zespołów miał pod rząd dwa koncerty w Stanach Zjednoczonych.

Radość innych związana z oczekiwaniem na moment ujrzenia swojego idola na żywo udzieliła się również i mi, zwłaszcza, że sama wiem jak wspaniałe to przeżycie. Czytając wpisy innych osób, realnie i szczerze cieszyłam się ich szczęściem. To piękne, gdy ludzie spełniają swoje marzenia. Jednak tak jak śledziłam wpisy przed nadejściem dnia koncertu, tak też zabrałam się za czytanie po koncertowych relacji, które były równie piękne, co smutne. Po koncertowa depresja uderzyła także i we mnie, choć nie byłam na żadnym koncercie. Zwyczajnie nasiąknęłam melancholią innych, tak jak nasiąkam różnymi innymi, szkodzącymi mi rzeczami. Z czasem taki stan mija, bo przechodziłam przez niego dwa miesiące temu, a jednak po prostu to przykre, że fani za każdym razem będą rozpadać się na kawałeczki przez kilka cudownych wspomnień, które wypełzną ot tak, choćby podczas porannego mycia zębów i bezlitośnie ścisną za serce.  Po koncertowe życie nigdy nie jest takie jak przedtem, zwłaszcza dla osób, dla których dzień koncertu był najlepszym dniem w życiu, był dniem spełnienia marzeń, dniem bez zmartwień, dniem wypełnionym po brzegi radością, dniem, w którym ktoś po raz pierwszy pokazał nam, że nasza obecność jest ważna, dniem, w którym następuje przepływ dobra i radości między dwoma stronami… Za takim dniem zwyczajnie się tęskni. Ale przede wszystkim tęskni się za realnym spotkaniem osoby, którą się podziwia i po prostu lubi. (Nie biorę tutaj pod uwagę żyjących ze złudzeniami fanek, które marzą o ślubie ze swoim idolem.) Tymczasem fanom z zagranicy pozostaje wpatrywanie się w szklany ekran.  

Ten cały, długi wpis, wypchany niepotrzebnymi wątkami, miał być tylko o tym, jak bardzo dobiło mnie czytanie koncertowych relacji innych osób, przypominając, że spełnione marzenia, pozostawiają po sobie melancholię. Przykro jest patrzeć na zmagania innych nawet jeśli to tylko po koncertowa depresja. A po tych całych rozmyślaniach, wyciągnęłam książkę z półki, w której znalazłam kartkę papieru z kilkoma adresami blogów i na jednym z nich natrafiłam na wpis, który dodatkowo uświadomił mi jak ciężkie jest życie fana, gdy oczekuje się na kolejne wydarzenie. Nie będę streszczać całej historii, odsyłam zainteresowanych tutaj. Dla niektórych czytelników minusem może być fakt, że jest to wpis po angielsku, więc dodam tylko, że to cholernie przykre, gdy z roku na rok ktoś stara się bardziej jako fan, a dostaje w zmian coraz mniej. Oczywiście oficjalne pożegnanie z fanami to nie obowiązek zespołu, ale widząc, że fani czekają aż 2 godziny, a potem odjechać przed ich oczami samochodem, zwyczajnie odbiera nadzieję. Tymczasem ja ciągle mam w pamięci moment, w którym zespół z Korei Południowej po koncercie w Polsce pożegnał się ciepło z fanami. I to nie dlatego, że byli tu pierwszy raz. Na tysiącach nagrań zmieszczonych na youtube można zobaczyć jak dziesiątki zespołów z Korei Południowej żegnają się z fanami, kiedy tylko mogą. Nawet gdy zespół spieszy się, mając kolejne obowiązki, i siedzi już w środku samochodu, kierowca specjalnie przejeżdża wolno koło fanów ustawionych wzdłuż chodnika, aby członkowie zespołu mogli przez otwarte szyby pomachać na pożegnanie, z wdzięcznością za to, że fani pojawili się na nagraniu. Bo jak już na wstępie tego wpisu wspomniałam, tam relację fani-idol określają pewne zasady, do tego pojawia się obustronność działań, ale także wiara w magiczną nić.

21.11.2014

838. Death was happy to be alive.

It was autumn, the springtime of death. Rain spattered the rotting leaves, and a wild wind wailed. Death was singing in the shower. Death was happy to be alive
- Tom Robbins

____
Chciałabym napisać o czymś, ale każde coś wydaje się tak samo bezwartościowe jak każdy kolejny dzień. Pisanie o bezradności i strachu nie sprawi, że obie rzeczy znikną. Wypełniam swój świat po brzegi tym co zawsze, ale nawet Korea Południowa momentami wywołuje we mnie przygnębienie. (Głównie dlatego, że świat z nią związany jest nieosiągalny i odległy.) Wiem, że jedynym lekarstwem byłaby praca, ale wiem też, że jeszcze kilka miesięcy przede mną zanim będę mogła zostać bezdomną i próbować zacząć żyć. Tymczasem czuję się winna, gdy jem, wiedząc, że nie płacę za zakupy w domu. Jesień i zimna to okres gwarantowanej depresji sezonowej. Do tego kobiece hormony odpowiedzialne za nastrój raz w miesiącu zapewniają mi podwójną dawkę melancholii. Od trzech lat przyglądam się sobie uważniej. Choć potrafię uchwycić powtarzające się objawy mojej „choroby”, po części pogodziłam się z tym, że nigdy nie odgadnę, czym jest to coś we mnie, co zatruwa mi duszę. Wiem też, że nigdy nie będę miała odwagi, aby spytać innych, znających się na rzeczy, z czym tak naprawdę borykam się od lat. (Może tylko z urojeniami?) Jeszcze dwa tygodnie temu miałam tak silne myśli samobójcze, że zaczęłam się bać. Oczywiście moje myślenie o śmierci w większej części jest jak myślenie o filmach czy jedzeniu, czyli jest czymś zwyczajnym. Wzięłam się za przenoszenie treści bloga tuta (będę miała dwa równoległe – nie wiadomo po co); w jednej z notek z listopada 2013 roku wychwyciłam zdanie: Chciałabym umrzeć w tym roku w bibliotece uniwersyteckiej. Jak widać, nie przygniotła mnie żadna półka wypełniona książkami, choć pamiętam, że po napisaniu tamtej notki, gdy odwiedziłam po raz kolejny w ciągu tego samego miesiąca jedną z czytelni uniwersyteckich, przygnębiona samotnymi zmaganiami z pracą magisterską, miałam wrażenie, że nie wyjdę żywa. Z perspektywy czasu wszystko wydaje się zabawne, ale pamiętam też, że wtedy naprawdę chciałam dostać w głowę półką, która ostatecznie wylądowałaby na mnie, przygniatając bezlitośnie ciało do podłogi. Jak na ironię, pewnie byłby to regał ze zbiorami z historii sztuki. Zadziwiające jak wiele miałam w życiu momentów na krawędzi i zadziwiające, że nigdy nie wykonałam ostatecznego krzywdzącego ciosu. (Może dlatego, że pogrzeby są drogie i lepiej zaoszczędzić rodzinie związanych z tym zmartwień.) Ostatecznie to wszystko, o czym piszę, nie ma większe znaczenia. Jest zwykłe i nudne, podobne do przeżyć milionów ludzi, którzy mają podobne problemy, które nieustannie powtarzane tracą swą siłę. Chciałabym pójść na bal Andrzejkowy, najlepiej taki, gdzie należy się za kogoś przebrać. Jednak w moim dwudziestoczteroletnim życiu nigdy nie byłam na takiej imprezie, a teraz, gdy stan mojego konta wynosi zero, tym bardziej nie będę. Tak, mnie też zadziwia to, że z jednej strony z chęcią nie ujrzałabym kolejnego dnia, a z drugiej mam ochotę na takie „głupoty” jak zabawa. Od kiedy nie mam nic, moje codzienne potrzeby też zmalały. Choć przyznam się, że cierpię z powodu braku książek do czytania. Biblioteka jest daleko, a bilety na autobusy drogie (jak wszystko dla osoby bez pieniędzy xD). I to nie tak, że nie chcę pracować, bo chcę, ale wytłumaczenie tej skomplikowanej sytuacji nie sprawi, że znajdę pracę, więc daruję sobie. Gdyby jednak ktoś chciał przyjąć mnie do pracy, gdzieś, gdziekolwiek, jestem zdesperowana, aby po raz ostatni dać sobie szansę w życiu i zawalczyć o kilka dni sensu istnienia. Wszelkie propozycje o charakterze seksualnym odpadają. Nie wiem, może powinno być mi szkoda, że mam sumienie?, moralność?, w każdym razie to coś, co sprawia, że pewnych rzeczy nie jestem w stanie zrobić. Bez tego moja sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej. Lecz to jak stwierdzenie, że gdybym była kimś innym, moje życie byłoby też inne, a takie stwierdzenie jest zwyczajnie puste, bo nie potrafię być już kimś innym, a właściwie nie wiem jak stać się kimś, będąc nikim.
____
muzyka: Starsailor - Poor misguided fool

1.11.2014

837. "Skutki miłości"

Przyszedł czas na kolejny film, do którego obejrzenia zbierałam się miesiącami, głównie dlatego, że nie miał wgranych napisów, więc seans przed telewizorem nie wchodził w grę bez znajomości języka włoskiego. Dopiero, gdy mogłam wydrukować napisy, mogłam też zasiąść do oglądania. (Seanse z użyciem komputera to w moim przypadku wyjątek. Mam swoje dziwne powody.) „Skutki miłości” to tytuł nie zachęcający (mnie) do odkrycia jego znaczenia, ale wysoka ocena przy filmie wystarczyła, aby zatrzymać na nim uwagę. Dodatkowo wyreżyserowała go ta sama osoba, której film w 2014 roku otrzymał Oscara w kategorii „najlepszy film nieanglojęzyczny”, więc nie mogło być inaczej, prędzej czy później domowy seans musiał się odbyć. (Nawiasem mówiąc, wiele osób przyznaje, że tytuł filmu jest trochę niepasujący, a na pewno nieoczywisty w stosunku do treści. Moim skromnym zdaniem powinni wybrać lepszy, gdyż ten kojarzy się z romansem, z którym nie ma nic wspólnego.) Nie zamierzam jednak pisać recenzji filmu, bo nie po to je oglądam. Ogólnie nie chcę napisać wiele, głównie o ostatnich minutach. Choć muszę przyznać, że od początku do końca historia okazała się intrygująca, co lubię. Jeśli już od pierwszych chwil zastanawiam się, jak potoczy się życie głównego bohatera, to znak, że zostałam wciągnięta, a jeśli dopiero na koniec otrzymuję rozwiązanie, jest fantastycznie. Właśnie, zakończenie. Aby uniknąć spoilerów, nie podam szczegółów ani imion bohaterów. Napiszę tylko, że jeśli już w filmie pojawia się zapowiedź śmierci, to przeważnie wolę, aby już nastąpiła. Może to okrutne, ale wolę jeśli nie ratują potencjalnych trupów, bo w takich momentach film traci na autentyczności. Choć może to tylko mój problem, gdyż w polskich serialach zawsze wszyscy zostają cudownie ocaleni, co jest sztuczne, słabe i denerwujące, dlatego w filmach szukam czegoś innego. (Przykładowo szerokim łukiem omijam komedie romantyczne.) Wracając do „Skutków miłości”, śmierć ostatecznie nastąpiła, co mnie ucieszyło. Ale gdy już ujrzałam tą przedziwną egzekucję, uświadomiłam sobie, że nie jest to jeszcze koniec historii. Gdy nastała ostatnia scena, zostałam wbita w fotel. Nie spodziewałam się takiego podsumowania. Myślę, że nie ma takiej osoby na calutkim świecie, która przewidziałaby ostatnią scenę. Może jasnowidz. Ale nie chodzi tutaj o zaskoczenie, ale o emocje, które zalały mnie po czubek głowy. Może ktoś inny zareagowałby inaczej, ale ja znowu zostałam spoliczkowana przez zakończenie filmu i po twarzy pociekły mi zły. Kolejne zakończenie, które będzie siedzieć w mojej głowie na wielki wieków i za każdym razem na jego wspomnienie ogarnie mnie melancholia.

31.10.2014

836. Dziesięć lat mniej.

Los chciał, że wyglądam młodziej niż wskazuje na to mój wiek. Moja mama patrząc na zdjęcie przedstawiające mnie i młodszą o pięć lat koleżankę, stwierdziła, że wyglądam jak dziecko. Taki stan rzeczy w zupełności mi nie przeszkadza. Może moja dusza jest stara i zmęczona, ale ciało i zachowanie wykazują wspólnie wiele cech przynależnych grupom wiekowym poniżej dwudziestu lat. Odkładając jednak na bok te śmieszne analizy, wracam myślami do momentu, w którym dzisiaj wieczorem zaczepił mnie chłopak w wieku gimnazjalnym i spytał czy nie chodzimy przypadkiem do tej samej szkoły. Podejrzewam, pewnie trafnie, że stałam się obiektem zakładu z kolegami i zwyczajnie liczył się sam fakt „zaczepienia”, natomiast sposób był mało ważny. Nie zmienia to jednak tego, że niezwykle zabawne i miłe było odmłodzenie mnie aż o dziesięć lat.

27.10.2014

835. Zmartwienia małe i duże.

Wywołałam z wilka z lasu. Chciałam, aby to się skończyło, a dolałam tylko oliwy do ognia, choć nigdy nie zrozumiem jak prośba wynikająca z bezradności, smutku i strachu mogła sprawić, że stało się coś tak nierealnego. Właśnie, nierealnego. Minęła doba, a ja nie mogę uwierzyć, że to działo się naprawdę, krzyki, łzy, latające przedmioty, wszystko jak we śnie. Myślałam, że ¾ naszej rodziny to dorosłe osoby, a jednak wszyscy jesteśmy tak samo zagubieni. Życie jednak toczyć się dalej, na razie w ciszy i wyparciu, z tym złym snem w tle, który po pewnym czasie zacznie blednąć.
Jednak oprócz tak żałosnego wstępu mam do opowiedzenia historię mojej małej „choroby”, która zaczęła się dzień wcześniej. W sobotnie przedpołudnie niespodziewanie zaczęła boleć mnie klatka piersiowa w okolicy serca, głównie przy głębokich oddechach, i nie przestała aż do późnego wieczora. Nie chciałam jechać do szpitala na izbę przyjęć, łudząc się, że ból ustąpi do rana. W nocy miałam jednak trudności z zaśnięciem, a gdy już udało mi się zmrużyć oczy, śniło mi się, że nieustannie przewijam posty na twitterze. Do tego czułam w ciele, że lada dzień zacznie mi się okres, więc na przemian było mi gorąco i zimno, plus ten cholerny ból w klatce piersiowej, więc miałam spore trudności ze znalezieniem wygodnej pozycji. Jedynym plusem było to, że gdzieś pomiędzy śnił mi się Hakyeon, wyraźny, piękny i niemal realny, czyli miałam jeden z tych snów, które jednocześnie kocham i nienawidzę. (Zawsze mi przykro, że to tylko sen.) Około piątej nad ranem w niedzielę postanowiłam udać się do toalety w celu opróżnienia pęcherza, choć przez jakiś czas, leżąc na łóżku, wmawiałam sobie, że wcale tego nie potrzebuję. Fizycznie czułam się okropnie, dlatego nie miałam ochoty się ruszać. Zwlekłam się jednak z łóżka, a potem obudziłam dopiero kilka kroków dalej, siedząc na podłodze przy drzwiach z mętlikiem w głowie. Chyba się trochę przestraszyłam. Przed otworzeniem oczu i rozeznaniem, w jakiej sytuacji się znajduję, miałam wrażenie, że jestem w jakieś przestrzeni, z której muszę się uwolnić, ale w ogóle nie wiedziałam gdzie dokładnie jestem, ani do czego mam wracać. Nie istniały dla mnie pojęcia, tylko ten stan w którym byłam, ciążył mi przed oczami, chyba nawet słyszałam gdzieś w oddali jak upadam. To było dziwne uczucie, tak siedzieć przed drzwiami w ciemnościach, choć tak całkiem ciemno nie było, bo widziałam wyraźnie meble. Zdezorientowana rozejrzałam się po pomieszczeniu, wstałam, włączyłam światło i patrząc na łóżko próbowałam sobie przypomnieć, co stało się od momentu wyjścia z łóżka, ale ten kawałek drogi nie istnieje w mojej pamięci. Zanim upadłam, musiała zrobić kilka kroków, ale nie jestem pewna jak to się stało. Cud, że nie rozbiłam sobie głowy, chociaż wiem, że w pewnym momencie musiałam przytrzymać się ściany. Wiem to, bo moje spocone palce pozostawiły na niej tłusty ślad, który widnieje tam do tej pory. Ogólnie to całe przeżycie było podobne do śmierci, choć przecież nie wiem jak to jest być w takim stanie, ale miałam wrażenie przez te kilkadziesiąt sekund/kilka minut (nie wiem, ile dokładnie trwał mój stan omdlenia), że jestem w piekle. Tak oto pierwszy raz w życiu zemdlałam tracąc przytomność. (Wcześniej zdarzały mi się omdlenia, ale zawsze wiedziałam co się ze mną dzieje.) Po dziewiątej rano brat zawiózł mnie do szpitalnej przychodni. Pani pielęgniarką zrobiła mi EKG. Lekarz przyjął w gabinecie i stwierdził, że zawał mi nie grozi. Moją dolegliwość powiązał ze zbliżającym się okresem, który zaczął się wkrótce potem tworząc jeszcze więcej bólu w całym ciele. Dostałam syrop, niby na nerwy, ale przecież nie byłam niczym specjalnie podenerwowana, nie mam tylko pracy, przyszłości i normalnej rodziny. Bardziej zdenerwowana i przejęta byłam podczas ostatniego roku studiów, choć chyba w sumie wtedy byłam w kolejnym depresyjnym stanie. Lekarz oznajmił, że moje ciśnienie jest wzorcowe, natomiast tętno niepokojące, więc mam robić pomiary )sprzętem, którego nie mam), aby stwierdzić jak to ma się w stosunku do całego miesiąca. Zasugerował, abym kupiła mały ciśnieniomierz na nadgarstek. Przytaknęłam, wiedząc, że nie stać na takie „zabawki”. Wydanie czternastu złotych na leki, które przyjęłam tylko raz, okazało się okropną stratą. Mimo wszystko lekarz był miły, sto razy lepszy niż niektórzy pracujący w Ośrodka Zdrowia w mojej miejscowości, do których musiałabym pójść w razie nieustającego bólu w klatce piersiowej. Tymczasem jest po dwudziestej trzeciej w poniedziałek i nic mi już nie dolega. To dziwne, ale mam wrażenie, że już podczas niedzielnej kłótni ból stał się jakby mniejszy. Aż chce się powiedzieć, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, ale nie wierzę, że nie ma w tym wszystkim żadnego haczyka.
Ciszę się, że po dwóch ciężkich nocach w końcu zasnę w spokoju. To znaczy mam taką nadzieję.

25.10.2014

834.

Za każdym razem, gdy moje włosy plącze wiatr, trudno mi uwierzyć, że jeszcze rok temu były krótsze o dziesięć centymetrów. Skracałam je potem jeszcze kilka razy, a one zaczęły rosnąć szybciej, co jest normalnym zjawiskiem, a przynajmniej słyszałam o takiej zależności. Zeszłoroczny październik miał również kilka słonecznych dni, z błękitnym niebem i lodowatym wiatrem. Momentami trudno uwierzyć, że przeżyłam te dwanaście miesięcy tylko po to, aby znowu wrócić do punktu wyjścia. Mogę pochwalić się jedynie doświadczeniem i kolejnymi zmarszczkami, oraz przekonaniem, że nie powinnam dożyć dzisiejszego dnia, a jednak jestem, tylko nie potrafię zrozumieć po co, więc odrzucam rozum i dryfuję wśród marzeń i snów. Jestem już gdzieś tam, w przyszłości, cieszę się aromatyczną herbatą, fascynującą książką, widokiem morza rozpościerającym się za szklaną ścianą, obecnością przyjaciół przygotowujących śniadanie w kuchni, myślą, że wyjdziemy razem na zakupy, a wieczorem na koncert. Jestem myślami gdzieś tam, w przyszłości, choć nie wierzę, że tak prosta, zwyczajna, ale przyjemna i bezpieczna przyszłość nadejdzie. Przez ostatnie trzy dni wkładałam te same skarpetki. Uświadomienie sobie tego faktu przeraża, tak jak to, że połowę doby spędzam przed komputerem. Ostatnio nie wykonuję i wykonuję czynności, które odrobinę mnie przerażają. Może jako pojedyncze przypadki nie mają większego wpływu na jakość egzystencji, ale wielokrotnie powtarzane kwalifikują się pod zaniedbania. Szczerze, sama jestem ciekawa ile można w ten sposób ciągnąć. Mam przeczucie, że niedługo będę świadkiem morderstwa, a jeśli nie zobaczę na własne oczy zbrodni, to dotrą do mnie jej dźwięki z sąsiedniego pokoju. Zauważyłam, że zaczynam odczuwać strach, ale przede wszystkim czuję się oszukana. Najbardziej chyba boję się tego, że nikt mi nie uwierzy, bo przekonanie, że posiadasz prawdę, nie oznacza, że inni ci przytakną, że ujrzą w ten sam sposób, dlatego milczę, obserwuję i czekam na wielką bitwę, choć tak bardzo nie chcę, żeby nastąpiła. Przeczytałam „W księżycową jasną noc” Williama Whartona. Szkoda, że ekranizacja jest dużo słabsza niż książka.

18.10.2014

833. Może się wydawać, że w mojej głowie jesteśmy już trupami...

Może się wydawać, że w mojej głowie jesteśmy już trupami, albo jak powiedziałaby M., zwłokami, lecz moje rozmyślania są jak rozdział z książki. Smaruję razową kromkę chleba masłem i myślę o tym, że prawie nigdy nie byłyśmy zadowolone z tego, gdzie jesteśmy. Mimo to choć niechętnie, to sumiennie wykonywałyśmy swoje obowiązki. Starałyśmy się, może czasem bez energii, ale sto razy lepiej niż ci całkowicie ignorujący zasady życia w społeczeństwie. Podążałyśmy za wyznaczonymi zasadami, może jak niewolnice, może to był nasz błąd, ale wydaje mi się, że dzięki temu nauczyłyśmy się cierpliwie tkwić w sytuacjach, które innych już dawno wyprowadziłby z równowagi. Nabyłyśmy umiejętności, które pozwoliłyby nam przetrwać w każdej znienawidzonej pracy, ale potencjalni pracodawcy nigdy nie mogli się o tym dowiedzieć, bo niby jak. Rozmowy kwalifikacyjne miały być naszym najsłabszym punktem. Problemem było już udanie się na jakąkolwiek rozmową, co automatycznie przekreślało nasze szanse na lepszą przyszłość. Jako czteroosobowa grupa mogłyśmy zdziałać więcej niż samotnie, co nie zmieniało faktu, że każda z nas mimo surowej samooceny nadawała się do twórczych działań. Wierzyłyśmy, na pewno wierzyłyśmy choć odrobinę, że nie jesteśmy całkowicie beznadziejne. Jednak głęboko w nas tkwił, często nieuświadomiony, strach przed porażką. Nie chodziło jednak o strach przed utratą dachu nad głową czy strach przed kolejnym dniem z pustym żołądkiem. Był to strach, który mówił nam, że już przegrałyśmy, że nie warto walczyć o coś wartościowego, skoro przez lata wkładałyśmy wszystkie siły w walkę o rzeczy nie mające dla nas sensu. Ostatecznie przecież i tak zostałyśmy z niczym (zyskałyśmy tylko kolejne lata w metryce), więc uwierzyłyśmy w naszą bezużyteczność. Strach przed tym, iż wyjdzie na jaw, że nie potrafimy zdobyć tego, co kochamy. Latami grałyśmy tylko w grę o przetrwanie etapu, więc jak miałyśmy uwierzyć, że możemy sięgnąć po więcej. I może to był nasz największy błąd. Bo czy nie lepiej było zostać rannym, a nawet zginąć podczas walki o rzeczy nadające sens naszym oddechom, niż tkwić w oczekiwaniu, w „stanie przejściowym”, który miał się nigdy nie skończyć? Smaruję razową kromkę chleba masłem i myślę, że brakowało nam przewodnika, który wskazałby właściwą drogę, a potem usunął się na bok. Brakowało kogoś, kto uwierzyłby za nas w nas same. Jem śniadanie i myślę, że jeszcze troszeczkę i będę miej jeść, bo będę wolała głodować, niż wpychać w siebie coś, co sprawi, że zacznę przybierać na wadze. Piję wieczorem ulubioną czerwoną herbatę, zastanawiając się ile jeszcze kubków pozostało do ostatniego parzenia. Czekamy, choć tak naprawdę już przestałyśmy czekać. Mogę więc napisać, tak jakbym zaczynała jeden z rozdziałów książki: czekałyśmy, lecz pory roku mijały, chciałyśmy wierzyć, ale utraciłyśmy nadzieję, trwałyśmy w zawieszeniu, aż w pewnym momencie przestałyśmy nawet reagować na narzekanie naszych rodzin. Byłyśmy czwórką zwykłych dziewczyn, które połączyło wspólne przekonanie o brakach, których nadrobienie wydało się tak samo niemożliwe, jak dogonienie skromnych marzeń… Napisałabym, że nie chcę, aby ten rozdział w książce stał się rzeczywistością, ale właśnie to jest rzeczywistość, w której tkwimy. Jestem pierwsza do odstrzału. Z naszej czwórki jestem w najgorszej sytuacji materialnej. Gdy myślę o pieniądzach, przypomina mi się film „Pieta”. W jednej ze scen pada pytanie: Czym są pieniądze? Odpowiedź brzmi: Początkiem i końcem wszystkich rzeczy. Pieprzony świat. Pieniądze nie są potrzebne do szczęścia, a jednak bez pieniędzy nie istniejesz. Wracam więc do cieszenia się moją łącznością z internetem na linii ja – koreański świat. Niedługo pewnie i tego nie będę już miała.

16.10.2014

832. Minął miesiąć.


miesiąc temu, kilkanaście godzin przed koncertem

Ponad miesiąc temu. Zmieniło się wszystko. Nie zmieniło się nic. Miewam miłe sny, ale wolałabym nie mieć żadnych. Nie wiem, co dalej ze mną będzie, choć jest tak, jakby mnie już nie było. Obawiam się zimy, więc wypożyczę książki rozgrywające się w zimowej scenerii. (Choć denerwuję mnie i zasmuca, że w kolejce czeka dwadzieścia innych tytułów, których nie mogę nigdzie dostać.) Mój nieustanny faworyt w tej kategorii to „Biały kruk” Andrzeja Stasiuka. Brakuje mi dobrych książek.

6.10.2014

831. "Miasto wschodzącego słońca"

Jak to bywa w moim małym świecie kinomana, od wybrania filmu do momentu seansu mijają tygodnie, a nawet miesiące. Nadal ciężko znaleźć mi cokolwiek. Nie pamiętam jak długo szukałam koreańskiego filmu „City of the rising sun” (1998), ale gdy już się znalazł, minęło kolejnych kilka dni, zanim zdecydowałam się na obejrzenie. Filmy wybieram rozsądnie, aby nie marnować czasu; chcę oglądać produkcje, które będą odpowiadać moim upodobaniom. Z „City of the rising sun” wiązałam duże nadzieje, mimo że poprzedni film tego samego reżysera oceniłam nisko. Z jednej strony chciałam poznać losy głównych bohaterów, z drugiej obawiałam się rozczarowania, a z trzeciej podejrzewałam, że może to być film, po którego obejrzeniu jest człowiekowi zwyczajnie szkoda, że już minął i znowu chciałby być przed momentem naciśnięcia „play”. Stało się. Minęło już sześć dni, a ja nadal myślę, że Seul jest miastem, gdzie wschód słońca prezentuje się niesamowicie, nawet na słabym obrazie z 1998 roku. W głowie pozostały mi też inne sceny, deszczowe szczególnie, a tym bardziej pozytywnie zaskoczyła muzyka. Natomiast dialog w końcówce filmu idealnie wpasował się w moją aktualną sytuację. Podejście Do Chul’a idealnie oddaje moje myślenie o przyszłości. Życzę jemu i sobie powodzenia, na pewno się przyda, gdy bez gorsza przy duszy i bez dachu nad głową będziemy oglądać kolejne wschody słońca. Chociaż nie, on ma lepiej. Nawet jeśli jego dziewczyna jest cholernie obrażona, to nadal jest jego dziewczyną, która ma własne mieszkanie, więc wystarczy przeprosić. No i jest jeszcze przyjaciel, który choć nie potrafi zrozumieć jego zamiłowania do boksu, to i tak skoczy za nim w ogień. Więc życzę sobie powodzenia, na pewno się przyda.

Do Chul: I want to have my own career. Let’s do it together, okay?
Hong-Gi: How much do you have?
Do Chul: Is money necessary for that?

30.09.2014

830. Lada dzień wrzesień...

Lada dzień wrzesień stanie się przeszłością. W moim domowym areszcie zrobiło się znacznie chłodniej z pierwszym dniem jesieni. Marznę, choć marzę o pięciu kilogramach mniej, ale nie potrafię ich zgubić nieustannie przebywając w zamknięciu. Wrzesień był miesiącem równie cudownym co okrutnym. Mam ochotę wylać morze łez ku czci dni takich jak minione, ale wszystkie wyschły wraz z powiększającą się we mnie pustynią, gdzie hula tylko wiatr. We wrześniu po ponad trzech(?) latach spotkałam znajomego. Trzy godziny spędzone wspólnie skutecznie odebrały mi resztki sensu jakim darzyłam świat. Może gdyby moja obecna, jak to określają, sytuacja życiowa wyglądała zupełnie inaczej, nie odczułabym tak bardzo braku szans na przetrwanie. Przez moment miałam wrażenie, że ktoś z zaskoczenia uderzył mnie cegłą w tył głowy. Ból i otępienie, ale głównie szok i kołaczące pytania: skąd przyszliśmy, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy. Wracałam do domu zdruzgotana. Winny nie był jednak znajomy, lecz świat, który prezentował, pełen nadziei, wiary i miłości, tak przeze mnie pożądany, a tak bardzo obcy.

Który z nich – Przypadek czy Sens sprawił, że chcę żyć, a nie znajduję życia, chcę kochać, a nikogo nie potrafię zatrzymać przy sobie, chcę śpiewać Bogu najpiękniejsze pieśni, a wychodzi mi pisk lub skrzek. (Grzegorz Musiał, W ptaszarni)

We wrześniu byłam na koncercie koreańskiego zespołu, w którym mogłam uczestniczyć dzięki przychylności niebios i swojemu zaangażowaniu. Jest to wspomnienie, które nadal wydaje się nierealne, a jednak nie przeszkadza mi to w nieustannym przywoływaniu obrazów z tamtej nocy. Pamiętam jak z koleżanką siedziałyśmy na krawężniku przed klubem po zakończeniu koncertu, bo postanowiłyśmy poczekać na opuszczenie budynku przez zespół. Oczywiście w pobliżu kręciło się mnóstwo ludzi. Jedni spieszyli się na powrotne autobusy, po innych przyjeżdżały taksówki, a jeszcze inni w emocjach komentowali koncert, czekając tak jak my. Trudno określić, czy noc była ciepła czy zimna; była po prostu pogodna. Kolejne samoloty co jakiś czas pojawiały się na rozgwieżdżonym niebie, a mnie na kilka chwil dopadło zwątpienie, z którym przyszło przeświadczenie, że w przyszłości nic równie wartościowego już na mnie nie czeka.

Pożegnalne list nigdy nie oddają prawdy zawartej we wszystkich dniach zmagań ciągnących się przez kilkanaście lat. Na wyjaśnienia należałby przeznaczyć mnóstwo czasu i energii, a tego przecież brak. Najokrutniejszą rzeczą wydaje się przemilczenie wszystkiego. Pozostawienie po sobie jedynie „dlaczego”, które kołacze w głowach do ostatniego oddechu. Często zadaję sobie pytanie „dlaczego” i słyszę tylko echo własnego głosu. Milczenie jest okrutne. Powinno być mi przykro, że „napiszę więcej później…” nie zaistniało do tej pory, ale teraz łatwiej o tym nie pamiętać.

21.09.2014

829. Są takie dni...

Są takie dni, w których chciałabym napisać tak wiele, a jednak im bardziej chcę, tym mocniej wszystkie myśli plączą się ze sobą w bezsens. Ostatnio wgrywałam pliki na swojego chomika, a gdy chciałam przenieść jeden folder do innej grupy, zgubiłam gdzieś koncentrację i cały folder przepadł, a wraz z nim archiwum mojego bloga z lat szkolnych. Teraz już nikt nie uwierzy w moją przeszłość, o której znowu tak często nie myślę. Momentami mam wrażenie, że urodziłam się dopiero w 2012 roku, a przecież to absurdalne. Zadziwiające, że żyłam jeszcze w latach 90-tych bez tych wszystkich technicznych nowinek, które z czasem przyczyniły się do moich małych nieszczęść.
W dni takie jak ten, gdy nie potrafię rozplątać swoich myśli, przywołuję w pamięci wszystkie filmy, których zakończenia roztrzaskały mnie na kawałeczki. Są to zakończenia, które wkurzają, bo przecież to nie możliwe, aby koniec filmu nastał w takim momencie; wkurzają, bo wiemy, że jednak to najlepszy moment na koniec, o czym świadczy ścisk w sercu. Może ostatecznie nie są to arcydzieła, ale przez zakończenie stają się na swój sposób wyjątkowymi produkcjami. Przeszukując moją skromną listę 302 obejrzanych do tej pory filmów, ostatnio zawsze pierwszy do głowy przychodzi mi tytuł „Posępna noc”. Ugh, nawet nie chcę myśleć o tym, czemu akurat ten.
Dzisiaj mija tydzień od koncertu. Zadziwiające jak bardzo nierealne wydaje się urzeczywistnienie marzenia.

18.09.2014

828. Koncert VIXX

Mam tak wiele do opisania, że aż nie wiem, od czego zacząć. Czuję w kościach, że będzie to długi wpis. Od miesiąca wyczekiwałam dnia, w którym udam się na pierwszy w swoim życiu koncert. Zawsze chciałam uczestniczyć w tego typu wydarzeniach, ale piętrzące się trudności za każdym razem skreślały brutalnie moje szanse. Trauma sukcesywnie rosła mniej więcej przez dziesięć lat, aż do dnia, w którym zaparło mi dech w piersiach, gdy dowiedziałam się, że jeden z koreańskich zespołów przyjeżdża do Polski, więcej, jeden z moich ukochanych zespołów. Ten, kto orientuje się w mapie koncertowej wykonawców z Korei, wie, że owa informacja była jak cud, o który nikt nie śmiał nawet prosić w najbliższym czasie. Tymczasem stało się. Gdy pomyślę o kilku miesiącach wstecz, mam wrażenie, że dostałam prezent za wszystkie przepłakane noce nad własnym życiem. Podczas pobytu nad morzem nie wydałam wszystkich oszczędności, co w zawiązku z koncertem okazało się niesamowitym zbiegiem okoliczności. Bilety nie należały do tanich. W innym przypadku nie mogłabym pozwolić sobie na ich kupno. Tymczasem udało mi się zaprosić koleżankę i nabyć bilet również dla niej. Tak oto pozbyłam się ostatnich oszczędności w życiu i poczułam się w pełni szczęśliwa. (Ostatni raz takie uczucie towarzyszyło mi podczas prezentacji stworzonych z koleżankami filmików na studiach.)

Dzień przed koncertem nie mogłam zasnąć. Byłam tak bardzo przepełniona emocjami, że leżąc na łóżku uśmiechałam się do siebie w ciemnościach jak wariat. Była pijana szczęściem. Mój sen trwał tylko dwie i pół godziny. Obudziłam się o 4:30 i nie wiem jakim cudem nie wyrobiłam się na autobus o 6:30. Pojazd przejechał przystanek w momencie, w którym otwierałam drzwi prowadzące na zewnątrz z klatki schodowej. Poczułam przerażenie, wiedząc jak ciężko jest uprosić o cokolwiek mojego młodszego brata, ale równocześnie nie potrafiłam sobie wyobrazić, że te kilka sekund opóźnienia przekreśli oczekiwania, nadzieje i jedyną szansę w życiu. Zadzwoniłam do domu. Brat w ciszy zawiózł mnie do najbliższego miasta, skąd bez problemu mogłam dostać się do kolejnej miejscowości na pociąg. Choć całkowicie bez dalszych problemów się nie obyło. Byliśmy blisko celu, gdy mężczyzna, który przegapił swój przystanek, zaczął mieć o to pretensje do kierowcy busa. Nie będę tutaj rozstrzygać, kto miał rację w tym sporze (choć wiadomo, że kierowca, bo to pasażer powinien wiedzieć gdzie wysiada) i jak bardzo kłócili się podczas kilkunastu minut, ale myślałam, że prędzej zginę w wypadku, niż dotrę na pociąg, tak bardzo zdenerwowanie kierowcy miało wpływ na prowadzenie przez niego pojazdu. Przyciskał wściekle pedał gazu, nawet gdy staliśmy na czerwonym świetle. Mój strach na szczęście nie urzeczywistnił się. Dotarłam punktualnie na pociąg i spokojnie dotarłam na Dworzec Zachodni w Warszawie. Dwadzieścia minut później na miejsce dodarła moja koleżanka z nad morza. Jak dobrze było znów ją uściskać. Nasze drugie spotkanie w życiu. Nasz pierwszy wspólny koncert. Pierwsza osoba, z którą mogę w pełni dzielić zainteresowania. Kolejna osoba, która mieszka ode mnie zbyt daleko. Minęły cztery dni. Chciałabym pójść z nią na spacer brzegiem morza.
Bez problemu dotarłyśmy pod klub komunikacją miejską. Zostałyśmy zapisane na listę i miałyśmy przed sobą pięć godzin oczekiwania na koncert. Tak jak większość osób dużo czasu spędziłyśmy w centrum handlowym, gdyż było tam zdecydowanie chłodniej niż na dworze. Gdy modliłam się o dobrą pogodę, nie spodziewałam się tak ciepłego i słonecznego dnia. Ucieszyłam się, że zespół nie musiał oglądać brzydkiej Warszawy przy równie brzydkiej pogodzie. Kiedy do wpuszczania na sale pozostała godzina, okrążałyśmy kilka razy klub bez szans na ujrzenie któregoś z członków zespołu. Znalazłyśmy za to spokojne miejsce w cieniu oraz rozmawiających i palących papierosy menadżerów zespołu na balkonie. My też siedziałyśmy i rozmawiałyśmy, bez palenia oczywiście. Raz z wizytą wpadli samochodem panowie policjanci podejrzewający nas o picie alkoholu. Cóż, bilety na koncert nie kosztowały mało, do tego trzeba było zapłacić za podróż do Warszawy w obie strony, więc nawet gdybyśmy były osobami pijącymi alkohol przed imprezami, w tym przypadku nie byłoby nas stać na procentowe napoje. Poza tym, kto zalewa sobie umysł, gdy z drugiego końca świata przyjeżdża jego ukochany wykonawca? To bezsensu. Takie chwile powinno przeżywać się w całkowitej świadomości, zwłaszcza, że sytuacja, w której ulubiony wykonawca przyjeżdża z drugiego końca świata jest już sama w sobie nierealna.

Wpuszczanie do klubu przedłużyło się o pół godziny, gdyż każda osoba musiała zostać przeszukana pod kątem posiadania niebezpiecznych rzeczy. Na salę nie można było też wnosić jedzenia oraz picia. Potem każdy dostawał opaskę na rękę, której założenie również pochłaniało trochę czasu. Pozbycie się bagażu w szatni zajęło nam kilka chwil, choć mogło krócej, ale po wejściu na salę i tak byłyśmy miło zaskoczone, że stoimy bliżej sceny niż przewidywałyśmy. Obserwowałam pracowników ochrony klubu i muszę przyznać, że wyglądali na zainteresowanych naszym sposobem oczekiwania na zespół, jak i samą interakcją na linii fani-zespół oraz pożegnaniem zespołu już po koncercie przed klubem. Jeden z panów spytał, za co ich tak bardzo lubimy, co było zrozumiałe, bo w końcu pan na co dzień nie ma do czynienia z tym, z czym mają fani koreańskich zespołów, a do tego w klubie odbywają się imprezy innego typu, więc fani zachowują się inaczej względem zespołu, mniej rodzinnie. Momentami miałam wrażenie, że przyjechałam w odwiedziny do przyjaciół, a nie na koncert. Może dlatego nadal nie mogę uwierzyć, że w najbliższych dniach nie będzie kolejnych odwiedzin.

Sam koncert, tak jak przewidywałam, minął zbyt szybko. Starałam się bacznie wszystko obserwować i utrwalić każdą chwilę w pamięci. Z po koncertowych relacji osób wywnioskowałam, że wiele z nich odniosło dokładnie takie samo wrażenie jak ja, a mianowicie, członkowie zespołu na zdjęciach i nagraniach wyglądają perfekcyjne, ale na żywo prezentują się jeszcze lepiej. Zawsze słyszy się o manipulacji obrazem, o pracy stylistów, o nierealności obrazu komputerowego czy papierowego, tymczasem gdy cała szóstka stanęła na scenie, okazało się, że wyglądają lepiej niż na zdjęciach i nagraniach zrobionych przez profesjonalistów. Chwila, w której po praz pierwszy widzisz na żywo osobę oglądaną dotychczas tylko przez szklany ekran, zapiera dech w piersiach. Największe wrażenie wywarł na mnie ruchu ciała podczas tańca oraz mimika twarzy i spojrzenie oczu. Cała szóstka w końcu przede mną ożyła, choć z drugiej strony odniosłam wrażenie, że przebywam w magicznym świecie, bo przecież niemożliwe jest, aby tak wyglądali ludzie. Każdy z nich jest piękny. Nie mówię tutaj o byciu ślicznym chłopcem. Mam na myśli piękno, które uderza w ciebie, gdy patrzysz na dzieło sztuki, na piękny obraz czy zachwycającą scenę w filmie. To było tego rodzaju przeżycie. Profesjonalizm i perfekcja. Nie ma sensu, abym opisywała cały koncert od początku do końca. Po prostu przyznam, że bawiłam się fantastycznie.


Przykro było patrzeć na dojeżdżający bus z zespołem. Nadal czuję pustkę, gdy pomyślę, że już nigdy może nie powtórzyć się nasze kolejne spotkanie. Zasmuca mnie, że widuję ludzi tylko raz w życiu, a potem przez długie lata muszę męczyć się z dopadającą tęsknotą i dusić w sobie wszystkie niewypowiedziane słowa. Muszę jeszcze zaznaczyć, że jestem dumna z tego, że podczas wszystkich spotkań z zespołem, zarówno w sobotę, jak i w niedzielę, fani zachowali się jak kulturalni ludzie, a nie jak bestie. Czasem trudno opanować emocje na widok swojego idola, a tymczasem już powitanie na lotnisku było serdeczne.
Mój pobyt w Warszawie nie był tylko koncertem. Zapamiętam przede wszystkim nisko latające samoloty na błękitnym oraz nocnym niebie, które kierowały się w stronę pobliskiego lotniska, albo też z niego wylatywały. Szkoda, że nie policzyłam wszystkich przelatujących nad moją głową. Ich dźwięk wydawał się wyjątkowo cichy.

Zapamiętam też oczekiwanie na pociąg powrotny do domu. Obie z koleżanką miałyśmy kurs po szóstej rano, więc po koncercie czekało nas aż siedem godzin czekania. Nie znalazłyśmy w pobliżu żadnej całodobowej restauracji McDonalds, więc czekała nas noc na dworcu. Wyznaczona poczekalnia była wypełniona po brzegi, więc zrezygnowałyśmy z dusznego powietrza i zapachu bezdomności. Do tej pory trudno mi uwierzyć, że przetrwałyśmy na zimnej posadzce. Byłyśmy tak zmęczone, że bez oporów znalazłyśmy miejsce pod jedną ze ścian, po czym położyłyśmy się spać, choć wyspać się było trudno. Twardo i chłodno. Niesamowite, że nikt nas nie okradł. Do czwartej nad ranem ruchu był znikomy. Wybrałyśmy ścianę przy tunelu łączącym dworzec PKS z dworcem PKP. W dodatku na ścianie obok wisiały niewielkie tablice informujące o przyjazdach i odjazdach pociągów, a ściana była ukośna, należało podjeść naprawdę blisko, aby odczytać numer peronu, na którym znajduje się pociąg. Nie wiem, ile osób patrzyło na nas podejrzenie, gdy byłyśmy pogrążone we śnie. Musiałyśmy wyglądać na pijane, bezdomne albo nieżywe. Podszedł do nas tylko jeden nietrzeźwy pan, który staną nade mną i wybrudził ze snu pytaniem o to, czemu śpimy na podłodze. Pan brzmiał na odrobinę zmartwionego. Oznajmiłam, że czekamy na pociąg. Tylko tyle zdołałam z siebie wydobyć. Powiedział, że nie chce nic nam zrobić, a potem wymamrotał, że też czeka na pociąg i też musi się położyć spać. Wybrał miejsce za filarem, przy innej ścianie. Gdy ruch na dworcu zaczął się zwiększać, my również zaczęłyśmy się rozbudzać. Zaspane obserwowałyśmy jak do życia budzi się miasto. Dodam tylko, że z wcześniejszych godzin nocnych pamiętam jeszcze parę, która również czekała na pociąg. Dziewczyna spytała, czy chcemy „szluga”, ale jesteśmy nie palące, więc nie nawiązaliśmy bliższej znajomości przy papierosie. Udało mi się tylko zarejestrować, że miała na imię Aleksandra i zrobiło mi się dziwnie smutno.

Do domu wróciłam po raz pierwszy pociągiem z przedziałami, gdyż nie miałam wyboru. Budziłam się i zasypiałam co stację. Widziałam, że oprócz mnie dwie osoby z siedmiu nie mogą zapanować nad zamykającymi się powiekami. Przedziały są przerażające. Osiem osób ściśniętych razem w małej przestrzeni. Jednak wtedy było mi obojętne jak wyglądam podczas snu. Zmęczenie wzięło górę. Potem był kurs autobusem i tak dotarłam do domu.

Minęły cztery dni od dnia koncertu, a ja nadal mam przed oczami scenę. Zasypiam i budzę się z jej obrazem. Po koncertowa depresja to normalne zjawisko; przecież widzę, że nie tylko ja na nią cierpię. Wiem, że relacja na linii idol-fani jest ograniczona. Wiem, że momentami jest to gra, ale wiem też, że artyści są przywiązani do swoich fanów i wiedzą, że bez nich by nie istnieli. Wiem też, że ilość spotkań zespołu z oficjalnym fanklubem w Korei Płd. jest tak częsta, że idole rozpoznają po jakimś czasie znajome twarze. Po cichu zazdroszczę tym wszystkim koreańskim fankom, które mają mnóstwo okazji by spotkać ulubionych idoli. Sposób działania przemysłu muzycznego oraz promocja zespołu są tam tak rozbudowane, że niemal codziennie możesz widzieć ulubione twarze. Na pewno to daje złudzenie codziennych spotkań z przyjaciółmi. Chciałabym żyć w takiej iluzji. Chciałabym… Wiem jednak, że ten koncert to było więcej niż mogłabym sobie wymarzyć i nie powinnam chcieć więcej. Mogę jedynie oczekiwać kolejnego koncertu w Polsce, albo w Europie, choć nie wierzę, że dożyję takiej chwili, nie dlatego, że ona nigdy nie nadejdzie, ale dlatego, że spełnienie drugiego skrytego marzenia to zbyt dużo jak na jedno życie.