30.10.2016

905.

W pracy kontempluję życie, a przecież miałam nie mieć czasu na myślenie, tymczasem nie zajmują się niczym innym jak myśleniem właśnie, a myślę o wszystkim o czym nie powinnam, godziny mijają, a mi więcej we mnie myśli, tym bardziej pusta się czuję. Chciałabym podzielić się tyloma rzeczami, ale coś sprawia, że nie mogę i pozostaje mi tylko pustka po tych wszystkich ciężkich myślach.


Kontempluję życie w pracy zwanej stażem. Mówią, że najwięcej obowiązków zrzuca się na stażystów, tymczasem nikt nie każe parzyć mi kawy ani przekładać sterty dokumentów, zero brudnej roboty. Kontempluję chwilę obecną, która ciągnie się w nieskończoność. Na tym polegają moje początkowe zadania, wbrew pozorom to najgorsze co mogło mi się przytrafić. Miałam uciec przed ciągnącymi się sennie godzinami i bezsensem czegoś, co jest moim istnieniem, tymczasem popadam w jeszcze większy absurd siedząc tutaj, bo nie wiem po co siedzę, jeśli tylko siedzę i nic, minuty płyną i nic, ruch wokoło mnie, a ja nic, bezruch, nikomu niepotrzebny eksponat, siedzę, i nic, nic, nic. Lecz to nie tak, że jestem niezauważalna. Siedzę w przejściu, bo muszę, bo takie wydzielono dla mnie miejsce, przed komputerem, gdzie każdy przechodzący może zerknąć na ekran. W „moim” pomieszczeniu jedzą posiłki i przyjmują płyny, wszyscy kawę, nie licząc mnie i N., wypłukują z organizmu wszystko co dobre, rozpoczynając dzień od mocnej kawy. Tylko mnie dręczy myśl, że jedna "cienka" herbata na dzień stanie się przyczyną niedoboru wszystkich pierwiastków i mikroelementów, jakby dziewięciomiesięczny problem z brakiem żelaza mi nie wystarczył. Godzinę siedzimy razem, a potem każdy rozchodzi się do swoich obowiązków; oprócz mnie, bo mną nie ma się kto zająć. Jeszcze nie czas, wszyscy zajęci, płaci kto inny, więc co to za różnica. Ludzie przewijają się za moim plecami jak duchy. Bywam niespokojna. Siedem godzin, które uwierają jak za małe buty. Gdyby nie E., przetrwać byłoby trudno, dzięki niej czas płynie odrobinę szybciej. 

20.10.2016

904.

Przeczytałam: od tego są przyjaciele – pomagają w robieniu głupstw i uśmiechnęłam się do siebie. Są też przyjaciele, którzy chronią przed robieniem głupstw, bo usłyszałam: martwię się o ciebie, martwię się że będziesz potem cierpieć. A mi nagle wszystko zobojętniało. Udaję, że nie czekają mnie te parszywe badania, choć mam szczęście do lekarzy i może po dziewięciu miesiącach odkryją przyczynę tego wszystkiego co osłabia mój organizm. Chciałabym wypisać wszystko, co siedzi we mnie, ale jutro, już jutro mogę chcieć czegoś zupełnie innego, bo czekałam tak długo na ten dzień, że chyba go nie chcę przez te wszystkiego okropne obawy, które wlewają we mnie inni. Mroczki migają przed moimi oczami, a w uszach rozbrzmiewa nieustający pisk. Chyba jestem wariatką.  

11.10.2016

903.

Wyobrażam sobie jak pijemy razem piwo, którego smaku szczerze nie lubię i którego nie powinnam pić, jest deszczowo, albo śnieżnie, co wolisz, stoimy i marzniemy, bo przyszło nam się włóczyć bez celu po jakimś obcym mieście, ale piękne widoki rekompensują nam wszystko, nawet jeśli to tylko ciemne zaułki strachy kamienic. A może powinniśmy udać się nad rzekę, tak, w takiej Korei Południowej jest dużo pięknych mostów, ale nie, niby jakim cudem mielibyśmy znaleźć się tak daleko od domu, w dodatku razem, to niemożliwe w żadnym z naszych żyć. Kiedy kończymy piwo, którego nie powinniśmy pić w miejscu publicznym, tłuczemy szklane butelki o ziemię i uciekamy jak najdalej, jakbyśmy ukradli milion, a przecież to tylko rozbite „niechcący” szkło. Możemy też pić z puszek. Puszki zgnieciemy i wrzucimy elegancko do kosza na śmieci. Łazimy, w te i z powrotem, nie wiedząc po co, na co i dlaczego, ale fajnie było wyrwać się na chwilę gdzieś dalej i zapomnieć o tym co boli. Choć nie do końca. Rozmawiamy. Wpadasz przy mnie w ponury nastrój. Zauważyłeś? Przy mnie jest bardziej nastrojowo, ale też bardziej przykro, nagle życie wydaje się nieustającym smutkiem i niczym więcej, zawsze wprawiam cię w taki nastrój, bo taka jestem, a jednak zawsze na koniec żegnamy się z uśmiechem. Chciałabym się zamknąć, ale przecież wiesz, że zawsze milczę, więc mówię jak bardzo już nie mogę, za to ty nie możesz mnie już słuchać. Zaczynamy się śmiać, bo tak robią ludzie zrozpaczeni, a ty próbujesz mnie uciszyć, bo przecież nie wypada, choć nie potrafisz zmazać uśmiechu ze swoich ust. Nagle dostajesz smsa. Kto spodziewałby się wiadomości o tak późnej porze. Wszystkie złe wiadomości przychodzą nocą, do mnie zawsze. Ale dla ciebie to jak wybawienie, jedna upragniona wiadomość, która zmienia wszystko. Wracamy do domu, każdy do swojego, choć odprowadzasz mnie pod same drzwi, abym nie zgubiła się po drodze, a przecież to śmieszne dbać o swojego „anioła stróża”. Padam i zasypiam niemal od razu. Dawno nie byłam tak zmęczona i tak spokojna, zaś ty nie będziesz mógł zmrużyć oczu aż do rana, tylko dwie godziny płytkiego snu, to wszystko, bo emocje będą kłębić się w twoim żołądku jak stado trzepoczących motyli. Musi się udać. I chyba udaje. Mijają długie miesiące, może lata, zależy ile czasu potrzebujesz, aby klęknąć na jedno kolano. Nie zapraszasz mnie na swój ślub, może zapomniałeś, a mi jest cholernie przykro jak nigdy jeszcze nie było w całym dotychczasowym życiu, bo przecież wydawało mi się, że znałam twoje wszystkie miłosne wzloty i upadki. Powinnam być śmiertelnie obrażona, ale nie potrafię. Chyba płaczę, tak dawno nie płakałam, ale płaczę ze wzruszenia. Tak, mam niesamowicie bujną wyobraźnię.